Kiedy Kenma budzi się następnego ranka, tuż przed jego twarzą znajduje się coś czarnego i puszystego. Kicha, a ciężka masa wokół jego pasa porusza się. Marszczy brwi, patrząc w sufit. Co...?
- Hrrnnng – z bryły na jego klatce piersiowej dochodzi niski pomruk i Kenma spogląda w dół. Zmierzwione czarne włosy i... kocie uszy?
Kenma przymyka oczy. Przypomniał sobie wczorajszy dzień. Racja. Wyczerpana bateria, deszcz, kot, nagi chłopak z mięśniami brzucha, chwila, co. Jego oczy znowu się otwierają, a on odpycha bryłę.
- Złaź.
- Mmmrrw – Chłopak opada z powrotem za swoją część łóżka, a jego oczy powoli się uchylają. Kenma siada i zastanawia się, czy powinien panikować, że nie panikuje, budząc się obok nieznajomego (no, tak jakby). Tak właściwie, to Kenma czuje się... całkiem dobrze, przynajmniej raz, biorąc pod uwagę fakt, że to dzień roboczy- o cholera.
- Poranny trening! – Kenma gramoli się z łóżka, by upaść twarzą prosto na podłogę. Jęczy, wstając i starając się założyć mundurek. Poprzedniej nocy zapomniał nastawić budzik i teraz ma tylko pół godziny, żeby wyjść z domu. Kenma jest tak zajęty wyobrażaniem sobie potwornych dodatkowych okrążeń, jaki każe mu biegać Yaku-san, że nawet nie zauważa Kuroo, siedzącego i patrzącego się na niego z rozleniwionym uśmieszkiem na twarzy.
- Hej, Kenma?
- Co? - Kenma gorączkowo przekopuje szafę, zastanawiając się, gdzie się, kurczę, podziała jego bluza, kiedy jest pewny, że widział ją tutaj wczoraj.
- Masz bluzkę założoną na lewą stronę.
- Co? - Kenma zerka w dół i zauważa, że ma rację. Szybko przerzuca bluzkę na drugą stronę i wciąga ją na siebie z powrotem, wracając do poszukiwań. – Słuchaj, mam poranny trening i szkołę, tak że nie będzie mnie cały dzień, więc powinieneś- ty tylko... - Kenma odwraca się, trzymając w rękach znalezioną bluzę, na twarzy ma jednak niepewny minę – Ty... - Kenma mruga na widok czupryny Kuroo, która (o dziwo) jest jeszcze gorsza niż ten najeżony bałagan, który pamięta ze wczoraj. - Łał, twoja poranna fryzura jest imponująca.
Kuroo patrzy na niego spode łba, nadaremnie próbując przyklepać swoje czarne włosy
- Mówi to chłopak z budyniową głową.
- Nie chciało mi się znowu ich farbować, – mamrocze Kenma, zakładając bluzę. – Co zamierzasz robić cały dzień? Zakładam, że tu zostajesz.
Kuroo szczerzy się do niego.
- Nom – mówi, przeciągając „o" - Będę twoim nowym zwierzątkiem. Lubisz koty, co nie?
- Nie jesteś prawdziwym kotem – przypomina Kenma. Wzdycha, uznając, że nie ma na to czasu. – Co, jeśli moi rodzice cię złapią?
- Po prostu zmienię się z powrotem w kota i schowam. Mogę tak wytrzymać przez pół dnia, prawie.
Kenma wzdycha.
- Nie zniszcz proszę moich gier, kiedy mnie nie będzie – Przystaje w drzwiach, wychodząc – Wydaje mi się, że w lodówce zostało jeszcze trochę ryby.
Kuroo posyła mu całusa, a jego kocie uszy drgają mu na głowie.
- Miłej zabawy z rzucaniem piłkami, Kenma!
- Kenma z trzaskiem zamyka drzwi.
- Hej, Kenma, wszystko okej? - Yaku-san zerka na niego z niepokojem – Wyglądasz na chorego.
- Jest w porządku – chce odpowiedzieć Kenma, ale przerywa sobie kichnięciem.
- O kurna, myślałem, że dach zmiecie! - rechocze z boku Yamamoto, a przy nim Fukunaga potrząsa głową.
- Jest w porządku – powtarza Kenma, pocierając nos. Zaniepokojone spojrzenie Yaku-san nie znika.
- Czy ty wracałeś wczoraj do domu w deszczu? Dlatego jesteś chory? Jeżeli jesteś chory, powinieneś wrócić do domu.
