Wstał wcześnie, od razu czując dyskomfort powodowany noszeniem na biodrach tej przeklętej, z ledwością cokolwiek osłaniającej przepaski. Nie dojść, że czuł się w niej praktycznie nagi, to jeszcze nieziemsko uwierała go w tyłek, powodując ciągłe podrygiwanie ogona. Czuł, że jak tak dalej pójdzie będzie musiał związać sobie ręce aby nieustannie nie majstrować w tylnich okolicach z nadzieją zastąpienia ulgą swędzenia.

Wszyscy Na'vi nosili jednak ten „strój" i Jake nie miał najmniejszego wyboru. Co najważniejsze, wizualne upodobnienie się do nich, było przecież najprostszym z wszystkich procesów, które miały uczynić z niego pełnoprawnego członka klanu.

Tego ranka Neytiri – dowiedział się, że tak ma na imię – poprowadziła go w stronę jednej z ogromnych polan, na której miał rozpocząć mordęgę pod nadzorem Tsu'Tey'a.

Na'vi czekał na niego z twarzą wykrzywioną niesmakiem. Jego pogarda była bardziej ekspresywna od tej, która malowała się w oczach wojskowych przełożonych na niezliczonych treningach. Z tym, że wtedy Jake czuł się zmobilizowany do wysiłku, czego nie mógł powiedzieć o obecnej sytuacji.

Na samą myśl, o wylewaniu siódmych potów pod komendą tego osobnika robiło mu się niedobrze. Nie miał najmniejszej ochoty na wysiłek fizyczny, a już tym bardziej na poniżanie się ku uciesze Tsu'Tey'a.

Z drugiej strony musiał przecież spróbować i dać z siebie wszystko, aby okazać swoją przydatność dla Korporacji. Niech wiedzą, że to właśnie jemu, kalece bez podstawowych informacji i bez żadnego przygotowania, udało się zakradnięcie w łaski miejscowych.

Postanowił przejść przez trening z zaciśniętymi zębami. Poświęcić sto procent wysiłku

i udowodnić, że jest godzien zaufania. Zaufania ludu Na'vi, które pułkownik Quaritch będzie mógł wykorzystać jak tylko dusza zapragnie.

Mężczyzna złożył mu propozycję, a Jake nie zawahał się przed jej przyjęciem. Zreperowany kręgosłup, który pozwoli przetworzyć cholerny wózek na złom, z pewnością był wart poświęcenia.

Gdy tylko dotarli na miejsce przyszła para – przynajmniej takich informacji udzieliła mu Grace – zaczęła sprzeczać się w lokalnym języku. Tsu gestykulował energicznie, łypiąc na Jake'a niechętnym okiem, podczas gdy Neytiri prychała i marszczyła brwi, stając prawdopodobnie w jego obronie.

To było doprawdy żenujące. Kobieta wykorzystująca swą powabną władzę nad samcem, by chronić drugiego, który w jej mniemaniu był słaby i bezbronny.

Jake nie mógł dopuścić do dalszego nadwątlania swojego autorytetu, więc bezceremonialnie stanął pomiędzy dwójką Na'vi z wyrazem znudzenia na twarzy.

- Zaczynamy czy jak? Nie mam całego dnia.

Tsu'tey spojrzał na niego groźnie, odprawiając kobietę niecierpliwym skinieniem głowy. Potem zmierzył avatar'a kpiącym spojrzeniem, wskazując na pasącego się w oddali zwierza.

Wymamrotał coś pod nosem w lokalnym języku, doprowadzając Jake'a na skraj irytacji.

- Jeśli nie chcesz uchodzić za miernego nauczyciela, radzę przejść na angielski. Nie rozumiem ani słowa z tego bełkotu.

Mężczyzna uśmiechnął się krzywo, rozważając najwyraźniej czy rzucić się na Jake'a z pięściami za znieważenie rodzimej mowy, czy przyjąć uwagę za dobrą monetę i wykorzystać umiejętności nabyte w szkole prowadzonej przez Ludzi Nieba.

