Sen był dziwny. Pełen obrazów i dźwięków niepowiązanych ze sobą. Huk wystrzałów, krzyki rannych, ale również szept wiatru, śpiew ptaków i czysty dźwięczny śmiech. Był tryskający olej, był kurz z pola bitewnego, były kwiaty, wielkie miasta i spokojnie wzgórza.
Balckmoon nie był wcale wypoczęty. W głowie wszystko mu się kołatało. Mino to zachował czujność. Jeśli raz opuścisz wzrok wroga czeka cię szybko i pewna śmierć. No może przesadził z szybką, ale na pewno zginałby.
Deptak był jak zwykle zatłoczony. Większość spacerowała nie mając nic więcej do roboty. Ta codzienność… Moon zaczął liczyć ile mu jeszcze zostało do odsiadki. Po chwili jednak zrezygnował. Po co wpędzać się w depresję, skoro i tak jest już niewsypany?
Hierarchia więzienna była najbardziej widoczna na spacerniaku. Ci najniżej położeni, albo ci, którzy nie umieli się określić wędrowali bez celu zataczając kręgi wokół murów. Ci, którzy mieli, co nie, co trzymali się ci ciasnych grupkach przy wstępach kamienni lub przy jakimś złomie. Zdarzali się „zbieracz" grzebiący we wszystkim, co znajdzie. Na samej górze byli tacy jak Blackmoon. Stojący na uboczu, obierający się o ściany, obserwujący. Zawsze czujni „wojownicy" majmy nie wielu przyjaciół, ale przyjaciołom tym oddali by własne życie. Tacy mieli własny kodeks postępowania. Jeśli ktokolwiek przeżyje to piekło, a tej pustynnej planecie, to właśnie tacy osobnicy o gniewnych oczach.
Coś przysłoniło słońce. Moon podniósł głowę i wyostrzył wizjery. Gdzieś tam kilkaset kilometrów na nad nimi wielki transportowiec z rodzaju latających fortec płyną leniwie przez przestrzeń. Były autobot pamiętał jak sam podróżował kiedyś takim kolosem. Wrażenie było takie jak by się nigdy nie opuściło Cybertronu. Wszystko wypucowanie, bo świeżo upieczonych kadetów ciągle zaganiało się do sprzątania. Bot uśmiechnął się pod nosem. I on był kadetem i on młodych do roboty zaganiał. Życie było dobre.
Star siedział przy nim deptując się słońcem. Pustynia pustyniom, ale i tu każdego, transformera dopadła korozja. Wiec, gdy tylko nadarzała się okazja wygrzewano się na słońcu. Zupełnie jak starsi ludzie za Ziemi… Moon ponowie pojrzał na transportowiec. Miał jakieś ze przeczucia. Wydawało mu się, że jego lot powinien być nie, co bardziej wyrównany. Może to tylko jego wyobraziła, ostatnio płatająca mu figle pod postacią dziwacznych snów. Może najwyżej traci zmysły. To by, bo w cale nie zdziwiło.
Gdzieś w południowym krańcu spacerniak urządzono mały ring. Moon musiał się wyciągnąć by coś zoczyć z całego przedstawienia. Za czasów Wielkiej Wojny dorównywał wzrostem największych botom, a teraz jak by na przekór jego wcześniejszego życia miał przecięty wzrost. W końcu jednak dojrzał małego czarnego cona wykrzykującego coś do parokrotnie większego od siebie olbrzyma.
- Chyba Blackbird właśnie funduje sobie śmierć w wyjątkowo wyszukanym pokapowaniu – odezwał się bot do Starflash'a. – Ciekawe gdzie Redblade.
- Joker? Pewnie w pierwszym rzędzie – mruknął obojętnie con.
- Taa… czy to tylko moja wyobraziła, czy ten statek rzeczywiście leci nie równo? – Spytał Moon wskazując na niebo.
- Wiesz może, ale mnie to raczej nie obchodzi.
Gdzieś na transportowcu pasożyt oblepił okablowanie. Przez długie dni topił izolacje by móc pożywiać się mocą z potężnych silników. Jego obecność wywołała spięcie. Spięcie uszkodziły stery. Niby trywialna usterka. Ale…
- Star mam dobre i złe wieści, które na pierw?
- Co? Chyba ci już do reszty odbija. Niech ci będzie, najpierw dobre.
- Blackbird już się podnosi i widocznie tamten gość go nie zabije.
- To były dobre wieści? W takim razie, jakie są złe?
- Pamiętasz ten transportowiec?
- No?
- Zaraz na nas spadnie i raczej tej katastrowy nie przeżyjemy.
- Błagam powiedz, że żartujesz.
- A wyglądam żebym żartował?
