Część druga

Ranek zastał wszystkich na nogach. Większość rzeczy została naszykowana już wieczorem. Pozostało tylko spakować bagaż tak, by móc go jak najwygodniej przytroczyć do koni. Elfowie zajęli się tym, podczas gdy Gilraena szykowała prowiant na drogę. Ilość pakunków zmuszała ich do zabrania dodatkowego konia, ale w zasadzie nikomu to nie przeszkadzało. Ze względu na Aragorna i tak nie będą mogli podróżować zbyt szybko, więc luzak nie spowolni jazdy. Poza tym niezbędne były rzeczy zajmujące trochę więcej miejsca, jak choćby niewielki namiot.

Elrohir, ku swojemu pozytywnemu zaskoczeniu, przespał spokojnie noc. Obyło się bez koszmarów, raz czy dwa obudził go tylko płacz Aragorna. Zioła wypite poprzedniego wieczoru zapewniły mu mocny odpoczynek, a zawarty w nich środek nasenny pomógł odzyskać część sił fizycznych. Z samopoczuciem nie będzie tak łatwo, ale Elrohir był już w lepszej formie, niż chociażby wczoraj. Elf wstał i stwierdził, że chociaż noga nadal protestowała bólem, gdy się na niej opierał, to szwy trzymały się już mocno i można było mieć nadzieję, że więcej nie puszczą. Elladan, patrząc na brata, podzielał jego optymizm. Przed nimi niezbyt forsowna droga, nic ponad siły rannego. Lindir co prawda wzruszył jedynie ramionami, gdy usłyszał optymistyczną rozmowę braci, ale nic nie powiedział. Widział, że bliźniacy są w lepszym nastroju. Być może wspomnienie ostatnich dni przestanie być tak bolesne szybciej, niż się tego spodziewali…

Elladan i Glorfindel zaczęli dzień od wizyty w stajni, by zająć się końmi. Wierzchowce powitały ich cichym, radosnym rżeniem. Starszy syn Elronda uśmiechnął się do siebie, gdy Garoth wyciągnął do niego szyję. Poczęstował swego karosza wyjętym z kieszeni jabłkiem i w tym momencie poczuł, jak ciepłe chrapy dotykają jego ramienia. Hellas Elrohira, równie ciemny jak koń Elladana, rozglądał się za swym panem, a nie zobaczywszy go, szturchnął drugiego z braci.

– Ty też dostaniesz – roześmiał się elf i wyciągnął drugie jabłko dla Hellasa. Obok niego Glorfindel siodłał swojego siwka i gniadosza Lindira. Elladan oporządził oba karosze i wyprowadził je na dwór, gdzie Elrohir z Lindirem wynosili bagaże. Starszy z braci przekazał wodze Elrohirowi i wrócił po kasztanka Gilraeny i gniadego wierzchowca, który miał posłużyć za luzaka.

Z pakowaniem uwinęli się, nim Aragorn się obudził. Pozwolili mu dłużej spać, bo wcześniejsza pobudka nie była konieczna. Wręcz przeciwnie, w ten sposób zapewnili sobie chwilę spokoju, co raczej nie byłoby możliwe przy wszędobylskim dwulatku, na którego trzeba było mieć przez cały czas baczenie. Gdy chłopiec wstał, juki znalazły się już na dworze, gotowe do załadowania na konie. Pozostało tylko zasiąść do śniadania i mogli ruszać w drogę.

Nie spieszyli się specjalnie. Elfowie zdawali sobie sprawę z tego, jak trudny jest dla Gilraeny wyjazd i chcieli jej dać trochę czasu na oswojenie się z myślą, że prawdopodobnie nie wróci już do tego domu i do ludzi, wśród których żyła. A przynajmniej nie stanie się tak przez bardzo długi czas. Kobieta była pogrążona głęboko w myślach, niemal automatycznie karmiła Aragorna. Chłopiec jadł z apetytem. Jednocześnie szybko zakończył ciężkie milczenie przy stole, gaworząc i wciągając elfów w „rozmowy".

Po posiłku zebrali resztę swoich drobiazgów, w tym broń, i wyszli na zewnątrz. Gilraena została w jeszcze w domu, ale Aragorn podreptał za elfami. Na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech, gdy zauważył konie przyprowadzone przez Glorfindela i Elladana.

– Koń! Koń! – ucieszył się. Chciał podbiec, ale Elrohir złapał go w porę. Chwycił Aragorna i podniósł go w górę, tak, by mógł pogłaskać Hellasa. Chłopcu tak się to spodobało, że zaczął protestować, gdy elf postawił go z powrotem na ziemi.

– Poczekaj, zaraz będziemy jechać – roześmiał się stojący obok Elladan. – Jeszcze będziesz miał dość jazdy – mruknął na użytek brata i dodał głośniej, zwracając się ponownie do dziecka. – Chodź, pomożesz mi – zaproponował. Aragorn z zaaferowaną miną podążył za elfem, by po chwili wrócić z torbą, którą z uwagi na jej rozmiar niemal ciągnął po ziemi. Jak niewiele trzeba, by go czymś zająć, zauważył Elladan. Ciekawe, kiedy znudzi mu się podróż. Odebrał pakunek od chłopca i przytroczył go do swego konia. Ledwie skończyli ładować pozostałe rzeczy, Gilraena wyszła przed dom, z ociąganiem zamykając za sobą drzwi.

– Jestem gotowa, możemy jechać – powiedziała cicho. Glorfindel przytrzymał konia, gdy wsiadała, a Elladan podał jej Aragorna.

Gdy opuszczali osadę, parę osób wyszło, by się pożegnać i życzyć im bezpiecznej podróży. Ani razu nie padło pytanie, dokąd się wybierają i Elrohir cieszył się, że Dúnedainowie naprawdę pokładają w nich takie zaufanie.

Wśród zebranych Elladan dostrzegł Finrenę. Stała z boku w milczeniu i przyglądała się uważnie to Gilraenie i Aragornowi, to elfom, jak gdyby jeszcze raz próbowała ocenić, czy na pewno jej przyjaciółka jest w dobrych rękach. Gdy natrafiła wzrokiem na spojrzenie Elladana, elf uśmiechnął się pokrzepiająco.

