Dni mijały. Coraz więcej czasu upływało, odkąd Sakamoto przyłączył się do kompanii handlowej. Mutsu nauczyła się go tolerować; zmusiła się także do akceptacji względów, jakimi darzył go ojciec. Pogodziła się z faktem, iż jako córka, zaledwie kobieta, nigdy nie będzie w stanie zdobyć pozycji ulubienicy ojca. To miejsce mogło przypaść wyłącznie mężczyźnie. Wszystko wskazywało na to, że Tatsuma nieoficjalnie stał się synem Date, męskim potomkiem, którego tak pragnął.
Mutsu nadal pamiętała ten dzień, w którym cały jej świat runął, gdyż zniknęła jego podpora. Był to dzień, jakich wiele, statki płynęły pośród gwiazd. Od rana dręczył ją niepokój; czegoś brakowało, było za cicho. Schodząc do mesy na obiad uświadomiła sobie przyczynę: nigdzie nie słyszała charakterystycznego śmiechu. Sakamoto poleciał załatwiać interesy, miał wrócić za dwa dni. Denerwował ją, to prawda, ale od pewnego czasu zaskoczona Mutsu stwierdzała, że ten idiota oraz jego głupi śmiech stały się nieodłącznym elementem jej rzeczywistości.
Siedziała smętnie nad talerzem, rozmyślając o swojej teraźniejszości i przyszłości, niepewna, co ma robić ani jakie zmiany przyniesie kolejny dzień. Jeszcze nie wiedziała, jak bardzo zmieni się jej całe życie, a zmiany miały rozpocząć się w tej właśnie chwili.
Do mesy wpadł przestraszony chłopak. Cały się trząsł, gdy krzyknął:
-Mutsu-dono! Panienki ojciec..!
Gwar rozmów ucichł. Pałeczki wypadły jej z dłoni, cicho uderzyły o blat stołu i spadły na podłogę.
Wiadomość dopadła go, gdy najmniej się jej spodziewał.
Tatsuma gnał przez korytarze, potrącał ludzi, potykał się, ale biegł szybko, szybciej, do celu. Wpadł do pomieszczenia jak wicher, dysząc ciężko, z czerwonymi plamami na policzkach, z rozbieganym wzrokiem.
Mutsu stała przy oknie, widział jej twarz odbijającą się w szybie. Miała podkrążone oczy. Cicho zamknął za sobą drzwi.
-Słyszałem, że… Date-san… –zaczął niepewnym głosem.
Nie odezwała się słowem.
-Nie wiedziałem, że był chory… Wielu rzeczy mi nie mówił, ale powinien powiedzieć chociaż o tym… -westchnął, podszedł bliżej dziewczyny. –Wiedziałaś?
-Nie –minęła chwila, nim odpowiedziała. Jej głos dochodził jakby z oddali. –Tylko Taro-san wiedział. Ojciec powiedział tylko jemu.
Sakamoto podszedł jeszcze bliżej, zatrzymał się metr za jej plecami. Wyraźnie widział jej twarz, ledwo ją poznając z powodu wymizerowanego wyglądu.
-Walczyłem kiedyś na wojnie –powiedział. –Co chwilę kogoś traciliśmy. Nie chciałem się z nikim zaprzyjaźniać, wiedziałem, że następnego dnia osoba, z którą piłem sake przy ognisku może już nigdy nie otworzyć oczu, ginąc w bezsensie walki.
Przerwał, próbując uwolnić się od powracającej fali wspomnień. Po chwili kontynuował:
-Wojna przyzwyczaiła mnie do śmierci. Kiedy odłożyłem miecz i spróbowałem żyć innym życiem, myślałem, że odciąłem się także od śmierci. Ale to nigdy nie będzie możliwe. Jest życie i jest śmierć, nikt tego nie zmieni –podniósł głowę, z uporem wpatrywał się w zgięty kark dziewczyny. –Mutsu, musisz być silna. Ja gadam same głupoty, ale wierz mi, teraz czujesz ból, ale on minie. Daj sobie czas, by pogodzić się ze stratą.
