Midsummer's Night
- Wspaniałe kwiaty.
Wzdrygnął się, słysząc głos za plecami. Nie znosił, kiedy ktoś zachodził go od tyłu, a znając Horacego Slughorna mógł podejrzewać, że już od dłuższego czasu przyglądał mu się zza dostojnej lipy rosnącej nieopodal jeziora. Jego dawny nauczyciel był najnachalniejszym wielbicielem, jakiego do pory spotkał na swojej drodze. Oczywiście w zwykłych okolicznościach od razu by go zauważył, ale ten dzień nie był zwykły .
- Dziękuję, profesorze – odpowiedział, starając się brzmieć beztrosko, choć zdążyła go ogarnąć irytacja. Dlaczego Mistrz Eliksirów musiał się za nim przypałętać aż na błonia?
- Horacy , tyle razy ci powtarzałem! - roześmiał się nauczyciel i poklepał go przyjacielsko po ramieniu, zapewne wychodząc z założenia, że taki dowód zażyłości go ucieszy. Jakże się mylił. - Jeszcze kilka lat i twój ogród będzie pełen zakochanych!
Nie sądzę, chciał skomentować, ale zdołał się powstrzymać. Nie powinien zdradzać, jaki los czekałby tego, kto spróbowałby bez pozwolenia spacerować po różanych ogrodzie.
Pracował w Hogwarcie od trzech lat, a z każdym kolejnym latem róże zyskiwały na uroku. Zielarstwo nie było może jego ulubionym przedmiotem, ale kiedy po dwóch latach raczej bezcelowej pracy u Borgina i Burkesa dowiedział się o odejściu ze szkoły Herberta Beery'ego – podobno zrezygnował ze względu na jakąś katastrofę w czasie bożonarodzeniowej pantomimy – postanowił spróbować swoich sił na polu magicznej edukacji. Musiał przyznać, że uczniowie działali mu nerwy bardziej niż się spodziewał, Slughorn wyprowadzał go z równowagi co najmniej trzy razy dziennie, a Dumbledore nadal przyglądał mu się podejrzliwie, ale przynajmniej mógł wrócić do Hogwartu. Te dwa lata, które przekoczował w mieszkaniu nad ponurym sklepem, wydawały się jedynie mętnym wspomnieniem w obliczu splendoru starego zamku. W Londynie czuł się obco; nie potrafił oswoić miasta, które przez tak wiele lat było miejscem jego pogłębiającego się odosobnienia - nadal unikał okolicy sierocińca w obawie przed niechcianymi wspomnieniami. W Hogwarcie było zupełnie inaczej. Miał do dyspozycji własne komnaty – trzy pełne słońca pokoje w skrzydle zachodnim, skąd roztaczał się niezwykły widok na jezioro i Zakazany Las. Z tej perspektywy woda wydawała się dużo mniej mroczna niż w dormitorium Ślizgonów. Dostał też gabinet nieopodal szkolnych szklarni; od kiedy posadził niedaleko drzwi wyjątkowo agresywną tentakulę, liczba uczniów przychodzących z pytaniami drastycznie spadła.
Jednak to nie komnaty i prestiż posada czy przyzwoita płaca ściągnęły go do szkoły. To tu zaczęły się dziać dziwne i nadal nie do końca dla niego zrozumiałe rzeczy, kiedy zupełnie przypadkowo przeniósł się w czasie i poznał Harry'ego.
Harry. Wydawało mu się, że powinien znać jego imię od zawsze, nawet zanim zobaczył go po raz pierwszy w skrzydle szpitalnym tej śnieżnej zimy pięć lat wcześniej. Musiał wrócić, choćby tylko po to, by myśleć o Harrym spacerującym po tym samym zamku wiele lat później. Wiedział, że lubi przesiadywać nad jeziorem, a do biblioteki chodzi tylko pod przymusem; w gabinecie na trzecim piętrze przechowywał myślodsiewnię, a kiedy nikt nie patrzył, wymykał się z zamku i odwiedzał Hagrida, zupełnie jakby zapominał, że nie jest już uczniem i nikt nie ukaże go za nocne spacery.
Przez te pięć lat spotkali się zaledwie kilka razy, a czuł się tak, jakby znał Hary'ego lepiej niż samego siebie. Harry był ciepły, lojalny i wielkoduszny, tak różny od niego, a jednak dziwnie bliski. Często nie potrafił go zrozumieć, chociaż próbował. Niezdrowy optymizm i wiara w ludzi czasami go irytowały, a mimo to poddawał się ich urokowi za każdym razem. Wydawało się, że łączy ich tylko przeszłość, o której nie chcieli rozmawiać.
