Rozdział II - Upadek
Obudził ją zapach dymu i świeżej krwi.
Wraz z odzyskaniem przytomności, poczuła rozchodzący się po ciele niewyobrażalny ból. Towarzyszył najmniejszemu ruchowi szyją, czy dłonią i skutecznie powstrzymywał ją przed jakimkolwiek działaniem. Po jej czole spływa strużka posoki, lewa ręka wygięła się pod nieprzyjemnym kątem - prawdopodobnie była złamana. W tym wszystkim jedna myśl wyszła naprzeciw innym: Ona nadal żyła!
Dziewczyna zmrużyła oczy i z grymasem na ustach, rozejrzała się po otoczeniu. Rozpoznawała czarny kokpit swojego statku, ale coś jej nie pasowało. Cały świat wokół niej był do góry nogami, ciemnobordowe włosy zwisały z jej głowy i falowały przy każdym, najdrobniejszym ruchu.
Nietrudno było jej się domyśleć co się musiało stać. Nie potrafiła tylko sobie przypomnieć jak do tego doszło. W jej głowie kotłowały się myśli, wspomnienia, które nie chciały zlać się w całość.
Ostatnie co była w stanie sobie przypomnieć to ucieczka przed jednym z turiańskich myśliwców, ostra wymiana ognia. Kilka pięknych zwodów w jej wykonaniu, którymi mogła zawstydzić niejednego pilota w galaktyce. W jej myślach rozległ się jakiś dźwięk - może wybuch? - a potem była już tylko ciemność. Gęsta i przerażająca. Chwilę jej zajęło, zanim zdała sobie sprawę z tego, co się wydarzyło.
Tej wielkiej jaszczurce udało się ją zestrzeli, pamiętała że turianin latał całkiem nieźle, ale nie była na to przygotowana.
Po prostu kurde pięknie. Jeszcze tego jej brakowało, żeby rozbiła się gdzieś na tej cholernej planecie, kiedy jej towarzysze - jeśli pierwsza faza ich misji się powiodła - lecieli teraz na Shanxi, by odbić kolonie z rąk wroga.
W momencie, w którym krew zaczęła uderzać jej do głowy, postanowiła niezwłocznie wydostać się ze swojego fotela.
Z trudem rozpięła pasy, by sekundę później wylądować na kawałkach szkła leżących na całej powierzchni dachu - w tym momencie, pełniącego rolę podłogi. Podparła się jedyną sprawną ręką i z wielkim trudem wyczołgała się z kokpitu. Jak przystało na dobrego żołnierza, nie rozstała się ze swoim pistoletem, który spokojnie spoczywał w specjalnym pokrowcu, przypiętym do jej uda.
Nadal czuła okropny ból rozchodzący się po jej głowie, który przeszkadzał jej w spokojnym myśleniu. Kiedy znalazła się poza pojazdem, rozprostowała nogi, spojrzałą z grymasem na swoją lewą rękę i głęboko odetchnęła. Była wściekła na ten obrót spraw. Nie dość, że nie wiedziała gdzie jest, to jak na złość jej ciało odmówiło pełnego posłuszeństwa.
Shepard zrobiła kilka kroków, rozglądając się za miejscem, w którym mogłaby nastawić i usztywnić swoją złamaną rękę. Wśród gąszczu drzew zauważyła powalony konar, który mógł jej posłużyć za swojego rodzaju stół.
W drodze do niego rozglądała się po ziemi, uważając by nie przewrócić się, o jakąś mało widoczną przeszkodę.
Idąc tak zauważyła małe drzewo, które nie miało więcej niż półtora metra. Shepard podeszła do niego i przyjrzała się uważnie jego gałęziom. Jedna z nich, o ile udałoby się ją złamać, mogła posłużyć za usztywnienie dla jej ręki. W takich warunkach nie mogła liczyć na więcej.
Złapała więc gałąź swoją zdrową ręką i przez chwilę walczyła z drzewem, aby zdobyć potrzebny przedmiot. Gałąź w końcu puściła i Shepard - lekko podbudowana na duchu - mogła ruszyć dalej. Patyk, który znajdował się w jej dłoni, był dość gładki, ale co najważniejsze wytrzymały.
Kiedy podeszła do konaru, wraz z kawałkiem gałęzi, zabrała się do składanie swojej ręki do kupy. Chwilę zajęło jej poprawne nastawienie jej, nie obyło się też bez krzyku bólu. Po chwili przywiązała kończynę do kawałka drewna, używając do tego pasków materiału, ze swojej lotniczej bluzki.
