Rozdział 2: Muszę się mocniej starać.

Kurt nabazgrał 6/10 na dole kartki, dokładnie obrysował liczby kółkiem i oparł brodę na dłoniach, starając się nie ziewać.

- Eh bien! - Zawołała Madame spod tablicy. – Zamieńcie się z powrotem testami, s'il vous plait!

Kurt oddał z powrotem Michelle jej test, wziął swój od Sarah i spojrzał na liczby na dole strony.

7/10?

Potarł oczy, ale cyfra się nie zmieniła. Poczuł się niedobrze i wciągnął powietrze.

- Tres bien! Kto zdobył dzisiaj wszystkie punkty? Levez les mains!

Kurt splótł dłonie na biurku i spoglądał na nie z determinacją.

- Tres bien, Natalie! Neuf? Huit? Sept?"

Kurt podniósł rękę z innymi uczniami i czekał… brwi się podniosły. Madame zawsze tak robiła, kiedy nie zdobył wszystkich punktów.

- Sept? - Zapytała figlarnie. - Vraiment?"

- Oui - powiedział bez zająknięcia. Madame zamlaskała z surową miną.

- Que se passait-t-il?

Teraz już cała klasa patrzyła na niego. Ktoś cicho zachichotał i Kurt poczuł, że jego twarz robi się ciepła; podniósł brodę i chłodno uniósł brew patrząc na Madame.

- Je suppose que j'etais un peu distrait pendant qu j'etudiais, le weekend dernier," powiedział z lekkim wzruszeniem ramionami. - Pourquoi, je ne suis pas sure.

Spędził większość weekendu w szpitalu, pomagając ojcu w ćwiczeniu wyraźnego mówienia prosząc go o tłumaczenie, kim byli wszyscy ludzie z "Najniebezpieczniejszego zawodu świata". I tłumacząc ostrożnie Finnowi, że jedna osoba naraz znaczy jedna osoba naraz i nie, nie może wejść razem z Carole, i nie, nie zmieniło się to od wczoraj. Był też z szybką wizytą w supermarkecie - nie w tym, w którym pracowała Carole, nie tylko dlatego, że był przesadnie drogi – zrobił pranie i je wyprasował. Myślał, że zorganizuje sobie trochę porządnego czasu na naukę wieczorami, kiedy tata był na fizjoterapii, ale nawet podstawowe francuskie słówka nie chciały zostać w jego głowie…

Przez chwilę klasa była cicho. Policzki Madame lekko się zaróżowiły; otworzyła usta, zamknęła je znowu.

- W porządku, wszyscy, ouvrez les livres i przepiszcie proszę wasze poprawki do zeszytów. Każdą trzy razy i będę sprawdzać, czy to zrobiliście, kiedy zbiorę wasze zeszyty le jeudi prochain.

Kurt potarł dłonią czoło i schylił się nad zeszytem. Muszę się bardziej starać, powiedział sobie kwaśno i zaczął przepisywać swoje poprawki.

- Dobrze. - Doktor Lau nabazgrał coś na karcie chorego i kiwnął głową sam do siebie. – Dobrze panu idzie, panie Hummel.

Kurt przeniósł wzrok z lekarza na ojca, który leżał na poduszkach zmęczony i z poszarzałą twarzą i ścisnął z niepokojem jego dłoń.

- Doktorze…

- Zobaczymy się znowu jutro. - Doktor Lau powiesił kartę z powrotem na łóżku i zniknął z mignięciem fartucha. Kurt zacisnął na chwilę usta i wydał zdenerwowane westchnięcie. To już trzeci raz w tym tygodniu… - Niedługo wrócę. – Powiedział ojcu, po czym wybiegł z pokoju.

Doktor był już na końcu korytarza, czekając na windę. Kurt przyspieszył kroku. – Doktorze Lau? – Winda wydała cichy dźwięk. Kurt przeszedł w trucht. – Doktorze Lau!

Lekarz drgnął i odwrócił się, jedną ręką przytrzymując otwarte drzwi windy. – Co się dzieje?

Kurt stanął przed nim.

– Co to znaczy?

Doktor zmarszczył brwi. – Co co znaczy?