- No, co jeśli nas wszystkich pozarażasz? Nie chcę twoich zarazków – wtrąca się Lev, unosząc ręce do góry.
Kenma posyła mu spojrzenie, sprawiając, że długonogi olbrzym krzyczy i szybko odbiega.
- Nie jestem chory – mówi, kiedy kolejne potężnie kichnięcie wstrząsa jego ciałem.
- Uważam, że jesteś chory – deklaruje Yaku-san i podchodzi bliżej. Wyraz jego twarzy przypomina Kenmie jego matkę, kiedy ta podjęła jakąś decyzję i zamierza zastraszyć wszystkich tak, żeby robili to, co ona chce, jednocześnie wykrzykując: „To dla twojego dobra!"
- Cóż, trening i tak już się prawie skończył – przerywa kapitan, Kai, oszczędzając Kenmie przerażającego losu – zaniańczenia go na śmierć przez libero drużyny – Kenma, możesz spokojnie przebrać, a jeżeli naprawdę nie czujesz się najlepiej, to możesz potem iść do domu.
Kenma kiwa głową, pocierając nos. Wolałby nie iść do domu, bo to oznacza tylko późniejsze nadrabianie materiału. Jednak czuje się trochę niewyraźnie, jego mózg pracuje wolniej, niż zwykle, co potwierdza się, kiedy jedna z piłek ściętych przez nadmiernie podekscytowanego Inuokę boleśnie koliduje z jego głową. Macha ręką na „Przepraszam, Kenma-san!" i kieruje się do szatni.
Jakimś cudem udaje mu się przetrwać dzień, ale kiedy wybrzmiewa ostatni dzwonek, on prawie umiera już na stojąco. Nie jest nawet w stanie wykrzesać z siebie na tyle siły, żeby pograć na telefonie. Dzięki bogom, że to piątek, bo pierwszą rzeczą, jaką zrobi, kiedy dojdzie do domu, będzie padnięcie na łóżko i spanie, aż przejdzie mu ból głowy.
Niestety, w chwili, kiedy dochodzi do domu, uderza w niego zapach pieczeni. Upuszcza torbę wbiegając do kuchni, gdzie znajduje wysokiego chłopco-kota stojącego przy kuchence, nucącego sobie, przerzucając coś łopatką.
- Kuroo – Kenma przysuwa się bliżej i odkrywa, że pieczeń w rzeczywistości pachnie ładnie, a nie jak spalenizna.
- Oh, wróciłeś – ogon Kuroo trzepie go po ramieniu – Lubisz ryby?
Kenma wzrusza ramionami.
- Umiesz gotować?
Kuroo posyła mu charakterystyczny uśmieszek.
- Umiem wiele rzeczy, skarbie.
Kenma kiwa głową, zastanawiając się, czy godnym ubolewania jest fakt, że już przywykł do graniczących z flirtem rzeczami, które wygaduje Kuroo. Podnosi torbę, żeby odnieść ją na miejsce. Kiedy wraca na dół, Kuroo już rozkłada talerze pełne czegoś parującego. Siada, odrobinę zdziwiony, że ryba wygląda naprawdę nieźle.
- Hej, nie bądź taki zaskoczony – mówi Kuroo, którego talerz już jest w połowie pusty. - Zawsze jestem dobry w tym, co robię. No, chyba że nie jestem – dodaje po namyśle.
Kenma decyduje się nie odpowiadać, pomimo że musi się zgodzić – ryba w istocie nie jest taka zła. W każdym razie, lepsza niż wszystko, co on sam umie przyrządzić – wzdryga się na wspomnienie próby ugotowania sobie obiadu, kiedy jego rodziców nie było. Na suficie wciąż są ślady po przypaleniu.
- Dobre? - szczerzy się Kuroo.
Kenma przytakuje.
- Dziękuję.
- A w szkole było fajnie? - Kuroo podąża za Kenmą na górę do pokoju, a po drodze jego ogon ciągnie się po ścianach. - Jak z treningiem?
- Mm.. Było w porządku – odpowiada Kenma. Pociera nos, czując nadciągające kichnięcie, ale je wstrzymuje.
- Tylko w porządku? Nie lubisz przypadkiem siatkówki?
- Jest okej – Kenma opada na łóżko, mając wrażenie, że jego głowa wypchana jest watą. Zamyka oczy.