– Oby Jedyny zapewnił wam prostą i bezpieczną drogę, dokądkolwiek się udajecie – głos Hamnotha wybił się wyraźnie ponad ciche pożegnania. Elladan odwrócił się w jego stronę.

– Niech Valarowie mają w swej opiece was i wasze domostwa – odpowiedział Glorfindel. Skinął głową na pożegnanie i ruszył stępa przed siebie wraz z Lindirem. Następna pojechała Gilraena, a bliźniacy zamknęli niewielki oddział.

Poranek był ciepły i słoneczny. Delikatny wiatr nie pozwalał odczuć upału. Słowem – idealna pogoda do podróży. Elrohir miał nadzieję, że przez całą drogę będzie podobnie, ale nie sposób było cokolwiek przewidzieć; przez ostatnie dwa tygodnie pogoda zmieniała się tak często, że robiło się to już uciążliwe. Może jednak, przy odrobinie szczęścia, uda im się uniknąć większej ulewy w trakcie drogi. Na razie jednak nie zaprzątał sobie głowy ponurymi perspektywami, po prostu cieszył się jazdą. Podążali ubitym traktem, który łączył pobliskie wioski. Na tej części drogi nie spodziewali się zagrożeń, ponieważ Dúnedainowie dbali o bezpieczeństwo w pobliżu swych domostw. Dlatego też elfowie nie czynili Gilraenie trudności, gdy poprosiła, by zatrzymali się na moment w jednej z wiosek. Mieszkała tam jej rodzina i Gilraena pragnęła się z nią pożegnać.

Minęło południe, gdy zsiedli z koni przed domem niewiele różniącym się od tego, w którym spędzili ostatnią noc. Gilraena zaproponowała swym towarzyszom, by weszli razem z nią do środka, ale elfowie odmówili, nie chcąc odbierać jej chwili prywatności. Elladan przypomniał jej tylko, żeby nikomu nie zdradzała celu swej podróży. Gilraena obiecała, że nie zabawi długo, więc nie rozkulbaczali koni. Kobieta wzięła Aragorna na ręce i zniknęła za drzwiami prowadzącymi do domu, prawdopodobnie chcąc zrobić niespodziankę jego mieszkańcom.

– Tu zawsze jest tak cicho i spokojnie – zauważył Elladan. Parokrotnie zdarzyło się, że wraz z bratem przebywał w dużych ludzkich skupiskach. Nie mogli znieść gwaru i chaosu, który często dominował tam, gdzie spokojnie mógł rządzić ład i porządek. Wioski Dúnedainów były inne. Być może była to kwestia ich wielkości, ale tutaj Elladan zawsze czuł się prawie jak w domu.

– Co powiesz na mały spacer? – zaproponował Elrohir. Ostentacyjnie zignorował spojrzenie Glorfindela. – Może spotkamy kogoś znajomego. Kto wie, kiedy znowu tutaj zajrzymy.

– Chętnie – zgodził się starszy z braci. Zerknął pytająco na dwóch starszych elfów, ale Lindir pokręcił przecząco głową, dając im do zrozumienia, żeby szli sami. Bracia oddali im wodze swoich wierzchowców i ruszyli w stronę centrum wioski, jako że dom, przy którym się zatrzymali, znajdował się na jej obrzeżach.

Osada była bardzo podobna do tej, w której mieszkała Gilraena. Domy stały równo, a tereny wokół były zadbane. Zasadniczą różnicę stanowił niewielki, lecz bardzo malowniczy staw, nad którym skupiała się większość domów. Elladan i Elrohir szli powoli, rozglądając się, ale nie spotkali nikogo znajomego. W ogóle w wiosce było niewielu mężczyzn i bracia podejrzewali, że Dúnedainowie musieli udać się na jakąś wyprawę, o której Arathorn im nie wspomniał. Nie znalazłszy niczego interesującego, bracia skierowali się w stronę stawu. Na jego brzegu bawiło się kilkoro dzieci, które na widok bliźniaków przerwały radosną bieganinę i z przejęciem otoczyły przybyszów. Bracia pozwolili na to, jednocześnie uważnie obserwując dzieci, jak gdyby chcieli zdobyć jak najwięcej doświadczenia, nim przyjdzie im zajmować się małym Aragornem. Widać nie spotkały jeszcze elfów, skonstatował Elladan, patrząc, jak dzieci dyskutowały zawzięcie i wymieniały uwagi dotyczące różnic między rasami. Bracia spojrzeli po sobie i zgodnie parsknęli śmiechem, słysząc dywagacje pięcioletniej na oko dziewczynki, która zastanawiała się głośno, czy elfowie przypadkiem nie mają skrzydeł.

– Całe szczęście, że nie mamy skrzydeł – szepnął Elladan tak, żeby dzieci go nie usłyszały. – Eru, uchowaj! Wyobraź sobie Glorfindela, jak lata za nami po Rivendell, gdy byliśmy mali. Dosłownie lata. – Podsunięty przez usłużną wyobraźnię obraz skrzydlatego Pogromcy Balroga był tak groteskowy, że bracia długo nie mogli się uspokoić. Chwała Jedynemu za to, że mimo wszystko mamy tylko ręce i nogi, przemknęło Elrohirowi przez myśl.

– Ciekawe, co będzie następne – mruknął. – Ogon? Kły? A może rogi? – dywagacje Elrohira wywołały kolejną falę wesołości.

– Chyba nie chcę wiedzieć – odparł cicho Elladan, gdy już się uspokoił. Dzieci tymczasem zdążyły skończyć swe rozważania, najwyraźniej napatrzywszy się już na elfów i odrzuciwszy co ciekawsze teorie. Dwóch starszych chłopców bezceremonialnie chwyciło bliźniaków za ręce i pociągnęło nad sam brzeg stawu. Bracia wymienili rozbawione spojrzenia, ale pozwolili się poprowadzić. Kto wie, czy za parę lat nie staną do walki w jednym szeregu? Ciekawe, ilu z nich będzie pamiętało to spotkanie?