Choć szukał Toma Riddle'a w świecie Hary'ego, nie mógł go znaleźć. Zniknął wiele lat wcześniej i wydawało się, że nawet jeśli trwał jeszcze w czyjejś pamięci, wspomnienia te były bolesne i niechętnie przywoływane. Zrozumiał przyczynę, kiedy spotkali się po raz czwarty; Harry mieszkał wtedy w Londynie i nieudolnie próbował hodować na parapecie w kuchni fiołki. Przypadek sprawił, że dostrzegł tytuł krzyczący z pierwszej strony Proroka codziennego i ujrzał imię, o którym prawie już nie myślał. Nic dziwnego, że nikt nie pamiętał Toma Riddle'a; on sam życzył sobie, by o nim zapomniano. Czy nie dlatego wybrał sobie inne, wspanialsze imię?
Zniknął wtedy z życia Harry'ego na wiele miesięcy. Wiedział już, dlaczego przy ich pierwszym spotkaniu tak dziwnie się zachowywał. Czy mógł go za to winić? Dowiedział się wszystkiego z ukradkowych podróży – w książkach wspominano go z odrazą i strachem, a im większa była niechęć, z jaką o nim pisano, tym silniej kontrastowało z nią uwielbienie dla Harry'ego, dla Chłopca, Który Przeżył. Zrozumiał w końcu to niezwykłe uczucie, które ogarniało go za każdym razem, kiedy się spotykali. Ich losy były połączone, choć dzielił ich czas i rzeczy równie trudne do pokonania – śmierć, przepowiednie, zdrada... Nie wiedział, jak mógłby stanąć przed Harrym, wiedząc to wszystko. Dlaczego chłopak jeszcze go nie zabił? On sam zrobiłby to dawno temu.
Jednak Harry był niepojęty. Kiedy przeniósł się w czasie po raz kolejny, próbując zmienić bieg wydarzeń, zrobić cokolwiek, byle tylko wszystkie te okropne rzeczy nigdy się nie wydarzyły, spotkali się ponownie. Nie wiedział, czy jego zmieniacz czasu był uszkodzony czy może jakaś tajemnicza magia pozwalała mu na podróże tylko do jednego miejsca w przyszłości, ale stanął u drzwi Harry'ego pewnego jesiennego wieczoru i nadal nie był pewien, co właściwie się wtedy stało.
Nie potrafił nazwać uczuć, które targały nim tamtej nocy. Nie zasługiwał na przebaczenie. A jednak Harry przez długie godziny tłumaczył mu, że właściwie nie ma mu czego wybaczać, bo przecież to nie on popełnił wszystkie zbrodnie Czarnego Pana. Nie mógł w to uwierzyć, nie chciał. W przypływie poczucia winy przyznał się nawet do uwolnienia bazyliszka z Komnaty Tajemnic, do zamordowania ojca, do prześladowania dzieci w sierocińcu, ale i to nie zrobiło na Harrym takiego wrażenie, jak się spodziewał.
- Wiem – powiedział tylko, a na jego twarzy pojawił się grymas, którego nie potrafił zrozumieć. Miał wrażenie, że Harry walczy sam ze sobą, ale na czym polegała jego walka, nie wiedział.
Wrócił do swojego czasu zdezorientowany i zagubiony, a jednak z każdym mijającym dniem czuł, że coś się zmienia, że on się zmienia. Z coraz większą niechęcią patrzył na obskurny sklep i nieprzyjemnych pracodawców, na stare czarownice częstujące go czekoladkami i obłudnych czarodziejów próbujących naciągnąć go na zakup podrobionych sreber. Frustrowało go takie życie, kiedy czuł, że tak wiele powinien zmienić, tak wiele nadrobić, by wyrównać straty, które przyniósł światu... i Harry'emu.
Właśnie tak znalazł się w Hogwarcie – Horacy Slughorn, ten sam, który właśnie z uwagą przyglądał się jego wspaniałym różom, napisał do niego nim oficjalnie ogłoszono, że zwolniła się posada nauczyciela zielarstwa. Posługują się urokiem osobistym, który najwyraźniej nadal działał na dyrektora Dippeta, i próbując przekonać do siebie zawsze podejrzliwego Dumbledore'a, zdobył pracę w szkole. Nie mógł powiedzieć, by odnalazł sens życia, ale przynajmniej pracował teraz otoczony ludźmi milszymi niż Borgin i Burkes.
