Rozdział 2
Marmaduke siedział na metalowej ławce na peronie dziewiątym na stacji King's Cross, oczekując przyjazdu pociągu z Hogwartu. Jego wzrok, pozornie z uwagą czytający kolumnę polityczną w The Daily Telegraph, utkwiony był w barierce odzielającej peron dziewiąty od dziesiątego. Lada moment, dzieciaki z mugolskich rodzin miały zacząć wysypywać się przez barierkę. Mężczyzna widział już gromadzących się dookoła rodziców, usiłujących wyglądać, jakby tłoczenie się na peronie było jak najbardziej normalne.
Nauczony przez lata cierpliwości, Marmaduke spokojnie upił łyk kawy z tekturowego kubka ze Starbucksa, na którym barista czarnym flamastrem niepoprawnie napisała jego imię. Powoli, mali czarodzieje zaczęli wyłaniać się z czeluści zaczarowanego peronu. Stróż po drugiej stronie wypuszczał ich pojedyńczo, aby nie powodować ataku paniki wśród mugoli na nagłe pojawienie się niewiadomo skąd tabunu dzieci.
Marmaduke z zadowoleniem stwierdził, że Harry również był wśród tłumu. Pchał wózek z kufrem i klatką bez sowy, rozglądając się na boki. Ale Marmaduke nie zamierzał wkraczać do akcji pochopnie szybko. Najpierw musiał się upewnić, że przyjaciele chłopca pojechali już do domów. Zajęło to trochę czasu. Z niecierpliwością czekał aż zatroskana pani Weasley zostawi chłopca w spokoju. W końcu i ona zniknęła, a na peronie pozostali sami mugole.
Harry usiadł na kufrze i podparł podbródek na dłoni. Wyglądał na zrezygnowanego. Marmaduke jeszcze przez chwilę przyglądał się chłopcu. Rozczochrane włosy i stare, znoszone, mugolskie ubrania. Czy dzieciak nie miał ani krzty dumy i szacunku dla własnego dziedzictwa? Z niesmakiem, Marmaduke stwierdził, że zapewne brakowało mu nie tyle dumy czy szacunku, co wiedzy. Wychowany przez mugoli, otoczony zdrajcami krwi i tradycji – kto miałby go nauczyć? Szczęściem było, że chłopiec był jeszcze młody. Szkody w niewykształconym umyśle o wiele łatwiej było naprawić.
Upewniwszy się, że nikt nie będzie mu przeszkadzał, Marmaduke powoli podniósł się z ławki i spacerowym tempem ruszył w kierunku znudzonego Harry'ego. Dzieciak siedział zamyślony, wpatrując się w dal.
'Pan Potter?' zagadnął mężczyzna, wyciągając dłoń na powitanie. Harry spojrzał na niego zaskoczony, wstał z kufra gwałtownie jakby go oparzył i nerwowo potrząsnął zaoferowaną prawicę.
'Yyy... tak,' zająknął się lekko, ale w zielonych oczach błyszczała raczej ciekawość niż strach. 'My się znamy?' zapytał podejrzliwie, wpatrując się nieufnie w nieznajomego.
Marmaduke uśmiechnął się przyjaźnie, świadom, że uprzejmość rodzi zaufanie, przynajmniej u tych, co nie mieli wiele styczności z polityką.
'Nie osobiście,' odparł mężczyzna. 'Jestem starym przyjacielem profesora Dumbledore'a,' dodał, w myślach gratulując sobie umiejętności łgania poprzez mówienie jedynie prawdy. Fakt, że pokłócili się przed pięćdziesięciu laty i od tamtej pory nigdy już nie byli w pokojowych stosunkach był akceptowalnym niedomówieniem.
'Profesor pana przysłał?' zapytał Harry głosem pełnym ekscytacji. 'Czy to znaczy, że nie muszę spędzać wakacji u Dursley'ów?' dodał z nadzieją.
Marmaduke zaśmiał się lekko. 'Nie, nie musisz,' odparł, umyślnie ignorując pierwsze pytanie. Lubił manipulować ludźmi. Szczególnie ci zdesperowani dawali mu dużo satysfakcji.
Zapewne gdyby Harry był starszy i bardziej obyty, nie dałby się zabrać na wakacje nieznajomemu. Ale chłopiec miał zaledwie czternaście lat, przeszedł traumę, a odebrane przezeń wychowanie z całą pewnością nie przygotowało go do zmierzenia się ze światem. Wujek Vernon nigdy nie powiedział mu, że nie rozmawia się z obcymi.
