Rozdział 2
Kampania na Rzecz Sprawiedliwości i Jedności
– Otwieraj, James! – krzyknął Albus, uderzając w drzwi łazienki. – No weź, muszę wziąć pry…
– Albusie! – Z dołu dobiegł go głos matki. – W tym domu jest więcej niż jedna łazienka! Masz nogi i potrafisz chodzić po schodach!
Jęknął i oparł czoło o drewniane drzwi. Owszem, Ginny miała rację, ale akurat ta była najbliżej jego pokoju i – co ważniejsze! – Jaimie siedział tam już ponad godzinę. Poddawszy się i przyjąwszy przegraną z bratem na klatę, ostatni raz uderzył w nie pięścią i przycisnął wargi do gładkiej powierzchni.
– Co ty robisz tam tak długo, James…?
Drzwi otworzyły się gwałtownie, przez co oberwał prosto w twarz i zatoczył się do tyłu. W środku, pośród kłębów ciepłej przypominającej saunę pary, stał dumnie prężący się nastolatek. Bokserki, które miał na sobie, gdy rozciągał ręce, psuły całe piorunujące wrażenie.
– Siódmy rok – powiedział, pieszczotliwie całując mięsień prawego ramienia. – Muszę pracować nad swoją sylwetką, żeby być w jak najlepszej formie. – Przyjął inną pozycję i wypiął do przodu pierś, prezentując światu muskulaturę. Uwidocznił tym samym długą bliznę.
– No, fajnie. – Albus nie przejął się tym zbytnio. Zamiast tego spróbował przepchnąć się do dusznej łazienki, ale James – wciąż od niego wyższy – stanowczo go zatrzymał.
– Czekaj, jeszcze nie skończyłem. – Uśmiechnął się bezczelnie. – Spójrz tylko na te mięśnie nóg… – I kucnął.
Al nie miał większego wyboru i patrzył, jak bokserki brata zsuwają się na uda. Zakrył usta, czując nagłą potrzebę zwymiotowania. Uświadamiając sobie, że James wciąż blokował mu łazienkę, odwrócił się na pięcie i zbiegł po schodach, prawie wpadając na niską, rudowłosą postać, która nie zwracała na niego uwagi. Hugo był obojętny w stosunku do niego przez całe lato.
Wciąż zasłaniając usta, zeskoczył z czterech ostatnich schodków i wtedy coś zwróciło jego uwagę. Doczołgał się do kuchni, z której dobiegał jeden z najcudowniejszych zapachów – gotowanego obiadu. Opuścił dłoń i wciągnął głęboko powietrze. Chęć upadku na czworaka momentalnie mu przeszła.
Wszedł do środka, spodziewając się, że jedzenie będzie stało już na stole. Niestety, pomylił się. Mama wciąż trzymała patelnie na ogniu, a kuchnia świeciła pustkami. Na blacie leżało poranne wydanie „Proroka Codziennego".
Jak tylko usiadł na krześle, chęć wzięcia prysznica odeszła w niepamięć. W pełni skupił się na gazecie.
Kampania na rzecz zjednoczenia Ministerstwa i Renegatów. Waddlesworth kończy odbudowę Hogsmeade.
Warren Waddlesworth – filantrop, przedsiębiorca oraz przedstawiciel organizacji Zbawienie Różdżek – ogłosił dziś, że Hogsmeade znajduje się w końcowej fazie odbudowy. Słynna czarodziejska wioska, w której kilka miesięcy miała miejsce tzw. „Masakra…" jest od dłuższego czasu odbudowywana.
„Z największą przyjemnością mogę zapewnić, że nasza wspaniała wioska nadaje się do użytku" – mówi Waddlesworth. – „Chociaż wspomnienia z tej tragedii już na zawsze pozostaną w naszych umysłach, możemy być dumni, wiedząc, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, żeby odrodzić się z popiołów".
Waddlesworth wydał około dwudziestu ośmiu tysięcy galeonów na naprawy, w tym na początkowe zaopatrzenie sklepów. Dobrodusznie odrzucił też kwestię ewentualnego długu.
