Liz Birdstone, zgodnie z intuicją Jeremy'ego miała 25 lat. I faktycznie wyrwała sie z Greenwich Village, gdzie mieszkała od urodzenia. Jej rodzice, z ostatniego pokolenia hipisów, jak sami lubili twierdzić, wychowali ją w kulcie sztuki i wszelkiej artystycznej działalności. Nigdy nie przyniosło im to wielkich pieniędzy, więc ich córka, o co nieco praktyczniejszym spojrzeniu, nie mogąc się jednak zupełnie oderwać od korzeni, wybrała Akademie Sztuk Pięknych, a tam najbardziej życiowy kierunek, jaki mogła wymyśleć: scenografię i historię mody oraz kostiumologię. Połączywszy swoje dwie życiowe pasję czyli modę i film, zdobyła stypedium i wylądowała na planie najnowszej superprodukcji - The Avengers.
Po wyjściu z pokoju Jeremy'ego odetchnęła głęboko. Był ostatni na jej liście i jak się okazało wcale nie najprostszy. Po raz pierwszy spotykała się ze wszystkimi aktorami osobiście - Robert i Chris byli pofresjonalistami, zwłaszcza ten pierwszy, znany ze swojej galanterii i uroku, zrobił na niej ogromne wrażenie. Jako stałego mieszkańca Los Angeles, odwiedziła go w jego domu, pełnym zabawek, dzieci, radości i śmiechu. Widząc jej zdenerwownie i podekscytowanie, automatycznie zaczął ją rozśmieszać i doradzać. Podobnie Chris. Ten był po prostu uroczy i mimo, że jego kostium był zupełnie niedopasowany, nie robił jej żadnych problemów. Swoim tubalnym głosem sprawiał wrażenie apodyktycznego, tymczasem był naprawdę przemiły. A Jeremy? Cóż, po spotkaniach z innymi aktorami, miała mieszane uczucia, zastanawiając się co doprowadziło go takiego stanu. Nie chciała się uprzedzać do niego po jednym spotkaniu, w końcu każdemu zdarza się gorszy dzień. Chcąc nie chcąc zadrżała na wspomnienie jego idealnie wyrzeźbionej klatki piersiowej, ramion i brzucha. Ale jego uwagi dotyczące stroju trudno było odebrać jako miłe. Prychnęła zdenerwowana. Liz, jako profesjonalistka, odebrała je bardzo osobiście. Przyzwyczaiła się do tego, że zawsze, ze względu na swój młody wiek, musi udowadniać swoje umiejętności. Ten projekt miał dla niej ogromne znaczenie, a jednocześnie był wielkim sprawdzianem. Za nic nie chciała pozwolić by jakiś rozkapryszony aktor z problemami, rozwalił jej karierę. Westchnęła ciężko i rozżaleniem stwierdziła, że humory gwiazd nie są wymysłem tylko kolorowych tabloidów.
Pierwszy dzień na planie, jak zawsze był wyzwaniem. Wszędzie pętali się zdezorientowni statyści, oświetleniowcy próbowali ogarnąć tysiące metrów kabli plątających się wszystkim pod nogami, dźwiękowcy zastanawiali się nad sensem swojej pracy, a zrezygnowany scenarzysta dolewał do swojej kawy kolejne porcje Jacka Danielsa.
