Rozdział 2
Kiedy tylko Czarny Pan zniknął z pokoju, Rudolf westchnął z ulgą, ciężko opadając na łóżko. Cholera, upiekło mi się, pomyślał, gdy drżącą ręką zdejmował z siebie zaklęcie. Kiedy skończył, spojrzał w lustro; znów był sobą. Z bogato zdobionej ramy przyglądał mu się mężczyzna o rybich oczach i twarzy zeszpeconej paskudną, podłużną, wciąż zaróżowioną blizną. I on się dziwi, że nie próbuję uwodzić kobiet własną gębą, pomyślał z przekąsem. Miał jednak cholerne szczęście. Czarny Pan musiał być w doskonałym humorze, skoro uszło mu to płazem. Kilka minut Cruciatusa stanowiło niewielką karę w porównaniu z tym, czego mógł się spodziewać za zniewagę, której się dopuścił, ba! – sam ukarałby się surowiej, biorąc pod uwagę lekkomyślność i głupotę, którymi się popisał. Jak mógł nie spostrzec, że ma do czynienia z czarownicą? Spędził z nią cały cholerny dzień. I jak mogło mu przyjść do głowy, aby znów – tym razem bez poważnego powodu – skorzystać z twarzy Toma Marvolo Riddle?
~o~o~o~
– Najwyraźniej umiesz utrzymać swoją magię w ryzach – stwierdził Voldemort, stawiając dziewczynę na podłodze. – Chociaż po Rudolfie spodziewałbym się czegoś więcej – dodał, wykonując krótki ruch różdżką. Hermiona poczuła lekkie mrowienie i zobaczyła, że rany na jej nadgarstkach zasklepiają się. Niepewnie spojrzała w jego wężopodobną, pozbawioną nosa twarz.
– Z drugiej strony – zaczął, pochylając się lekko w jej stronę – Rudolf potrafi odróżnić mugola od czarodzieja. Wiesz, co mam na myśli?
– Byłam w tym dobra? – zapytała cichym, lecz pewnym głosem, którego ton zaskoczył ją samą.
– To prawdopodobnie kwestia praktyki. Przyznam, że również twoja znajomość Oklumencji jest dość imponująca. Ciekawe, któż mógł cię tego nauczyć… – powiedział, przyglądając się jej uważnie. Jego wzrok sunął po jej twarzy – od oczu do ust, od ust do oczu… Musiała się zaczerwienić. Nie rozumiała jednak, dlaczego nie boi się go tak bardzo, jak powinna. Niedawne przerażenie ustąpiło miejsca innej emocji. Ekscytacji? Tak, to było to. Chora ekscytacja. – Zaledwie urywki myśli... – dodał w zamyśleniu, odbiegając wzrokiem gdzieś ponad jej głową. Zamknął na chwilę oczy, a jego twarz przybrała dziwny, niezgłębiony wyraz. Nie mogła wiedzieć, że napawa się swoimi doznaniami. Nie zdarzyło mu się jeszcze spotkać czarownicy, której magia byłaby dlań tak wyraźnie wyczuwalna. Stojąca przed nim dziewczyna miała w sobie duże pokłady ciemnych mocy, nad którymi zdawała się nie mieć kontroli. Co więcej, prawdopodobnie nie była nawet świadoma swojego potencjału. Uznał, że jej wybuch mocy, który odczuwał teraz w postaci rozkosznego mrowienia w karku, był wynikiem długotrwałego jej tłamszenia. To jednak wciąż nie tłumaczyło natury sił, które się w niej kłębiły. Będzie musiał uwzględnić ten szczególik. Kiedy otworzył oczy, wciąż przyglądała mu się bacznie, marszcząc brwi i próbując domyślić się, co właściwie kontemplował.
– Do rzeczy. Kim masz nieszczęście być? – spytał wreszcie tonem nieznoszącym sprzeciwu, nie dając po sobie niczego poznać.
