spotkanie

Nigdy jakoś nie zastanawiałem się nad tym, jak cholernie daleko jest spod tej restauracji do mojego mieszkania. Płaszcz przemókł mi już do ostatka, materiał o dwa tony ciemniejszy niż zwykle przykleja się chłodno do spodni i ledwo odkleja się od nich, co jakiś czas z głuchym cmoknięciem, smagany wiatrem. Feerie sklepowych neonów przewijają się mi przed oczyma, zachęcając do tysiąca i jednego wrażenia. Najlepsze kebaby! Tylko dziesięć funtów za czterdzieści minut czystej rozkoszy! Promocja! Obniżka! Show erotyczny – ostatnie pięć minut gratis! Darmowe drinki po dwudziestej drugiej! Wstąp, a nie pożałujesz żadnej sekundy!

Wzdycham, wbijając dłonie jeszcze głębiej w kieszenie i odwracając wzrok.

Telefon migoce mi delikatnie w dłoni, wibrując źle wprowadzanym wzorem odblokowania. Bawię się nim, zmieniając ustawienie palców, sunąc nimi w przód, w tył, w bok. Ekran rozświetla się z każdym niemal właściwym dotykiem, drżąc niby liść na wietrze. Wydymam lekko wargi, czując jak nuda znów bierze górę. Uchylam się przed nadjeżdżającym autem i morzem wody wzbitym przez jego koła, odblokowując w końcu w pełni klawiaturę.

Całkiem nieźle mi poszło tego wieczoru, nawet jeśli łzy weszły akurat w paradę. Nie mam ochoty jednakże na dalsze przeżywanie już tego wszystkiego. Po prostu… Za dużo już tego na jedną sesję myśli.

Włączam dźwięk, przeskakując szybko między segmentami menu. Ustawiam nowy dzwonek, nowy ton dla wiadomości, nowy wzór. Zmieniam tapetę i całkowitą głośność, przeskakując między pękniętymi płytami chodnika a studzienką. Włączam jakąś aplikację, sprawdzam listę odtwarzania, kontakty.

Deszcz rozmazuje mi litery przed oczami, tworząc z nich nieczytelną, mętną zupę.

Bawię się tak, lawirując w ciemności między dziurami, latarniami i znakami dobre półgodziny, gdy nagle telefon brzęczy mi w dłoni, rozświetlając od spodu krople spływające gładko po wyświetlaczu.

Nieznany numer i krótka wiadomość.

Skrzyżowanie Baker z Melcombe St, daję ci dwadzieścia minut. SH

Patrzę zdumiony, rozglądając się gorączkowo wokół. Jak ja niby teraz znajdę tę ulicę w dwadzieścia minut? Kolejny głuchy dźwięk i światło.

Idąc tak jak zwykle, ciągle prosto, później w lewo. Daję dziesięć. SH

Przyspieszam kroku, łapiąc z trudem otwierające się wciąż poły płaszcza i zastanawiając się, jakim cudem niby pozyskał jednak mój numer. Cholera jedna go wie, uśmiecham się krzywo do swego odbicia w kolejnej pustej witrynie, uchylając się przed kaskadą rynnianej wody.

To może być jednak nie tylko niszczące, ale i ciekawe.

Nawet bardzo.