Korzystając z przywilejów nauczyciela zielarstwa, założył ogród, taki, jakiego w Hogwarcie jeszcze nie było. Każdą wolną chwilę poświęcał studiowaniu zaklęć, o jakich do tej pory nawet nie myślał. Sam przed sobą z pewnym rozbawieniem przyznawał, że nigdy nie podejrzewał, że będzie próbował znaleźć sposoby na uodparnianie kwiatów na szkodniki. Miał jednak cel - chciał w jakiś sposób pokonać czas, który oddzielał go od Harry'ego, nawet jeśli miało to oznaczać tylko zaczarowany ogród zdolny przetrwać wieki.
- Rose of Province? - głos Horacego Slughorna wyrwał go z zamyślenia. Nauczyciel stał kilka metrów dalej, próbując odegnać natrętną pszczołę. - Myślałem, że ta odmiana jest nieco mniejsza.
- To Fulgur – sprostował, zatrzymując na chwilę wzrok na krwistoczerwonych kwiatach. Ten krzew zasadził jako pierwszy. - Jest zaczarowana, wszystkie są.
- Kwitną w zimie? Zapach też chyba wzmocniłeś? - dopytywał się Slughorn, dotykając kolejnych róż. Nie był pewien, dlaczego tak go to złościło. Zanim zdążył odpowiedzieć, Mistrz Eliksirów zadał kolejne pytanie: - A ta? Jak się nazywa?
- Jeszcze nie wiem. - Spojrzał na bujny krzew pnący się po żeliwnej ścianie altany. Wymyślanie imion kolejnych odmian róż było czasami bardziej problematyczne niż samo ich hodowanie, wzmacnianie nasion magią i ochrona przed wścibskimi uczniami. Lubił ukryte znaczenia.
Slughorn spacerował dalej po ogrodzie, wspominając na głos o przyjęciu Klubu Ślimaka w następną sobotę, ale przestał zawracać nim sobie głowę. Miał coś do załatwienia. Spojrzał na bezimienną różę i rozpoznał miejsca, w których odciął rano trzynaście kwiatów. Zastanawiał się, czy wieczorem rany będą jeszcze widoczne.
...
- Róże? - usłyszał głos jakiejś dziewczyny dochodzący z pokoju. Przez chwilę poczuł, że paraliżuje go dziwne uczucie, coś, czego nie czuł już od tak dawna, że dłuższą chwilę zajęło mu zrozumienie, że jest zazdrosny. Kim była nieznajoma? Czy Harry'ego znużyło ciągłe czekanie?
Stał w pełnej słońca komnacie. Znał ją dobrze – sam w niej mieszkał, choć nie w tym czasie. Gdyby nie domniemana niestałość uczuć Harry'ego, być może zauważyłby, że od jego ostatniej wizyty w jednym z okien pojawił się witraż, który sam stworzył pięćdziesiąt lat wcześniej; kolejny sukces w walce z niepokonanym.
- Piękne, prawda? - zapytał znany głos, a on pomyślał, że jeszcze chwila niepewności i zwariuje. - Dostarczono je dziś rano.
- Trzynaście? Kim jest twój tajemniczy wielbiciel, Harry? - roześmiała się dziewczyna i odetchnął z ulgą. Ton jej głosu powiedział mu, że raczej cieszy się szczęściem Harry'ego niż chce mu je skraść.
- Nie jest taki zupełnie tajemniczy – odpowiedział chłopak; przez szparę w drzwiach dostrzegł, że patrzy na bukiet z czułością. Postanowił, że wypomni mu to później, kiedy znów zaczną się sprzeczać, jak bardzo niepraktyczne jest wysyłanie komukolwiek kwiatów.
Miło było patrzeć, jak zwyczajnie rozmawiał z przyjaciółką i chwalił jego róże prawie tak, jakby chwalił jego samego. Mógłby się przyzwyczaić do tego innego, nieznanego Harry'ego. Przy nim nadal bywał spięty, być może spodziewając się powrotu Tego, Którego Imienia Nie Wymawiali.
- Musisz go nam jak najszybciej przedstawić – powiedziała jeszcze dziewczyna, po czym usłyszał cichy trzask i z zielonej łuny odbijającej się na jasnych ścianach pokoju wywnioskował, że musiała użyć sieci Fiuu. Zobaczył, jak dwa puste kubki unoszą się ze stołu i płyną powoli w jego kierunku.