Pomimo obrzydzenia, jakie Marmaduke czuł do mugoli, szczególnie tych, co mieli czelność potraktować czarodziejskie dziecko w podobny sposób, naiwność Harry'ego bardzo mu w tej chwili odpowiadała. Wolał uniknąć scysji. Rzucenie odpowiedniego nazwiska w odpowiednim momencie i twarz człowieka godnego zaufania mogły zdziałać tu więcej niż barbarzyńska przemoc. Poza tym, Harry nie miał być świadomy tego, co się działo dopóki nie będzie za późno. Marmaduke miał prawie trzy miesiące, aby z tego mugolaka zrobić czarodzieja. Trzy miesiące, aby uzmysłowić chłopcu, że czarodzieje to jego naród, że ich tradycje i obyczaje były również jego, że ich język i kultura nie powinny być mu obce.
'W takim razie, gdzie spędzę wakacje?' zapytał Harry. 'W Norze?'
'Nie, to nie byłoby bezpieczne,' odparł Marmaduke. 'Doszliśmy do wniosku, że musisz ukryć się w dobrze chronionym miejscu...'
'Nie będę się ukrywał, jak jakiś szczur,' oburzył się Harry, przerywając mężczyźnie w pół słowa. 'Nie boję się żadnego beznosego gada.'
Modląc się o cierpliwość, Marmaduke wziął głęboki oddech, aby ukoić skołatane nerwy. Niewiele osób ośmielało się mu przerywać. Chłopiec z całą pewnością potrzebował lekcji szacunku.
'Potrzebujesz się uczyć,' wyjaśnił mu spokojnie. 'Chyba nie zamierzasz walczyć z wrogiem za pomocą zaklęcia rozbrajającego?'
Harry potrząsnął głową w zaprzeczeniu. Z jego miny, Marmaduke wywnioskował, że chłopiec właśnie uświadomił sobie jak absurdalnym był ten pomysł. Oczywiście, Marmaduke nie zamierzał na razie objaśniać dzieciakowi, kto zadecydował o potrzebie jego reedukacji, ani kto był owym wspomnianym wrogiem. Wszystko w swoim czasie.
'Gdzie jedziemy, w takim razie?' zapytał zakłopotany.
'Chyba nie oczekujesz, że powiem ci to tutaj, gdzie każdy może podsłuchać?' powiedział mężczyzna, udając zaskoczonego, że takie pytanie w ogóle padło. Harry niechętnie przyznał mu rację.
Marmaduke wyciągnął zza pazuchy srebrny medalion w kształcie feniksa. Skrzywił się na samą myśl, że artefakt dziedziczony w jego rodzinie od dwudziestu pokoleń doznał takiego zniekształcenia dla dobra sprawy, ale wiedział, że widok symbolu nagminnie używanego przez Dumbledore'a wzbudzi w chłopcu zaufanie. Gdyby zobaczył prawdziwy kszałt naszyjnika, mógłby się przestraszyć i zacząć zadawać niewygodnie pytania.
'To jest świstoklik, który zabierze nas na miejsce,' wyjaśnił, wyciągając wisior w kierunku chłopca. Gdyby był sam, pewnie by się aportował, ale międzykontynentalna teleportacja stwarzała zbyt wiele problemów, aby ryzykować zabieranie pasażera. Poza tym, dzięki antycznemu świstoklikowi, omijali kontrolę celną. Inaczej pewnie nie udałoby mu się uprowadzić chłopca z kraju.
Harry ostrożnie chwycił srebrny łańcuszek. Marmaduke nie potrafił powstrzymać zwycięskiego uśmiechu, gdy poczuł pociągnięcie w okolicach pępka.
Ciepłe, suche powietrze wdarło się do płuc chłopca w momencie, gdy jego stopy zaryły boleśnie o twardą, nieurodzajną ziemię. Jęknął cicho z bólu, ale nie dał po sobie poznać jak bardzo lądowanie na tyłku ugodziło w jego dumę. Pozbierał się z ziemi w błyskawicznym tempie i stanął obok towarzyszącego mu mężczyzny.
Pierwszą myślą Harry'ego było, że z całą pewnością nie był już w Anglii. W gardle poczuł ucisk niepokoju, gdy nagle zdał sobie sprawę, że wylądował w nieznanym kraju, z nieznajomym mężczyzną, który podawał się za przyjaciela Dumbledore'a. Przez moment zdawało mu się, że z żenującą naiwnością dał się wciągnąć w pułapkę – został uprowadzony i nawet nie oponował. Zamiast przerażenia, jednak, zrobiło mu się głupio. Zachował się jak idiota. Jak dziecko. Jak ufne, bezmyślne dziecko. Uświadomił sobie również, że nie wie nawet jak porywacz się nazywa, ale miał wrażenie, że próba wyciągnięcia tej informacji teraz byłaby upokarzająca.
'Chodźmy,' odezwał się nagle Marmaduke, patrząc na chłopca tak, jakby doskonale zdawał sobie sprawę, jakie myśli przebiegały przez jego umysł.