Bracia zostali posadzeni na sporym głazie i ponownie otoczeni przez ciekawską dzieciarnię. Co wymyślą? Elrohir wcale nie był pewien, czy chce się dowiedzieć. Z tego, co wiedział, dziecięca wyobraźnia i pomysłowość nie miały granic. Na moment zapadła cisza, a potem pytania posypały się ze wszystkich stron jednocześnie. Kim są? Skąd przyjechali i dokąd jadą? Co tu robią? Z całej gromadki dzieci tylko dwaj chłopcy, którzy ich tu wcześniej przywiedli, zdawali się mieć jako takie pojęcie o elfach. Prawdopodobnie byli dziećmi Dúnedainów, z którymi zdarzyło nam się współpracować, pomyślał Elladan. Bracia starali się odpowiadać na wszystkie pytania, żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony. Cierpliwie wyjaśniali, że nie, nie mają skrzydeł, że owszem, zdarza im się czasem spędzać noc na drzewie, gdy wymaga tego sytuacja, ale generalnie wolą tradycyjne noclegi… Elladan wyjaśniał właśnie, na czym polega nocowanie na talanie, kiedy otrząsnął się gwałtownie i odwrócił. Jakaś mała dziewczynka wspięła się na kamień od drugiej strony i dobierała się właśnie do jego włosów, najwyraźniej zafascynowana sposobem ich upięcia. Ku jej niezadowoleniu, nie pozwolił się nimi pobawić. Dla bezpieczeństwa zdjął ją z głazu i postawił przed sobą na ziemi wśród reszty dzieci. Ich ciekawość zdawała się być nie do zaspokojenia. Pytania sypały się i sypały, a bracia zorientowali się wkrótce, że opowiadają dzieciom o Rivendell. W pewnym momencie Elrohir podjął jedną z dziecięcych piosenek, a Elladan włączył się do śpiewu. Dzieci nie rozumiały słów, ale słuchały jak urzeczone. Tymczasem myśli braci popłynęły daleko, do czasu, gdy sami byli mali. Tę piosenkę często śpiewała im Celebriana. Dawno nie słyszane słowa obudziły w nich tęsknotę z matką i pewną nostalgię, ale nie dali tego po sobie poznać. Dzieci są niezwykle czujne na wszelkie zmiany nastrojów, natychmiast by ją zauważyły, a przecież, nawet gdyby chcieli, nie zdołaliby wyjaśnić smutku i uczucia pustki, które wciąż im towarzyszyło, mimo upływu wielu lat. Elrohir mimowolnie sięgnął dłonią ku broszy spinającej płaszcz. Dla śmiertelników odchodzenie bliskich jest nierozerwalnie związane z ich naturą. Dla Pierworodnych zawsze jest raną, która nigdy nie zabliźni się do końca.

– Elladan, Elrohir! – głos Lindira sprawił, że przerwali śpiew. Najwyraźniej zabawili z dziećmi na tyle długo, że Gilraena zdążyła załatwić swoje sprawy i była już gotowa do dalszej drogi.

– Będziemy musieli już iść – powiedział Elrohir. Odpowiedział mu zgodny jęk zawodu. – Być może jeszcze się spotkamy, ale tymczasem żegnajcie. – Bracia wstali i ruszyli w stronę czekającego na nich Lindira. Dzieci początkowo szły za nimi, ale wkrótce zatrzymały się, widząc, że elfowie naprawdę nie zamierzają zostać dłużej. W dodatku, o ile wcześniej buzie im się nie zamykały, tak teraz obecność starszego elfa działała na nie onieśmielająco. Lindir spojrzał tylko na dzieci, potem na bliźniaków, i westchnął w duchu. Czy im naprawdę nie starczał jeden dzieciak, którego mieli na stałe pod opieką? Ledwie o tym pomyślał, Aragorn śmignął obok niego z radosnym śmiechem, by wylądować wprost w otwartych ramionach Elladana. Starszy z bliźniaków wziął chłopca na ręce i podrzucił do góry, wywołując kolejny atak śmiechu. Elrohir obejrzał się, chcąc jeszcze raz pożegnać się z dziećmi, ale maluchy wróciły do swoich wcześniejszych zabaw, więc zaniechał tego. Wraz z Elladanem podążyli za Lindirem do koni.

Gilraena siedziała już w siodle i rychło pozwoliła myślom płynąć daleko; podjęła już decyzję i wuj nie mógł jej od niej odwieść. Na widok braci przekomarzających się z Aragornem na jej twarzy po raz pierwszy tego dnia zagościł nikły uśmiech. Synowie Elronda na pierwszy rzut oka zdawali się być właśnie tacy, jak w tej chwili; radośni i beztroscy, skłonni do uśmiechu, co wydawało jej się niezwykłe w porównaniu z innymi elfami, z którymi miała styczność. Gilraena wiedziała jednak, że nie zawsze są tacy. Arathorn opowiedział jej kiedyś ich historię. Poznała prawdę o skrzętnie skrywanej ranie z przeszłości. I słyszała, jaki wpływ miała ona na zachowanie braci w pewnych sytuacjach. Z tamtej dawnej opowieści wywnioskowała, że elfowie zupełnie inaczej odbierają rozłąkę z ukochaną osobą i dużo bardziej ją przeżywają. Mogła więc sobie tylko wyobrażać, co czuł Elrond po stracie żony. Czy zachowanie bliźniaków miało mu jakoś pomóc? A może to była ich forma obrony? Nie mogła tego wiedzieć, zbyt słabo ich znała. A teraz? Czy ich reakcja na Aragorna, ich zacieśniające się stosunki były spontaniczne, czy również był to sposób na poradzenie sobie z ostatnią sytuacją? Gdy o tym pomyślała, nagle z trudem sama zapanowała nad łzami cisnącymi się do oczu. Nie, uznała, starając się skupić myśli na czym innym. Nie ukrywali żalu pod maską uśmiechu. Miała okazję przyjrzeć się wczoraj Elrohirowi i widziała u niego zarówno uśmiech, jak i łzy. Może więc to ona dorobiła teorię tam, gdzie nie było to potrzebne? Może oni po prostu tacy są? Tak czy inaczej, synowie Elronda swą bezpośredniością sprawiali, że nie sposób było ich nie polubić. Byli jej bliżsi niż Glorfindel i Lindir, którzy w dyskretny i uprzejmy sposób zachowywali dystans. A Elladan i Elrohir… Gilraena sama nie była w stanie określić, dlaczego zrobiło jej się ciepło w sercu na widok elfów otoczonych dziećmi. Bracia nie zwracali uwagi na ogromną różnicę wieku, liczoną przecież w setkach, jeśli nie w tysiącach lat i do każdego odnosili się z sympatią. Sprawiali przez to, że Gilraena czuła się przy nich po prostu bezpiecznie. Nie mógł jej również umknąć fakt, że Aragorn tak bardzo do nich garnął, mimo że prawie ich nie znał. Widziała również, że synowie Elronda odwzajemniają żywą sympatię dziecka i nie mogła sobie wyobrazić lepszych przyjaciół dla synka. Nie mogła mieć pewności, ale czuła, że między nimi właśnie rozpoczyna się przyjaźń na całe życie.