„Zgodzenie się na spłatę obowiązku byłoby hańbą. Zostałem obdarzony wielkim bogactwem. Jaki był tego cel jak nie pomoc potrzebującym? Sam również ponoszę odpowiedzialność za spowodowane szkody… Zawiodłem jako obrońca – nie udało mi się ochronić wszystkich przed atakiem Aresa i Darvy'ego. Chociaż jestem pewien, że śmierć pierwszego z nich jest przełomowym postępem Zbawienia Różdżek, to wiem, że wciąż mamy przed sobą wiele pracy. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że obywatele czarodziejskiego świata wybaczą mi, że do tej pory nie byłem w stanie powstrzymać zagrożenia, a także, że wierzą w moje zapewnienia, że robię wszystko, co w mojej mocy by definitywnie zakończyć tę sprawę".
W kwestii walki z terroryzmem rozpowszechnianym przez Sebastiana Darvy'ego (uciekiniera, widzianego tego pamiętnego dnia w Hogsmeade) Waddlesworth wyciągnął rękę ku Ministerstwu Magii, proponując coś, co nazywa „Kampanią na Rzecz Sprawiedliwości i Jedności".
„Kampania ma na celu pokazanie, że Zbawienie Różdżek nadal postrzega Ministerstwo jako kluczową organizację w wysiłkach na rzecz powstrzymania Sebastiana Darvy'ego i jego plugawej armii. Ostatnie, drastyczne posunięcia Ministerstwa tylko udowodniły, że rządzący są zmartwieni obecną sytuacją i potrzebują pomocy. Zbawienie Różdżek niczego ani nikogo nie wyśmiewa, a wręcz przeciwnie – oklaskuje prawdę i przyznaje, że pojedyncza jednostka lub mała grupa nie jest w stanie pokonać tego zagrożenia. Wszyscy pragniemy sprawiedliwości i współpracy. Jeśli jakikolwiek członek Ministerstwa Magii uważa, że rząd robi za mało, Zbawienie Różdżek nie odrzuci niczyjej kandydatury. Nie odwrócimy się plecami, a wesprzemy".
Plany Waddleswortha dotyczące współpracy zostaną publicznie ogłoszone w przyszłym tygodniu w nowym „Markowym Sprzęcie do Quidditcha", mieszczącym się w Hogsmeade.
Albus prychnął, zniesmaczony, i odsunął od siebie gazetę. Waddlesworth znowu używa starych sztuczek – odwołuje się do jedności i kłamie na temat troski o czarodziejską przyszłość. Pomyśleć, że zaledwie kilka tygodni temu chciał zamordować niczemu winnego, przypadkowo zamieszanego ucznia, choć oczywiście, publicznie nigdy tego nie przyzna.
Westchnął, po czym raz jeszcze przeczytał artykuł, koncentrując się na jednym zdaniu: „Ostatnie, drastyczne posunięcia Ministerstwa tylko udowodniły, że rządzący są zmartwieni obecną sytuacją i potrzebują pomocy".
Kilka dni po tym, jak ojciec został przywrócony na swoje stanowisko, Ministerstwo ogłosiło, że będzie je dzielił ze swoją poprzedniczką Janine Fischer. Albus niewiele wiedział na jej temat, ale wujek Ron obrażał ją praktycznie przy każdym posiłku.
– Albusie, poczta! – Z góry dobiegł go głos młodszej siostry. Kiedy się odwrócił, przywitał go inny członek rodziny.
– Dzień dobry, Albusie.
– Cześć, tato – odpowiedział. – Pro…
– Wiem, widziałem go. – Ojciec ziewnął i nalał sobie kawy. – Gdzie mama?
Al prawie powiedział „cacka się z Jamesem", ale na szczęście ugryzł się w język i mruknął „na górze".
– Ach. Dobra, jeśli ją zobaczysz, powiedz jej, że jestem w domu. Naszykuję sobie śniadanie.
Skinął głową, wstał i wyszedł z kuchni. Był czas – prawie że rok – kiedy nie potrafił spojrzeć tacie w oczy. Mimo że pogodzili się kilka tygodni temu, nadal ciężko było im ze sobą rozmawiać, na co wpływała też poniekąd prezencja ojca. Kiedy był bezrobotny, walczył na ulicach, nie mieszając się do spraw rządu, wyglądał o wiele gorzej. Teraz było już z nim lepiej, wyglądał schludniej, ale wciąż był bardzo wyczerpany. Mimo że nie narzekał głośno jak wujek Ron, Al wiedział, że tata nie jest zadowolony z obecnego obrotu spraw.