- Tom? - usłyszał głos Harry'ego, kiedy drzwi otworzyły się pod wpływem magii, a filiżanki prawie rozbiły się na jego głowie. - Od kiedy... - przerwał, a na jego twarzy pojawił się nagle wyraz dezaprobaty. - Dlaczego znowu je wysłałeś? Hermiona nie da mi teraz spokoju.
- Wydawało mi się, że przed chwilą twierdziłeś, że są piękne. - Nie mógł się powstrzymać od odrobiny złośliwości. Taki właśni był – cyniczny, zwłaszcza gdy chciał być zupełnie inny.
Jednak Harry nie wydawał się szczególnie urażony. Zamiast tego roześmiał się i podszedł bliżej.
- Są zachwycające. Ze wszystkich urodzinowych róż, jakie wbrew mojej woli wysłałeś, te podobają mi się najbardziej – podziękował, wspinając się na palce i całując go w policzek. - Nie zmienia to faktu, że musiałem się dzisiaj tłumaczyć przynajmniej czterem osobom, wliczając w to Horacego.
- Horacy wrócił z emerytury? - udał zaskoczonego. Harry od roku narzekał na nachalnego Mistrza Eliksirów i jego niekończące się zachęty do uczestnictwa w spotkaniach Klubu Ślimaka. - Może pocieszy się, że dziś rano też miałem wątpliwą przyjemność rozmawiać z naszym wspólnym znajomym. Był jak zawsze uroczo natrętny.
...
- Gdzie idziemy? - zapytał po raz kolejny Harry, próbując wyjrzeć spod opaski, którą zakrył mu oczy; uśmiechał się jak dziecko, beztrosko i w oczekiwaniu na niespodziankę.
- Jesteśmy już prawie na miejscu.
Szli przez tonące w blasku popołudniowego lipcowego słońca błonia, a dłoń Harry'ego była jak zawsze krzepiąco miła w dotyku. Witki wierzby bijącej, która nieustannie fascynowała Toma swoją dzikością, powiewały lekko na wietrze, gotowe w każdej chwili zaatakować. Powietrze pachniało trawą, ciepłą ziemią i słodkim lenistwem; Hogwart sprzed pięćdziesięciu lat wyglądał w czasie wakacji zupełnie tak samo. Bez uczniów zamek wydawał się czasami odrobinę pusty, jakby pogrążony we śnie. Późnosierpniowe zniecierpliwienie nie zdołało go jeszcze ogarnąć i drzemał spokojnie, udostępniając rozległe łąki pojedynczym nauczycielom, którzy spacerowali wokół zamku lub przysiadali nad jeziorem z książkami wypożyczonymi z obszernej biblioteki.
Jakiś młody czarodziej - nie mógł być starszy od Harry'ego - minął ich na wysokości szklarni i obdarzył zaintrygowanym spojrzeniem. Przez chwilę wyglądał tak, jakby chciał zapytać, co właściwie robią, ale ostatecznie tylko się uśmiechnął i wrócił do swoich spraw; na rękach miał rękawice ze smoczej skóry, a część jego twarzy pokrywała smuga ziemi.
- Nowy nauczyciel zielarstwa? - zapytał, gdy nieco się oddalili. Schodzili łagodnym zboczem w kierunku jeziora.
- Widziałeś Neville'a? - zdziwił się Harry, a w jego głosie pobrzmiewała obawa. Nieświadomie zacisnął mocniej palce wokół jego dłoni. Czy bał się, że ten cały Neville mógł go rozpoznać?
- Wydawał się zdziwiony twoim niecodziennych sposobem chodzenia - odparł, starając się go uspokoić - ale poświęcił nam dużo mniej uwagi niż roślinom spod szklarni numer trzy.
- No tak - roześmiał się cicho Harry, znów się rozluźniając. - Walczy z tentakulą, od kiedy przyjechał, to jakiś wyjątkowo agresywny okaz.
Przez jakiś czas szli w milczeniu. Przyjemnie było słuchać śpiewu ptaków dochodzącego ze skraju Zakazanego Lasu i dziwnych plusków wydobywających się z jeziora; być może to wielka kałamarnica postanowiła osiąść gdzieś bliżej brzegu. Pozwolił myślom błądzić.