- Liz! Liiiiz! Jeremy Cię woła! - usłyszała nagle zdenerwowany głos Allison przez krótkofalówkę, w którą byli wszyscy na planie byli zaopatrzeni. Liz, przerażona wizją skacowanego osła zaplątanego w jej drogocenny kostium, poleciała w stronę jego garderoby. Wystarczyło jej wspomnienie telefonu od jego asystentki w środku wczorajszej nocy, która przekazała jej tysiąc uwag dotyczących stroju, żeby wiedzieć co ją czeka. Zapukała i wparowała do środka nie czekając nawet na odpowiedź. Pośrodku pomieszczania stał półnagi Jeremy Renner, odwrócony do niej plecami tak, że miała idealny widok na jego umięśnione plecy i pośladki, zasłonięte tylko czarnymi bokserkami. Może i widok byłby zachęcający, gdyby nie fakt, że główny bohater przedstawienia próbował właśnie na raz wciągnąć skórzano-syntetyczne spodnie i naciągnąć na siebie górną część pancerza, nie rozpinając jednocześnie licznych suwaków, sprzączek i wydając przy tym przekomiczne stęknięcia. Liz nie zwróciła więc uwagi na te szczególne widoki i od razu podeszła do aktora, próbując ratować swój kostium. Po chwili szamotaniny, jej oczom ukazała sie zaczerwieniona twarz Jeremy'ego, a cała reszta kostiumu wylądowała na swoim właścicielu.
- No kurwa mać, co to jest za badziewie?! Kto takie gówno wymy... O. To Ty...- wrzasnął Jeremy, w ostatniej chwili urywając, widząc że to właśnie projektantka stoi przed nim.
- Tak to ja. I jeżeli jeszcze raz zobaczę, że próbujesz włożyć ten kostium nie stosując się do wyraźnych instrukcji zapisanych na kartce, będziesz miał ze mną do czynienia! Nie po to spędziłam trzy godziny wczoraj w nocy na przeszywaniu suwaków, żeby jakiś debil rozwalił je w trzydzieści sekund. - warknęła Liz i odwróciła się na pięcie, słysząc w słuchawce kolejne wezwanie.
- Czekaj, yyy... Liz, zaczekaj... - dziewczyna odwróciła się w jego stronę, dalej jednak trzymając rękę na klamce. - Przepraszam, nie miałem zamiaru się wyładowywać na twoim arcydziele, jakoś tak po prostu wyszło...
- Zdarza się. Ale może byś w końcu wziął się w garść i nie utrudniał życia wszystkim w około? - mruknęła rozdrażniona i wyszła, nie zastanawiając sie, że taka uwaga może ją kosztować utratę pracy.
Jednak patrząc na pracę Jeremy'ego na planie, Liz musiała przyznać, że spisuje się on idealnie. Nie było widać po nim śladu zmęczenia czy rozdrażnienia. Daleko mu było do niefrasobliwości Roberta czy uroku Scarlett, ale naprawdę widać było, że stara się za wszelką cenę nadrobić braki w doświadczeniu. Uprzejmy do ekipy, zabawny i profesjonalny. Czemu więc za wszelką cenę utrudniał jej pracę? Mignęło jej przez chwilę, że może źle go oceniła i jego chamskie zachowanie wcale nie było dla niego czymś normalnym. W końcu ją przeprosił, nie? A że zrobił to w sposób wcale skruchy nie wyrażający, cóż, może inaczej nie umie. Niestety, wkrótce przekoanała się, że jej problemy z Jeremym Rennerem dopiero się zaczynają.
W końcu padł ostatni klaps pierwszego dnia pracy i cała ekipa zaczęłą rozchodzić się do hotelu. Cat, szefowa planu, drobniutka blondynka, która jednocześnie potrafiła jednym zdaniem postawić do pionu reżysera, scenarzystę i całą ekipę, zawołała Liz do siebie.
- Kochana, jak Twój pierwszy dzień na planie? - zapytała troskliwie, mierząc dziewczynę wzrokiem.
- Wspaniale, naprawdę wspaniale! - zawołała Liz entuzjastycznie i zupełnie szczerze. Zawsze czuła się jak ryba w wodzie pracując w biurze projektowym, ototczona belami materiału i przeróżnymi artykułami krawieckimi. Nie przypuszczała, że praca z aktorami jest dopełnieniem każdego projektu. Atmosfera wielkiej produkcji dodawała jej dodatkowy zastrzyg energii. Mimo stresu i ciągłej bieganiny, wiedziała że jest to coś co chce robić do końca życia. Kobieta uśmiechnęła się do niej porozumiewawczo.
