Bardzo dziękuję za tak liczne komentarze i słowa uznania. Inspirujecie mnie do dalszego pisania.
Obiecany rozdział pierwszy.
ROZDZIAŁ I
O łzach, smutku i złotej obrączce.
-Jak spałeś? - zapytała Andromenda spoglądając na wnuka, który zszedł właśnie do kuchni na śniadanie.
Była to starsza, zawsze uśmiechnięta i uprzejma kobieta. Mimo wieku jej włosy wciąż miały ciemnobrązowy, kasztanowy kolor, dzięki czemu wyglądała dużo młodziej. Teddy podejrzewał, że babcia używała jakiś czarów lub eliksirów, żeby powstrzymać je przed siwieniem, ale nie chciał o to pytać bojąc się, że urazi ją takim pytaniem.
Wychowywała go od czasu gdy jego rodzice zginęli w ostatniej wojnie czarodziejów. Teddy również starał się nią opiekować. Pomagał w obowiązkach domowych, a każde zarobione wyprowadzaniem psów i koszeniem trawników pieniądze przynosił babci. Pani Tonks większość dnia spędzała w małej pracowni w piwnicy, gdzie przyrządzała magiczne eliksiry, a następnie je sprzedawała. Nie były to bardzo skomplikowane receptury, choć parę razy dostała zamówienie na varitaserum lub eliksir wielosokowy.
-Dobrze. - skłamał przeczesując włosy palcami i siadając szybko przy stole.
Kobieta obrzuciła go podejrzliwym spojrzeniem gdy z niezwykłą dla siebie prędkością zaczął pochłaniać tosty z dżemem i popijać herbatą. Znała go od jedenastu lat i dobrze wiedziała, kiedy coś go dręczy. Zachowywał się zresztą bardzo podobnie jak jego matka. Krótkie, szybkie odpowiedzi, ciągłe zapewnianie, że wszystko w porządku i kolor włosów. Tak, u obojga z nich kolor włosów był najlepszym wyznacznikiem samopoczucia. Andromenda dziękowała Merlinowi, że jej wnuk odziedziczył po matce tą rzadką przypadłość jaką była metamorfomagia. Momentalnie mogła zareagować wyciągając z szafki najlepszą czekoladę z Miodowego Królestwa, gdy wracał do domu z ciemnymi, oklapłymi włosami opadającymi mu na oczy i już wiedziała, że kolejny kolega uznał go za dziwaka i wybrał towarzystwo Derek'a.
Derek mieszkał kilka domów dalej i do ósmego roku życia byli z Teddym nieodłącznymi przyjaciółmi. Później jednak pokłócili się o jakąś błahostkę i od tego czasu nie odzywali się do siebie. Dla Ted'a był to ogromny szok, spoważniał, stał się nad wyraz dorosły jak na swój wiek i nigdy więcej nie miał już żadnych przyjaciół. Wszyscy woleli Derek'a i jego ogromny dom z basenem. Andromenda w duchu liczyła na to, że może w Hogwarcie jej wnuk znajdzie bratnią duszę.
-Pani Wilson pytała czy nie zechciał byś wyprowadzić dzisiaj jej psa na spacer. Znowu się słabo czuje, a wiesz jak Max lubi biegać. - zagadnęła siadając obok wnuka z kubkiem kawy.
Pokiwał tylko głową wpatrując się w talerz.
-Myślałam też, że może zechcesz wybrać się ze mną na Pokątną. Kończą mi się składniki eliksirów, a mam ostatnio dużo zamówień. - dodała po chwili.
Kolejne obojętne kiwnięcie głową sprawiło, że promienny uśmiech pani Tonks ustąpił miejsca zmartwieniu. Jeśli nawet propozycja wybrania się na Pokątną nie poprawiła mu humoru, to sama już nie wiedziała co powinna robić. Teddy uwielbiał ich wspólne wyjścia do magicznego świata. Był wtedy tak podekscytowany, że nie spuszczał babci z oczu, upewniając się, że nie zapomni go ze sobą zabrać. Chciał wchodzić do każdego sklepu tylko po to, żeby popatrzeć na magiczne przedmioty i dotknąć ogromnych tomów wypełnionych skomplikowanymi czarami. Zawsze też odwiedzali Lodziarnię Floriana, którą po śmierci właściciela ponownie otworzyli jego synowie.