Hermiona przełknęła głośno ślinę. Dobrze wiedziała, że przemilczenie jego pytania jest bezcelowe; skoro zechciał dowiedzieć się, kim jest – zrobi to, niezależnie od jej woli. Postanowiła nie prowokować go do wyciągania odpowiedzi siłą.
– Mam nieszczęście być Hermioną Granger – odpowiedziała, spoglądając prosto w oczy Czarnego Pana.
Przez chwilę patrzył na nią tak, jakby powiedziała najgłupszą i najbardziej absurdalną rzecz na świecie. Jednak przyjrzawszy się jej badawczo stwierdził ku swemu zdumieniu, że dziewczyna mówi prawdę. W następnej chwili pokój wypełnił się jego wysokim, nieprzyjemnym śmiechem.
– Mam dzisiaj naprawdę dobry dzień – rzucił, chwytając ją boleśnie za nadgarstek i ciągnąc gdzieś przed siebie. Szarpanie się z nim nie miało sensu. Nie miała różdżki, nie wiedziała gdzie jest, a on był Czarnym Panem…
Może mnie nie zabije, może nie będzie torturował, próbowała się pocieszyć. Może. Musiała tylko coś wymyślić.
~o~o~o~
Okazało się, że nie musiała niczego wymyślać. Otóż, zaciągnął ją do ogromnej biblioteki, gdzie oddał jej różdżkę - przyda ci się przy niektórych książkach, powiedział - i pozwolił czytać, co zechce, ostrzegając jednak, że podejmowanie wszelkich prób ucieczki jest bezcelowe. Zresztą, i tak nie wiedziała ani gdzie jest, ani ilu śmierciożerców przechadza się korytarzami.
– Jeśli będziesz czegoś potrzebować – co nastąpi prędzej czy później – wezwij skrzata domowego, Jainę – powiedział Czarny Pan, kierując się do drzwi. – Zapewne za jakiś czas wyślę kogoś, by sprawdził, czy nie próbujesz żadnych sztuczek... Ale chyba nie jesteś aż tak głupia, by próbować? Gdyby jednak pytano cię o tożsamość, nie odpowiadaj. Albo kłam.
Uznawszy, że powiedział wszystko, wyszedł, zamykając za sobą drzwi i blokując je zaklęciem. Hermiona została sama, skołowana bardziej niż kiedykolwiek. Słuchała poleceń Voldemorta kiwając z powagą głową, nie mogąc wydusić z siebie żadnej spójnej odpowiedzi. Nie była w stanie. Jej mózg się zaciął. Kiedy zniknął za drzwiami, wybuchła niekontrolowanym, histerycznym śmiechem. Co to, do diabła, miało być? Co niby miała o tym myśleć?
Lord Voldemort, największy sukinsyn wszechczasów, po przypadkowym schwytaniu przyjaciółki swego śmiertelnego wroga... Zaprowadził. Ją. Do. Swojej. Biblioteki. Każąc. Czytać. Czytać! Jego bezcenne zbiory! Czy zdawał sobie sprawę, że zaprowadził ją do raju? …albo do piekła. Do świata z jej najciemniejszych, śródnocnych snów, pełnych zakurzonych woluminów, które kusiły ją zakazaną wiedzą… Hermiona zachichotała nerwowo – nie, to nie mogło być takie proste. Jaki był jego cel? Przecież nie zaprowadził jej do biblioteki z dobroci serca. Po pierwsze, nie wiedział, co to dobroć. Po drugie, nie mógł mieć serca, może co najwyżej nędzny ochłap tłoczący jego krew.
Cóż. Chociaż nie broczę teraz krwią w lochu i nie zwijam z bólu pod Cruciatusem, to, mimo wszystko, mam przechlapane, pomyślała.