Na progu domu, częściowo skryty w cieniu dachu, stał starszy mężczyzna. Choć nie było widać dokładnie jego twarzy, Elrohir czuł na sobie jego czujne spojrzenie. Mężczyzna taksował ich wzrokiem, prawdopodobnie oceniając, czy będą dobrymi opiekunami dla Gilraeny. Młodszy z braci przyjrzał mu się również i zauważył, że surowe spojrzenie człowieka złagodniało nieco, gdy ten zobaczył ich z małym Aragornem, nadal jednak dalekie było od aprobaty. Elrohir nie był w stanie powiedzieć jednoznacznie, czy już się kiedyś spotkali. Prawdopodobnie nie, ale możliwe było, że zetknęli się przed niegdyś, a lata, które minęły od tego czasu, zmieniły człowieka tak, że uczyniły go nierozpoznawalnym dla elfów przyzwyczajonych do niezmienności wyglądu.

– Witajcie – odezwał się pierwszy. – Jestem Drandor. – Synowie Elronda upewnili się tym samym, że nie mieli z nim wcześniej do czynienia.

– Witaj, Drandorze. Nazywam się Elladan, a to mój brat Elrohir – odpowiedział starszy z braci. Aragorn siedział w jego ramionach i śmiał się radośnie, na przemian wtulając głowę w szyję Elladana i wyglądając ponownie do Elrohira. Zabawa w „a ku–ku" była dla niego w tej chwili najważniejsza, dlatego obrzucił młodszego z braci pełnym wyrzutu spojrzeniem, gdy ten przestał się z nim bawić i skupił swą uwagę na rozmowie.

– Gilraena powiedziała mi, co zamierzacie – zaczął Drandor. – Nie ukrywam, że nie podoba mi się ten pomysł. – Mężczyzna od razu przeszedł do rzeczy.

Elladan nie był tym zaskoczony. Spodziewał się, że temat wypłynie przy spotkaniu z krewnymi Gilraeny. W końcu to była także ich sprawa.

– Nie możecie żądać od niej, by porzuciła wszystko, co dotąd było jej znane – podjął, widząc, że żaden z elfów nie zamierza się odezwać. – To jeszcze młoda dziewczyna – Elrohir zauważył, jak mężczyzna patrzy na Gilraenę z czułością; widać była mu bliską osobą.

– Gdyby istniała taka możliwość, nie posuwalibyśmy się do ostateczności i nie zabieralibyśmy Gilraeny z jej rodzinnych stron – odparł młodszy z braci. – Ale w tej chwili najważniejsze jest, by potomek Isildura przetrwał i dożył wieku dorosłego. Nie możemy powiedzieć, by tu było dostatecznie bezpiecznie.

– Żaden z Dúnedainów nie ulęknie się zagrożenia i będzie bronić syna swego wodza do ostatniej kropli krwi – powiedział dumnie Drandor, wyraźnie urażony słowami elfa, choć ten nie miał nic złego na myśli.

– Nikt z nas tego nie podważa – wtrącił się Glorfindel. Drandor obdarzył go niechętnym spojrzeniem; najwyraźniej musieli rozmawiać już wcześniej. – Ale wokół robi się coraz niebezpieczniej i kto wie, co będzie za parę lat. Co, jeśli orkowie namnożą się tak, że wasze siły nie zdołają sprostać naporowi wroga? Coraz więcej plugastwa czai się w okolicy, coraz odważniejsze się robi. Nie wiem, czy w sytuacji kryzysowej zdołamy na czas przyjść wam z pomocą.

– Od wieków żyjemy tu i bronimy się skutecznie – odparował Drandor. Aragorn wyślizgnął się z objęć Elladana i podszedł do krewnego, patrząc na niego z ciekawością. – Tu jest miejsce Aragorna, między nami. I tutaj jest miejsce Gilraeny. Z rodziną – dodał, dobitnie wskazując na chłopca, który bez oporów dał się wziąć na ręce.

– Decyzja w tej sprawie nie należała do nas, lecz do Gilraeny – odparł spokojnie Elrohir. – A ona zaufała nam i postanowiła pojechać z nami. Tam, dokąd się udajemy, będzie bezpieczna, a Aragorn zostanie ukryty przed światem, aż dojrzeje do swego dziedzictwa.

– Dokąd ją zabieracie? – po głosie Drandora widać było, że zaczynał powoli spuszczać z tonu. – Czy nie możemy nawet wiedzieć, gdzie będzie mieszkać? Chcecie jej zabronić kontaktu z ludźmi, których tu zna?

– Dla bezpieczeństwa Aragorna lepiej będzie, jeśli nikt nie będzie wiedział, dokąd ich zabieramy – powiedział stanowczo Glorfindel. – Arathorn zaufał synom Elronda, był gotów powierzyć im własne życie. Ty także zaufaj.