-Babciu, jak umarli rodzice? - Teddy przerwał ciszę wyrywając Andromendę z zadumy.
Jego duże niebieskie oczy utkwione były w kobiecie, która nerwowo odgarnęła włosy z twarzy.
-Posłuchaj kochanie. - zaczęła ostrożnie, uśmiechając się i kładąc dłoń na ramieniu wnuka. - Twoi rodzice byli bardzo dzielni i odważni. Zginęli na wojnie. Stając twarzą w twarz z najgroźniejszym czarnoksiężnikiem na świecie. Oddali życie za wolność i sprawiedliwość, po to żebyś mógł żyć w wolnym świecie, uczyć się, bawić i cieszyć życiem. Możesz być z nich dumny.
-Wiem. - zdenerwował się Teddy.
Słyszał to już setki razy, ale nikt nigdy nie powiedział mu nic konkretnego. Wciąż był w szoku po tym co zobaczył we śnie. W wyobraźni cały czas widział uśmiechnięte twarze swoich rodziców leżących bez życia na zimnej trawie. Musi się dowiedzieć czy sen był prawdą. Ktoś przecież na pewno wie, kto zabił jego rodziców. A babcia była osobą, o której pomyślał na samym początku. Komu jak komu, ale jej powinni powiedzieć, kto tego dokonał, kto wymierzył mordercze zaklęcie w stronę jej córki i zięcia.
-Ale ... - zawahał się przez chwilę patrząc prosto w zatroskane oczy babci. - kto ich zabił?
To pytanie wyraźnie zaskoczyło Andromendę. Wyprostowała się nie spuszczając wzroku z wnuka. Westchnęła głęboko próbując jakby odwlec odpowiedź w czasie, aż w końcu nie mogąc dłużej patrzeć w jego wyczekujące odpowiedzi oczy spuściła wzrok i powiedziała:
-Nie wiem. Niestety nie wiem. - głos zamarł jej w gardle i poczuła, że łzy napływają do oczu. - Próbowałam się dowiedzieć. Pytałam wszystkich, ale nikt nie potrafił mi odpowiedzieć. Wiem tylko, że umarli razem, niedaleko Zakazanego Lasu. Tam ich znaleźli...
Otarła łzy z oczu i pociągnęła nosem. Teddy zmieszał się trochę. Nie chciał doprowadzać babci do płaczu. Objął ją za szyję i wtulił głowę w jej miękkie włosy. Poklepała go po ramieniu i jeszcze raz pociągnęła nosem.
Jednak chłopiec odpłynął już myślami daleko od małej kuchni na przedmieściach Londynu. Więcej nie musiał wiedzieć. A więc to prawda. Sen był prawdą. Tej nocy zobaczył śmierć swoich rodziców. Nie wiedział co ma o tym myśleć. Czy powinien się bać, czy może cieszyć, że poznał prawdę. Przypomniał sobie historię opowiadaną przez wujka Harry'ego, o jego proroczym śnie o ataku na pana Weasley'a. "Nawet w świecie czarów takie sny nie znaczą nic dobrego" powiedział wtedy jego ojciec chrzestny. Postanowił jednak nie mówić o nim nikomu. Nie chciał nikogo niepokoić.
Z zamyślenia wyrwało go głośne stukanie w szybę. Wyswobodził się z uścisku babci i podbiegł do okna. Na parapecie siedziała duża brązowa sowa. Do nóżki miała przywiązaną beżową kopertę z pieczęcią Hogwartu. Nareszcie! Otworzył szybko okno wpuszczając sowę do środka, po czym pośpiesznie odwiązał list i rozerwał kopertę. Spojrzał na babcię. Zniknęły łzy i smutna mina. Rozpromieniła się i przytuliła wnuka.
-Upiekę ci tort z tej okazji. Czekoladowy, taki jak lubisz najbardziej. - szepnęła mu do ucha, po czym nucąc coś wesoło wyszła z kuchni.
Teddy stał jeszcze przez chwilę patrząc na wąskie pismo zastępcy dyrektora Hogwartu, Filius'a Flitwick'a. Ponure myśli o śmierci rodziców i tajemniczym śnie zniknęły równie szybko jak się pojawiły. Nic nie było teraz w stanie zepsuć mu radości jaką poczuł gdy zobaczył szkolną sowę w oknie.