Kurt skrzyżował ręce na piersiach i niecierpliwie przechylił głowę. – Powiedział pan Dobrze, dobrze panu idzie i odszedł pan. Co to znaczy?

Lekarz potrząsnął głową – To znaczy, że twój ojciec radzi sobie z tym wszystkim całkiem dobrze. – Powiedział po chwili, wolno, jakby rozmawiał z idiotą – Puls i ciśnienie powoli wracają do normy, mnóstwo tlenu trafia do mózgu, funkcje ruchowe w porządku, dobra mowa, pamięć wraca. Dobrze mu idzie.

Yhm - Kurt zacisnął dłoń na obojczyku i obdarzył lekarza ciężkim spojrzeniem. – Dziękuję. Ale, następnym razem, czy mógłby pan powiedzieć to mojemu ojcu, kiedy będzie pan z nim w pokoju? Bo widzi pan, on się martwi. Jest zmęczony i słaby, i myśli, że powinien zdrowieć szybciej niż teraz. Jeśli pan mu to wytłumaczy, przestanie się martwić, a wtedy może szybciej zdrowieć.

- Nie będzie zdrowieć szybciej, niż teraz – powiedział lekarz z westchnięciem i wszedł do windy. Kurt patrzył, jak drzwi się zasuwają, westchnął i wsunął dłoń we włosy.

Gdy wrócił do pokoju ojca, ten obserwował drzwi, jego prawa dłoń gniotła zgięcie koca.

- O co chodziło? – Zapytał zrzędliwie, gdy Kurt usiadł. Chłopak objął dłońmi swoje kolano.

- Najwyraźniej „dobrze" znaczy, że zdrowiejesz tak szybko, jak lekarze się spodziewali – powiedział radośnie i uśmiechnął się. – Twój puls i ciśnienie są w porządku, mnóstwo tlenu idzie do twojego mózgu, a twoje funkcje ruchowe i pamięć są coraz lepsze, ale o tym już oczywiście wiesz. Przypuszczam, że to znaczy, że po śpiączce zostały minimalne szkody. – Z drżeniem wciągnął powietrze, po czym dynamicznie potrząsnął głową i znów się uśmiechnął – Oczywiście, byłoby miło, gdyby doktor Lau pomyślał, aby to wytłumaczyć, kiedy tu był, ale myślę, że nie można mieć wszystkiego.

- Taa – powiedział po chwili ze zmęczeniem ojciec i zamknął oczy. Kurta nagle zabolało gardło; musiał ostrożnie przełknąć, nim mógł dalej mówić.

- Tato, muszę teraz iść do szkoły. Poradzisz sobie sam? Myślę, że Carole chciała przyjść na chwilę nim pojedzie do pracy.

Ojciec nieznacznie skinął głową i Kurt poklepał jego dłoń. – Wrócę po południu, prosto ze szkoły, tylko muszę wskoczyć najpierw do garażu i dać znać wujkowi Andy'emu.

- Okej – słowo było niewyraźne. Kurt westchnął i patrzył, jak powieki ojca opadają, powiesił torbę na ramieniu i wyszedł na palcach, machając na do widzenia pielęgniarkom, gdy mijał ich dyżurkę.

Szkoła. Stał przed swoją otwartą szafką ze zwieszonymi ramionami, próbując sobie przypomnieć, jaką lekcje już ominął i co miał teraz. Dziś jest środa, a to znaczy…

Nauki społeczne i matematyka. A teraz będzie angielski, a potem muzyka. Kurt wepchnął lekturę do torby, po czy dołożył książkę z teorii muzyki. Jego kostki otarły się o podszewkę torby i chłopak się skulił. Krem do rąk, gdzie on jest…

Tutaj. Wycisnął trochę na grzbiet dłoni i energicznie zaczął wcierać…

- Kurt! – Szybko się odwrócił, ale to była tylko Tina, blada koronka jej sukienki pieniła się wokół kostek. – Gdzie byłeś? Znowu ominąłeś poranną próbę. – Kurt otworzył usta, westchnął i zamknął je znowu, kiedy Tina zaczęła szukać czegoś w swojej teczce. – Powtarzaliśmy numer grupowy na Eliminacje, masz.

Wepchnęła mu w ręce stronę z nutami. Wziął je automatycznie, zerknął na tytuł, znów popatrzył na dziewczynę i uniósł brew, chłodno i powoli.