A potem odwróciła się ku regałom pełnym książek, kryjących w sobie wiedzę, której nie znała, a której podświadomie pożądała; przyglądała się tym wszystkim woluminom, czując, jak przyciągają ją swoim zakazanym urokiem, jak kuszą ją te bardzo, bardzo niedobre rzeczy… To nie może być właściwe. Nie mogę. Skarciła się w myślach, czując tę nieodpartą pokusę, by wyciągnąć rękę, przerzucić tylko kilka stron, a jednak… Oszukiwała samą siebie, licząc na to, że uda jej się utrzymać ręce przy sobie. W takim miejscu byłoby to wbrew jej naturze.
W końcu ciekawość i żądza wiedzy zwyciężyły. Westchnęła przeciągle, po czym, uznając własną porażkę, podeszła do półki.
~o~o~o~
Nie mógł uwierzyć we własne szczęście. A ktoś taki jak on: obdarzony niespotykanym geniuszem arcymistrz zła, który miał szczęście – stanowił koszmar dla całej reszty. Doprawdy, nie mógł powstrzymać złośliwego chichotu. Ta dziewczyna wpadła w jego ręce zupełnie przypadkowo. Rudolf naprawdę gotów był ją zabić dla dawki jej och-niestety-nie-mugolskiej krwi. A teraz siedziała w jego bibliotece, zapewne próbując oprzeć się pokusie. Wiedział, kim jest; molem książkowym jakich mało, irytującą Wiem-To-Wszystko, która zawsze chce i musi wiedzieć. Uśmiechnął się do siebie – dobrze ją rozumiał. Był taki sam. Kiedyś był taki sam. W pewnym sensie.
Usiadł w swoim fotelu, zakładając ręce za głowę i zamykając oczy. Powodem, dla którego zaprowadził tę małą szlamę do biblioteki, zamiast do lochu, był właśnie jego geniusz. Wystarczyła krótka chwila, by w jego głowie ułożył się plan, którego centralnym elementem była ta dociekliwa dziewczyna – plan, który miał ostatecznie pogrążyć Harry'ego Pottera, wrzód na jego tyłku. Nie, żeby Voldemort miał na tyłku jakieś wrzody, skądże. Jego tyłek był idealny. W sam raz dla… przerwał, zaśmiewając się okrutnie, tym razem już w duchu – nie mógł przecież pozwolić sobie na podważenie własnego, mrocznego autorytetu przed kręcącymi się po domu śmierciożercami. Jego zwolennicy mogliby jeszcze pomyśleć, że oszalał. Albo że wcale nie trzeba się go obawiać. Czarny Pan to całkiem zabawny facet. Wzdrygnął się. Nie mógł jednak nic poradzić na to, że naprawdę miał udany dzień.
~o~o~o~
Zupełnie straciła poczucie czasu. Pochłaniała otaczające ją książki, a one pochłaniały ją. Wkrótce po tym, jak sięgnęła po pierwszy wolumin, zapomniała o całym merlinim świecie. Pomimo ostrzeżenia właściciela, księgozbiór nie sprawił jej większych problemów; poza pomniejszym upiorem ukrytym w kruszejącym pergaminie oraz konfrontacją z kilkoma narowistymi tomami, obyło się bez komplikacji. Trafienie do jego biblioteki – na samą myśl o tym szczęśliwym przebiegu wypadków chciało jej się płakać ze wzruszenia – było najwspanialszą rzeczą, jaka przytrafiła się w jej niespełna dziewiętnastoletnim życiu. Była świadoma paradoksalności swego rozumowania, lecz takie właśnie było jej zdanie. Odsuwała od siebie natrętną myśl, iż studiowanie czarnomagicznych ksiąg może pozostawić w niej ślad. W obliczu takiej okazji nie chciała myśleć o konsekwencjach, jest przecież silna, da radę.
Wypity przed kilkoma godzinami alkohol parował jednak powoli z jej organizmu. Choć początkowo sądziła, że nagły rozwój wydarzeń i niespodziewany ich zwrot zupełnie ją otrzeźwił, to ochłonąwszy nieco w tym ustronnym miejscu, uświadomiła sobie swój błąd. Przecież wciąż nie myślała racjonalnie! Wtedy przypomniała sobie o skrzacie.