- Hej, wszystko dobrze? - Kenma uchyla jedno oko i jak przez mgłę widzi pochylającego się nad nim Kuroo z niepokojem w oczach,
- Mm – obraca się i przykrywa kołdrą. Trochę tu zimno. - Czy mógłbyś.. um. Rodzice niedługo... wrócą. Do domu... - kichnięcie przechodzi w kaszel. Kenma patrzy spode łba na ścianę.
- Jesteś chory, co nie.
- Nn. Nie – kasłanie.
- Owszem, jesteś – dodatkowy ciężar na jego łóżku znika, co sprawia że Kenma odwraca się z powrotem i otwiera oczy.
- Gdzie... - prawie dostaje ataku serca, kiedy tuż przy jego twarzy znajduje się twarz Kuroo. Patrzy, jak czarne kocie uszy opadają, a chłopak wpatruje się w niego tymi bystrymi, przeszywającymi oczami.
- Powiedz mi, Kenma. Co mam robić?
Kenma mruga.
- Robić...?
- Nigdy wcześniej nie zajmowałem się chorym. Mam zadzwonić po karetkę?
- Nie. To nie jest... to nie jest nic poważnego, ja tylko- Kenma zaczyna kaszleć i pociąga nosem. - Mama zwykle robi zupę. I każe mi brać – kaszel, charczenie, wow to przeziębienie rozwija się trochę zbyt gwałtownie, nie? - leki.
- Gdzie są?
- W kredensie obok telewizora...
- Zaraz będę.
Kenma zamyka oczy. Teraz ból głowy dudni mu w głowie. Minute później miękkie nacisk pojawia się na jego czole i znowu otwiera oczy. Kuroo trzyma za dużo pudełek z pytaniem, które jest właściwe. Kenma wskazuje i jakimś cudem siada, żeby zażyć leki, podczas gdy Kuroo przygląda mu się uważnie, jak gdyby w innym razie rozpłynąłby się w nicość.
- Już czujesz się lepiej? - pyta chłopak-kot, wpatrując się w niego bacznie.
- Nie – chrypie Kenma po kolejnym ataku kaszlu. - To nie- to nie działa tak szybko – pociąga nosem, opadając z powrotem na łóżko. - Powinieneś... trzymać się z daleka. Na wszelki wypadek. Będziesz chory.
Kuroo patrzy na niego z ukosa, ale Kenma jedynie zakopuje się z powrotem pod kołdrą. Czuje się jakby przejechała go ciężarówka, a potem wrzucono go do rzeki. On nawet nie umie pływać.
Odgłos szurania, po którym łóżko ugina się obok Kenmy pod wpływem wagi drugiej osoby. Następuje małe wiercenie, a potem silnie, ciepłe ramię owija się wokół boku Kenmy.
- Co ty robisz? - jęczy.
- Zimno ci, więc...
- Nie jest... mi zimno... - Kenma obraca się, próbując zrzucić z siebie ciężar Kuroo, ale on jest od niego silniejszy. - Będziesz chory – fuka, zbyt zmęczony, by się kłócić.
Coś delikatnego łaskocze go w szyję, gdy Kuroo trąca jego twarz swoją.
- Nie. Masz dreszcze. A ja nie choruję.
Wtula się jeszcze bliżej, owijając ogon również wokół nóg Kenmy
Kenma daje sobie spokój z odpowiedzią, zapadając już w sen.
Kiedy budzi się później, wokół niego nie ma już silnego, dziwnie znajomego ramienia. Niebo jest ciemne, ale on już nie ma dreszczy.
- Jak się czujesz, Kenma? - cichy głos jego matki rozbrzmiewa gdzieś nad nim, a chłopak zerka w jej kierunku. Przebrała się ze swojego biznesowych ubrań w wygodne spodnie dresowe, które zwykle nosi w domu – Kenma musiał spać przez godziny – Jesteś głodny?
Podnosi się lekko, pocierając oczy. Wciąż ma wrażenie, jakby jego głowa była wypchana watą, ale już nie czuje się jak śmierć lub zgniłe warzywa.
- Ja... Trochę.
- Dobrze, więc... zrobiłam gulasz, jeśli chcesz. Potem powinieneś się umyć i odpoczywać, jasne, kochanie? Brałeś już leki?
Kiwa głową. Czuje, że o czymś nie pamięta, aż ostatnie pytanie zostaje zadane, a wtedy spogląda na nią, lekko zaalarmowany. Jeśli ona jest w domu, a on był przez jakiś czas nieprzytomny, to gdzie był Kuroo?
