oryginał: In Blood Only

autor: E.M. Snape

Tłumaczenie za zgodą autorki


Pamiętał dzień, kiedy pojawiła się w jego drzwiach. Nie wymienili słów miłości. Nigdy się nie pocałowali. Nadal nie wiedział, czy zrobiła to z litości, czy naprawdę była w każdym calu dziwką, jak cały czas nazywał ją w duchu.

Zwracając nabiegłe krwią oczy o barwie zwiędłej zieleni na jego, wycierając cieknący nos pogniecioną chusteczką, poinformowała Smarkerusa, że ona kocha Pottera, więc on nie może się po niej niczego spodziewać. Po prostu nie mogła uwierzyć swojemu ubóstwianemu Jamesowi: ledwie opuścili Hogwart, a on już zadawał się z inną kobietą. Coś z nią było nie tak, że nie mogła go zatrzymać przy sobie? Uganiał się za nią latami - jak mógł stracić zainteresowanie, kiedy tylko zgodziła się za niego wyjść?

Jakże to było żałosne i odrażające. Wszystko w Smarkerusie wzbraniało się przed nią, dopóki nie wcisnęła swoich gorących piersi w jego dłonie. Potem rozszerzyła jego nogi i potarła jego męskość przez spodnie - wtedy poczuł, jak rozgrzana do czerwoności mgła opanowuje jego umysł.

To był jego pierwszy raz. Tłustowłosy i wychudzony, ze zbyt dużym nosem i paskudnym zachowaniem, nie radził sobie za dobrze, o czym ona wiedziała. Widział to w złośliwym wykrzywieniu jej ust, w chłodzie zielonych oczu, nawet kiedy jęczała, przykładając usta do jego skóry, kiedy zwilgotniała dzięki jego pieszczotom.

Wtedy ją posiadł, brutalnie, gwałtownie. Bez choćby jednego pocałunku. Po wszystkim oboje byli mokrzy, lepcy, a ona wyglądała, jakby miała mdłości.

Rozkazał szyderczo, że ma się ubierać i spadać. Rzucił jej "szlamą" w twarz. Był już wtedy Śmierciożercą. Sądził, że o tym ona też wie. Ubierając się, nie patrzyła mu w oczy. Ramiona miała sztywne, kiedy zapinała szatę.

To prawda, że obserwował ją z daleka na długo przed tym dniem, pełen odrazy dla swojego dziwnego zauroczenia szlamą, czujący wstręt za każdym razem, kiedy James Potter obejmował ją w talii zaborczą ręką; jakże obrzydliwa była, pozwalając obśliniać się podobnym do Pottera, z tą całą szlamowatą krwią w żyłach. A jednak zawsze ją obserwował. I ona w jakiś sposób wiedziała o tym. Jakoś odgadła. Odszukała go tamtej nocy, kiedy desperacko pragnęła zranić Pottera, zranić siebie. I wyświadczył jej przysługę, jak przystało na żałosne, pochlipujące stworzenie, za które zawsze uważali go Potter z Blackiem.

Jakże pragnął wyrzucić ją z pokoju, śmiejąc się szyderczo. Mógłby z niej szydzić i gardzić nią do końca swego życia, gdyby to zrobił. Pozostałby czysty. Ale był słaby i oddał jej przewagę. Zerżnął ją, a następnego dnia ona wróciła przytulać się do Pottera i ślubowali sobie nieśmiertelną miłość w odrażająco radosnej powodzi łez.

Ilekroć widział ją później, w jakiś niejasny sposób czuł się wykorzystany i skalany. Trudno było stawiać czoło Czarnemu Panu i nie pamiętać, jak paznokcie szlamy wbijały się w jego plecy, jej ciepłe ciało przywierało do niego, jej oczy...

Żałował tego wtedy i żałował teraz.

A jednak czuł dziwne ukłucie... czegoś, kiedy kilka miesięcy później usłyszał, że została Lily Potter. Poczuł jakiś gorzki smak w ustach, kiedy dowiedział się o jej zdrowym maleńkim synu... Kolejny pieprzony Potter. A kiedy zginęła za tego bachora, zarżnięta razem z jej drogim Jamesem, żeby ocalić jej bezwartościowy pomiot, coś w Severusie zamarzło i znieruchomiało, i pozostało takie na tyle długo, że zapomniał, że kiedykolwiek było inaczej.

Zdawał sobie sprawę z poczucia zdrady i wcale niemałej zgrozy. Bo Potter, ten diabelski pomiot, był jego synem, a Dumbledore najwyraźniej o tym wiedział. Więcej, dyrektor usilnie to przed nim ukrywał. Chłopak w każdym calu wyglądał jak Potter; musiała być na niego nałożona jakaś potężna iluzja - Severus wiedział, że "Nos Snape'ów" był niemożliwy do uniknięcia. Czy to sam Dumbledore rzucił czar maskujący, czy zrobiła to Lily? Czy tożsamość Pott... Harry'ego została ukryta na żądanie dyrektora, czy Lily Potter?

I nie, Snape nie chciał impertynenckiego bachora dla siebie, ale nie zmieniało to faktu, że nie mieli prawa ukrywać tego przed nim! Zwłaszcza nie po tym, jak matka chłopaka zmarła.

