Rozdział I

Szaleństwo to niemożność przekazania swoich myśli. Trochę tak, jakbyś znalazła się w obcym kraju – widzisz wszystko, pojmujesz, co się wokół ciebie dzieje, ale nie potrafisz się porozumieć i uzyskać znikąd pomocy, bo nie mówisz językiem tubylców.

Paulo Coelho, Weronika postanawia umrzeć

Nazywam się Bella, a raczej jak chcą tego moi lekarze: Isabella Marie Swan, mam 17 lat i od bardzo długiego czasu mieszkam w Szpitalu. Szpital w moim przypadku to eufemizm słowa więzienie... Chociaż w oknach nie ma krat nie można ich otworzyć, drzwi zamykane są tylko od strony korytarza, a jedyne rośliny, jakie znajdują się w zasięgu moich oczu to majestatyczne dęby w ogrodzie. Nasi lekarze – grupka przymilnych, ostrożnych postaci w białych kitlach z włosami (w przypadku kobiet i niektórych pielęgniarzy) związanymi w ciasny, nieruchomy kok, tak, aby żadne pasmo włosów nie wystawało. W końcu wszyscy jesteśmy wariatami... Wszyscy, nawet ci, którzy mają nas pilnować. Czasem udaje mi się podsłuchać, co mówią o mnie pielęgniarki – zazwyczaj nazywają mnie „dożywotką", – co w ich slangu ma oznaczać pacjenta, któremu nie będzie już dane wyjść poza mury Szpitala. Jest nas na oddziale trzy: ja, 2463 i 2843 – to numery porządkowe naszych kart i tak się do nas zwracają lekarze. Ja jestem przypadkiem szczególnym – nikt, od kiedy pamiętam nie powiedział do mnie ani słowa poza tym co jest niezbędną koniecznością. Jestem niebezpieczna, wie to niejedna z tych przymilnych pielęgniareczek która weszła mi w drogę w złym momencie... Zazwyczaj jestem w stanie rzeczowo i konkretnie myśleć, ale kiedy napiera Ciemność wychodzi ze mnie ta gorsza natura. Ciemność... Tak, jej nie jestem w stanie ignorować zupełnie jak gdyby miała klucz, który otwiera jej wszystkie zamki w moim umyśle. Kiedy ostatnim razem chciała mnie sobie podporządkować przez tydzień byłam w katatonii. Zdaję sobie sprawę, że to głupio brzmi, nawet, gdy tylko o tym myślę, ale Ciemność jest coraz silniejsza, jej ataki coraz potężniejsze, a mój opór zbyt słaby bym mogła ją raz na dobre odepchnąć od siebie. Po każdym kolejnym jej ataku coraz dłużej przychodzi mi dojście do siebie... Jedyną rzeczą, jaka broni mnie przed popadnięciem w Ciemność jest sen... Nie byle, jaki, zwyczajny sen... Gdybym pokazała go wam w komputerze pewnie nie widzielibyście w nim nic niezwykłego, ot rojenia schizofrenicznej nastolatki... Zaczyna i kończy się w lesie, gęstym, zielonym, wilgotnym i żywym... Takim, jaki pamiętam z dzieciństwa... Wychodzę z niego, przebijając się przez nieznośnie mokre kępy paproci i niskich drzew, zza których widać coś błyszczącego w słońcu. To coś niczym Gwiazda Polarna kieruje mnie zawsze we właściwym kierunku – na idealnie okrągłą, otoczoną ze wszystkich stron lasem polanę. Trawa wyścielająca ziemię pełna jest kwiatów w dwóch kolorach – białych niczym śnieg stokrotek i niebiańsko niebieskich niezapominajek. Po chwili wszystko traci znaczenie i liczy się tylko lśniący w słońcu chłopak, jego wyścielana miliardami mikroskopijnych brylancików skóra, ciemnokasztanowe włosy i nieludzko blada skóra. Samo patrzenie na niego sprawiało mi ból, jak gdyby to niemal bolesne piękno niosło ze sobą śmierć dla patrzących... Dla jednego spojrzenia byłam gotowa oddać mu duszę, życie, ciało i krew czy czego by tam jeszcze zażądał. Nie poruszał się, przypominając marmurowy posąg dawno zapomnianego bóstwa. Po chwili chłopak rozchylił wargi i spomiędzy nich dobył się cichy syk, w ułamek sekundy później był już przy mnie głaszcząc moje włosy... Szepcze mi do ucha:

– Bello, och Bello...

Wtedy głośno nabrał powietrza i jego oczy ze złociście kajmakowych zamieniają się w czarne. Chłopak warknął gardłowo i odsunął się ode mnie chcąc lepiej ocenić swoje szanse na atak. Zrozumiałem, że to jedyna możliwość by uciec... W chwilę później na nowo przedzierałam się przez mokre zarośla krzycząc w niebogłosy:

– Edwardzie... Nie!

Złapał mnie przewracając, a jego ostre jak żyletki zęby wbiły się w moją szyję. I po raz kolejny obudziłam się związana pasami, nie będąca w stanie nawet zetrzeć sobie kilku kropli potu z czoła...