Tina rzuciła mu ostrożne spojrzenie.

- My wybraliśmy tą piosenkę, nie pan Schue. – Powiedziała po chwili – Rozmawialiśmy o tym i zdecydowaliśmy że pokrywa się ona z grubsza z wszystkimi naszymi opiniami, nawet z twoją.

- Nie, nie pokrywa się. – Odpowiedział krótko i zamknął swoją szafkę.

Tina splotła dłonie na piersiach. – Ta piosenka nie jest tak prosta, ja się zdaje. Jest o wątpliwościach…

- Wiem, o czym ona jest. I nie mam żadnych wątpliwości, nie na ten temat. – Odwrócił się.

- Słuchaj, - Tina powiedziała ostro do jego pleców – to było kilka naprawdę okropnych tygodni i my wszyscy naprawdę chcemy to zaśpiewać, okej? Czy mógłbyś się chociaż trochę postarać?

Kurt zatrzymał się w pół kroku, jego ramiona zesztywniały.

- Ponieważ oczywiście nic innego w moim życiu nie wymaga ode mnie w tej chwili żadnego starania się, - powiedział kwaśno do sufitu i ciężko westchnął – w porządku.

Gdy się odwrócił, twarz Tiny była lekko zaróżowiona, ale zmrużył oczy patrząc na nią i kontynuował. – Jeśli wszyscy chcecie marnować czas klubu na oklepaną, nudną piosenkę, która nam się na nic nie przyda w konkursie, dostosuję się. Kiedy następna próba?

Tina zlekceważyła jego słowa. – Jutro po szkole. Kostiumowa, pan Schue powiedział biała góra, czarny dół, buty na płaskiej podeszwie. Jeśli przyjdziesz jutro do pokoju chóru w czasie lunchu, Mike i ja pomożemy ci to przerobić.

- Przejrzę to. – Odparł krótko.

- Masz solo w drugim wersie…

- Nie chcę sola. Nie w tym. – Potrząsnął głową i odwrócił się. – Dajcie to Rachel. Jestem pewien, że będzie zachwycona. – Prawdopodobnie była wściekła nie mając tego sola od samego początku, jako rekompensaty za niemożność zaśpiewania Yentl

Zatrzymał się, znowu się odwrócił i powiedział, już mniej cierpko, - Tina?

Spojrzała na niego gniewnie. – Co?

- Nigdy ci nie podziękowałem za to, że nie poparłaś tego całego kółka modlitewnego. Przepraszam. Ale naprawdę to doceniłem.

Tina zamrugała. – Jakiego kółka modlitewnego?

… Och. Zacisnął na chwilę usta w zawstydzeniu, po czym wzruszył ramionami.

- Rachel, Mercedes i Quinn namówiły dziewczynę mojego taty, żeby zabrała ich do jego pokoju w szpitalu kiedy byłem w łazience, żeby mogły się nad nim modlić. – Powiedział, a brwi Tiny uniosły się. – Jesteś religijna i myślałem, że ciebie też poprosiły.

Tina pokręciła głową. – Nie – powiedziała powoli – Nie zrobiły tego. I cieszę się, bo to naprawdę… okropne. – Podeszła, stukając swoimi botkami z guzikami i złapała go pod ramię. – Którędy idziesz?

Zmierzył ją wzrokiem z ukosa, ale odwrócił się i pozwolił jej iść obok siebie.

- Biuro pana Sinacori. Dopiero co wróciłem ze szpitala, muszę się dowiedzieć, co było na matematyce.

- Masz matematykę z Sinacorim? Fuj.

Kurt zmarszczył nos. – Milo nie jest. Rachel właśnie śpiewała Yentl, kiedy wróciłem. – Zmienił nagle temat i Tina na chwilę zmarszczyła brwi, po czym przewróciła oczami.

- Typowe dla niej. - Skrzywiła się z obrzydzeniem i odsunęła sprzed oczu pasemko niebieskich włosów. – Niektórzy ludzie po prostu nie mają manier.

Kiedy mijali róg korytarza, Tina zapytała delikatnie, - Kurt, dlaczego przestałeś wierzyć w Boga? Dlatego, że twoja mama umarła?