W swoim Hogwarcie był ostrożniejszy, choć sam nie wiedział, dlaczego. Dawni nauczyciele, z jednym tylko wyjątkiem w postaci Dumbledore'a, uwielbiali go, a uczniowie - choć musiał przyznać, że bardzo go to dziwiło - zdawali się lubić jego lekcje. Mimo to musiał zawsze mieć się na baczności. Być może obawiał się, że ktoś odkryje, jaki jest naprawdę. Harry mówił o przebaczeniu, ale nie wiedział jednego - że on sam sobie nie przebaczył. Mógł się przekonać do nieponoszenia odpowiedzialności za czyny tego innego Toma Riddle'a, ale przecież miał wystarczająco wiele własnych grzechów. Trupy, które jak dotąd umiejętnie chował, stawały się coraz większym ciężarem. Czasami miał wrażenie, że duch nieznośnej Puchonki, której twarzy nie potrafił sobie przypomnieć, nawiedzi zamek i zdradzi jego sekret, zaprzepaszczając tę i tak nikłą nadzieję na względną normalność. Jego druga szansa była niepewna i każdego dnia jednocześnie coraz bardziej doceniał jej wartość i dostrzegał kruchość.
Kiedy był z Harrym, nie musiał nikogo udawać. Znał go jak nikt inny, w tym czy jakimkolwiek innym czasie. Ślizgoni potrafili być dobrymi kolegami, ale tak naprawdę nigdy nie czuł się jednym z nich. Nie miał rodowego nazwiska ani pieniędzy i chociaż nigdy nie dali mu odczuć, by miało to dla nich znaczenie, sam nie potrafił się przekonać do nawiązania z nimi więzi głębszej niż ta łącząca ludzi mieszkających przez siedem lat w tym samym pokoju. Horacy Slughorn usilnie próbował zostać jego przyjacielem, kiedy wrócił do Hogwartu jako nauczyciel, ale nie miał najmniejszej ochoty przebywać z Mistrzem Eliksirów dłużej niż wymagała tego przyzwoitość. Męczył go jego snobistyczny styl bycia i uczucie bycia trofeum. Harry był jedyną osobą, z którą naprawdę lubił przebywać.
Stanęli u drzwi ogrodu. Dla każdego zbłąkanego ucznia furtka wyglądałaby jak wysoka kępa krzaków, ale on bez problemu dostrzegł dziurkę od klucza.
- Możesz otworzyć oczy – powiedział, chowając w kieszeni szaty czarną opaskę.
Harry rozejrzał się ze zdziwieniem wokół siebie. Przez moment trwał w bezruchu, próbując ogarnąć wzrokiem jak największą część ogrodu, ale w końcu ruszył przed siebie, zatrzymując się co jakiś czas przy kwitnących kwiatach.
- Co to za miejsce? - zapytał, dotykając białych płatków Winter's echo i pochylając się, by je powąchać.
- To twój ogród – odpowiedział, ciągnąc go w kierunku altany. Dobrze wiedział, że nikt nie może ich teraz zobaczyć; ogród otwierał się jedynie na odległą część jeziora graniczącą z Zakazanym Lasem.
- Mój? - Harry spojrzał na niego, jakby nie rozumiał, co mówi; zielone oczy pełne były zdumienia.
Usiedli na ławce skrytej w cieniu bezimiennych róż. Ich zapach po pięćdziesięciu latach wydawał się jeszcze bardziej oszałamiający.
- Ten czas - zaczął, szukając odpowiednich słów, choć wydawało mu się, że spędził całe dnie na układaniu w głowie tego, co chciał powiedzieć - nie jest mój. Nikt, nawet ty, nie może mnie tu zatrzymać – przerwał, by zaczerpnąć oddech. Mówił szybciej niż zwykle i zaschło mu gardle. - Ale nawet czas można oszukać. Widzisz te kwiaty? - wskazał ciemnoczerwone róże, których pęk stał w wazonie w komnatach Harry'ego. - Zasadziłem je pięćdziesiąt lat temu, a są tutaj nadal, byś o mnie nie zapomniał.
Harry przyglądał mu się przez chwilę z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Zastanawiał się, co to mogło oznaczać. Czy użył nie takich słów, jak powinien? Wyrażanie uczuć nie było jego mocną stronę i prawdopodobnie nie miało się to już zmienić - za długo zaniedbywał tę sferę życia, by móc nadrobić braki.