– Jaina! – krzyknęła. Po chwili stała przed nią nieśmiała domowa skrzatka, ubrana schludnie w poszewkę od poduszki.
– Jak Jaina może Pani pomóc?
– Potrzebuję przede wszystkim Eliksiru Trzeźwienia… Ale przynieś też coś do picia, najlepiej wodę i coś lekkiego do przegryzienia.
– Jaina rozumie, Jaina zaraz wszystko przyniesie! – I z cichym trzaskiem zniknęła, by wkrótce pojawić się z tacą, na której stał flakonik z eliksirem, dzbanek wody wraz z kielichem i półmisek rogalików. Hermiona podziękowała jej uprzejmie. Gdy znów została sama, sięgnęła po miksturę. Kiedy jednak wychyliła zawartość fiolki, przypomniała sobie o drobnym szczególe. Zanim upadła nieprzytomna na podłogę, świadomości wystarczyło jej na tyle, by przekląć się w duchu.
~o~o~o~
– Skoro już się ocknęłaś, wypij to – dobiegł ją przytłumiony, dziwnie znajomy głos. Jęknęła, próbując podnieść się z łóżka, w którym ją umieszczono; całe ciało miała obolałe od upadku. Nie wiedziała, ile czasu upłynęło, zanim ktoś odnalazł ją leżącą bez czucia na twardej podłodze. Kiedy usiadła, kręciło jej się w głowie i poczuła ogarniające ją mdłości. Powoli otworzyła oczy, ale obraz wciąż był rozmazany.
– A co to? – spytała zachrypniętym głosem, instynktownie wyciągając rękę w stronę, z której dochodził głos.
– Eliksir Uzupełniający Krew. Najwidoczniej zapomniałaś o tym, że straciłaś dużo krwi, albo jesteś kolejną ignorantką łykającą bez opamiętania pierwsze lepsze środki bez podstawowej wiedzy na temat ich działania. Summa summarum, Eliksir Trzeźwiący, który zażyłaś, był zbyt mocny. Oczyścił twoją krew nie tylko z alkoholu, ale i z erytrocytów.
– Dziękuję – mruknęła bez zastanowienia, wypijając zawartość podanego naczynia.
– Czarny Pan przysłał mnie, bym sprawdził, co robisz. Znalazłem cię nieprzytomną na podłodze. Nie wiem, kim jesteś, ani co tu robisz, ale to było naprawdę kretyńskie.
Wtedy właśnie odzyskała ostrość spojrzenia. Podskoczyła nerwowo, gdy spostrzegła stojącego przed nią mężczyznę – dziwiąc się jednocześnie, że nie poznała go od razu po samym choćby zarysie sylwetki czy głosie. Severus Snape! Wpatrywał się w nią swoim zwyczajowo jadowitym i pełnym pogardy wzrokiem.
– Kiedy analizuję tę sytuację, przychodzi mi na myśl tylko jedna dziewczyna w twoim wieku, która w swoim stanie mogłaby zachować się tak nierozsądnie i nie bacząc na swój fizyczny stan... rzuciła na książki, ale ty na szczęście nią nie jesteś, prawda? Mówiłaś, że jak się nazywasz?
– Nie mówiłam. Czarny Pan kazał ci sprawdzić, jak się czuję, czy prowadzić przesłuchanie? Doprawdy, wątpię…
– Nieczęsto się zdarza, żeby Czarny Pan wpuszczał kogoś do swojej cennej biblioteki. – przerwał ostro, ignorując jej słowa. – Zwłaszcza w stanie nietrzeźwym… Interesujące. W dodatku nigdy cię tu nie widziałem, a jak ustaliłem, nie jesteś córką żadnego z moich towarzyszy, zaś na twoim ramieniu nie ma znaku, więc…
– Czuję się już dobrze, odprowadź mnie z powrotem. – O, nie, nie było mowy, nikt nie mógł się dowiedzieć. A już zwłaszcza Snape.
Westchnął.