- To dobrze. Powinieneś był nam powiedzieć, że adoptowałeś kota, Kenma. Nie masz pojęcia, jak się zdziwiłam, kiedy wróciłam do domu i zobaczyłam to maleństwo skrobiące w twoje drzwi.
Przez chwilę Kenma panikuje, bo jej słowa po prostu nie miały sensu. A potem patrzy we wskazane miejsce, by zobaczyć zadowolonego z siebie kota zwiniętego na kocach u jego stóp. Kot leniwie otwiera jedno oko i mruga do niego.
- Uh – odpowiada inteligentnie Kenma. Jego matka się uśmiecha.
- To mądry kot, powiedział mi, że się źle czujesz – przesuwa się do jego drzwi. - Zejdź na dół i coś zjedz, ok?
Kiedy jej kroki cichną, on gapi się na kota w ciszy pełnej osłupienia. Kuroo po prostu przewraca się i liże łapę, a aura wokół niego jest bezceremonialnie zwycięska. Jak gdyby mówił patrz, jaki jestem wspaniały, nie musisz mi dziękować. Kenma potrząsa głową, odgarniając kołdrę.
- Teraz rodzice myślą, że cię adoptowałem – oznajmia kotu.
Kot po prostu do niego mruga.
- Co ja im powiem, kiedy dowiedzą się, że umiesz mówić? I chodzić? I że tak naprawę jesteś kocio-ludzką hybrydą?
Kenma może przysiąc, że kot przewraca oczami. Kuroo wstaje i trąca go łbem w bok.
- Okej, idę – Kenma wstaje powoli, w razie, gdyby dostał nagłych zawrotów głowy. Kiedy jest w stanie stać bez upadania z powrotem na twarz, spogląda w dół na kota. - Dzięki.
Puszyste, czarne stworzenie nawet nie zwraca uwagi na wymamrotane słowa wdzięczności, tylko truchta przy budyniogłowym z ogonem wysoko w górze.
- Jak długo jeszcze masz zamiar tak zostać?
Kenma leży z powrotem w łóżku po gorącej kąpieli i obiedzie. Czuje się trochę lepiej, ale wciąż jest zmęczony. Kot Kuroo siedzi obok niego, oporządzając swoje futro. Kenma jest odrobinę zaskoczony normalnym, kocim zachowaniem, ale dochodzi do wniosku że naprawdę nie wie nic o hybrydzie.
Kot zerka na niego przelotnie zanim wzrusza jednym ramieniem.
- Jest określony czas, w którym możesz się zmieniać? - Kenma czytał i grał w wystarczającą ilość gier wideo, by podchodzić do tego w całkowicie naukowy i metodyczny sposób. Poza faktem, że, oczywiście, istoty jak Kuroo nie istniały.
Kot posyła mu spojrzenie w stylu: Jestem kotem, spodziewasz się, że ci odpowiem?
Kenma wzrusza ramionami. Ziewa i zaczyna lekko kasłać, kiedy mości się pod kołdrą.
- Powinieneś mi to... wyjaśnić – mówi sennie, kiedy jego powieki znów się zamykają. - Skoro... zostajesz i w ogóle.
Kenma tego nie widzi, ale kiedy to powiedział, kocie uszy poderwały się do góry. Przeszywające oczy wpatrują się w śpiącego chłopaka z jakimś silnym, trudnym do opisania uczuciem. To dziwne jak łatwo budyniogłowy akceptuje Kuroo, a jednocześnie nie jest to szczególnie zaskakujące. Jest tak, jakby za długo się włóczył i wreszcie znalazł dom i schronienie. Nawet nie planował naprawdę zostać, to było wszystko pod wpływem chwili, a tego dnia było serio zimno. Ale w jakiś sposób, w ciągu ostatnich 24 godzin, młodszy chłopak zdołał przedrzeć się przez jego mury i sprawić, że chciał wyznać każdy z sekretów, które ukrywał przez cały czas samotności. To przerażające. Ale Kuroo nie sądzi, żeby mu to przeszkadzało. Nie, wcale mu to nie przeszkadza.
Wiem, miałam się sprężyć, przepraszam, ale mój laptop padł, a potem wyjechałam z rodziną i nie miałam jak wstawić. Aha, za betowanie tych rozdziałów jestem dozgonnie wdzięczna diasyfake (z .com), jesteś cudowna :) Mam nadzieję, że rozdział nie zawiódł.
-blankets.