Kurt uniósł brew na ten niewynikający z niczego domysł, ale Tina wyglądała poważnie. Po chwili westchnął. – Nigdy nie przestałem w nic wierzyć. – Powiedział ze wzruszeniem ramionami. – Nigdy w nic nie wierzyłem. To znaczy, wiem o co chodzi, mój tata tak jakby wierzył, nie w coś konkretnego, ale wierzy, że prawdopodobnie coś nas tam czeka dalej, ale nigdy nie widziałem, żeby się modlił czy coś w tym stylu. Myślę, że mama czasem chodziła do kościoła, kiedy byłem bardzo mały. Ale sama idea nie ma dla mnie żadnego sensu.

Tina wolno pokręciła głową. – Jak nie może mieć sensu?

Kurt westchnął. – Brzytwa Ockhama? Naprawdę nie mam teraz siły, żeby tłumaczyć. Nie musisz ze mną iść. – Dodał, gdy skierowali się w stronę klatki schodowej. – Nikt nie powinien mieć do czynienia z panem Sinacori jeśli nie musi tego robić.

Tina wzruszyła ramionami. – Nikt nie powinien też mieć z nim do czynienia bez moralnego wsparcia…

Coś uderzyło ramię Kurta i popchnęło go; zaskomlał, przewrócił się do tyłu, złapał balustrady i zjechał kilka stopni w dół, nim Tina złapała jego ramię i podciągnęła w górę.

- W porządku? – Rzuciła gniewne spojrzenie w dół klatki. – Dalej to robi? Myślałam, że przestał, po tym…

Karofsky. Oczywiście.

- Nic mi nie jest. To palant. Chodź, wejdziemy w paszczę pana Sinacori i będzie z głowy. – Kurt wyprostował rękaw marynarki, wygładził grzywkę i podjął wchodzenie po schodach, Tina w milczeniu podążała za nim.

Kurt wślizgnął się na swoje miejsce, upuścił torbę u stop i ostrożnie dotknął ramienia, które właśnie uderzyło w kolejną szafkę. Będzie miał okropnego sińca…

- Dzień dobry wszystkim – powiedział w drzwiach pan Cartwright i rzucił swoje papiery na ławkę. – Pierwsza rzecz. Mam z powrotem wasze zadania. – po klasie rozszedł się nieufny szum. Nauczyciel natychmiast się uśmiechnął.

- Nie bójcie się tak! Nie ma tutaj żadnych brzydkich niespodzianek.

Kurt wypuścił z ulgą powietrze i wygrzebał z torby ćwiczenia do Nauk Socjalnych. Pan Cartwright zawsze oddawał prace w porządku alfabetycznym, więc wiedział, że nie będzie musiał długo czekać…

Jego praca została położona na ławce, jak zawsze czystą stroną do góry. Odwrócił ją.

B+ Nie twój normalny poziom.

Kurtowi opadła szczęka. Przejrzał szybko pracę, szukając wstrętnego, pochyłego pisma pana Cartwrighta, ale praktycznie nie było tam nawet komentarzy do odcyfrowania. Co zrobił źle? Zamknął na chwilę oczy, zmusił się do nabrania powietrza i pomyślał, To tylko jedna praca. Nie koniec świata. Możesz później zapytać.

Przeszedł automatycznie przez lekcję, kopiując nagłówki w czasie, gdy pan Cartwright dawał swój typowy wykład. Gdy dzwonek zadzwonił na przerwę, Kurt wziął głęboki oddech i podszedł do biurka nauczyciela ze swoją pracą w dłoni.

- Panie Cartwright? Mogę o coś zapytać?

Nauczyciel przerwał regulację grafoskopu.

- O co chodzi, Kurt?

Pan Cartwright nie lubił go za bardzo. Kurt nie był pewien, czy to było z powodu bycia gejem, bycia najzdolniejszym uczniem w klasie czy też faktu, że trzech z jego nauczycieli zebrało się razem na końcu zeszłego roku i próbowało go przenieść o rok wyżej w większości podstawowych przedmiotów. Nie udało się im, głównie z powodu ojca, który nie był pewien, czy to dobry pomysł, ale wyglądało na to, że pan Cartwright wciąż był oburzony z samego faktu, że próbowali.

Nabrał powietrza.