Gdy opatrzyła się już na tyle, na ile pozwalały jej warunki, postanowiła wrócić do kokpitu myśliwca i nadać sygnał SOS. Wzięła do ręki komunikator i bez zająknięcia, zaczęła mówić:
- Do wszystkich jednostek, tutaj Jane Shepard! Mój statek rozbił się i nie jestem w stanie stąd odlecieć - puściła przycisk pozwalający na komunikację i czekała na jakąś odpowiedź. - Powtarzam! Tutaj Jane Shepard! Mój statek rozbił się i nie jestem w stanie stąd odlecieć. - jednak tak jak poprzednio, jedyną rzeczą, którą jej odpowiedziała była nieprzerwana cisza.
- Szlag by to - zaklęła pod nosem. Przez następne kilkanaście minut starała się połączyć, z którymkolwiek statkiem Przymierza, jednak nie miała z nikim żadnego kontaktu. Po chwili rozmyślań zdała sobie sprawę, że powodem, przez który nikt jej nie odpowiada jest - w najlepszym wypadku - zniszczony komunikator lub jakaś inna usterka mechaniczna. W najgorszym było to pewnie spowodowane zakłóceniami, które mogły powodować lokalne sztormy.
Tak czy tak, Shepard nic nie mogła na to poradzić. Bez narzędzi sama nie naprawi uszkodzeń, a jeśli chodzi o naturę - no cóż - z tą na pewno nie wygra.
Kobieta odeszła od myśliwca i zaczęłą rozglądać się po otoczeniu.
Jak łatwo udało się jej zauważyć znajdowała się na jakimś wzniesieniu, wokół niej rosły masywne, wysokie drzewa sięgające kilkudziesięciu metrów w górę. Kilka z nich zostało uszkodzonych, dwa nawet przewrócone przez upadek jej myśliwca. Ziemia porośnięta była bujną trawą, całe to miejsce wyglądało jak jeden z ziemskich lasów tropikalnych.
Shepard zwracała uwagę na wszystkie szczegóły wokół niej. Szukała czegoś co może jej pomóc przeżyć najbliższą noc - gdyż nie zapowiadało się na to, że wcześniej opuści to miejsce. Jednak jaki pożytek mogła mieć z kilku badyli, wielkich zielonych liści, czy kwiatów, których nigdy jeszcze nie widziała na oczy.
Jasne, drewno pozwoli jej się w nocy ogrzać, może odstraszy żyjące tu drapieżniki, o ile jakieś znajdowały się w jej pobliżu. Ale po za tym? Ani się nim nie naje, ani nie będzie mogła się dobrze bronić, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Pilotka pochłonięta badaniem otoczenia, dopiero po chwili zwróciłą uwagę na to, że burza, w która była pośrednią przyczyną jej upadku, zniknęła. Na niebie panował względny spokój, dlatego Shepard udało się coś dostrzec.
Jakiś kilometr, może półtora od niej, na niebie widać było chmurę dymu. Najwidoczniej nie tylko ona rozbiła się w okolicy. Kobieta pomyślała, że może jeden z jej towarzyszy także został trafiony i potrzebuje teraz jej pomocy. Wiedziała, że nie jest to dość prawdopodobne, ale jej charakter nie pozwalał jej na stanie i bezczynne gapienie się, w czasie gdy jakiś człowiek, mógł tam się pomału wykrwawiać.
Świadomość tego, że nie jest sama w okolicy, w jakimś stopniu dodała jej otuchy.
Nie chciała zwlekać, więc od razu ruszyła w stronę dymu. Miała świadomość, że to co tam spotka, może wpakować ją w kłopoty, jednak w tym momencie nie widziała innej rzeczy, która mogłaby w jakikolwiek sposób pomóc jej w ucieczce z tego miejsca.
Spokojnie stawiała krok za krokiem, powoli kierując się w stronę anomalii. Shepard znalazła się na krawędzi wzniesienia, gdzie się rozbiła i spojrzała w dół, szukając między drzewami uszkodzonego statku. Po chwili jej wzrok skupił się na dymiącej maszynie. Wystarczyła jej chwila by zorientować się, co ma przed oczami - turiański myśliwiec bojowy. Kilkanaście metrów za nim znajdował się jego silnik - a przynajmniej tak się jej wydawało - który był źródłem owego dymu.
- Szlag - zaklęła i rzuciła się na ziemię, by w spokoju przyjrzeć się otoczeniu. Próbowała dostrzec jakiś ruch, czy inną niepokojącą rzecz. Bez skutku.