Mężczyzna poprowadził Harry'ego w stronę niewielkiego dworku o małych oknach i grubych, białych ścianach. Roślinność dookoła była pożółkła, ale rozciągające się dookoła stepy zdawały się wołać do chłopca zapraszająco.
Na werandzie, na bujającej się ławce, siedziała starsza kobieta w jasnej, koronkowej szacie. Ma nosie miała okulary, a siwe włosy upięte w ciasny, dostojny kok. Na widok zbliżających się przybyszów, wstała i odłożyła robótkę, która dotychczas pochłaniała jej uwagę.
'Marmaduke!' zawołała radośnie, przytulając mężczyznę do piersi.
'Tannie Saskia...' Mężczyzna, z lekkim ociąganiem, wyswobodził się z ramion kobiety. Gdy już stał wyprostowany, skinął głową na Harry'ego.
'Czy to...?' zapytała Saskia, zakrywając dłonią usta w szoku.
'Owszem. Będzie naszym gościem,' dodał, tonem głosu wyraźnie wskazując, że pytania będą musiały poczekać, aż chłopiec znajdzie się w łóżku.
'Ależ oczywiście!' Saskia wyglądała na niezwykle rozczuloną. 'Chodź, synku, pokażę ci twój pokój. Obiad jest już prawie gotowy,' powiedziała, a obracając się z powrotem do Marmaduke'a, rzekła na odchodnym, 'Potjiekos. Wiedziałam, że przyjedziesz dzisiaj.'
Marmaduke uśmiechnął się ciepło. Tannie Saskia van der Westhuizen była siostrą jego matki. Wychował się na jej farmie, pod jej czujnym okiem. To tu nauczył się życia. To tu pierwszy raz upolował, oprawiał i opiekał nad ogniskiem gryfa. To tu, pod przewodnictwem wujka Koosa van der Westhuizen, przeżył w buszu najpiękniejsze chwile dzieciństwa. Wiedział, że jeśli jest szansa na zmienienie chłopca, na nauczenie go miłości do świata magii i szacunku do własnego dziedzictwa, nie ma lepszego miejsca niż farma Wonderfontein.
Harry podążył za starszą kobietą do wnętrza domu. Było bardzo przytulne i proste, bez szczególnych udziwnień i zbytecznych wygód, a mimo to dało się poznać, że domostwo należy do ludzi bogatych. Było urządzone ze smakiem i klasą, a przepych przejawiał się raczej w jakości i wiekowości przedmiotów niż w błyskotkach, czy tandetnych złoceniach.
Tannie Saskia poprowadziła chłopca do pokoju na końcu krótkiego korytarza przyzdobionego jedynie żelaznym świecznikiem ściennym i parą skrzyżowanych muszkietów wiszących pod sufitem.
Pokój nie był duży, ale pomimo prostoty wystroju wydawał się niezwykle przytulny. W centrum stało ciężkie, drewniane łóżko z grubym materacem i białą pościelą, okryte tkanym pledem w kolorach ziemi. Białe, lniane firanki w oknie wydymane były delikatnym wiatrem, smagając raz po raz stojące koło okna biurko i regał z książkami. Duża szafa z grubo ciosanego drewna zdawała się monumentalna w małej przestrzeni, ale rzeźbienia na drzwiczkach wprawiły Harry'ego w zachwyt. Misternie wykonane, przedstawiały faunę i florę Afryki.
Za oknem rozpościerał się bajeczny widok na sawannę, a w oddali na horyzoncie majaczył cień góry stołowej. Cierniste akacje rosły przy płocie otaczającym domek i wypielęgnowany ogródek, a dwa duże psy węszyły koło krzaków róż. Wdychając suche, ciepłe powietrze afrykańskiej zimy, Harry uśmiechnął się po raz pierwszy od wielu dni. Wszystkie wątpliwości nagle wyparowały z jego umysłu, a perspektywa spędzenia wakacji na farmie wydała mu się darem od losu.
Tannie Saskia stała w drzwiach i przyglądała się chłopcu. Przywodził na myśl nowo nabytego psa, który bada i obwąchuje swoje otoczenie. Zastanawiało ją, w jaki sposób Marmaduke zdołał przyprowadzić go do jej domu. Biorąc pod uwagę, że wywiózł go aż do Transvaalu, a nie zdecydował się pozostać z nim w rodzinnym dworze w Anglii, zapewne zależało mu na tym, aby miejsce pobytu chłopca pozostało tajemnicą. Tannie Saskia doskonale zdawała sobie sprawę ze skłonności swojego siostrzeńca i z układów w jakie był zamieszany. Nie podobało jej się, że wciągał w to też dzieci, ale domyślała się, że Marmaduke miał dobry powód, aby uprowadzić akurat Harry'ego Pottera. Gdy chłopiec pójdzie spać, wszystko z niego wyciągnie.