- Zastanawiałem się, czy mógłby mi pan powiedzieć, co zrobiłem źle w mojej pracy? Nie udało mi się tego ustalić z pańskich komentarzy.

Pan Cartwright odłożył swoje przezrocza do teczki i zaczął wyjmować atlasy z klasowej szafki. – Nie było problem jako takiego. To po prostu nie był twój normalny poziom. Spodziewałem się od ciebie czegoś lepszego.

Kurt zmarszczył brwi. – Ale dał mi pan A za ostatnią pracę, a ta jest lepsza. Przynajmniej tak myślałem. Porównywałem je wcześniej, nim jeszcze oddałem tę do oceny, żeby się upewnić, że uwzględniłem wszystkie pańskie uwagi.

Pan Cartwright rzucił kilka atlasów na ławkę. Spadły z hukiem. – Twoja ostatnia praca nie była napisana ręcznie z mapami przyklejonymi klejem.

Gorąco oblało policzki Kurta. Gwałtownie uniósł brodę do góry.

- Musiałem to napisać ręcznie. Nie pozwolono mi przynieść laptopa na kardiologię. Zrobiłem wszystko, żeby praca była czytelna i estetyczna.

W czytelni są szkole komputery, których mogłeś użyć. – Pan Cartwright wyjął resztę atlasów i odwrócił się, żeby wytrzeć tablicę.

- W czytelni zajmowałem się szukaniem informacji. Przepraszam, nie zdawałem sobie sprawy, że wygląd pracy może mnie kosztować całą ocenę. – Głos Kurta był jadowity; pan Cartwright krzywo na niego spojrzał, więc ugryzł się w język i grzecznie kontynuował – Czy ma pan może jakieś dodatkowe zadania, którymi mógłbym poprawić tą ocenę?

Pan Cartwright westchnął ciężko. – Nie mam czasu, żeby teraz przygotować dla ciebie jakieś specjalne zadanie, Kurt. Jedno B+ nie wpłynie poważnie na twoją końcową ocenę. Poza tym – teraz wyglądał na zakłopotanego – Nikt teraz nie oczekuje od ciebie, żebyś trzymał się samych A.

Co byłoby w porządku, jeślibyś nie używał tego jako wymówki, żeby dać mi niższą ocenę.

Kurt wepchnął pracę do torby. – I tak cieszyłbym się, gdyby dał mi pan okazję, żeby spróbować to poprawić.

Nauczyciel przewrócił oczami i poszedł zawołać następną klasę. – Nie teraz. Przyjdź za jakiś czas, jeśli dalej będziesz zmartwiony.

Kurt zacisnął usta nim zdążył ostro odpowiedzieć i odwrócił się. W porządku, pomyślał czekając, aż pierwszaki usuną się z drogi. Po prostu się upewnię, żeby wszystko napisać na komputerze kiedy wrócę ze szpitala. A im szybciej ta szkoła zdecyduje się na ocenianie według kryteriów, tym lepiej.

What if God was one of us

What if God was one of us

What if God was one of us...

Ostatnie nuty zamarły. Kurt wpatrywał się w półmrok auli czekając, aż pan Schue zejdzie i zacznie poprawiać choreografię – i tak było jej mało – lub narzekać na jego brak entuzjazmu i w końcu odda drugą linijkę Rachel. Ale przez chwilę była tylko cisza. Zamknął oczy i objął się dłońmi, myśląc. Próba skończyła się o wpół do piątej, co znaczyło, że nie będzie miał czasu zatrzymać się w garażu nim pojedzie do szpitala, ale mógłby…

- Lady face!

Niektóre odruchy pozostają nawet, jeśli nie jesteś już w zespole. Kurt automatycznie ruszył z miejsca; ktoś parsknął śmiechem za jego plecami i chłopak zaczerwienił się, ale dalej szedł wzdłuż sceny i potem w górę wzdłuż rzędów, aż trener Sylvester wynurzyła się z półmroku z założonymi rękami i oczyma tak zmrużonymi, jakby oglądała występ Cheerios i przygotowywała się do rozerwania ich na strzępy.

- Ta piosenka to nie było coś, czego spodziewałam się usłyszeć od ciebie. – Powiedziała ostro.

