Rozdział pierwszy, część II
[Godryk]
Do moich nozdrzy dotarł znajomy mi zapach dymu tytoniowego i swąd palonego ciała. Przeszedł przeze mnie dreszcz podniecenia i nie mogłem dłużej się powstrzymywać. Wszedłem do pokoju i z fascynacją począłem obserwować poczynania krewnych. Pozostając wciąż niezauważonym zbliżyłem się do matki, siedzącej w rogu pokoju na paskudnie zielonym fotelu. Trzymała w prawej dłoni niewielką świecę, której płomień mienił się różnymi kolorami, począwszy od białego, a zakończywszy na krwistej czerwieni. Przykucnąłem przy podłokietniku, z radością wlepiając spojrzenie w tańczący ogień. Regularnie przykładała sobie świeczkę do skóry i odsuwała ją dopiero wtedy, gdy zaczął się unosić szarawy dym o nieprzyjemnym, wręcz odrażającym zapachu. Ukuła mnie zazdrość, że to nie ja mogę pozwolić sobie na takie przyjemności. Wzrok kobiety spotkał się z moim; na jej okrągłej, pokrytej bliznami buzi, wykwitł szeroki uśmiech, gdy wyciągnęła w moją stronę lekko spaloną dłoń. Z wielką radością ją pochwyciłem i drżąc, patrzyłem jak przysuwa świecę. Zamknąłem oczy, delektując się tą chwilą, co rusz wyginając ciało w spazmach rozkoszy. Pragnąłem, by nigdy się nie skończyły.
- Gertrudo, wystarczy. - Szorstki, męski głos rozniósł się po pokoju. - Ten szczyl strasznie śmierdzi.
Kobieta zachichotała, rozluźniając uchwyt. Wstała z fotela i prawie w podskokach doszła do mężczyzny, siadając mu na kolanach. Chciałem zaoponować; krzyknąć, że teraz Gertruda zajmuje się mną, ale ostre jego spojrzenie odebrało mi całą odwagę, którą z siebie wykrzesałem. Na dygoczących nogach podniosłem się i wtedy silna dłoń złapała mnie za włosy i rzuciła prosto na szorki dywan o kolorze wyblakłej już czerwieni. Czułem jak przeszywają mnie wzrokiem, lustrują każdy element ciała. Nie śmiałem drgnąć nawet o milimetr, pozwalając, by, przy akompaniamencie śmiechów, każdy mógł wymierzyć mi choć jeden cios. Z ust pełnych krwi wydobył się jęk, bynajmniej nie bólu.
- Twój syn jest nienormalny. Zupełnie jak ty – odezwał się znowu ten sam mężczyzna, przyciągając do siebie Gertrudę i wpijając się w jej usta z zachłannością. Przygryzł jej wargi, powodując, że zaczęły krwawić i z namiętnością począł je ssać. Gdy w końcu się od niej oderwał, spojrzał na nią niczym głodny wilk na swoją ofiarę. Uwięził jej nadgarstek w mocnym uścisku i pociągnął ją w kierunku schodów.
- Panie i panowie, ten chłopiec jest do waszej dyspozycji. Uwielbia tortury, więc nie wahajcie się wcielić w życie nawet najbardziej poronionego pomysłu jaki do głów wam przyjdzie.
Powiedziawszy to, zniknął na schodach i ostatnią rzeczą, jaką usłyszałem był śmiech Gertrudy. Byłem wdzięczny, że właściciel mojej matki o mnie nie zapomniał i zapewnił jeszcze trochę przyjemności, nim całkowicie się oddalił.
Kilka osób podeszło do mnie, bacznie mi się przyglądając. Jeden z zebranych trącił mnie butem, jakby spodziewał się, że już dawno jestem trupem. Przewróciłem się na plecy, czekając na rozwój zdarzeń, jednak nikt posunął się dalej. Lekko zawiedziony podniosłem się do pozycji siedzącej, wlepiając w nich wyczekujące spojrzenie.
Może już się mną znudzili, pomyślałem nie bez obawy.
Trzeba ich zachęcić, usłyszałem głęboki, mroczny głos w głowie.
Nie wiem jak... nie potrafię!
- Co zamierzacie ze mną zrobić? - Pytanie to mimowolnie wydobyło się z moich ust.
- Zabawimy się Godryku, nic więcej – odpowiedzieli, chichocząc.
Przed oczami błysnął mi srebrny sztylet, który chwilę później przyłożono do mojego policzka. Ostrze powoli przesunęło się po nim. Czułem krew, z wolna wypływającą z rany. Z niecierpliwością wyczekiwałem na kolejne dotknięcie chłodnego metalu, gdy z góry dobiegł nas hałas, krzyk i mnóstwo przekleństw. Po schodach zbiegł nagi Albert, blady i przerażony, spoglądając na nas jakby zobaczył co najmniej ducha.
- Gertruda... przypadek... nie chciałem! - Zdołał z siebie wydukać. Spoglądał na swoje ręce, jakby stało się z nimi coś strasznego.