Po tej obserwacji, postanowiła zbliżyć się do pojazdu i zobaczyć w jakim jest stanie. Powtarzała sobie, że choć to niewyobrażalnie głupie, to ten statek mógł być wyposażony w jakieś przydatne rzeczy. Zestaw naprawczy czy zapasy wody. Jedynym problemem stanowił jego pilot, ale Shepard nigdzie go nie widziała. Może wypadł w czasie upadku?
Z bronią w ręku znalazła się przy wraku i zaczęła go przeszukiwać. Pierwszym miejscem, które sprawdziła był kokpit. Na fotelu i panelu sterowania znajdowały się plamy niebieskiej substancji. Odetchnęła, próbując uspokoić myśli, które nie pozwalały się jej w pełni skupić. Musiała być teraz czujna…
*STUK*
Shepard instynktownie odwróciła się w stronę źródła dźwięku, gotowa zastrzelić każdego, kto by się do niej zbliżał. Lecz ten jeden wyćwiczony ruch był przyczyną jej klęski. Kobieta poczuła silny ból w prawej nodze, a dokładnie w udzie. Pod jego wpływem runęła na ziemię.
Upadając próbowała podeprzeć się rękoma, co tylko spowodowało kolejną falę bólu, która przeleciała przez usztywnione ramię. Kiedy Shepard odwróciła głowę, w kierunku z którego nadszedł atak, ujrzała przed sobą wycelowaną w jej stronę lufę broni. Broni, która znajdowała się w rękach wysokiego turiania.
Dziewczyna zamarła, zdając sobie sprawę z ogromnego błędu, który mógł kosztować ją życie. W tym momencie znajdowała się na łasce swojego wroga.
Kiedy tylko myśliwiec Garrusa zderzył się z ziemią, poczuł on potężny wstrząs, a przez jego głowę przeszła tylko jedna myśl: Byle tylko to przeżyć. Kiedy pojazd wreszcie się zatrzymał turianin spokojnie odetchnął i rozejrzał się po kokpicie.
Chociaż niektóre systemy nadal działały, to już po pierwszym odczycie z terminala miał pewność. Ten statek nigdzie już nie poleci. Na ekranie urządzenia pojawiła się informacja, z której jasno wynikało, że pojazd podczas tego "lądowania" stracił jeden z dwóch silników zasilających. A bez obu nie był w stanie latać.
Turianin przeklął pod nosem i uderzył pięścią w ścianę. Był tak bardzo wściekły, że nie zauważył kilku rozcięć i skaleczeń, których nabawił się podczas całej tej akcji. Dopiero po chwili jego wzrok zauważył plamy krwi na kilku urządzeniach i ścianie, wszystkie w granatowym kolorze.
Jego emocje brały nad nim górę, dlatego musiał jakoś dać im upust, a mała przestrzeń jego myśliwca mu na to nie pozwalała. Nie minęła chwila, a Garrus znalazł się na dworze. Kopał każdy napotkany kamień, aby dać upust swojej złości. Odwrócił się w stronę maszyny i zaczął okładać ją pięściami, raz za razem.
- Cholerna kupa złomu! - wrzeszczał wraz z każdym uderzeniem. Piętnaście minut później, kiedy z grubsza ochłonął zaczął myśleć nad swoimi dalszymi działaniami. Bez silnika wiedział, że nigdzie nie poleci swoim ukochanym myśliwcem. Co więc należało robić? Gdzie w tej cholernej dżungli mógł liczyć na pomoc?
Baza - jeśli w ogóle istniała - mogła być zarówno jego wybawieniem, jak i ostateczną klęską. Jeżeli ludziom udało się ją zniszczyć i pozostawili tam jakieś swoje patrole, to nie uda mu się przeżyć w jej okolicy nawet godziny. Nawet jeśli postanowiłby się do niej udać i tak miałby jeszcze inny problem, przez upadek stracił kompletnie orientacje w terenie.
Garrus wrócił do kokpitu i sprawdził, czy będzie mógł określić swoje położenie dzięki systemowi geograficznemu. Jednak tak jak się spodziewał system ten padł razem z wieloma innymi, a turianin nie miał przyrządu pozwalającego na określenie jego obecnej pozycji. Zastanawiał się nad naprawą systemu, jednak nie potrafił znaleźć żadnych narzędzi, które by mu na to pozwoliły.
Brak możliwości lokalizacji nie oznaczał, że nie mógł liczyć na żadną pomoc. System komunikacji statku nie został uszkodzony podczas lądowania, dlatego dawało mu to możliwość kontaktu ze swoim dowódcą.