– Powinnaś leżeć. Ten eliksir działa stopniowo. Jesteś jeszcze słaba.
– Dziękuję ci za twoją troskę, ale czuję się wystarczająco dobrze, żeby wrócić do biblioteki!
– Naprawdę kogoś mi przypominasz.
Na brodę Merlina!
– Och, doprawdy? – spytała niewinnie.
– Nazywa się Hermiona Granger.
– Nie wiem, kim ona jest. Pochodzę z Francji i nie znam tu nikogo.
– Zaprzyjaźniłybyście się.
– Nie przyjaźnię się ze szlamami.
– Skąd wiesz, że jest szlamą? – spytał Snape, mrużąc podejrzliwie oczy i krzyżując ręce na piersi.
– Poznałam po mugolskim nazwisku. Absolutnie z niczym mi się nie kojarzy.
Hermiona, wzruszając ramionami, wygramoliła się z łóżka. Podeszła do drzwi i stanęła przy nich wyczekująco, wściekła na siebie z powodu niefortunnej rozmowy. Snape w końcu znał ją od ponad siedmiu lat. Już wcześniej upewniła się, że bariera w jej umyśle jest poprawnie wzniesiona – przecież sam ją tego nauczył... Miała jednak wrażenie, że na niewiele jej się to zda; postanowiła jednak trwać w swojej roli.
– Skoro czujesz się już dobrze…
– Świetnie.
– W takim razie, ktoś cię oczekuje.
– Kto? ...Och – westchnęła i obrzucając go równie jadowitym, co zrezygnowanym spojrzeniem, podążyła korytarzem za Mistrzem Eliksirów.
~o~o~o~
Hermiona Granger, pomyślał, kiedy Snape wprowadził dziewczynę do pogrążonego w półmroku pomieszczenia. Lord Voldemort siedział w fotelu koło kominka, u jego stóp zaś leżała śpiąca Nagini. Kiedy Hermiona odważyła się na niego zerknąć, znów przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz. Ogień pełgający na palenisku odbijał się w jego oczach, błyskających złowrogą czerwienią. Choć mogło się to wydawać niemożliwe, to w tym oświetleniu wyglądał jeszcze bardziej przerażająco. Był czającym się na skraju ciemności potworem. Nie śmiała drgnąć, nagle zupełnie świadoma powagi sytuacji. Wszystko, co działo się do tej pory, było nierzeczywistym snem, niedorzeczną szamotaniną ze zdarzeniami. Teraz jednak była zupełnie trzeźwa, mocne włoskie wino nie mąciło już jej myśli.
Na jej sercu niewidzialny wąż powoli zaciskał sploty swojego zimnego cielska. Czuła, jak rozpaczliwie szamocze się w piersi.
– Severusie. Wyjdź i czekaj – rozkazał Voldemort. Snape skłonił krótko głowę i opuścił komnatę.
Czarny Pan wskazał ręką na fotel stojący naprzeciwko. Hermiona podeszła do niego niepewnym krokiem i padła nań niemalże bezwładnie.
– Zapewne zastanawiasz się, co szlamowata przyjaciółka Pottera należąca do Zakonu robi przede mną cała i zdrowa?
– Tak, między innymi.
– Widzisz, Granger, jestem dociekliwy z natury. Chcę coś wiedzieć, a ty mi odpowiesz. – Przypatrywał się jej bez mrugnięcia okiem, przyszpilając zastygłą w bezruchu dziewczynę do fotela. – Mówią, że jesteś najmądrzejszą wiedźmą pokolenia, a w tym, co mówią ludzie, często jest trochę prawdy. Powiedz mi więc, co z tego masz?
– Słucham?
Voldemort pochylił się nieco w jej stronę, jednocześnie wyłaniając swoją twarz z cienia.
– Jaką korzyść daje ci to miano?
Hermiona zawahała się. Do czego dążył, pytając o coś takiego? Postarała się zebrać myśli i bardzo powoli, drżącym nieco głosem, odpowiedziała.