- Żaden z nas nie jest zadowolony z sytuacji, więc może po prostu…

-…skoro jesteś niezadowolony, po co pchasz się do wioski? Czego chcesz Chodzący We Śnie?

- A jednak mówisz po angielsku…

Na wargach Sully'ego zagościł cyniczny uśmiech.

- Odpowiedz! Czego chcesz?

- Już mówiłem.

Jake zacisnął zęby.

- Przyszedłem się uczyć, ale niekoniecznie od ciebie.

- Nie ufam ci.

Na'vi warknął, niewybrednie marszcząc nos. Jake zdążył zauważyć, że mimika jego twarzy była o wiele bardziej elastyczna niż u wszystkich miejscowych razem wziętych. Chyba nikt nie potrafił stroić tak różnorodnych min.

Skojarzył się byłemu marine z Marudą, bohaterem bajki dla dzieci, którą lubił oglądać mimo, że kręcono ją ponad dwa wieki temu.

- Masz nauczyć mnie zwyczajów Na'vi. Nie musisz mi ufać. Właściwie to mam w nosie twoje zaufanie.

- Licz się ze słowami…

Mężczyzna warknął, z niebezpiecznym błyskiem w złotej tęczówce.

-…znam się na polowaniu i lasach Pandory, ty nie. Na twoim miejscu bym spokorniał.

- Czy to groźba?

Tsu'tey nie odpowiedział. Wyminął Jake'a, ruszając szybko w stronę wcześniej wskazanego zwierza.

Sully rozpoznał, iż na tego typu stworzeniach pojawiło się trzech jeźdźców w noc jego „schwytania". Wyglądały niczym krzyżówka konia z mrówkojadem i nie miały na ciele nawet grama sierści. Po obu bokach pyska zwisały im długie i grube, niczym pnącza wąsy.

- To Pa'li

Tsu'tey stwierdził niechętnie, jakby każde słowo kosztowało go naprawdę sporo wysiłku.

- Uroczy.

Jake przystroił twarz w wymuszony uśmiech, spodziewając się, iż spokojne zwierzę, skubiące trawę w porannym słońcu z pewnością dla niego nie okaże się łaskawe. Jakoś nie mógł pozbyć się przeczucia, iż każdy dzień spędzony na szkoleniu okaże się trudniejszy od poprzedniego.

Ostatecznie to była Pandora. Obca planeta z nieznaną dotąd człowiekowi szatą rośliną i światem zwierzęcym. Na każdym kroku – jak z przekonaniem mawiał Quaritch – czaiło się niebezpieczeństwo. Nic nie było takie, na jakie wyglądało, więc najbardziej niewinne stworzonko mogło opluć cię wysoko żrącym kwasem.

- Na co czekasz? Ładuj się na niego.

Na'vi okazał zniecierpliwienie, popychając Jake'a brutalnie w stronę posilającego się Pa'li. Sam, mimo głębokiej niechęci względem Chodzącego We Śnie, gładził zwierzę po masywnej szyi, aby uspokoić je i zapewnić, że nic złego się nie stanie. Nie chciał ułatwić zadania Jake'owi, ale nie mógł dopuścić do spłoszenia jednego z najwierniejszych przyjaciół ludu Na'vi.

Sully nigdy nie jeździł konno, mimo, że właśnie konie najdłużej przetrwały wśród ginącej fauny planety Ziemia. Jakoś nie czuł nigdy potrzeby. Zapotrzebowanie na kontakt ze zwierzętami zaspokajały w jego przypadku rzadkie wizyty z dziewczyną w zoo lub film dokumentalny na Animal Planet.

Niemniej nie mógł stać obok zirytowanego Tsu niczym słup soli, niezdolny do tak prostej czynności, jaką było dosiadanie konia. Zaparł się więc na jednej nodze, a drugą spróbował przerzucić przez grzbiet potężnego zwierzęcia.

Wyszło dość nieporadnie i przez kilka chwil ku uciesze swego nauczyciela wierzgał w górze nogami, próbując zachować równowagę.

- Widzę, że doskonale się bawisz.

Na brzmienie słów Jake'a, uśmiech od razu spełzł z warg mężczyzny.