Czuł się urażony, że Dumbledore wyraźnie uważał, że chłopcu będzie lepiej jako sierocie, niż jego synowi. Ufał Dumbledore'owi. Ze wszystkich możliwych zdrad, ta była najgorsza. Przysiągł lojalność sprawie Dumbledore'a, dla niego sprzeniewierzył się swojemu życiu i wszystkiemu, czemu był wierny. A ten człowiek, słodki Merlinie, okłamał go i zobliviatował!

Zaklęcia nigdy nie były mocną stroną Snape'a, więc zajęło mu sporo czasu wyszukanie odpowiednio nieprzenikalnego czaru, żeby ukryć przed przyszłymi próbami wymazania świeżo odzyskane wspomnienie. Siedział w bibliotece kilka godzin, zanim znalazł właściwe zaklęcie; gniewne myśli szalały mu po głowie, kiedy planował, jak najlepiej stawić czoło Dumbledore'owi. Samemu Potterowi nie poświęcił wiele namysłu; genetyczna tożsamość chłopaka była mało ważna w obliczu straszliwego faktu, że dyrektor go zdradził. Powinien wrócić do Czarnego Pana, tylko po to, żeby pokazać temu człowiekowi...

Snape powstrzymał rozmyślania, zanim zaszły za daleko.

O stanie jego umysłu znakomicie świadczyło, że świadomie opuścił popołudniowe Eliksiry, aby szukać tego zaklęcia. Snape był zadowolony z siebie, wiedząc, że szczeniaki prawdopodobnie czekały na jego pojawienie się przez większą część lekcji, równie przerażone, jak zwykle. Cóż, niech czekają. Wiedział, że Dumbledore wezwie go później do swojego gabinetu, i zamierzał pokazać temu człowiekowi, że się z tego nie wywinie. Oczywiście w zależności od tego, jak bardzo zatroskany był Albus, mógł on nawet pójść do komnat Snape'a, co też byłoby w porządku; doceniłby możliwość stawienia czoła dyrektorowi na własnym gruncie.

I, jak się spodziewał, dyrektor pojawił się w jego komnatach tej samej nocy, patrząc na niego smutnymi, zmartwionymi oczyma. "Zupełnie jak wtedy, kiedy mnie zobliviatowałeś" - pomyślał Snape ze złością.

Dyrektor był jedną z nielicznych osób, które potrafiły odczytywać jego wyraz twarzy. Snape był zdenerwowany i wściekły, a Dumbledore niezwłocznie od tego zaczął rozmowę.

- Jak się czujesz, Severusie?

Snape wlepiał w niego wzrok dłuższą chwilę, po czym skinieniem różdżki wskazał myślodsiewnię, spoczywającą na biurku.

- Możliwe, że chciałby pan to zobaczyć, dyrektorze. - W jego zduszonym głosie brzmiało napięcie.

Dumbledore wpatrywał się w niego jeszcze przez chwilę, starając się zorientować, co się dzieje w głowie Snape'a, po czym wdzięcznie przytaknął. Snape obserwował zimno, jak mężczyzna popchnął myślodsiewnię i pochylił się nad nią; włożył tam kopię wspomnienia, nie oryginał, bo nie ufał Dumbledore'owi ani trochę.

Kiedy dyrektor podniósł się znad myślodsiewni, jego twarz nie zdradzała uczuć.

- A więc wiesz. Zakładam, że masz wiele pytań.

- Kiedy dokładnie zamierzałeś mi o tym powiedzieć, Albusie? - Głos Snape'a był niezwykle zimny, nawet w jego własnych uszach; gniew i poczucie zdrady wyraziły się w tonie ciepłem przypominającym płynny lód.

Oczy Dumbledore'a były czujne i bardzo nieufne, kiedy obserwowały jeżącego się przed nim Mistrza Eliksirów. Severus Snape, choć nie był czarodziejem kalibru Dumbledore'a, nadal pozostawał niebezpiecznym człowiekiem, dobrze obeznanym z czarną magią. A był zapewne wystarczająco rozgniewany, żeby wykorzystać tę długo marnotrawioną wiedzę przeciwko staremu dyrektorowi.

- Mówiąc zupełnie szczerze, Severusie - powiedział pojednawczo Dumbledore, nadal obserwując go ostrożnie - nigdy nie planowałem tobie powiedzieć.

Coś niebezpiecznego rozbłysło w oczach Snape'a, jednak lata samokontroli zdołały to zatrzymać za bladą, ściągniętą twarzą. Zwodniczo łagodnym tonem zapytał:

- A dlaczego postanowiłeś pozbawić mnie tej wiedzy?

Po czym syknął niskim głosem, który ujawniał żądlące poczucie zdrady:

- Co dawało ci prawo, żeby to przede mną ukrywać?

- To była decyzja Lily - powiedział Dumbledore, pomijając milczeniem furię rozmówcy. - A ja ją poparłem. Nie chciała niszczyć swojego małżeństwa i nie sądziła, żebyś był gotów przyjąć odpowiedzialność za wychowanie dziecka. Zgodziłem się z nią. - Kiedy szczęka Snape'a zacisnęła się mocniej, niż wydawało się to możliwe, Dumbledore dodał: - Nadal wierzę, że dokonaliśmy właściwego wyboru.