– Najmądrzejsza wiedźma pokolenia… To nie jest pozycja, z której się korzysta. To tylko tytuł, nobilitująca opinia. Jedyne, co otrzymuję w zamian, to szacunek innych i własną satysfakcją.
– Nie udawaj, że nie rozumiesz, o co pytam. Nadwerężasz moją cierpliwość.
Czarny Pan taki wrażliwy? Przez te wszystkie lata powinien się chyba uodpornić, pomyślała złośliwie, spoglądając w ogień.
– Dlaczego miałbyś nadwerężać dla mnie swoją cierpliwość? Jesteś Czarnym Panem, nie musisz znosić moich odpowiedzi. Możesz się mnie po prostu pozbyć.
Voldemort uśmiechnął się zimno. Może jednak była głupia, skoro sądziła, że podejdzie go w taki sposób.
– Odpowiedz na moje pytanie, Granger. Co masz z tego dla siebie – rzekł z naciskiem. – Z trwania przy Zakonie, ze znoszenia ich irytującej niekompetencji, z nocy spędzonych na rozwikływaniu zagadek. Czym oni ci się za to odpłacają?
Milczała przez chwilę.
– To jest wojna – zaczęła wreszcie spokojnie. – Nikt nie myśli o opłacalności działań, nie skupia się na tym, co zyska, a jedynie na tym, co może uratować.
– Tak właśnie myślałem. Taka inteligentna, a taka… głupia. TO jest właśnie czas, kiedy można najwięcej zyskać. Czyżbyś nie wiedziała, ile fortun wzniosło się na wojennych zgliszczach? O ilu nazwiskach usłyszano wśród wybuchów?
Niemal wstała. Chyba jeszcze nikt nie nazwał jej głupią. Urażona ambicja i podeptane ideały bolały bardziej niż złamana ręka. A Hermiona była bardzo dumną istotą.
– Chcesz wiedzieć, czym mi się odpłacają? Miłością, troską, opiekuńczością i ciepłymi słowami! Czymś, o czym nie masz pojęcia!
– Doprawdy?
Ścisnęło ją w gardle. Przez chwilę zastanawiała się, którą część wypowiedzi kwestionuje. Ostatecznie wykluczyła drugi jej człon. Voldemort nie mógł przecież sugerować, że w istocie ma pojęcie o miłości i opiece ze strony innych. Faktem było jednak, że uderzył w czuły punkt. Wiedział? Domyślał się? A może wdarł się do jej umysłu? Był przecież mistrzem Legilimencji, a ona, wyprowadzona z równowagi, traciła kontrolę nad własną barierą. Teraz zaś podważał jej rozterki, wyciągając wszystko na wierzch. Nie mogła mu na to pozwolić.
– To są ciężkie czasy dla nas wszystkich.
– Nie uważasz, Hermiono Granger, że ty znosisz je lepiej niż reszta? Znasz swoje możliwości, które oni bezwzględnie wykorzystują. Dźwigasz na swych barkach ciężar nie tylko własnych, ale i cudzych problemów, które tak niefrasobliwie złożyli tam twoi… przyjaciele. – Prychnął szyderczo. – A mimo to, mimo że twoim kosztem umniejszają swoje kłopoty, wciąż nie dają rady. Potykają się nieustannie, krążąc po omacku jak ślepcy. Co będzie, kiedy wyjdzie na jaw, że cudowny Harry Potter jest tak słaby? W jaki sposób pokona Lorda Voldemorta, skoro znacznie silniejsza od niego Hermiona Granger nie ma z wrogiem żadnych szans.
Zrobiło jej się słabo. Wiedziała, że nie ma racji, przecież nie mógł mieć racji… Jego słowa wciąż bezlitośnie pobrzmiewały w jej głowie. Przerażała ją przebijająca z nich prawda, ich zimna racjonalność. Czuła jednak, że nie była to kwestią czystego rozumu, lecz wiary i serca. Voldemort nie miał serca, więc nie mógł jej zrozumieć. Tak, właśnie tak.
