Początek i Potter.

Nie znalazłem się tu przez przypadek. Pod tym prysznicem, zmywającym ślady spermy z mojej dłoni. I kafelek.

Sam tu wszedłem, zaraz po tym jak przeklęci gryfoni wyszli z zajęć.

Sam przymknąłem oczy szepcząc cholerne imię Złotego Chłopca. Miałem przed sobą przerażone zielone oczy, bo wysadził kociołek. To był piękny widok.

Musiał zdjąć płonące szaty. Musiałem je ugasić. I odesłać z maściami do Poppy.

Cholerny Potter i jego delikatne dłonie. Jego mięśnie brzucha i zarys włosów wokół sutków.

Początek mojej udręki.

Nie prosiłem się o niego. Nie chciałem by mnie dotknął. A jednak to zrobił. Podał swoją cholerną rękę w podziękowaniu za gaszenie płomieni. Za brak blizn.

Jedna mu wystarczy.

Moja wina.

Mój okaleczony Potter. Piękny wyrzut sumienia. Kropla potu na karku.

Wsiąkająca nieodmiennie w moją czarną szatę. Leży teraz zmięta na podłodze.

Chciałbym by obok leżały jego spodnie.

Zaciskam dłoń na swoim penisie. Upewniając się, że już nie wstanie. Kolejna lekcja z puchonami za chwilę. Żałosne pierdoły.

Sam jesteś żałosny. Stoisz goły pod prysznicem trzepiąc się, bo spojrzały na ciebie jego oczy.

Po raz pierwszy przychylnie.

Jesteś żałosny, bo chodzisz nocami po korytarzach w nadziei, że go spotkasz, że może tym razem będzie bez przyjaciół. Że będziesz mógł przycisnąć go do ściany i zaznaczyć swoją obecność zębami gdzieś nad lewym biodrem.

Jesteś żałosny patrząc na niego przy śniadaniu. Jak śmieje się lub obraża Malfoya.

Podchodzisz, by słyszeć lepiej. Ale dostrzegają cię i nie masz wyjścia.

Dziesięć punktów od gryfindoru bo spojrzał z lękiem. Dwadzieścia, bo obrzucił cię w myśli wyzwiskiem. Trzydzieści, bo na jego ustach maluje się wściekła pogarda. Pięćdziesiąt, bo znów naraził swoje cholerne życie.

Boisz się, że umrze, zanim go naprawdę dotkniesz. Że nigdy nie będziesz miał szansy go posmakować.

Jesteś żałosną karykaturą nauczyciela. Ubierz się. Zapnij pod samą szyję. By nikt nie zobaczył mrocznego znaku. By nikt nie dostrzegł twoich blizn. Schowaj się za guzikami. Plastikowe bariery ochronne. Małe pchły dystansu.

Kolejne dwie godziny, byle do obiadu. Zobaczyć czy z nim wszystko w porządku. Czy wypuścili go z ambulatorium.

Może spojrzy na ciebie. Może tym razem się uśmiechnie.

Nie łudź się stary durniu.

Jesteś jego zmorą. Jego koszmarem. Jego cierpieniem.

Tak jest lepiej.

Jak zacznie się uśmiechać, będzie bolało bardziej.