Kurt wziął głęboki oddech, podniósł brodę i spojrzał na nią. Trener Sylvester szanowała ludzi, którzy mieli odwagę spojrzeć jej w oczy – chyba, że ona tego nie chciała.

- To nie było też coś, czego śpiewanie sprawiłoby, żebym poczuł się specjalnie szczęśliwy – powiedział jasno.

Pomyślała przez chwilę, po czym lekko skinęła głową. Rzuciła spojrzenie na pana Schue i lekceważąco pociągnęła nosem – Myślałam, że masz ważniejsze miejsca, w których możesz być.

Mrugnął na nią ze zmęczeniem, po czym zrozumiał, co miała na myśli i skinął głową.

- Właściwie to mam. Panie Schue, muszę iść. – Minął trenerkę i wyszedł na korytarz, zabierając swoją torbę z kupki innych przy drzwiach; pan Schue wołał go, ale chłopak się nie odwrócił, tylko wydłużył krok i szedł przed siebie, aż w końcu był na parkingu dla uczniów, wpatrując się w Navigatora i próbując znaleźć sens z jego dziwnego położenia. Złapał gumę. Zamknął na chwilę oczy i westchnął. Oczywiście musiało się to stać dzisiaj. Ruszył w stronę bagażnika, po czym zatrzymał się z dłonią na zamku i spojrzał ponownie. Dwie gumy? Lewa przednia i prawa tylnia? To nie mógł być przypadek.

Puck nie robił już takich rzeczy dzieciakom z Glee. To musiał być Karofsky, nikomu innemu by nie zależało…

Oddech Kurta nagle stał się płytki. Odsunął się od samochodu, wygrzebał z torby telefon i odczekał siedem sygnałów z jednym ramieniem ciasno obejmującym żebra, nim usłyszał znajomy głos.

- Hummel Tires and Lube, mówi Andy Flannery.

- Wujek Andy? – Jego głos był słaby. Przełknął gulę w gardle i powiedział wyraźniej. – Cześć. Tu Kurt.

- Hej! – Głos wujka stał się bardziej radosny. – Co słychać?

- Uhm… Czy… czy mógłbyś wysłać do szkoły holownik? Proszę… Ja… hmm… złapałem parę gum i mam tylko jedną zapasową oponę, i muszę jechać do szpitala. Powiedziałem tacie, że pojadę tam prosto po próbie.

Usłyszał jakieś uderzenie w tle. – Ta zapasowa jest w porządku?

Kurt skinął głową. – Tak. Była w bagażniku, powinna być w porządku. – Nagle sobie uświadomił, co powiedział i zamknął oczy, czekając na komentarz.

Ale wujek Andy tylko zakaszlał i powiedział – Okej, co byś powiedział na to, żeby przywiózł ci jeszcze jedną oponą do szkoły i zmienimy je na miejscu Nie będziesz musiał płacić za taksówki, kiedy twoje auto będzie w warsztacie.

Kurt wypuścił powietrze z ulgą. – Tak. Tak, to byłoby wspaniale. Dzięki, wuju. Odpracuję koszt, może nie od razu, ale kiedy wszystko będzie po staremu…

- Nie, nie odpracujesz, na koszt firmy. Zobaczymy się za piętnaście minut, dzieciaku. Aha, zrobisz coś dla mnie?

Kurt zamrugał, gotowy do rozłączenia się. – Co takiego?

- Poczekaj na mnie w budynku.

Kurtowi zajęło chwilę, żeby zrozumieć, o co chodzi. Najpierw pomyślał, Nie, nawet Karofsky by tego nie zrobił… Ale już raz próbował, nieprawdaż? Dłonie Kurta zaczęły drżeć.

- W porządku. – Wydusił, rozłączył się, i ostrożnie wrócił do przedsionka, gdzie stanął oparty o okno w okolicy sekretariatu dyrektora, mocno ściskając swoje dłonie i czekając na znajomy kształt ciężarówki z warsztatu.

Miał wrażenie, że minęła cała wieczność nim usłyszał znajomy dźwięk ciężarówki wjeżdżającej na parking, mimo iż według jego zegarka minęło zaledwie dwanaście minut. Ostrożnie pchnął ciężkie drzwi.

- Jesteś tam, młody? – Zawołał wujek Andy.