- Wręcz przeciwnie. Jesteś żałosny.

- Cieszę się, mogąc zapewnić ci rozrywkę.

Przez chwile mierzyli się wzrokiem, a z owej potyczki żaden nie chciał wyjść pokonany. Ostatecznie równowagę przywróciło zniecierpliwione prychnięcie zwierzęcia.

Tsu'Tey uspokajał Pa'li w lokalnym języku, a Jake starał się gładzić masywną szyję we wszystkich właściwych miejscach z nadzieją, iż w pewnej chwili nie wyląduje w błocie na czterech literach.

- Musisz nawiązać tsa'helu. Połączenie.

- Jasne…

Cóż, to wcale nie było dla Jake'a takie oczywiste. Starał się nie spoglądać wyczekująco na rozbawionego Na'vi, jednocześnie poszukując wzrokiem na ciele zwierzęcia czegoś w co można by się „podpiąć".

- No tak, mogłem założyć, że kretyn twojego pokroju na to nie wpadnie.

Marine ugryzł się w język, powstrzymując ciętą ripostę.

- Włosy.

Wskazówka okazała się nad wyraz pomocna. Jake od razu przypomniał sobie jak maleńkie macki na końcu warkocza wydały mu się dziwaczne i na swój sposób przerażające. Jakby żerował na jego ciele jakiś okropny pasożyt bez bliżej określonego celu. Nagle cel stał się jasny.

Chwycił warkocz, obserwując jak różowe włókna poruszają się leniwie, po czym kontynuował poszukiwanie czegoś podobnego u zwierzęcia.

- Stracę na ciebie pół życia.

Tsu warknął, podsuwając awatarowi pod nos jeden z długich wąsów Pa'li.

- Właśnie miałem po niego sięgnąć.

- Musisz wyzbyć się dumy Chodzący We Śnie. Przyznać się do błędu.

Uwaga zabrzmiała niczym pouczające napomnienie przedszkolanki, ale Jake poczuł, że wypada przytaknąć w odpowiedzi głową. Nie znosił tego Na'vi i nie podejrzewał go nawet o cień dobrych chęci, ale mimo wszystko musiał docenić to, że mężczyzna jest wyśmienitym myśliwym, przyszłym wodzem. Wskazówki, których mu udzielał były niezbędne do uzyskania akceptacji wioski.

- Stwórz więź.

Jake usłuchał, z nieco krzywym wyrazem twarzy. Łączenie się ze zwierzęciem w tak dziwaczny sposób nie było tak do końca fascynujące.

Zdanie zmienił od razu. Gdy tylko jego ciało zbombardowały bodźce płynące z silnego ciała Pa'li. Rytm bicia jego serca, przyspieszony oddech, cała gama dzikich instynktów, kłębiących się w mięśniach, ścięgnach i włóknach.

- Wczuj się w niego.

- Niesamowite.

Jake wyszeptał, zanim zdążył ugryźć się w język. Czuł radość na podobieństwo dziecka wpuszczonego do sklepu z cukierkami, ale niekoniecznie chciał by Tsu'Tey był tego świadkiem.

- Nie potrzebujesz słów by powiedzieć mu co ma robić. Wszystko dzieje się w umyśle.

- Niech będzie…

Marine stwierdził, zamykając oczy i skupiając się na jednej, istotnej myśli.

RUSZAJ DO PRZODU

Już po chwili brodził niestety w głębokim błocie, zrzucony z grzbietu Pa'li na skutek impetu z jakim się poruszał. Jake nie spodziewał się aż takiej gwałtowności i teraz z irytacją zaciskał pięści.

Naprawdę miał nadzieję, że jakimś cudem uda mu się nie zbłaźnić przed zadowolonym z siebie Na'vi.

- To tylko Pa'li Chodzący We Śnie. Jak poradzisz sobie z ikranem?

Czym do cholery był ikran Jake nie miał ochoty w tej chwili wiedzieć. Był wściekły. Nie lubił przegrywać, nie lubił bezsilności, a ostatnio…przez kilka gorzkich lat tylko ją wciąż odczuwał. Kładła go nocą do snu i budziła wczesnym świtem. Miał tego dosyć!