Dwa transformery dyskretnie wycofały się w południową część placu. Słońce po raz wtórny zostało przysłonięte, a cień wzbudził popłoch wśród więzów. Zwłaszcza, gdy w niebo wzbiło się kilka statków ewakuacyjnych pełnych ich dotychczasowych strażników. Popłoch jednak wybuch dopiero wtedy, gdy było już za późno. Ogromy wrak z zadziwiającą szybkością spadał na ziemię. Nic nie mogło go powstrzymać. Zagłada przyszła z niebios…
Pierwszy wybuch był błyskiem bez dźwięku. Ci, którzy byli najbliżej zastrzygli w połowie ruchu. Tak chwila zdawała się trwać w wieczność. Przerażająca cisza, w które nadchodziła śmierć.
Potem przyszła fal uderzeniowa, która zapoczątkowała piekło.
Ci, którzy wcześniej stanęli zostali zdmuchnięci jak lalki ze spalonego papieru. Ci, którzy myśleli, że mają szczęście pochłonęła ściana ognia wywołana wybuchem reaktora zasilającego wszystko w kolonii. Dalej wybuchały wieżyczki strażnicze i wszystkie podłączone do nich systemy. Temperatura osiągnęła takie stadium, że uciekający skazańcy topili się zostawiając za sobą plany własnego metalu. Powietrze stało się żrącym kwasem, a piasek nawiany z pustyni leniał się w szkło.
Kolejne eksplozje wstrząsały budynkami. Moon biegł przed siebie tak szybko, że Starflash ledwo za nim nadążał. Wiodła go wola przetrwania. Nauczył się słuchać jej głosu pod czas wielu bitwie, gdy jego życie wsiało na włosku. To mogło go podnieść, gdy cała energia w jego ciele była już wyczerpana i myślał, że jego iskra jest już częścią Matrycy.
Nagle z pomiędzy huku i wrzasku ginących trasformerów wyłoniło się jedno wołanie o pomoc. Moon stanął na chwilę. Zawrócił i ruszył na pomoc.
- Tak ci spieszno do dezaktywacji?! – Krzyknął za nim Star.
Ten jednak tego nie słyszał. Bieg przez płomiennie. W tym momencie znów był autobotem gotowym do poświęceń dla swych towarzysz. Jakaś belka dorwała się od sufity i grzmotnęła w jego ramię. Nie czuł bólu, ani nie zatrzymał się.
W końcu zobaczy Blackbirda przygniecionego potężnym filarem. Złapał kawał betony i wytężając wszystkie siły uniósł go w górę. Z uszkodzonego ramienia strzeliły iskry i popłynął olej. Blackbird patrzył na niego jak na wariat, po czym wyczołgał się i dał w długą.
- Nie ma, za co! – Warknął Moon upuszczając filar.
Dragę ucieczki zagrodziły my szalejące płomienie. Stał przez moment niemal pogodzony z losem. Jednak ciągle pchało go na przód. Przysłonił twarz rekami w wbiegł prosto w przedsionek piekła. W płomieniach, które topiły go żywcem usłyszał kilka głosów. Musieli być do maruderzy, którzy mnie teraz minimalnie szanse na ucieczkę. Z resztom tak jak i on.
- DO WYJŚCIA KRETYNI!!! – Ryknął ze wszystkich sił.
Biegł bez przystanku. Nawet nie zauważył jak wydostał się z budynku. Ledwo widział przez wpół stopione optyki. Ktoś załapał go pod ramię. Przed sobą widział bezkresną pustynię. Z tym obrazem przed oczyma przeszedł do stasis locka.
Kolejnie wybuchy wstrząsały ziemią rzucając ocalałych na kolana. Z nieba sypał się deszcz rozpalonych odłamków. Słońce przysłoniła się chmura czarnego dymu śmierdzący palonymi oponami. Zagłada ominęła jedynie odizolowane magazyny i prę mniejszych budynków. Z płonących gruzów niczym szyderczy ponik wystawała rufa frachtowca. Nikt nie mógł przeszyć na jego pokładzie.
Gdy skazańcy myśleli ze to już koniec statek pęk z ogłuszającym hukiem giętego i rozdanego metalu. Niczym konający demon zniszczenia czarne tony wraku zawaliły się na płonące ruiny. Wszystko, co mogło zostać zniszczone, zostało zniszczone. Armagedon zakończy się i postawił po sobie parę żywych iskier, które od taką będą żyły na rozpalonej pustyni walcząc o każdy dzień. Jednak oni przeżyli już piekło. Przy odrobione szczęścia wyjdą z tego jeszcze twardsi, jeszcze bardziej uparci i wściekli łaknąc zemsty.