Kurt zszedł wolno schodami i podszedł do Navigatora. – Cześć. – Pomachał w kierunku opon. – Przepraszam za to.

Wujek Andy spojrzał znad tylnej opony i uśmiechnął się, wykrzywiając wszystkie zmarszczki na swojej opalonej twarzy.

- Cześć. Jak tam staruszek?

Kurt przechylił głowę w bok i automatycznie odwzajemnił uśmiech. – Coraz lepiej. Lekarze są z niego zadowoleni.

- Świetnie. - Wujek Andy oparł dłonie o kolana i dźgnął w oponę, rzucając Kurtowi surowe spojrzenie. – Tak jak myślałem. Złapałeś dwie gumy. Gówno prawda. Ktoś je pociął.

Kurt zwiesił ramiona i spojrzał z nagłym zainteresowaniem na swoje dłonie na pasku torby, ale wujek tylko wyjął paczkę papierosów i kontynuował.

- Możesz przynieść mi podnośnik z ciężarówki?

Kurt położył z boku swoją torbę i podszedł do tyłu ciężarówki, podczas gdy wujek zapalał papierosa. Zaczynali wymieniać drugą oponę, kiedy chłopak w końcu zapytał, twardo patrząc na kołpak,

- Czy tata prosił cię, abyś to robił?

Wujek Andy rzucił pociętą oponę na ziemię z chrząknięciem. – Robił co?

Kurt przygotował się, aby podnieść nową oponę. – Mieć na mnie oko, gdyby coś poszło źle. Samochodowo. Że tak powiem.

Wujek Andy złapał drugą stronę opony. – Raz, dwa, trzy… w górę! Nie. – Dodał po chwili, gdy już wcisnęli oponę na miejsce. Kurt wyprostował się i skrzywił, patrząc smutno na czarną smugę na swetrze, podczas gdy wujek Andy zaczął dokręcać śruby.

- Cóż, nie do końca. On tylko tak jakby… napomknął.

- Och. – Kurt kucnął i zajął się kolejną śrubą. – To niezwykle subtelne, jak na niego.

Wujek spojrzał na chłopca, zachichotał i odsunął kosmyk włosów sprzed oczu,

- Było w tym mnóstwo mruknięć i zająknięć.

Kurt skończył z ostatnią śrubą i oddał łyżkę do opon. – Brzmi bardziej jak on. Masz smar na czole.

- Nie pierwszy raz. – Wujek Andy spuścił podnośnik. – Okej, gotowe. Całkiem jak nowe. – Powiedział, gdy Navigator opadł na asfalt i zabrał podnośnik i skrzynkę z narzędziami z powrotem do ciężarówki. – Zjeżdżaj. I powiedz twojemu staruszkowi cześć ode mnie i że jeśli ma ochotę na gości zjawiłbym się jutro albo pojutrze, okej?

Kurt ciężko przełknął i skinął głową. – Powiem. Dzięki, wujku Andy. – Sięgnął i szybko objął ramionami wujka, po czym ostrożnie rozpiął sweter i przełożył go przez ramię.

- Nie ma problemu. – Wujek zmierzwił mu włosy i zaśmiał się, gdy Kurt parsknął z oburzeniem, poprawiając fryzurę. Zapalił kolejnego papierosa i oparł się o ciężarówkę, wdychając dym, kiedy Kurt wsiadł do swojego samochodu, zapalił silnik i wyjechał z parkingu. Zostawił pobrudzony smarem sweter na siedzeniu pasażera i zatrzymał się w szpitalnej toalecie, by wyszorować ręce, ale kiedy wszedł do pokoju taty, ojciec i tak odwrócił wzrok od telewizora i uniósł brwi.

- Pachniesz warsztatem. Zatrzymałeś się tam? Myślałem, że miałeś dzisiaj próbę.

Kurt zsunął torbę z ramienia i uśmiechnął się z otuchą.

-Miałem. Po prostu złapałem gumę i musiałem zadzwonić po wujka Andy'ego, żeby mi pomógł zmienić oponę. Nie poradziłbym sobie sam z Navigatorem. Kazał ci powiedzieć cześć i że wpadnie w najbliższym czasie.