Elrohir zbladł, słysząc te słowa, które w jego odczuciu zabrzmiały wręcz złowrogo. Był gotów powierzyć im własne życie… A oni zawiedli. On zawiódł. Glorfindel udał, że nie zauważył nieznacznej zmiany w zachowaniu Elrohira. Miast tego skupił się jedynie na rozmowie, przejmując inicjatywę. Wiedział, że jego słowa mogły brzmieć okrutnie dla braci, ale dla Drandora nie miały takiego wydźwięku. Opór mężczyzny powoli się łamał.

– Bezpieczeństwo to nie wszystko – wytknął jeszcze, szukając argumentów. – Czy będziecie w stanie zapewnić im to, co mieli tutaj? Miłość i troskę?

– Niczego nie będzie im brakowało – zapewnił go Glorfindel. – Tam, dokąd jedziemy, Gilraena i Aragorn zostaną z radością przyjęci w grono rodziny.

– Skoro tak… Dobrze, jedźcie w takim razie – powiedział z ociąganiem Drandor, wciąż nie do końca przekonany. – Gilraeno – zwrócił się do kobiety, która wyglądała, jak gdyby otrząsnęła się z głębokiej zadumy. – Gdybyś kiedykolwiek zmieniła zdanie i zapragnęła do nas wrócić, będziemy na ciebie czekać z otwartymi ramionami.

– Wiem – odparła cicho, nie do końca panując nad drżeniem głosu i łzami w oczach, które w końcu zakręciły jej się w oczach. Drandor podszedł i w milczeniu podał jej dziecko. Gilraena pochyliła się i ukryła twarz we włosach chłopca, chcąc prawdopodobnie skryć swoje łzy. Glorfindel uznał natomiast, że sprawa jest zakończona i skinąwszy mężczyźnie głową na pożegnanie wrócił do swego wierzchowca. Elladan został jeszcze przez chwilę, czekając na Elrohira.

– Uważajcie na nich – powiedział jeszcze Drandor, zwracając się tylko do bliźniaków. – Na nich oboje.

– Będziemy – obiecał Elladan. Już druga osoba prosiła go o to. Chciał wierzyć w to, że im się uda.

– Lohil? – Głos Aragorna sprawił, że bracia ruszyli się w końcu z miejsca. Chłopiec obrócił się i rozejrzał uważnie, poszukując elfa wzrokiem. Elrohir uśmiechnął się do siebie, słysząc jak chłopiec próbuje wymówić jego imię w całości.

– Oczywiście, wszyscy jedziemy – powiedziała Gilraena już spokojnym głosem. – Zobacz, Elladan i Elrohir też wsiadają na swoje konie.

– Nie, nie – zaprzeczył gwałtownie Aragorn i wychylił się jeszcze mocniej ponad ramieniem matki. – Loo – zawołał jeszcze raz, tym razem używając wygodnego dla niego skrótu. Młodszy z bliźniaków podjechał bliżej, a wtedy chłopiec sugestywnie wyciągnął do niego rączki. Elrohir czuł przy tym na sobie spojrzenie Drandora.

– Cóż byś chciał? – zapytał. Aragornowi udało się akurat dosięgnąć ręki elfa i chłopiec chwycił się kurczowo jego palca.

– Lo? – Maluch spojrzał pytająco na Gilraenę. Kobieta podniosła wzrok na młodszego z braci, wyraźnie zaskoczona.

– Chcesz ze mną jechać? – upewnił się Elrohir, równie zdziwiony jak Gilraena, która odezwała się dopiero po chwili.

– Nie – odpowiedziała dziecku. – Nie będziemy robić problemu – dodała, spoglądając na elfa z lekkim zakłopotaniem. Elrohir niemal natychmiast zaprzeczył, gdy tyko zobaczył, jak buzia Aragorna wygina się niebezpiecznie w podkówkę.

– Żaden problem – odparł. – No chodź – sięgnął po chłopca i posadził go przed sobą. W zamian został obdarzony słodkim uśmiechem i chwilą ciszy, bowiem ucieszone dziecko natychmiast zaczęło miętosić w rączkach kawałek rzemienia od wodzów.

– Podstawowa zasada, którą właśnie złamałeś. – Lindir nieoczekiwanie podjechał bliżej i włączył się do rozmowy. Mówił przy tym cicho, jedynie do Elrohira. – Nigdy nie pozwalaj na coś, gdy kto inny w tym momencie zaprzecza. Zwłaszcza, jeśli jest to matka. Zobaczysz, jeszcze ci dzieciak wejdzie na głowę, zanim się obejrzysz.

– Myślisz, że się dam? – spytał Elrohir. Elladan dołączył do brata, sugerując tym samym, że w razie czego nie zostawi go samego. Lindir miał prawdopodobnie gotową odpowiedź, ale w tym momencie wtrącił się Glorfindel, ucinając dyskusję w zalążku:

– Jedźmy. – Elf spiął konia i ruszył stępa przed siebie, dając tym samym sygnał do dalszej podróży. Drandor długo jeszcze patrzył za nimi, gdy odjeżdżali.

Elrohir z przyjemnością objął chłopca, by ten nie spadł mu przypadkiem. Zdawał sobie sprawę, że takim postępowaniem zacieśnia więzy z chłopcem, ale to było chyba to, czego teraz potrzebował. Mogłoby się to wydać dziwne, ale pragnął kontaktu z Aragornem; z małym ludzkim dzieckiem. W Rivendell nigdy nie było dużo dzieci. Czasem trafiło się jedno czy dwa, ale już od wielu lat nie słyszano w Imladris śmiechu małego elfa. Patrząc na Aragorna i słuchając, jak chłopiec gaworzy do siebie, Elrohir uświadomił sobie, jak bardzo brakowało mu kontaktu z dziećmi. Ostatni raz miał okazję, gdy Arwena była mała, ale wtedy i oni z Elladanem byli bardzo młodzi, więc inaczej do tego podchodzili. Pamiętał jednak, jak wielką radość sprawiała im zabawa z siostrą, chociaż czasem brakowało im cierpliwości. Potem nie mieli już do czynienia z dziećmi. Ich życie wypełnione było podróżami i polowaniami na orków. Owszem, zaglądali do domu, sporadycznie odwiedzali Lotlorien, ale głównie byli w drodze. Ze wszystkich sił starali się dbać o bezpieczeństwo w okolicy Rivendell, zwłaszcza po tym, co spotkało ich matkę.