Błyskawicznie podniosłem się do pionu i wbiegłem na górę, do pokoju, w którym mieszkała moja matka. Leżała na łóżku w całej okazałości. Oczy miała otwarte w szoku, a usta w niemym krzyku. Na jej szyi, zwykle bladej, widać było teraz purpurowe odciski palców mężczyzny. Na brzuchu i piersiach miała mnóstwo ran, jeszcze ociekających krwią, która powoli kapała na białą pościel. Reszta przybiegła zaraz po mnie i również przyglądała się martwej kobiecie. Kobiecie, która jeszcze kilkanaście minut temu śmiała się i rozmawiała z nimi w salonie.
- Cóż się wydarzyło, przyjacielu? - zapytał brodaty jegomość, którego wcześniej nie zauważyłem.
- Bawiliśmy się, zresztą jak zwykle – zaczął żywo gestykulować. - Powiedziała, że chce spróbować czegoś nowego, więc zrobiłem, co kazała. Trochę mnie poniosło, jakbym stracił na chwilę kontakt z rzeczywistością... kiedy się ocknąłem, leżała już martwa. - Złapał się za włosy i zaczął je szarpać.
- Trzeba pozbyć się ciała – zauważyła ciotka, dotychczas milcząca. - Należy ją zabrać daleko za wioskę i zakopać.
Ze spokojem kłócili się o to, co należy zrobić. Ja natomiast myślałem jedynie o tym, co musiała czuć w czasie umierania. O tej fali przyjemności, która zapewne ją zalała. Sam nie wymarzyłbym sobie lepszej śmierci i to z rąk osoby, która mnie naprawdę kocha!
- Godryku. - Głos, który wypowiedział moje imię, należał z pewnością do ciotki. - Zabierz ją! Pozbądź się jej, zrozumiałeś?
Kiwnąłem głową i podszedłem do ciała. Zawinąłem ją w pościel, która już przesiąkła krwią i zarzuciłem pakunek na ramię. Nie zdziwiła mnie jej lekkość. Była to niska kobieta o niewielkiej tuszy. Żwawym krokiem wyminąłem wszystkich, po czym wyszedłem z domu. Na całe szczęście była już późna pora i mogłem ukryć się w mroku. Nie byłoby zbyt dobrze, gdyby ktoś mnie nakrył jak paraduję z nagim ciałem martwej matki na ramieniu.
- Czy nie powinienem być smutny? - zapytałem sam siebie, idąc skrajem lasu w kierunku widocznego w oddali jeziora. - Gertruda zakazała mi płakać.
Gertruda zakazała ci czuć, odezwał się ten sam szyderczy głos.
- Kochała mnie. Nie wolno płakać, bo to by znaczyło, że jej nie kocham. Ona nigdy nie płakała. Ona się śmiała. Czemu więc nie miałbym śmiać się teraz?
Gwałtownie się zatrzymałem i rozejrzałem – znalazłem się w idealnym miejscu. Opuszczona dolina na skraju lasu wydawała się miejscem odpowiednim na pochówek. Delikatnie położyłem Gertrudę na chłodnej ziemi. Upadłem na kolana i zacząłem dłońmi odgarniać twardą ziemię, chcąc zrobić dla ciała jak największy dół. Zajęło mi to o wiele więcej czasu niż przypuszczałem. Gdy w końcu wrzuciłem ją do środka i zasypałem, Słońce zaczęło powoli wyłaniać się zza horyzontu. Dotknąłem po raz ostatni ziemi, pod którą leżała. Wbiłem w nią sztylet, który tak uwielbiała. Chciałem, aby miała jakąś przyjemność w swoim nowym życiu. Odwróciłem się i chciałem wracać, ale do moich uszu dobiegł dziwny hałas z głębi lasu. Jak gdyby jęk... Zaciekawiony tym zjawiskiem, natychmiast skierowałem swoje kroki w kierunku, z którego dobiegały hałasy. Dotarłem do tajemniczej polany, na środku której klękał związany mężczyzna. Obok niego leżało trzech innych, ale nie poruszających się. Jedyny przytomny wołał o pomoc, próbując oswobodzić się z więzów. Podkradałem się coraz bliżej i bliżej, chcąc mieć lepszy widok na całą tą sytuację. Wtedy z ciemności wyłoniła się kolejna postać, trzymająca przed sobą dziwny patyk. Przez myśl przeszło mi kilka sposobów na jego wykorzystanie. Przyjrzałem się temu człowiekowi: zdecydowanie był to mężczyzna. Widziałem męskie rysy jego twarzy i te szarawe oczy, wpatrujące się w unieruchomionego chłopaczka. Czarne włosy, lekko zwichrzone i równie ciemna szata, powiewająca na wietrze. Wycelował patykiem w pierś swojego jeńca i, poruszywszy tylko ustami, sprawił, że ten zaczął wrzeszczeć i dygotać. Nie mogłem się powstrzymać i podkradłem się jeszcze bliżej, podziwiając czyny nieznajomego. W końcu wyszeptał dziwnie brzmiące słowa i zielony błysk padł na mężczyznę, który natychmiast padł i już więcej się nie poruszył.
- Ścierwo... - warknął, chowając patyk między połami swojej szaty. Odwrócił się, gotów odejść, więc wykorzystałem okazję i podszedłem do ciał, sprawdzając, czy jeszcze żyją. Z zaskoczeniem stwierdziłem, że już nie.
- Jak można kochać kogoś tak mocno... - powiedziałem głośno. Chyba za głośno, bo mężczyzna odwrócił się, wbijając we mnie zszokowany wzrok.