Wciąż milczała. Mijały minuty; żadne z nich nie poruszyło się, zjednoczeni w bezruchu. Wtedy Mutsu zaczęła mówić:
-Ojciec… -jej głos był pusty i cichy, patrzyła na migoczące za szybą gwiazdy. –Ojciec zawsze powtarzał, że wolał mieć syna. Dużego chłopaka, który przejmie po nim cały interes. Skoro się pojawiłeś, widocznie w pewnym sensie uznał cię za syna i spełnił swoje marzenie. Kobiety były według niego za głupie, żeby prowadzić firmę, dzieło jego życia… Nie pamiętam matki, ale ją też pewnie uważał za głupią…
Nie chciała płakać, łzy jednak nie słuchały jej protestów. Pochyliła głowę, by ukryć słabość.
Sakamoto wolał nie rozpamiętywać przeszłości. Wiedział, że nie przynosi to niczego dobrego, lecz w przyszłości czasami wracał do tego momentu. Był to jedyny raz, kiedy Mutsu pokazała stronę swojej osobowości, której się po niej nie spodziewał. Ten jeden raz sprawiała wrażenie tak kruchej i delikatnej, jakby miała się rozpaść pod najlżejszym dotykiem, a on mimo to zaryzykował, podszedł do niej i położył ręce na ramionach.
-Wyrzuć to z siebie, mała –wyszeptał. –Nawet takie twarde babki, jak ty, muszą sobie czasami popłakać.
Odwróciła się, płacząc spazmatycznie i przycisnęła głowę do jego koszuli. Cierpliwie głaskał ją po plecach, nie mówiąc nic, po prostu będąc tym, przed którym dziewczyna może wyrzucić z siebie cały swój ból i żal.
-Już lepiej? –Przygarnął ją bliżej, zamykając w uścisku, kiedy już zabrakło jej łez.
Wymamrotała coś, dręczona uporczywą czkawką.
-Bardzo mnie to cieszy –odparł i uśmiechnął się z ulgą, że najgorsze minęło.
Płacz przynosi oczyszczenie. Wierzył w to najmocniej, jak tylko się dało.
-Ojciec zostawił list –powiedziała, kiedy już doszła do siebie. –Testament…
Nie wiedział, dlaczego mu to mówi.
-Zapisał ci wszystko. Wszystko! –w jej głosie usłyszał rozgoryczenie, rozczarowanie, strach. –Cała kompania handlowa należy do ciebie, idioto!
Odsunął ją na odległość ramion i spojrzał w zapłakane oczy.
-O czym ty..? -wyszeptał z niedowierzaniem.
-Ojciec zapisał ci wszystko w testamencie –powtórzyła, unikając jego wzroku.
-Jak to, wszystko? A ty?
-Niczego mi nie zostawił. Jakbym nie istniała.
Sakamoto wpatrywał się w nią z niedowierzaniem. Uporczywie patrzyła w podłogę. Tatsuma podszedł do biurka, podniósł zapisana kartkę papieru. Nie mógł uwierzyć w to, co widział przed oczami. Date-san rzeczywiście zapisał mu całą firmę! O córce nie wspomniał nawet słowem.
Zgiął testament, chcąc go porwać w strzępy. Mutsu przypadła do niego błyskawicznie, chciała mu wyrwać dokument z ręki.
-Co ty wyprawiasz?
-To ma być testament? Tak nie pisze człowiek, który ma córkę! –W jego głosie brzmiała furia. –Ten testament nie może być prawdziwy!
-Jest autentyczny –powiedziała cicho. –Zapewniam cię, wszędzie poznam pismo ojca. Koperta była zalakowana jego pieczęcią. Nie może być mowy o pomyłce.
-Mam gdzieś taki testament –Sakamoto złapał ją za ramiona i zmusił, by popatrzyła mu w twarz. –Dlaczego ja dostałem wszystko, a ty nic? Przecież to ty jesteś jego córką!
-Mówiłam już… Ojciec zawsze chciał mieć syna…
-Nie pieprz głupot! Jestem praktycznie obcy, a on zapisuje mi dorobek własnego życia?
Mutsu nigdy nie widziała, by Tatsuma zdenerwował się chociaż trochę. Teraz mogła obserwować, jak miota się w furii.
-Nie, nie pozwolę na to –rzekł, mrużąc oczy.
Spojrzała na niego pytająco.
-Nie mam zamiaru kierować flotą…
-Nie możesz..! –zaczęła, ale przerwał jej, kładąc palec na ustach.
-Nie mam zamiaru kierować flotą, jeśli nie będzie cię w pobliżu –dokończył.
Patrzyła na niego, kompletnie nic nie rozumiejąc.