- Cieszę się. Musisz wiedzieć, że naprawdę robisz kawał dobrej roboty. Wiedzieliśmy, że się sprawdzisz, już po Twoich projektach, ale jak pewnie sama widzisz praca na planie to zupełnie inna bajka. Wiem, że mówiłaś, że nie potrzebujesz asystentki, ale wiesz mi, czasami to ratuje twoją dupę, zwłaszcza jeżeli chodzi o takie drobnostki jak dyskusje z aktorami... - dodała, patrząc na Liz wyczekująco.
- Dziękuje, ale naprawdę nie potrzebuje. Kiedy pracuję, skupiam się na projekcie i lubię mieć nad wszystkim kontrolę, więc radzę sobie sama.
- Ha! To dopiero podejście! - zaśmiała się. - Słyszałam jednak, że Jeremy dał Ci w kość ostatnio... - zaczęła delikatnie. Liz spojrzała na nią zszokowana i poczuła jak zaczyna w niej płonąć gniew.
- Słucham? Czy ON ma jakiekolwiek uwagi do mojej pracy? Coś mu nie pasuje? - panowała nad osobą ostatkiem sił.
- Nie, daj spokój, źle mnie zrozumiałaś! - zaczęła od razu tłumaczyć szefowa. - Po prostu wiem, że wasze odmienne podejście do pracy może sprawiać wam co nieco problemów. Ale wierz mi to dobry chłopak i naprawdę świetny aktor...
- Jasne, rozumiem. - przerwała. - Cóż, nie miałabym nic przeciwko, żeby lepiej traktował moją pracę, ale póki nie wchodzimy w sobie w drogę, myślę, że nie będziemy mieli większego problemu. - podsumowała w końcu Liz.
- Możesz zawsze zamienić się z kimś z drugiej ekipy, wziąć na przykład Scarlett...
- Nie! - wyrwało się Liz. - To znaczy... Nie, naprawdę, dogadamy się. - dodała już spokojniej, zastanawiając się czemu tak właściwie usilnie trzyma się Jeremy'ego, mimo iż tak bardzo ją denerwuje.
- Taką mam nadzieję. - dodała Cat uśmiechając się do niej. - Do zobaczenia jutro! - rzuciła z uśmiechem i odeszła energicznym krokiem by pogonić ociągających się jak zwykle oświetleniowców.
Liz daleko było do choćby cienia spokoju. Wszystko się w niej gotowało. Jak ten rozwydrzony baran, mógł na nią donieść szefowej planu? Nie miał prawa mieć do niej jakichkolwiek zastrzeżeń i wszelkie pretensje mogła zgłaszać tylko ona - myślała, idąc studyjnym korytarzem, ze wściekłością machając energicznie zawieszonymi na ramieniu kostiumami. Trzasnąwszy drzwiami wyszła na ulicę.
- Hej, dziewczyno, zgubiłaś coś! - usłyszała za sobą. Jeremy Renner we własnej osobie, stał oparty o róg. W jednej ręce trzymał papierosa, w drugiej czerwono-brunatną pelerynę Thora, która musiała się wyślizgnąć spod ochraniającego ją plastikowego pokrowca. Liz bez słowa odwróciła się i wyrwała mu ją z ręki.
- Wow, wyglądasz na nieźle wkurzoną, co się stało? - zapytał zdziwiony, widząc furię w jej oczach. Liz aż zatkało z wrażenia.
- Nie udawaj! - ryknęła. - A zresztą, wszystko mi jedno, rób co chcesz. Tylko następnym razem, zamiast donosić na mnie Cat, miej choć na tylę odwagi, żeby powiedzieć mi prosto w twarz co nie pasuje Ci w mojej pracy. - powiedziała i ruszyła przed siebie, zostawiając Jeremy'ego z ogłupiałą miną.