Powoli narastała w niej fala nudności. Dlaczego posuwał się do tak tanich sztuczek? Nie sądził chyba, że złamie jej wolę, wykorzystując fizyczne osłabienie jej ciała… Im usilniej zastanawiała się nad odpowiedzią na jego zarzuty, tym słabsza i bardziej zagubiona się czuła. Niepotrzebnie z tym walczysz, usłyszała jakby z tyłu głowy wątpiąc, czy były to JEJ myśli.
Nie, nie mogła mu pozwolić na zasianie wątpliwości w jej sercu.
– Znajdzie sposób – wydyszała, zaciskając palce na poręczy fotela. Drobne kropelki potu wystąpiły na jej czoło. – I nie jestem potężniejsza od Harry'ego. Nie dorastam mu do pięt.
– Mylisz się – odparł spokojnie. – Nie mówię o wyuczonych umiejętnościach, Granger. Mówię o faktycznej mocy i potencjale. – Nie rozumiała, co miał na myśli. Przecież to właśnie ona słynęła z odtwórczego recytowania definicji; nie Harry, mistrz praktyki.
Poczuła też, że zbliża się na skraj wyczerpania. Odkąd weszła do komnaty, słabła coraz bardziej – jak gdyby wysysał z niej wszelką energię, wzorem dementorów odbierającym ludziom radość… Obrzuciła go badawczym spojrzeniem. Co chciał osiągnąć? Voldemort widząc jej zmieszane spojrzenie, podniósł się z fotela.
– Przemyśl to, szlamo. Do zobaczenia.
Osłupiała.
– Uwalniasz mnie? Dlaczego?
Podejrzewała, że gdyby chciał ją zabić czy torturować, zrobiłby to już dawno. Nie rozumiała jednak, dlaczego obchodził się z nią tak łagodnie.
Posłał jej kpiarski, irytujący uśmieszek.
– Uważasz się za uwalnianą?
– A więc i to jest pojęcie względne…
– Odpowiedz: czy byłaś wolna zanim się tu zjawiłaś? Widzisz, nie mogę uwolnić więźnia, który sam wszedł do lochu. Ja nie znam żadnych ograniczeń. Ty natomiast, w pełni dobrowolnie, nałożyłaś ich na siebie całkiem sporo.
– Czarny Pan oświeca mnie swą mądrością – rzekła z gorzką ironią.
– Właśnie.
Zdawał się zignorować jej ton, dostrzegła jednak, że jego oczy niebezpiecznie się zwęziły.
– Myślisz, że nie widzę, co robisz? Czy naprawdę sądzisz, że mogłabym zmienić strony? Pozwolić byś wykorzystał mnie i zniszczył, gdy już nie będę potrzebna? Posłużyłbyś się mną przeciwko Harry'emu, a na koniec… nie, nawet nie chcę sobie tego wyobrażać.
– Za bardzo się cenisz, Granger. Nie zapominaj, kim jesteś – brudną szlamą, niewiele więcej.
Ledwo zdusiła prychnięcie.
– Nie zapominaj, że rozmawiasz z najmądrzejszą wiedźmą pokolenia. Nie traktuj mnie więc jak idiotkę.
– Nie śmiałbym, Hermiono Jean Granger.
– Z tego, co mówisz, wynika, że powinnam być twoim największym wrogiem. Czy przeszkadzałbyś sam sobie w pokonaniu Zakonu?
Miał ochotę się zaśmiać. Dziewczyna zdawała się kusić go, by ją zabił – rozumiał jednak dobrze jej pobudki. To wiedza. Chciała się dowiedzieć, znaleźć odpowiedź, zrozumieć.
Kiedy wstał gwałtownie z fotela, mimowolnie skuliła się w sobie.
– Mógłbym zrobić to każdego dnia, o każdej godzinie – wycedził zaciskając zęby. – Dlaczego by nie wbić kija w mrowisko?