Turianin zaczął nadawać sygnał ratunkowy, by po dłuższej chwili zostać poinformowanym przez system, że żadna jednostka, na tej planecie nie odbiera jegp sygnału. Wiedział, że na pomoc z zewnątrz nie miał co liczyć z powodu zakłóceń atmosferycznych.
Wraz z tym skończyła się przydatność systemów jego myśliwca. Garrus ledwo powstrzymał się przed kolejnym wybuchem złości.
Turianin wyszedł z kokpitu i zaczął rozglądać się po otoczeniu, w poszukiwaniu jakiś przydatnych rzeczy.
Wokół niego nie znajdowało się nic prócz trzech rzeczy: drzew, gęstej trawy i jeszcze większych drzew. Nie pomagało to wcale w orientowaniu się w otoczeniu. Szansę na lepsze zbadanie terenu dawało mu wzniesienie, które znajdowało się naprzeciwko jego myśliwca, w odległości jakiegoś kilometra.
Turianin ruszył więc w jego stronę i zaczął się wspinać. Dzięki codziennym treningom nie poczuł nawet odrobiny zmęczenia, podczas dłuższego wchodzenia pod górę. Kiedy znalazł się na szczycie, w mgnieniu oka zorientował się, że kawałek dalej znajduje się uszkodzony ludzki myśliwiec. I jeśli nie myliła go pamięć, to należał on do tego niesamowitego pilota, którego zestrzelił przed upadkiem.
Garrus przykucnął i w skupieniu przyglądał się wrogiemu pojazdowi. Pomyślał, że może będzie miał na tyle szczęścia, że człowiek siedzący za sterami tego myśliwca, nie przeżył tego upadku.
Jednak tak jak zawsze, w takich momentach los postanowił z niego okrutnie zadrwić. Ze zniszczonego kokpitu, wyczołgała się jakaś postać, cała umazana jakąś bordową substancją. Turianin uśmiechnął się w duchu, ten człowiek wyglądał na rannego, dlatego nie stanowił dla niego większego problemu. Garrus zamierzał podbiec do niego i załatwić go jednym pociągnięciem spustu, kiedy zdał sobie sprawę z jednej rzeczy.
W szale, spowodowanym upadkiem, zapomniał zabrać ze sobą broń. Dlatego bez chwili zastanowienia odwrócił się w stronę swojego statku i zaczął zbiegać po zboczu wzniesienia. Kiedy poczuł w rękach znajomy dotyk karabinu uspokoił się, jednak jego plan musiał ulec zmianie.
Nie mógł ryzykować ponownego podejścia pod wzgórze. Choć jego wróg wydawał się ranny, to nie był pewny tego, czy i tak nie będzie w stanie strzelić do niego, gdy ten znajdzie się w dość niekorzystnej pozycji. Musiał wymyślić nowy plan.
Po chwili w jego głowie pojawił się pomysł; postanowił ukryć się za wrakiem samolotu - a dokładnie w gęstej trawie, która go otaczała - tak, aby nie był widoczny ze wzniesienia. Tam chciał poczekać, aż ten człowiek sam do niego przyjdzie i wystawi mu się wprost przed lufę jego broni. Nie wierzył w to, że jakakolwiek istota, byłaby w stanie przegapić smugi dymu wydobywające się ze zniszczonego silnika.
A jeśli ten człowiek nie różnił się od znanych mu ras, to gnany ciekawością prędzej, czy później przyjdzie i wpadnie w jego pułapkę.
Dzięki swoim zmysłom Garrus nie musiał ryzykować. Wystarczył mu doskonały słuch i węch do zlokalizowania wroga. Zmniejszało to więc szansę jego wykrycia.
Po dłuższej chwili spokoju i nudy, turianin wreszcie poczuł obecność drugiej osoby. Usłyszał delikatne kroki obcego, który skradała się do jego pojazdu. Wyczuwał go, a po chwili miał pewność, że właśnie w tej chwili przeszukuje on jego kokpit. To był idealny moment na wdrożenie jego planu.
Przez szparę między opartym o ziemię skrzydłem, a kadłubem myśliwca Garrus dostrzegł nogi jego wroga. Tak cicho jak było to możliwe przybliżył się do krawędzi statku, złapał w szpony leżący w pobliżu kamień i rzucił go w przeciwnym kierunku, aby odwrócić uwagę człowieka.