-Zostanę kierownikiem, ale tylko wtedy, gdy ty będziesz moim zastępcą i najważniejszym doradcą, Mutsu.
Jego wściekłość minęła. Uśmiechał się smutno, nie mogąc wykrzesać z siebie wielu pozytywnych emocji.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech…
…i odtrąciła jego dłoń. Zdobyła się na słaby uśmiech.
-Jak sobie pan życzy, kapitanie.
-Pamiętasz o takich sentymentalnych bzdetach?
Mutsu spojrzała na niego znad zasłanego papierami biurka. Sakamoto postawił przed nią pękatą butelkę.
-Jak mógłbym zapomnieć! Mija dokładnie rok, od kiedy się poznaliśmy! Trzeba to uczcić, prawda? A hahaha!
Rozmasowała skronie dłońmi. Zupełnie nie miała czasu na żadne świętowanie, ktoś musiał wreszcie zabrać się za papierkową robotę, która nie zrobi się sama z siebie, wręcz przeciwnie – narastała z każdą chwilą. Z drugiej strony, siedziała nad rachunkami całe popołudnie, teraz zastał ją wieczór, głowa bolała od nieustannego czytania ciągów cyfr, plecy i szyja zdrętwiały od niewygodnej pozycji.
Jeszcze raz spojrzała na uśmiechniętego chłopaka. Westchnęła, odkładając pióro.
-Chyba mogę sobie pozwolić na krótką przerwę –powiedziała, wstając. –Tym bardziej, że mamy okazję do świętowania.
Sakamoto cały się rozpromienił. Zanim zdążyła zaprotestować, objął ją ramieniem i wyciągnął z biura, zaprowadzając do innego pomieszczenia, które nazywali „pokojem gościnnym". Zazwyczaj podejmowano w nim gości oraz dokonywano transakcji. Było to dosyć sporych rozmiarów pomieszczenie, znajdujące się na samej rufie statku, z dużymi, okrągłymi oknami na dwóch ścianach, wyłożone matami tatami, na których stał mały stolik oraz siedziska. Pod ścianami stały szafki z ciemnego drewna.
Mutsu usiadła sztywno przy stoliku, Sakamoto rozwalił się obok, przyjmując całkowicie wyluzowaną pozę. Podniósł z podłogi trzy butelki oraz dwa kubeczki.
-Pierwszy toast proponuję za moją niezastąpioną panią vice kapitan! –Rzekł, nalewając im alkoholu.
-Masz zamiar wypić całe trzy butelki? –Mutsu rzuciła mu spojrzenie pełne dezaprobaty.
-Nie. Mam zamiar wypić więcej! –Odparł z rozbrajającym uśmiechem.
Dziewczyna wzruszyła ramionami. Powinna choć trochę się zrelaksować i nie zwracać uwagi na głupawe zachowanie tego idioty. Ktoś musiał być „tym odpowiedzialnym" przy takim kapitanie, akurat padło na nią. Nigdy nie narzekała, ponieważ wiedziała, że ta pozycja, oprócz multum minusów z użeraniem się z tym idiotą na czele, miała wiele plusów. Przede wszystkim dawała jej cel w życiu po śmierci ojca.
Stuknęły szklane kubki. Mutsu ledwo zdążyła przełknąć mały łyczek, a Tatsuma już chciał jej dolewać.
-Następny toast! Następny toast! Teraz twoja kolej!
-Nie zdążyłam wypić jeszcze tego… -mruknęła. –Hmm.. Wznoszę toast za… Kaientai –powiedziała, używając nazwy, jaką niedawno wspólnie wymyślili dla firmy.
-Bardzo dobry toast! –Ocenił, po czym wychylił kubek jednym haustem.
-Czy to ma być bezmyślna popijawa, czy rocznica..? –Fuknęła.
-Rozluźnij się i przestań tyle myśleć! –Sięgnął po jej kubek i dolał tyle, że niemal się wylewało. –Do dna, ale już! Bez dyskusji, to rozkaz kapitana!
Zmieliła w ustach przekleństwo, poprzestając na morderczym spojrzeniu. Chwyciła kubek pewną ręką i w dwie sekundy wypiła zawartość.
-I to jest moja Mutsu! –Sakamoto zaczął klaskać. –Dolewka?
Bez słowa podała mu kubek.
Do diabła, chyba mogła chociaż raz się zabawić!
-A hahaha!