- Ciągle zastanawiam się, dlaczego nic się nie zmieniło – powiedział nagle Harry. Patrzył w stronę jeziora, ale jego wzrok był pusty, zupełnie jakby widział coś nieziemskiego, odległego. - Jesteś... inny. Znałem tego drugiego ciebie wystarczająco długo, żeby stwierdzić różnicę, a mimo to nic się nie zmieniło.
Milczeli przed dłuższą chwilę. W Zakazanym Lesie chmara ptaków poderwała się z koron drzew i przez minutę zawisła nad nimi ciemną chmurą. Pomyślał, że przypomina mu to burzowe chmury, jakie pamiętał z dzieciństwa w Londynie. Z jego okna widać było ciemny zarys sąsiednich dachów, nad którymi ołowiane ciężkie chmury wisiały w czasie burz jak ogromne drapieżne ptaki.
- Wydaje mi się - zaczął ostrożnie, nadal słysząc gdzieś na skraju pamięci odgłos grzmotów – że czas jest ogrodem pełnym rozwidlających się ścieżek. - Ujął lekko dłoń Harry'ego i wskazał nią różany krzew. – Widzisz? Ma pąki i kwiaty w pełnym rozkwicie, są i takie, które powoli umierają, chociaż wzmocniłem je magią – powiódł jego dłoń do usychających czerwonych płatków. Gdy tylko ich dotknął, opadły zgodnie na ziemię. - Nie ma wyraźnego początku i końca, czasu rozkwitu i śmierci. Róża, którą widziałem dziś rano, nie jest tą, w której cieniu siedzimy. Trzynaście kwiatów w twoim wazonie kilka godzin temu rosło w tym ogrodzie.
Zapadła cisza. Jakiś zabłąkany chrząszcz zabrzęczał w wysokiej trawie.
- Powinieneś pisać książki – powiedział w końcu Harry, opierając głowę na jego ramieniu. - Niektórzy lubią takie sentymentalne bzdury.
- Sentymentalne bzdury? - udał - całkiem pomyślnie - oburzenie. - To ty zacząłeś ten temat.
- Tom - za każdym razem, kiedy wymawiał jego imię, brzmiało odrobinę inaczej. Teraz rozpoznał w głosie Harry'ego nutę zniecierpliwienia i rozbawienia, być może niekoniecznie w tej kolejności. - Tom, nie rozumiesz. Zmieniając ciebie, zmieniłem siebie.
...
Pachniał różami. Scarlett Lady, Fulgur, Old Moon, Clarisse ... I jeszcze jedna, ta nienazwana, której pyszne pąki w kolorze burgunda pochylały się w wazonie. Przez otwarte okno do pokoju wpadł orzeźwiający wieczorny wiatr; w świetle ostatnich promieni słońca skóra Harry'ego wydawała się opalona jak herbaciane płatki Lady Hillington.
Nie znał smaku róż, ale być może i w tym Harry je przypominał. Pocałował go raz jeszcze, żeby się upewnić, ale po chwili już nie pamiętał, co chciał sprawdzić. Światło tańczyło na białej pościeli i kiedy spojrzał z zamglone zielone oczy przez krótką chwilę zobaczył jakąś nieznaną, nieludzką postać. Nadal o nim myślał, o tym drugim Riddle'u.
Pochylił się nad jasną szyją i przylgnął do niej chętnymi ustami. On by tego nie zrobił. Ciemnoczerwony ślad kwitł tam, gdzie jeszcze chwilę wcześniej były jego wargi. Midsummer's night.
...
- Ziemsko jednakże szczęśliwsza jest róża uszczkniona ręką...* - powiedział cicho bardziej do siebie niż do Harry'ego, przyglądając się śpiącemu spokojnie chłopakowi.
Zaczynał wierzyć, że wśród ścieżek ogrodu uda mu się znaleźć tę właściwą.
* William Shakespeare, Sen Nocy letniej, tłum. Leon Urlich
AN:Nie wiem, czy to jakaś klątwa, czy może wręcz przeciwnie, ale pierwszy rozdział powstał w czasie sesji i drugi też postanowił się napisać, kiedy powinnam się uczyć do egzaminu.
Chyba jeszcze nigdy nie napisałam opowiadania, w którym Tom zostałby nauczycielem. Czytałam ich tak wiele, że ten motyw zaczął mi się wydawać pójściem po najmniejszej linii oporu, ale w końcu i ja się poddałam.
Jak zawsze mam nadzieję, że czytanie sprawiło Wam przyjemność.
(rozdział dodany ponownie ze względu na błędy)
