Rozdział 2

Hermiona otwiera oczy. Widzi czerwone ślepia. Ślepia, bo to nie oczy. Żaden człowiek…

Silencio tłumi jej krzyk. Spojrzenie tej kreatury sprawia, że jej płuca opuszcza całe powietrze. Brakuje jej tchu.

Lord Voldemort delikatnie wodzi palcem po jej policzku. Jego długi, ostry paznokieć lekko zadrapuje skórę.

– Wydaje się, że oszczędziłaś mi wiele kłopotu, panno Granger. Kolejny raz stanęłaś na wysokości zdania. Wszyscy jesteśmy ci bardzo wdzięczni.

Hermiona nie próbuje już nic powiedzieć. Nawet mruganie wydaje jej się bezsensowne. Milczy.

– Jak odkryłaś, że jest moim horkruksem? Nawet mnie dojście do tego zajęło trochę czasu. Nie tak łatwo na to wpaść, chociaż kiedy już się to odkryje, człowiek nie może nadziwić się własnej ślepocie, prawda?

Patrzy jej w oczy, a ona nie może odwrócić wzroku.

– Oczywiście to nie mógł być on. Potter był na to zbyt durny. To ty zawsze wpadałaś na najlepsze pomysły. To szlama Pottera sprawiała, że moje plany spełzały na niczym… – syczy z nienawiścią. – Do czasu.

Wtedy jej wzrok pada na naszyjnik, który Czarny Pan dzierży w dłoni. Zatrzymuje na nim swój wzrok. Nie mruga. Widzi, jak palce Voldemorta głaszczą zdobioną powierzchnię medalionu.

– Myślisz, że to jego sprawka? – pyta, przekrzywiając głowę.

Hermiona mruga, dopiero kiedy zaczynają ją szczypać oczy.

– Nie jesteś pewna. Nie wiesz. – Głos Voldemorta zdradza oznaki rozczarowania. – Te rzeczy, które czasem przychodzą nam do głowy w czasie snu.

Voldemort kręci lekko głową i uśmiecha się przebiegle.

Hermiona odwraca wzrok. Nie spotyka się to z jego uznaniem. Brutalnie chwyta jej twarz i zwraca ją ku sobie.

– PATRZ NA MNIE, KIEDY DO CIEBIE MÓWIĘ, SZLAMO.

Hermiona otwiera usta, by odpowiedzieć mu, żeby spierdalał, bo nie wydaje jej się, by ktokolwiek wcześniej odważył się na coś takiego. Chce, by skorzystał z różdżki i był skuteczny.

Ale połyka własne słowa.

A on panuje nad sobą znacznie lepiej, niż sądzi. Hermiona nagle nie jest pewna, czy cały czas nie czyta w jej myślach, czy on nie słyszy każdej jej myśli.

Medalion buja się sennie, leniwie, na swoim miejscu.

Jedna dłoń trzyma różdżkę, palce drugiej wpijają się boleśnie w jej podbródek. Na jego twarzy drga niewielki mięsień. Voldemort oddycha powoli i ciężko.

Hermionie wydaje się, że on się przed czymś powstrzymuje. Ewentualnie dopiero się na coś namyśla.

Harry. Harry Potter – słyszy w swojej głowie. Wypływają wspomnienia z ostatnich miesięcy. Nie może powstrzymać go przed tą ingerencją, bo nigdy nie uczyła się Oklumencji.

Zawsze była zbyt chłonna i otwarta.

Wina i wściekłość zamraczają jej obraz. Przeważa jednak smutek. Hermiona walczy ze sobą, by nie rozpłakać się na jego oczach. Voldemort nie zasługuje na to, by widzieć jej łzy.

Nienawidzi go. Ale to proste. Co jeszcze?

Nie jest pewna, które z nich tego docieka.

Co jeszcze, prócz nienawiści?

Strach. To jasne. Ciekawość. Tak. Oczywiście. Żądza zemsty. Przemoc.

Mag przez długi czas milczy, przygląda jej się badawczo.

Hermiona robi to samo.

– Wiesz, dlaczego pierwsza Avada Kedavra go nie zabiła? – pyta ją wreszcie.

Hermiona drży. Boi się tego kłamstwa, którego nigdy nie będzie miała szansy zweryfikować.

Voldemort pochyla się, chcąc wyszeptać te słowa wprost do jej ucha.

– Najpierw zabiłaś tkwiący w nim kawałek mojej duszy. Gdybyś nie wypaliła drugiej Avady Kedavry, nic by mu nie było.

Odchyla się do tyłu. Cokolwiek wyczytuje z jej twarzy, wydaje się być zadowolony tym, co widzi.

– Choć, jak przypuszczam, mógłby poczuć się niepełny, samotny. Ta łącząca nas więź była dość wyjątkowa. Będzie mi tego brakowało.

Wybucha nieludzkim, szyderczym śmiechem.

Zza ramion pochylającego się nad nią Voldemorta wyrastają nieznani jej, zamaskowani mężczyźni. Nie wie dlaczego, ale jest pewna, że to im zawdzięcza swoją obecność tutaj.

Im i temu przeklętemu żelastwu zwisającemu z jego szyi.