W pierwszym odruchu chciała go uderzyć. Mocno. Tak mocno, żeby nakrył się nogami. Mutsu zaliczała się do tych kobiet, które robią się nieco agresywne po wypiciu odpowiedniej dawki alkoholu. Nie rzucała meblami ani nie rozwalała ścian, ale stawała się drażliwa bardziej, niż zazwyczaj. Dlatego też, kiedy trzy butelki leżały puste na podłodze, a procenty dawały o sobie znać w jej głowie, Mutsu zaczynała mieć mordercze myśli dotyczące Tatsumy. W pierwszej z nich rozważała możliwość zatkania jego wiecznie roześmianych ust kubkiem, a jeśli by nie wystarczyło, butelkami.
-Hej, Mutsu, sięgnij po następną butelkę. Jest w szafce, tej za tobą. Zawsze warto mieć żelazny zapas na czarną godzinę, a hahaha!
Oderwała się od kolejnej myśli, w której tym razem wyrzucała go przez okno i patrzyła, jak znika wessany przez czarną dziurę, i podreptała niemrawo do szafki pod ścianą. Otworzyła drzwiczki, zobaczyła butelkę. Nawet kilka. Dokładnie siedem.
-Żelazny zapas, niech cię cholera, idioto… -wymamrotała.
Chwyciła dwie i wróciła do stolika. Nie pytając, nalała sobie pełny kubek i wypiła jednym haustem.
-Ktoś tu się rozkręcił, a hahaha! Super impreza rocznicowa, nie?
Zaczynała mieć tego dosyć. Poważnie. Przesunęła się w jego stronę, ogniki mordu płonęły w jej oczach. Zetrze mu ten uśmiech z twarzy… Razem z całą twarzą… Niech no tylko go dosięgnie, a już mu pokaże..!
Mutsu zbliżyła się do Sakamoto, złapała za koszulę, jakby chciała potrząsnąć, lecz widocznie chwilowo zabrakło jej sił albo zapomniała, co właściwie chciała zrobić.
-Sakamoto Tatsuma… -wymamrotała, ciągnąc go za koszulę, by zbliżył twarz do jej twarzy. –Ty idioto…
-Ktoś tu się nieźle wstawił, cooo? –Mruknął i zaczął się śmiać.
Mutsu zadygotała z wściekłości. Śmiał się jej prosto w twarz, ten… ten...! Myśl nagle się urwała. Nim zrozumiała, co robi, przyciągnęła go jeszcze bliżej, zmniejszając dzielący ich dystans do zera. Oboje smakowali alkoholem.
Kiedy oderwali się od siebie, nie byli pewni, które z nich jest bardziej oszołomione. Mutsu czuła palące rumieńce na policzkach. Sakamoto patrzył jej prosto w oczy, nieśmiały uśmiech igrał na jego wargach. Odchylił głowę do tyłu i roześmiał się.
-Czego się śmiejesz, głupi? –Warknęła Mutsu, czerwieniąc się jeszcze bardziej.
Nagle nie mogła wytrzymać jego wzroku, wbiła spojrzenie w podłogę. Zacisnęła dłonie w pięści, ze zdenerwowaniem zauważywszy, że drżą. Jeszcze nigdy nie czuła takiego ciężaru, który ulokował się w jej piersi, płonący jak ogień, utrudniający oddychanie, mącący myśli. Zastanawiała się, co się z nią działo, dlaczego jeden głupi pocałunek tak nią wstrząsnął.
Poczuła, jak Tatsuma ujmuje ją za podbródek, podnosi głowę, by na niego spojrzała. Uśmiechał się ciepło, mrużąc oczy.
-Śmieję się, ponieważ jestem zadowolony, Mutsu –powiedział cicho. –Bardzo zadowolony.
Odepchnęła go, nadal wściekle zarumieniona. Z trudem podniosła się do pionu.
-W… Wracam do biura, ktoś musi… -nie dokończyła, nogi odmówiły jej posłuszeństwa, opadła ciężko na maty. –Może później… -mruknęła, kuląc się w pozycji embrionalnej. –A ty się do mnie więcej nie zbliżaj, idioto! –Warknęła, rzucając Tatsumie spojrzenie godne bazyliszka.
-Tak jest, pani vice kapitan! –On też położył się na podłodze.
Spojrzał na widoczne za oknem gwiazdy. Migotały, niezmiennie piękne od miliardów lat. W tym momencie wydały mu się jeszcze piękniejsze.