Aragorn przekręcił się, gdyż najwyraźniej rzemień przestał już stanowić wystarczająco interesującą zabawkę. Elrohir objął mocniej chłopca w obawie, że ten wyślizgnie mu się przypadkiem, jeśli będzie się tak wiercił. Na tym zakończył się bezruch dziecka.

– Nie, nie, nie. – Jadący obok Elladan parsknął śmiechem, gdy zobaczył, jak brat próbuje poskromić siedzącego przed nim chłopca. – A'agon sam, A'agon sam! – upierał się Aragorn, starając się uwolnić z uścisku elfa.

– Nie mogę cię puścić, bo spadniesz – wyjaśnił Elrohir. – Zobacz, jak jesteś wysoko – dodał i przygryzł wargę, gdy chłopiec kolejny raz wbił mu się łokciem w zranioną nogę. O tym jakoś nie pomyślał, gdy brał dziecko do siebie. Nie ruszaj się tak, miał ochotę poprosić, ale zaniechał tego, wiedząc, że i tak nic nie osiągnie. Aragorn po prostu nudził się podczas dłuższego bezruchu i nie mógł nic na to poradzić.

Uratował go Elladan, który momentalnie wychwycił zmianę w nastroju brata, i, domyśliwszy się przyczyny, postanowił się włączyć.

– Chodź do mnie, Aragornie – zaproponował. – Teraz ze mną trochę pojedziesz, co? – Aragorn znieruchomiał i taksował przez chwilę wzrokiem drugiego elfa, po czym ochoczo wyciągnął rączki. Gdy Elladan sadzał go przed sobą na swoim wierzchowcu, oczy chłopca czujnie lustrowały pozostałych podróżnych, jakby dziecko upewniało się, czy wszyscy są.

– Dzięki – mruknął cicho Elrohir, tak, żeby inni go nie usłyszeli. Z ulgą pozbył się słodkiego ciężaru. Choć jazda z chłopcem sprawiała mu przyjemność, mimo wszystko na razie wolał jednak podróżować sam. Elladan uśmiechnął się tylko i przeniósł swą uwagę na Aragorna, który akurat zaczął się dobierać do jego broszy. Nic nie mówiąc, delikatnie wyjął ozdobę z rączek dziecka, żeby przypadkiem się nie rozpięła i nie ukłuła go.

– Do domu? – zapytał Aragorn zaskakująco wyraźnie, wykręcając się zabawnie, żeby spojrzeć na elfa.

– Tak, jedziemy do twojego nowego domu – odparł Elladan. – Będziesz mieszkał tam, gdzie my.

– Mama? – zaniepokoił się chłopiec, oglądając się nerwowo. Gilraena oderwała wzrok od końskiej grzywy i zrównała się z Elladanem.

– Jestem tu – powiedziała łagodnie. – Nigdzie nie odchodzę, nie bój się.

– Mama, dom? – dociekał dalej Aragorn, zmuszając braci do małej gimnastyki umysłów w celu zgadnięcia, o co dokładnie mu chodzi. Do takich rozmów jeszcze nie przywykli. Ale chyba byli na dobrej drodze, bo jak dotąd żadna z tych swoistych konwersacji nie zakończyła się płaczem.

Elladan zaczął opowiadać swobodnie o Rivendell. Starał się mówić prostym, zrozumiałym dla dziecka językiem, ale jednocześnie obserwował dyskretnie Gilraenę, która z uwagą słuchała wszystkiego, co dotyczyło Imladris. Miał nadzieję, że w ten sposób przybliży jej nieco miejsce, które już niedługo stanie się jej nowym domem. Aragorn początkowo słuchał z uwagą, ale potem wrócił do mamy, by zasnąć w jej ramionach, czemu sprzyjało także miarowe kołysanie.

Jechali bez przeszkód przez cały dzień, robiąc dość częste, ale krótkie postoje. W końcu zatrzymali się wieczorem na niewielkiej polanie. Mogliby wprawdzie jechać jeszcze kawałek, ale w okolicy nie było lepszego miejsca na nocleg, dlatego synowie Elronda bez wahania zaproponowali rozłożenie się tutaj obozem. Ślady po ogniskach pozwalały sądzić, że nieraz Strażnicy obozowali w tym miejscu. Równie wymownie świadczył o tym stos drewna ukryty zmyślnie w zagłębieniu pod głazami, tak, by w razie potrzeby można było szybko rozniecić ogień. Ponieważ nie padało, a w okolicy było pod dostatkiem mniejszych i większych gałęzi, elfowie nie naruszyli zapasów, pozostawiając je dla tych, którzy w przyszłości będą ich bardziej potrzebować.

Szybko zakrzątnięto się przy przygotowywaniu obozu. Gdy konie zostały już rozkulbaczone, a bagaże złożone w jednym miejscu, Elladan i Elrohir zabrali się za rozkładanie niewielkiego namiotu dla Gilraeny i Aragorna, śledzeni przy tym uważnym spojrzeniem dziecka. Chłopiec wędrował swobodnie po obozie, cały czas obserwowany przez przynajmniej jedną parę oczu.

Analizując przebytą drogę, Elladan uznał, że mieli całkiem dobre tempo, lepsze, niż początkowo zakładał. Jeśli dalsza droga będzie przebiegała równie pomyślnie, osiągną Rivendell przed upływem dziesięciu dni. Jeśli…, powtórzył w myślach starszy z braci. Nie, nie pora teraz na rozważania, co by było, gdyby. Teraz musieli uporać się z namiotem, co okazało się być zajęciem dość kłopotliwym, jako że Aragorn nagminnie łapał płachtę materiału i próbował się pod nią schować, a gdy któryś z braci zabierał mu ją, chłopiec zaśmiewał się i łapał ją w innym miejscu. W końcu jednak okiełznali zarówno chłopca, jak i plączący się materiał. Niebo wprawdzie pokrywały tylko nieliczne chmury, ale ostatnio pogoda zmieniała się tak gwałtownie, że nie wiadomo było, czy nocą nie zacznie padać. A nawet jeśli nie, to namiot zachowywał się jak ekran i utrzymywał ciepło, konieczne zwłaszcza w nocy dla dziecka nieprzyzwyczajonego do spania na świeżym powietrzu.