Pospiesznie wszedł po schodach i po raz kolejny został zignorowany przez schodzącego z nich Hugona. Nie zaprzątał sobie tym głowy – zbyt bardzo chciał przeczytać swoją pocztę. Całe lato pisał z przyjaciółmi i nie tylko…
W momencie wyrosła przed nim inna rudowłosa postać.
– Muszę pożyczyć Huncwota – powiedziała Rose.
– Nie teraz – odpowiedział szybko, próbując ją wyminąć. Czemu dzisiaj wszyscy zagradzali mu drogę?
– A właśnie, że teraz. Lance…
Albus przewrócił oczami. Lance Disona był chłopakiem Rose; przystojny, inteligentny i miły Puchon z siódmego roku – nie miał z nim żadnych zatargów. Kuzynka uparła się, żeby wykorzystać każdą dostępną w domu sowę i pisała do niego dosłownie co chwilę, a nawet wysyłała mu jakieś drobnostki.
– Jestem pewien, że dostałem list od Mirry – powiedział. – Więc… tak. Huncwot będzie zajęty…
Rose oparła dłonie na biodrach, ale Albus nie dbał o jej postawę bojową. Myślami wrócił do zeszłego roku, kiedy to zaczęła pisać do Lance'a. Była nie dość, że tajemnicza, to jeszcze chciała fizycznie wykończyć Huncwota. Co gorsza, teraz wydawało jej się, że ma prawo z niego swobodnie korzystać.
Nie przerwał hardego kontaktu wzrokowego. Nie zamierzał się poddawać. Rose zmrużyła oczy, a potem skapitulowawszy, odwróciła się na pięcie i odeszła, wściekle tupiąc stopami. Zadowolony, prawie że rzucił się biegiem do swojego pokoju i upewnił, że porządnie zamknął drzwi. Ku swojemu zdziwieniu, odkrył, że na łóżku leżały trzy listy, a na oknie siedziały dwie sowy.
Z największą ostrożnością podszedł do kopert. Coś było nie tak w te wakacje – zazwyczaj wszystkie jego rzeczy miały swoje miejsce i były poukładane (w większości pochowane w szafkach i dodatkowo zabezpieczone), ale w tym roku, z jakiegoś dziwnego, niewyjaśnionego powodu, cały dobytek walał się po podłodze do tego stopnia, że nieraz zranił się z rana w stopę, próbując przejść przez pokój. Mimo takiej przezorności niemal potknął się o miotłę i nie miał szczęścia nawet, kiedy w końcu usiadł na puchowym łóżku – klapnął wprost na srebrny pierścień. Nie przedłużając, schował go do kieszeni i zerknął na listy.
Pierwszy sprawił, że prawie padł na zawał. Na kopercie było ładnie napisane, na zielono, odręcznym charakterem pisma, „Albus Potter". Mirra odpisała mu wyjątkowo szybko. Uśmiechnął się i odłożył ją na bok. Na kolejnej rozpoznał schludne, miniaturowe bazgroły, które od razu sklasyfikował jako pismo Scorpiusa. Rzucił okiem na sowy – do przyjaciela należał dostojny puchacz. Ostatni z listów wydawał się najoficjalniejszy i niewątpliwie został wysłany przez dyrektorkę szkoły. W chwili, gdy go dotknął, płowa sowa zahukała cicho, po czym odleciała.
Zadecydował stopień nieważności korespondencji. Na pierwszy ogień poszła koperta z Hogwartu. List okazał się typowym powitaniem na piątym roku nauki. Mimo że znał już tę formułkę praktycznie na pamięć, czuł się zobowiązany do chociaż przelecenia jej wzrokiem, tak na wypadek, jakby coś uległo zmianie. Na drugiej kartce dołączona została lista podręczników. Nadzwyczajne – jedna książka przyciągała spojrzenia: „Podręcznik do zajęć z eliksirów: być zdeterminowanym".