Spodziewał się, że to zadziała, ale reakcja tego ziemianina przerosła jego oczekiwania. Wystarczyła sekunda, a obcy odwrócił się celując swoim pistoletem w kierunku, z którego spodziewał się ataku. Miał niesamowity refleks, jednak Garrus wiedział, że nie uchroni go to przed nim.
Nie minęło kilka sekund, gdy wyskoczył zza krawędzi statku, a człowiek znalazł się wprost przed jego celownikiem. Garrus skierował lufę na nogę przeciwnika i pociągnął za spust. Wystarczył tylko jeden strzał, by ziemianin padł na ziemię.
Turianin dostrzegł dreszcz bólu, który przeszedł po ciele wroga. Obcy odwrócił głowę i spojrzał na niego, w jego oczach nie było widać żadnych emocji, nawet pomimo tego, że Garrus postrzelił go, a teraz celował do niego ze swojego karabinu.
Słyszał o tym, że ludzie są dość odważni, ale szczerze mówiąc nie spodziewał się takiej reakcji. Turianin spojrzał na broń w ręku nieprzyjaciela i gestem głowy, nakazał mu jej natychmiastowe odrzucenie. Chwilę to trwało, ale człowiek rzucił broń pod jego nogi. Twarz ziemianina wykrzywiła się w grymasie bólu, jedną ręką uciskał miejsce postrzału, z którego wypływa czerwona ciecz - krew.
Garrus stał wcelowany w postać na ziemi, jednak coś nie pozwalało mu oddać ostatecznego strzału.
Czym innym było zabicie uzbrojonego wroga, a czym innym odebranie życia rannej i bezbronnej osobie. Siedząc za sterami myśliwca, nigdy przedtem nie stanął przed podobnym dylematem, nie podobało mu się to.
Na co do cholery on czekał? Miał ją na muszce i w każdej chwili mógł pociągnąć za spust. Jednak cały czas stał, celując do niej, wyraźnie coś kalkulując. Ze wszystkich sytuacji, które potrafiła sobie wyobrazić, ta była najmniej prawdopodobna. A jednak się wydarzyła. Kobieta była wściekła na wszystko. Na swój statek, na turianina, ale przede wszystkim na siebie za to, że tak łatwo dała mu się oszukać. Teraz miała za to zapłacić najwyższą cenę.
Wyraz twarzy turianina się zmienił, musiał więc zdecydować, co zamierza zrobić. Shepard zamknęła oczy, w spokoju oczekując na spotkanie ze śmiercią, kiedy chwile później poczuła jak nieprzyjaciel chwyta ją za ramiona. Uniosła powieki, uzmysławiając sobie, że żołnierz prowadzi ją w stronę kokpitu uszkodzonego myśliwca. Z powodu rany, utykała na prawą nogę, turianin jednak na to nie reagował.
Posadził ją na podłodze myśliwca i ruchem głowy wskazał najpierw na zestaw pierwszej pomocy, a potem na jej ranę. Jane nie zamierzała przepuścić okazji, by dokładnie opatrzeć miejsce postrzału. Ale zanim miała się za to zabrać, musiała pozbyć się pozostałości naboju, który nadal czuła pod swoją skórą.
Z przenośnej apteczki wyciągnęła narzędzie, które wyglądem przypominało jej szczypce chirurgiczne. Potem wśród różnych buteleczek szukała alkoholu, którym mogłaby zdezynfekować ranę, aby zapobiec późniejszemu zakażeniu. Ponieważ nie mogła rozeznać się w skomplikowanych oznaczeniach, postanowiła zdać się na swój węch.
Zaczęła badać zawartość kolejnych buteleczek. Kiedy doszła do zielonego flakonu i poczuła w nozdrzach jego ostry, nieprzyjemny zapach, skrzywiła się. Turianin, cały czas się jej przyglądał, a gdy zobaczył jej reakcję na jeden z leków, wyraz jego twarzy delikatnie się zmienił. Shepard mogłaby przysiąc, że uśmiechnął się. Gdy znalazła butelkę pełną spirytusu, wiedziała, że musi przystąpić do tej najgorszej części.
W miejsce postrzału włożyła szczypce. Znalezienie pocisku zajęło jej dłuższą chwilę wypełnioną ogromnym bólem i krzykami. Kiedy wreszcie pozbyła się obcego ciała, zajęła się za zabezpieczenie rany. Po chwili na jej udzie znajdował się już prowizoryczny opatrunek, który skutecznie tamował krwawienie. Skończywszy się opatrywać, Shepard odwróciła się w stronę turianina i spojrzała mu prosto w twarz. Teraz kolej na jego ruch - pomyślała.