Snape patrzył na niego, jakby nagle odkrył zamaskowanego wroga.

Przez zaciśnięte zęby warknął:

- Nie miałeś prawa podjąć takiej decyzji. Ani ona. Pot... ten chłopak jest tak samo moim synem, jak jej, a ona zrzekła się go, kiedy rzuciła się przed klątwę zabijającą!

Dumbledore z powagą potrząsnął głową, ani na chwilę nie tracąc kontaktu wzrokowego z młodszym mężczyzną.

- Prawdziwy rodzic raczej doceniłby poświęcenie Lily, a nie gardził nią za to. - Podszedł powoli, unikając gwałtownych ruchów, które mogłyby wyzwolić wybuch w już i tak podminowanym człowieku. - Zginęła, żeby chronić dziecko. Nie potrafiłeś tego zrozumieć wtedy i nie sądzę, żebyś potrafił teraz. Jesteś na mnie zły tylko dlatego, że zabrałem ci coś, co uważasz za prawowicie twoje; nigdy nie kochałbyś tego dziecka ani nie cenił go jako syna. - Wpatrywał się w Snape'a surowo. - I gardziłbyś nim przez te wszystkie lata za krew matki, tak jak nim pogardzałeś za ojca.

- James Potter nigdy nie był jego ojcem - warknął Snape.

- Ty również nie.

- I to tobie powinienem za to podziękować - stwierdził Snape gorzko.

Tym razem Dumbledore wlepił wzrok w niego.

- Z pewnością nie chcesz tego chłopca.

- Oczywiście, że nie! - ryknął Snape. - Ale chciałbym mieć wybór! Odebrałeś mi tę możliwość, zobliviatowałeś mnie!

Dumbledore westchnął.

- Severusie, wtedy obawiałem się tego samego, co teraz.

- A czego się obawiałeś? - zapytał nisko i niebezpiecznie. - Poza tym, że jestem nieprzygotowany do przyjęcia odpowiedzialności za wychowanie dziecka.

Dumbledore patrzył na niego spokojnie, nie dając się wyprowadzić z równowagi.

- Nie chciałem i nie chcę, żebyś używał Harry'ego jako jakiegoś rodzaju zemsty na Jamesie Potterze. Dla Harry'ego i dla Jamesa oni są ojcem i synem. Gdyby on wciąż żył, nie mam wątpliwości, że zabrałbyś Harry'ego od Jamesa z czystej złośliwości. A skoro on jest martwy, to myślę, że chcesz Harry'ego, żeby szargać jego pamięcią.

- Nie zdawałem sobie sprawy, że ma pan o mnie tak kiepskie zdanie, dyrektorze - powiedział Snape zimno. Słowa Dumbledore'a nie powinny były go zranić. Naprawdę, nie powinny były.

- Severusie - Dumbledore wyglądał, jakby chciał wyciągnąć do niego rękę, ale lodowate spojrzenie Snape'a odradziło mu to - wierzę, że jesteś dobrym, odważnym człowiekiem; przeżyłeś i przetrwałeś najgorsze, co życie może ofiarować. Jesteś jednym z najważniejszych wrogów Voldemorta. - Przerwał, jakby rozważał słowa wyjątkowo ostrożnie. - Ale uważam, że James Potter był i pozostał twoim słabym punktem. Nie ufam twojemu obiektywizmowi w tym względzie. A twoja opinia o Harrym zawsze była... mniej niż pozytywna. Wobec tego... - Wykonał drobny ruch różdżką.

- Nie śmiej nawet próbować zobliviatować mnie znowu - wysyczał Snape, z furią mrużąc oczy. - Rzuciłem nieprzenikalny czar. Nie uda ci się. I możesz się nie przejmować: nigdy ci nie wybaczę.

Dumbledore przyglądał mu się przez chwilę.

- Skoro tak mówisz... mam gdzie indziej sprawy do załatwienia. - Przerwał, szukając czegoś w twarzy Snape'a. - Mam nadzieję, że poinformujesz mnie, kiedy będziesz zamierzał coś w tym kierunku zrobić?

- Mam nadzieję, że ty poinformujesz mnie, jeśli znajdą się inne, wstrząsające tajemnice, które ukrywasz - zripostował Snape. - Może mam jeszcze jakichś synów? Córki? Siostrę gdzieś tam? Nie wyobrażam sobie, żebym był gotów do przyjęcia odpowiedzialności za nich.

Dumbledore wyglądał na naprawdę zasmuconego, kiedy podchodził do drzwi.

- Bardzo mi przykro, że musiałem to zrobić, Severusie - powiedział łagodnie. - Ale to wydawało mi się najlepszych wyjściem. Błąd starego człowieka...

- Nie próbuj się usprawiedliwiać - syknął Snape. - Po prostu się wynoś!

Ze smutnym skinieniem głową Dumbledore wyszedł.

KONIEC
rozdziału drugiego