Albus przechylił głowę w bok. Co to miało znaczyć? Czy nauczyciel eliksirów nie zdecydował jeszcze, co będzie w tegorocznym programie nauczania? Czy ktoś w ogóle został zatrudniony na to stanowisko? Oblizał wargi i spojrzał w sufit. Czuł pociąg do eliksirów, ale miał dziwacznego pecha co do wykładowców tego przedmiotu – żaden dotychczasowy (w ogólnym rozrachunku) nie był szczególnie kompetentny i godzien zachwycania się nim. W rzeczywistości najlepszym nauczycielem był facet, który piastował ten urząd przez ponad rok, obecnie poszukiwany przez całe Ministerstwo Magii, słynny Sebastian Darvy…
W pamięci stanęła mu Ida Blackwood – ostatnia wykładowczyni eliksirów. Była śmiertelnym wrogiem Scorpiusa i najbardziej nieprzystępną kobietą, jaką kiedykolwiek Albus poznał. Było jednak coś, o czym tylko on wiedział. W zeszłym roku uratowała mu życie, choć bardziej kierował nią szacunek do Sancticusa Fairharta, niż troska o zdrowie ucznia. Zmarszczywszy brwi, sięgnął do kieszeni i zacisnął dłoń na chłodnym srebrze. Mimo że Fairhart nie żył, pierścień wciąż mu o nim przypominał.
Albus westchnął i odrzucił list na bok. Oby nowy nauczyciel nie miał do niego żadnych uraz i chęci prowadzenia interesów. Przydałby się taki Opiekun, który nie będzie miał z nim żadnego związku.
Podniósł kopertę od Scorpiusa i otworzył ją.
Al,
Cieszę się, że urodziny minęły ci dobrze. Mam nadzieję, że mój prezent dotarł na czas, bo wysłałem go nieco później, niż planowałem. Byłem trochę zajęty. Mama co chwilę zabierała mnie na jakieś zakupy, obdarowywała ciekawostkami, a nawet kupiła mi nowe szaty. Zastanawiasz się pewnie dlaczego? Cóż, zostałem mianowany Prefektem.
Albus uśmiechnął się złośliwie na sposób, w jaki Scorpius wspomniał o swoich nowych obowiązkach. Cokolwiek jeszcze chciał przekazać, przesłanie było proste – przyjaciel był diablo zadowolony, że zasłużył na tę pozycję. Choć wydawało się to dziwne, że matka zabiera go na zakupy w tak niebezpiecznych czasach, Al nie mógł się powstrzymać od myśli, że to wszystko ma sens. Tak naprawdę znał niewielu rodziców, którzy dbaliby o swoje dzieci tak bardzo, jak państwo Malfoy o Scorpiusa.
Z moim dziadkiem jest w porządku i – tak przy okazji – dziękuję za pamięć. Nie angażuje się szczególnie i jak zwykle, stoi gdzieś z boku. Spodziewałeś się w ogóle czegoś innego?
Rozmawiałeś ostatnio z Morrisonem? Nie dostałem od niego sowy od dwóch tygodni. Ostatnio narzekał na to, co dzieje się u niego w domu, ale przypuszczam, że dowiemy się więcej, gdy zobaczymy się z nim twarzą w twarz.
Tak czy inaczej, przepraszam za zwięzłość listu, ale matka upiera się, że obowiązki Prefekta obejmują także nadążanie za nauką nawet w okresie wakacyjnym.
Nie mogę się doczekać, aż się zobaczymy.
Scorpius.
PS. Przywitaj się z Rose w moim imieniu.
Albus uśmiechnął się i raz jeszcze przeleciał wzrokiem list, zatrzymując się na fragmencie dotyczącym Lucjusza Malfoya. Scorpius nie wiedział o roli, jaką przyjął na siebie jego dziadek, ani o operacji, w jaką się zaangażował, i tak właśnie powinno pozostać – nie zamierzał zdradzić go nawet słówkiem. Mimo to znalazł sprytny sposób, by niczego nie zdradzając, podpytać przyjaciela. Chociaż policzek wciąż piekł go od siarczystego uderzenia, Al miał świadomość, iż zawdzięcza Lucjuszowi naprawdę wiele.
Kiedy podniósł z pościeli ostatni list, jego twarz wyrażała tylko i wyłącznie głód. Pismo Mirry było bardzo eleganckie. Ostrożnie otworzył kopertę (uważał, by jej nie rozerwać i ucieszył się, gdy starania w pełni się opłaciły), po czym zabrał się za czytanie.
Albusie,
Cieszę się, że dobrze się bawiłeś na przyjęciu urodzinowym! I tak, z moimi dziadkami wszystko w porządku, dziękuję. Tak właściwie to ostatnio troszkę sobie z nimi porozmawiałam i stwierdzili, że chętnie by cię poznali. Może popracujesz nieco nad swoimi włosami, hm?