Ojciec skinął głową. – To miło. – Oparł się z powrotem o poduszki. Kurt spojrzał na niego ze zmartwieniem.

- Fizjoterapia była dzisiaj ciężka? – Ojciec się skrzywił i Kurt sięgnął, by delikatnie poklepać jego dłoń. – Odpocznij. Mam mnóstwo zadań domowych do odrobienia, zajmę się nimi aż ci przyniosą kolację.

Ojciec skinął głową i pozwolił opaść powiekom. Kurt cicho westchnął z ulgą i sięgnął do torby po książkę do przyrody.

Komórka zawibrowała mu w kieszeni; podskoczył, odsunął się odrobinę od nauczyciela i wyjął telefon. – Przepraszam, panie Sinacori, to mój tata, muszę odebrać…

Pan Sinacori zrobił to dziwne wykrzywić-się-i-mrugnąć-okiem coś i rzucił mu zawiedzione spojrzenie, ale machnął ręką. Kurt wybiegł na korytarz z ulgą i podniósł telefon do ucha.

- Tato? Wszystko w porządku?

- Hej, kolego. – Powiedział tata na drugim końcu linii. – Wszystko gra. Możesz rozmawiać?

- Tak, jest przerwa między lekcjami i pan Sinacori wypuścił mnie z klasy, kiedy mu powiedziałem, że to ty dzwonisz.

Głos ojca się zaostrzył.

- Kazał ci zostać? Masz jakiś problem?

Kurt westchnął.

- Nie. Nadal dostaję A-minusy. On i jego cuchnący oddech tylko chcieli mi dać znać, że martwi się o mnie, że niby wyglądam na takiego zmęczonego cały czas i myślał, że zasnę dzisiaj podczas lekcji i że powinienem mu powiedzieć, jeśli materiał jest zbyt trudny albo za dużo jest zadane do domu, i czy nie ma kogoś, kto mógłby zdjąć trochę odpowiedzialności z moich barków?- Skrzywił się. – To jest chore. Są dzieciaki, które śpią na każdej jego lekcji, bo nie chce im się uważać, ale on nigdy nie chce z nimi rozmawiać. – Dodał z obrzydzeniem, ziewnął szeroko i potrząsnął głową. – Przepraszam. Nie miałem zamiaru narzekać. Czemu dzwonisz?

Ojciec wydał dziwny dźwięk na drugim końcu telefonu.

- Cóż. Może twój pan Sincośtam już niedługo nie będzie miał tylu powodów, żeby cię krytykować.

- Co?- Kurt zamarł w środku korytarza, uświadamiając sobie, że stoi z opadniętą żuchwą i zamknął usta z trzaskiem. – Masz na myśli…

Ojciec lekko się zaśmiał. – Taa. Lekarz przyszedł dzisiaj wcześnie. Niedługo mnie wypuszczą do domu. Nie wiem jeszcze dokładnie kiedy, ale niedługo!

- To… och, tato, to cudownie! – Kurt zacisnął dłoń u podstawy szyi. Oparł się o ścianę, uśmiechając. – Och. Och, jest tyle rzeczy do zrobienia! Będę musiał pomówić z siostrą Nancy, kiedy przyjadę dzisiaj wieczór do szpitala…

Zadzwonił dzwonek i chłopak podskoczył.

- Tato, przepraszam, muszę iść. Ale zobaczymy się od razu po szkole. To takie dobre wieści!

Pospiesznie się rozłączył i pobiegł za róg na swoją lekcję angielskiego, machając pani Lister telefonem i mówiąc bezgłośnie Przepraszam, szpital. Skinęła głową, uśmiechnęła się i ponagliła go do jego miejsca.

Dzisiaj było ciche czytanie szkolnej lektury – Zabić drozda. Czytał to już trzy razy. Schylił się, by wyjąć lekturę i ćwiczenia do angielskiego z torby i ostrożnie wsunął w nie swój „Tata/Szpital" zeszyt pod osłoną ławki, po czym wziął powieść w lewą dłoń, by wyglądało na to, że czyta, po czym ostrożnie narysował pięć kolumn na następnej czystej stronie w zeszycie. Nazwał je Lekarstwa, Ćwiczenia, Posiłki, Sen i Inne, po czym zamyślił się na chwilę i zaczął robić notatki.