-Wspaniałego ma pani wnuka. - pani Wilson, mieszkająca w sąsiednim domu, bardzo lubiła mówić to Andromendzie. - Taki grzeczny, pomocny, musi być pani z niego bardzo dumna.
-Nawet nie wie pani jak bardzo! - Adromenda uśmiechnęła się do sąsiadki i spojrzała na oddalającego się chłopca.
U jego boku wesoło podskakiwał średniej wielkości brązowy pies o długiej rozczochranej sierści.
-No dalej, Max! Przynieś patyk! - wołał Teddy oglądając się co chwila na goniącego go z kawałkiem drewna w zębach psa.
-Dobry pies. - pochwalił go chłopiec klękając obok zwierzaka i drapiąc go za uchem, gdy wreszcie Max go dogonił.
Usiadł na trawie, a pies położył głowę na jego kolanach. Była końcówka lata, więc dni były bardzo słoneczne i upalne. Teddy najbardziej lubił tą porę roku. Często zabierał Max'a na długie spacery przez pobliskie pole, gdzie mogli biegać i bawić się, aż wycieńczeni kładli się na pachnącej trawie i patrzyli w niebo. Później zazwyczaj odwiedzali jeszcze pobliski cmentarz na skraju lasu, gdzie Teddy przy skromnym grobie z białego kamienia zostawiał czerwoną różę, nie próbując nawet powstrzymać łez które pojawiały się w jego oczach. Było to jedyne miejsce, w którym chłopiec pozwalał sobie na łzy. Może dlatego, że nigdy nikt tu nie przychodził, a może dlatego, że tutaj najbardziej docierała do niego smutna prawda o rodzicach.
Tego dnia również pojawili się z Max'em na cmentarzu. Przed wejściem chłopiec zerwał kwiatka z rosnącego przy bramie krzewu. Czwarta alejka na prawo, siódmy grób licząc od strony muru. Znał drogę na pamięć, mógłby przyjść tu z zamkniętymi oczami i na pewno trafiłby bezbłędnie. Uklęknął przy pionowej płycie i włożył świeżą różę to dzbanuszka wypełnionego suchymi kwiatkami. Nigdy go nie opróżniał. Uważał, że nie może zabrać czegoś co wcześniej komuś dał, a przecież te kwiatki przynosił specjalnie dla nich.
Zamierzał właśnie wstać, gdy jego dłoń przeczesująca bezmyślnie trawę natrafiła na jakiś niewielki przedmiot. Podniósł go i przyjrzał mu się uważnie. Była to niewielka złota obrączka. Teddy obejrzał ją dokładnie podnosząc w stronę słońca. Dostrzegł, że w środku są wygrawerowane jakieś słowa, były jednak zbyt małe i nie mógł ich odczytać. Postanowił, gdy wróci do domu, pożyczyć od babci lupę, której używała, by dokładniej pokroić składniki eliksirów, i odczytać tajemniczy napis.
Tymczasem zaczął się zastanawiać, skąd ów przedmiot mógł znaleźć się na cmentarzu. Był w tym miejscu kilka dni temu, siedział na trawie w dokładnie tym samym miejscu i tak jak dzisiaj dotykał delikatnej trawy i nic nie znalazł. Rozejrzał się dookoła. Przy żadnym grobie nie stały kwiaty, ani świeczka. Nic się tu nie zmieniało od bardzo dawna i nigdy nikogo tu nie spotkał. Zaczął bawić się bezmyślnie obrączką pogrążony w rozmyślaniach wpatrując się w imiona rodziców wypisane złotymi literami na kamieniu.
Mimowolnie nasunął znaleziony przedmiot na palec i nagle stało się coś dziwnego. Coś jakby gorący promień przeszył jego ciało płynąc od dłoni do serca, tam pozostając i napełniając je dziwnym uczuciem spokoju, ciepła i szczęścia. Natychmiast zdjął pierścień przerażony, jednak uczucie nie zniknęło. Ostatni raz spojrzał na złote litery, po czym schował znaleziony przedmiot do kieszeni, zawołał towarzysza obwąchującego wszystkie groby po kolei i szybkim krokiem ruszył w stronę domu.