Pomimo lęku, jaki wzbudzało w Hermionie jej położenie, czuła narastający gniew, spowodowany butą czarodzieja. Jego przerośnięte ego wypychało się z tego pokoju drzwiami, oknami i kominem! Żałowała, że sytuacja zmusza ją do tak ostrożnego dobierania słów; jedna nieprzemyślana uwaga mogła kosztować ją ciężkie obrażenia od klątwy, a nawet… Potrząsnęła ze zrezygnowaniem głową. Kiedy jednak zdecydowała się coś dodać, Voldemort powstrzymał ją niedbałym gestem i wskazał na drzwi. Zrozumiała, że jej audiencja właśnie się zakończyła.
– Żegnam – wypowiedziała, odwracając się na pięcie i kierując powoli w stronę wyjścia.
– Zapewniam cię, że jeszcze się zobaczymy. Udanych wakacji.
Posłała mu przeciągłe spojrzenie i wyszła bez słowa z wysoko uniesioną głową.
Czekający na korytarzu Snape drgnął, kiedy usłyszał zgrzyt klamki i ujrzał wychodzącą dziewczynę. Zaskoczyło go to. Nie widać było po niej żadnych obrażeń, żadnego grymasu bólu… A przecież jeszcze przed chwilą słyszał dobiegającą zza ściany ostrą wymianę zdań. Z doświadczenia zaś wiedział, że nie sposób było wyjść bez szwanku ze sporu z Czarnym Panem. Spodziewał się więc raczej przenikliwego krzyku ugodzonej zaklęciem ofiary niż widoku zirytowanej, ale niedotkniętej niczym poza słowami Czarnego Pana dziewczyny. Czyżby? Nie, to niemożliwe. Voldemort nikogo nie uznawał za równego sobie rozmówcę. Nikogo. Nawet słynącego ze swych błyskotliwych i ciętych ripost Mistrza Eliksirów.
– Masz mnie stąd zabrać. Willa del Dio Cieco, Toskania – powiedziała wbijając przed siebie martwy wzrok. Skinął bez słowa, zaintrygowany tożsamością dziewczyny.
Voldemort tymczasem zatopił się z powrotem w swym fotelu, zadowolony z przebiegu wydarzeń. Ta mała szlama miała charakter, to musiał jej przyznać. Choć miała wszelkie podstawy, by skamleć z przerażenia u jego stóp, zdołała zachować opanowanie, na jakie stać było tylko najwyższych rangą śmierciożerców. Zauważył, że lęk malujący się w jej oczach był niemal odruchowy, wynikający raczej z przekonania, że powinna się bać, niż z faktycznie odczuwanego strachu. Widział przecież zachodzące w trakcie dyskusji zmiany jej twarzy. Podejrzewał, iż jedynie świadomość surowych konsekwencji powstrzymuje ją przed prawdziwie bezczelną odpowiedzią. Nie zdawała sobie sprawy, jak niewiele od dzisiaj groziło jej z jego strony. Jeśli tylko nie przekroczy pewnych granic… Jeżeli tylko wypadki potoczą się po jego myśli, dziewczyna stanie się dla niego obosiecznym ostrzem, którego potrzebował dla realizacji swoich celów. Przypadki zaś… To, co w ciągu ostatniej doby wynikło z przypadku, tym razem w pełni go zadowoliło. Tym razem, nielubianemu Przypadkowi się udało.
Wstał i ruszył ku swemu rozległemu łożu, zrzucając po drodze szatę. Gdyby ktoś go teraz zobaczył, nie uwierzyłby, że to właśnie Czarny Pan szykuje się do snu. W tej chwili wyglądał i poruszał się tak… ludzko. Choć większość ludzi sądziła zapewne, że Lord Voldemort nie sypia nigdy, prawda nie mogła być dalsza od ich wyobrażeń. Nawet on potrzebował odpoczynku. Legł ciężko na wyszywaną srebrem narzutę, a jego zgrabne pośladki, oświetlone płomieniem z kominka, świeciły bielą skóry nietkniętej wrzodami.