Zerwał się z ziemi i ruszył dziarsko w stronę zwierzęcia, ignorując szyderczy ton głosu Tsu'Tey'a. Wgramolił się na potężny grzbiet, bez chwili zastanowienia, sięgając po warkocz.

Nawiązał tsa'helu. Pomyślał RUSZAJ i po chwili rozcierał obolałe łokcie.

- Daj spokój Jakesully. Nie uda ci się go poskromić.

Tsu'tey przykucnął obok niego, spoglądając pogodniej w złote tęczówki Chodzącego We Śnie. Chciał aby człowiek się poddał, odpuścił, przyznał, że myślał o nieosiągalnym chcąc stać się jednym z Na'vi. Tego typu perswazja nie wymagała już niechęci czy agresji. Tsu chciał usłyszeć jedynie te dwa, wspaniałe słowa PODDAJĘ SIĘ.

- Nie poddam się.

Jake zerwał się z ziemi, o mały włos nie przewracając Na'vi, który zwinnie odskoczył do tyłu. Spojrzał na Pa'li groźnym wzrokiem, wyrażającym mniej więcej słowa „ rób tak dalej, a pożałujesz".

Wskoczył na grzbiet, z przyjemnością odnotowując, że wreszcie zrobił to z namiastką gracji. Sięgnął po warkocz, nawiązał tsa'helu i przez kilka sekund nawet utrzymał się na Pa'li. Po chwili jednak z irytacją wytrzepywał liście z włosów.

- Tracę na ciebie czas Chodzący we Śnie!

Tsu warknął, siadając na grubym konarze drzewa.

- Poddaj się!

- Nigdy!

Jake odparł zadowolony z siebie, co wywołało w Na'vi jedynie ostry, zwierzęcy syk furii.

- Poza tym nie odmówiłbym sobie możliwości zepsucia ci dnia.

- Igrasz z ogniem.

- Nie boję się ognia.

Nieudana próba goniła nieudaną próbę. Minuty uciekały, zamieniając się w godziny, a gama siniaków na ciele Jake'a zwiększała się z każdym nowym upadkiem.

Tsu'tey warczał, wściekał się bądź śmiał na przemian, nie wyrażając jednak najmniejszej chęci do udzielenia człowiekowi pomocnych wskazówek.

- Jesteś zbyt głupi by pojąć, że to cię przerasta?

- Możliwe.

Marine uśmiechnął się szeroko, po raz kolejny zamierzając się na grzbiet Pa'li. Usadowił się wygodnie, bardzo ostrożnie nawiązał tsa'helu i z wszystkich sił skupił się na tej jednej myśli. Płynącym z głębi serca, prawdziwym i szczerym pragnieniu udowodnienia, że może…że jest w stanie zawrzeć trwałą więź z tym łagodnym mieszkańcem Pandory.

RUSZAJ!

I Pa'li właśnie to uczynił. Jednak nie dziko i nie impulsywnie jak poprzednim razem.

Jake nie miał żadnej trudności z utrzymaniem się na jego grzbiecie i teraz szczerzył się uradowany od ucha do ucha.

- Doskonale.

Usłyszał za sobą znajomy głos Neytiri, która stała nieopodal Tsu, uśmiechając się z uznaniem.

- Doskonale? Zajęło mu to cały dzień.

Nauczyciel wskazał dłonią w stronę zachodzącego słońca. Spojrzał na Jake'a z niechęcią, która nie ominęła także jego przyszłej życiowej partnerki.

Po chwili odbyła się pomiędzy nimi kolejna ostra wymiana lokalnych słów, z której Jake nie zrozumiał ani słowa, chociaż mógłby przysiąc, że ich związek będzie pasmem niekończących się kłótni.

- Możesz zabierać się stąd Chodzący We Śnie. Na dziś koniec mojego mitrężenia czasu.

Tsu warknął na odchodne, po czym ruszył wściekle w stronę wioski, pozostawiając Jake'a i wytrąconą z równowagi Neytiri.