Reszta prac obozowych poszła sprawnie jak zawsze. Gdy Aragorn obserwował bliźniaków, Gilraena z Lindirem zatroszczyli się o posiłek, a Glorfindel zajął się końmi. Chwilę to trwało, nim uporał się ze wszystkimi jukami i pozwolił wierzchowcom skubać świeżą trawę. Jakiś czas zabawił też przy swoim siwku, oczyszczając go chociaż pobieżnie z pyłu. Aragorn oczywiście nie wytrzymał długo w miejscu i odrabiał sobie cały dzień bezruchu, biegając od Gilraeny do braci. Gdy ta trasa mu się znudziła, zmienił ją tak, by znaleźć się tuż obok Glorfindela. Wobec takiego obrotu sprawy, z dzieckiem uczepionym nóg i szczebioczącym do niego, elf zaprzestał czyszczenia.

Wieczór upłynął w miłej, cichej atmosferze. Po ciepłym, spożytym w milczeniu posiłku Gilraena z przyjemnością zasłuchała się w pieśni nucone przez Lindira. Aragorn bawił się początkowo znalezionymi w trawie kamykami, ale rychło zrobił się senny i wkrótce zasnął na kolanach matki. Gilraena siedziała w milczeniu. Jej skryte obawy powoli się rozmywały. Chociaż starała się tego po sobie nie okazać, bała się tej podróży i nowego życia, które czekało na jej końcu. Teraz, przebywając wśród elfów i rozmawiając z nimi, przekonywała się, że dobrze czuje się w ich towarzystwie. Nie musiała nic mówić, jej towarzysze rozumieli potrzebę milczenia czy też pobycia sam na sam ze swoimi myślami. Nikt jej się nie narzucał, za co była bardzo wdzięczna. Jawnie okazane współczucie czy litość mogłyby sprawić, że złamałaby się w końcu, a nie chciała tego. Elfowie dawali jej tyle, ile sama była w stanie przyjąć, i czynili to z wyczuciem.

Emocje jednak zaczynały brać nad nią górę. Przez cały dzień, zaabsorbowana podróżą i zmianami, nie myślała o wydarzeniach ostatnich dni. Teraz, gdy siedziała przy trzaskającym cicho ogniu, nie mogła się od nich opędzić. To nie z elfami powinna tu siedzieć, to nie Lindir powinien przytrzymywać jej konia… Gilraena poczuła, jak pod powiekami gromadzą się zdradzieckie łzy. Nie chciała ich okazywać, dlatego wstała i ostrożnie ułożyła dziecko na posłaniu przygotowanym wcześniej przez Elladana. Upewniwszy się, że chłopiec śpi, otuliła się szczelniej płaszczem i odeszła kawałek, by przez chwilę być sama. Wiedziała, że musi poradzić sobie z własnymi emocjami i że musi to zrobić sama. Powoli docierało do niej, że to wszystko dzieje się naprawdę, że gdyby Arathorn żył, nie jechałaby teraz do Rivendell, które zdawało jej się leżeć na końcu świata, choć w rzeczywistości wcale nie było tak daleko. Łzy popłynęły same, a kobietą wstrząsnął bezgłośny szloch. Gilraena odeszła jeszcze dalej, by żaden z elfów nie był świadkiem jej słabości. Musiała po prostu odreagować…

Nagły ruch Gilraeny nie pozostał niezauważony, ale żaden z elfów nie dał po sobie poznać, że wie, co się dzieje. Elrohir wymienił z bratem spojrzenia i wykonał ruch, jakby chciał wstać i pójść za kobietą, ale zaniechał tego. Nie chciał się narzucać, a zachowanie Gilraeny było aż nadto wymowne. Pozostał więc na miejscu i kontynuował rozmowę z Lindirem, podczas gdy Elladan krzątał się przy koniach. Garoth wyraźnie domagał się pieszczot i starszy syn Elronda nie został tak łatwo puszczony. Elladan sprawdził jeszcze, czy juki są dobrze złożone i czy przypadkiem nic się nie gniecie i wrócił do ognia. Gdy usiadł, przyszedł czas na rozdzielenie wart. Nim bracia zdążyli cokolwiek ustalić, Glorfindel włączył się do rozmowy i nalegał, by Elrohir odpoczął również tej nocy. Zabrał się przy tym za przygotowanie tego samego naparu, co zeszłego wieczoru, co oczywiście spotkało się z oporem ze strony młodszego elfa.

– Glorfindelu, proszę cię, dałbyś mi spokój. Naprawdę nic mi nie jest – zaoponował Elrohir.

– Gdybyśmy byli w Rivendell, z takim „nic" ojciec nie wypuściłby cię nawet z łóżka – wytknął Glorfindel i, niezrażony protestami, zalał zioła gorącą wodą.

– Ale póki co nie jesteśmy i warunki są inne – odciął się Elrohir. Doprawdy, czy ta śpiewka musi się powtarzać co wieczór? Mina Glorfindela świadczyła o tym, że elf pomyślał dokładnie o tym samym. Mimo to Elrohir nie mógł ukryć irytacji. Umiał dbać o siebie i wiedział, na ile może sobie pozwolić. Osobiście użyłby innej, łagodniejszej mieszanki ziół, ale nie dane mu było o tym zadecydować.

– Proszę, wypij to. – Glorfindel podał młodszemu z braci pełen kubek. – I nie chcę słyszeć, że nie potrzebujesz.

– Bo nie potrzebuję – rzucił Elrohir, ostentacyjnie ignorując podawane mu naczynie. Spojrzał na brata, ale Elladan wzruszył ramionami z na pół kpiącym uśmiechem błąkającym mu się na twarzy. Te sprzeczki zaczynały być już śmieszne.