Tak, czytałam gazety i słyszałam o problemach z Ministerstwem. Twój tata ma naprawdę trudny orzech do zgryzienia, jeśli mogę się tak wyrazić. Dzielenie się z kimś władzą musi być naprawdę frustrujące. Mam nadzieję, że jakoś się to ułoży. Z wielką przyjemnością mogę powiedzieć, że docierało do mnie mało złych wieści. Może w końcu będziemy mogli nieco odetchnąć. Och, i przy okazji, jak tam Lily? I Hugo?
Bardzo za tobą tęsknię. Przeczytałam te książki o Quidditchu, które mi wysłałeś i muszę się pochwalić, że załapałam sam zamysł tej gry. Szczerze – nie mogę się doczekać, aż znowu zobaczę cię na miotle. Lepiej rozumiejąc zasady, mogę ci swobodnie kibicować, jeśli oczywiście nie będziesz grał przeciwko Gryffindorowi.
Odpowiadając na twoje pytanie – nie, nie pisałam ostatnio z resztą naszej paczki. Chciałabym napisać list do Rose, ale jakoś odkładam to w czasie. Po głowie chodzi mi cały czas to, że ciągłe utrzymywanie kontaktu, zmniejsza wagę pierwszego spotkania w pociągu.
Czy otrzymałeś już zawiadomienie z Hogwartu? Zauważyłam, że coś jest nie tak z naszymi Eliksirami. Jakieś pomysły dlaczego? Masz jakąś ciekawą teorię spiskową na ten temat?
Nie mogę się doczekać, kiedy znowu cię zobaczę! Wiem, że istnieje jakaś mała szansa, że spotkamy się na Ulicy Pokątnej, więc trzymam kciuki. Jeśli nie, to do zobaczenia pierwszego września! Odpisz mi wcześniej… Serio chcę pokombinować z tobą nad sprawą Eliksirów.
Z miłością, Mirra.
PS. Zostałam Prefektem.
Albus wyszczerzył się, koncentrując się na spiskach i knowaniach. Przeliczył wszystkie znaki zapytania, jakie dziewczyna postawiła i prawie że urósł z nieskrywanej radości. Uwielbiał, gdy o coś go pytała – dzięki temu mógł wiele odpowiedzieć. Mimo że list był krótszy niż zazwyczaj, nie miał nic przeciwko temu. Natychmiast wyciągnął pióro i odkręcił atrament, a potem poświęcił więcej uwagi post scriptum.
Prefekt. Cieszył się, że dwójka przyjaciół otrzymała ten tytuł. Był szalenie dumny z Mirry, bo wiedział, że w ogóle nie spodziewała się takiego wyróżnienia i nie przewidywała go, zwłaszcza podczas pierwszego roku nauki. Z całkowitą szczerością mógł przyznać, że choć brakuje mu odznaki, ale nie czuł się hamowany w rozwoju. Nawet w najmniejszym stopniu. Ambicja może i była cechą charakterystyczną Ślizgonów, ale wiedział, że na swoim koncie ma już niejedno dobre osiągnięcie, a Scorpius o wiele bardziej zasłużył sobie na przywileje. Ze zdziwieniem uświadomił też sobie, że nigdy wcześniej nie brał Mirry pod uwagę, gdy roztrząsał sprawę Prefektów. Dlaczego?
Odpowiedzi dostarczyło mu głośne tupanie, a potem prawie że wyrwane z zawiasów drzwi. Do pokoju wparowała czerwona na twarzy, piekielnie zdenerwowana Rose.
– Oddawaj mi mój list, Albusie! – wywarczała.
– Hę? – Spojrzał na trzy otwarte koperty.
– Ze szkoły! Na pewno przypadkowo zamienili nasze listy!
– Nie wydaje mi się, żeby czymś się różniły.
– Albusie! – krzyknęła i założyła dłonie na biodra. – Mówię poważnie! Nie dostałam mojej odznaki!
Otworzył usta, żeby coś zripostować, ale koniec końców nie wykrztusił ani słowa. Zamiast tego uśmiechnął się głupio i podał kuzynce list od Mirry, palcem wskazując post scriptum.
Przeczytawszy go, Rose rozdziawiła z szoku usta.