– Nie zapieraj się, że ci to wczoraj nie pomogło. – Glorfindel wcisnął Elrohirowi kubek w taki sposób, że ten musiał go wziąć, jeśli nie chciał oblać się płynem. – Jutro już…

– Uciszcie się obaj! – syknął Elladan. Jego wzrok przeniósł się na Aragorna, który zaczął wiercić się na posłaniu.

Elfowie umilkli momentalnie. Elrohir mimowolnie uniósł kubek do ust, a jego brat pochylił się nad chłopcem i zaczął cicho nucić w nadziei, że dziecko zaśnie znowu, ale Aragorn już siedział i rozglądał się wkoło.

– Brawo – mruknął Elladan i wziął chłopca na ręce, chcąc pozwolić Gilraenie odreagować dzień w spokoju. Aragorn bez namysłu oplótł szyję elfa i przytulił się. Elladan stał nieruchomo, licząc, że dziecko zaśnie, ale po chwili ulga malująca się na jego twarzy ustąpiła miejsca konsternacji.

– Ekhm, Elrohirze? – zapytał zmieszany.

– Tak? – Elrohir spojrzał na brata nieco sennym wzrokiem. Nie znosił tego momentu, kiedy leki zaczynały brać nad nim górę, czuł się wtedy bezbronnym.

– On jest mokry – odparł Elladan i odsunął chłopca na odległość ramion. A raczej usiłował to zrobić, bo Aragorn nadal obejmował go za szyję, co dało dość komiczny efekt.

– Że co proszę?

– On. Jest. Mokry – wycedził starszy z bliźniaków, akcentując każde słowo osobno. – I co ja mam z nim zrobić? – spytał, a miał przy tym tak bezradną minę, że Lindir parsknął śmiechem.

– Wysuszyć? – zaryzykował Elrohir, ale wycofał się z tego, jak tylko wyobraził sobie Elladana trzymającego Aragorna nad ogniskiem. Nie, to chyba zbyt drastyczna metoda działania.

– To chyba oczywiste – prychnął rozbawiony Lindir, litując się wreszcie. – Przebrać – podpowiedział, ale nie zamierzał pomagać.

Elladan początkowo stwierdził w duchu, że dwaj starsi elfowie mogliby się podzielić swoim doświadczeniem, ale gdy pomyślał, że mogli je nabyć w czasie, gdy to oni z Elrohirem byli w wieku Aragorna, uznał, że chyba woli nie poruszać tego tematu. Zamiast tego posadził chłopca na ziemi i podał Elrohirowi torbę z rzeczami małego, by ten znalazł jakieś suche ubranko, a sam zaczął rozbierać Aragorna. Ilość troczków, wiązań i guziczków wyglądała zniechęcająco, ale Elladan metodycznie pozbywał się kolejnych warstw mokrej odzieży. Aragorn początkowo znosił cierpliwie niewprawne manewry elfa, przyglądając mu się z zainteresowaniem, ale Elladanowi chyba nie szło najlepiej, bo dziecko w końcu straciło cierpliwość. Płacz dziecka poniósł się daleko w wieczornej ciszy, co oczywiście natychmiast przywołało Gilraenę. Kobieta przejęła inicjatywę i kryzys został zażegnany, a płacz uciszony.

Gilraena ułożyła dziecko ponownie spać, a ponieważ chłopiec wtulił się w nią, zrezygnowała z wstawania i także udała się już na spoczynek, cicho życząc elfom dobrej nocy. Elrohir zorientował się, że nadal dzierży w ręku kaftanik, wyjęty z torby, gdy szukał suchego ubrania dla Aragorna, w drugiej ręce natomiast trzymał kubek z resztą ziół. Westchnął w duchu z rezygnacją i dopił je do końca.

– Daj to, schowam – odezwał się Elladan, widząc, że zioła zaczynają już ścinać Elrohira z nóg i że jego brat nie bardzo wie, co ma zrobić z ubrankiem. Według niego Glorfindel nie powinien był podawać mu znowu tej silnej mieszanki ziół, nie było to niezbędne. Zdaniem Elladana zrobił to tylko po to, by Elrohir spał spokojnie pod wpływem leku, zamiast znów czuwać przez pół nocy.

– Połóż się, zanim zaśniesz na siedząco – zasugerował. – Tak, zajrzę jeszcze do Hellasa – uprzedził prośbę brata i uśmiechnął się lekko.

Elrohir skinął mu głową w podziękowaniu i poszedł za radą Elladana. Czuł się dziwnie. Znał dokładnie działanie wypitych przed chwilą ziół, zarówno od strony teoretycznej jak i praktycznej. Znajome odrętwienie, poprzedzające głęboki, wymuszony sen kojarzyło mu się wyłącznie z sytuacjami, których wolałby nie pamiętać. No to z powodzeniem mogę dodać do nich jeszcze jedną, pomyślał ponuro. Tak jak się spodziewał, wieczorem nie zdołał uciec myślami od wydarzeń ostatnich dni. Jakaś złośliwa siła zdawała się rozdrapywać świeże rany, częściowo zasklepiające się już dzięki małemu dziecku. Mimo przyjaznej atmosfery Elrohir nie umiał zapanować nad żalem i wyzbyć się poczucia winy, które rzucało cień na przyjemność, jaką sprawiało mu przebywanie z Aragornem. Nie chcąc myśleć o tym tuż przed snem, Elrohir wrócił myślami do wczorajszej rozmowy z bratem i to mu trochę pomogło. Zaczął wyszukiwać wspomnienia sprzed lat, zdeterminowany, by pamiętać przyjaciela jako człowieka pełnego radości i energii, a nie jego pobladłą i okaleczoną twarz, której widok wciąż go prześladował. Mieli przecież razem tyle okazji do radości, tyle potyczek razem wygrali. Oprócz tej jednej, zakołatało mu w myślach. Nie zdążył jednak zastanowić się nad tym dłużej, bo leki w końcu wzięły nad nim górę i sprawiły, że zapadł w sen przywracający siły fizyczne, lecz niekoniecznie zawsze dobrze wpływający na psychikę.