Zapadł już zmrok. Na placu rozpalono ogniska. Wokół ognia tańczyli prawie wszyscy mieszkańcy osady. Muzyka przybrała na sile. Była rytmiczna i zdecydowanie skoczna. Ci, którzy nie tańczyli, gromadzili się przy którymś z rozstawionych wokół placu stołów. Jack O`Neill siedział przy jednym z nich. Z drewnianego kubka popijał jakiś owocowy napój. Co prawda spróbował pewnego ostro zalatującego alkoholem specyfiku, który niemiłosiernie palił gardło. Nie mógł sobie jednak pozwolić na to, by urwał mu się film. A zważywszy na szatańską moc owego trunku, niewątpliwie doszłoby do tego już po kilku kolejkach. Siedział więc i rozkoszował się urokiem chwili. Noc była ciepła. W górze, na bezchmurnym niebie lśniły gwiazdy. W powietrzu wciąż unosił się oszałamiający aromat miejscowych kwiatów, a może ziół. Ciała wirujących wokół ognisk ludzi rzucały dookoła tajemnicze cienie. Daniel Jackson zdecydowanie był już wstawiony. Możliwe, że tylko spróbował magicznego wynalazku, ale on zawsze miał słabą głowę. W tej chwili tańczył razem z kilkoma kobietami. Jego kamizelka kuloodporna i większość sprzętu spoczywała teraz na stole, przy którym siedział Jack. Pułkownik także pozwolił sobie na odrobinę luksusu i pozbył się części swojego ekwipunku. Broń jednak pozostawił w zasięgu ręki.
- Hej! Czemu siedzisz tutaj sam? - Z roztańczonego tłumu oddzieliła się jedna z dziewcząt. Kołysząc biodrami podeszła do O`Neilla i uśmiechnęła się szeroko. Była bardzo ładna. - Dziś świętujemy. Dzisiaj musimy się weselić. Nie wiemy, co przyniesie jutrzejszy dzień. Wykorzystajmy jak najlepiej czas, który pozostał do nadejścia świtu. - Dodała wyciągając do niego rękę.
Pułkownik poczuł, że na jego policzki wypływa rumieniec. Całe szczęście, że było już ciemno. Ta kobieta najwyraźniej złożyła mu przed chwilą niedwuznaczną propozycję. Była naprawdę piękna i w dodatku taka młoda… Jego męskie ego zostało w tym momencie mile połechtane. Tyle, ze kiedyś już otrzymał podobną propozycję i wcale nie skończyło się to dobrze. Dziewczyna stała wciąż z wyciągniętą ręką, a jej oczy błyszczały. Przyszło mu do głowy, że pewnie większość osób na tej imprezie jest już na rauszu. Ta dziewczyna zapewne też. Rozejrzał się niepewnie dookoła. Zauważył kilka par oddalających się od blasku ognisk i znikających w mroku. Uch, więc naprawdę tego właśnie chciała. Podniósł na nią wzrok. Patrzyła na niego wyczekująco, uśmiechając się tajemniczo.
- Słuchaj. - Zaczął trochę sztywno. - Jesteś naprawdę piękna i urocza. I bardzo mi schlebia twoja propozycja, ale mimo wszystko z niej nie skorzystam. Przykro mi. Nic z tego nie będzie.
- Jesteś już z kimś? - W ogóle nie zrażała się jego odmową. Wciąż się uśmiechała, a w jej oczach pojawiły się figlarne błyski. - Składałeś już innej swą przysięgę?
- Co? Nie. W zasadzie to nie, ale i tak muszę ci odmówić. Wiesz, to kwestia zasad. Nie obraź się. Jesteś naprawdę wspaniała.
- Niech tak będzie. - Wzruszyła lekko ramionami. - Ale ja uważam, że nie warto marnować takiej okazji.
Odeszła kocim krokiem, świadoma tego, że mężczyzna wciąż na nią patrzy. Odwróciła się jeszcze na chwilę i obdarzyła go kuszącym spojrzeniem.
- Jesteś pewien?
- Tak. - Uśmiechnął się w odpowiedzi. - Całkowicie pewien. Naprawdę mi przykro.
- Akurat… - Zarzuciła głową, aż jej długie włosy zawirowały w powietrzu, a po chwili dała się porwać przez tańczący korowód.
O`Neill odetchnął głęboko, a potem wypił jednym duszkiem cały, pozostały w jego kubku napój. Nagle, nie wiadomo dlaczego, poczuł się stary. Nie pamiętał już, kiedy czuł się tak szczęśliwy jak dzisiaj ci ludzie. Splótł dłonie i założył je na kark. Niespodziewanie doznał bardzo intensywnego uczucia. Ktoś go obserwował. Rozejrzał się i dojrzał parę oczu przyglądających mu się z boku.
- Carter? - Spytał niewinnie.
- Sir, czyżbym w czymś przeszkodziła? - Carter podeszła do niego, uśmiechając się złośliwie. - Zdaje się, że ona miała wobec pana poważne zamiary.
- Uhm. Nawet bardzo poważne. - Sięgnął po stojący na stole dzbanek i dolał sobie do pełna. - Ma pani ochotę? - Zaproponował.
- Czy to nie jest przypadkiem ta powalająca wóda? - Sam podejrzliwie zaglądała do dzbanka.
- Spokojnie, to tylko owocowy koktajl. Zresztą bardzo smaczny. - Podał jej drugi kubek. - Myślała pani, że chcę panią upić?
- Przeszło mi to przez myśl. - Przyznała z rozbrajającą szczerością. Odłożyła swoją broń na stół i rozsiadła się wygodnie. - Próbowałam. Niewiele trzeba, by kompletnie odlecieć. Widział pan Daniela albo Teal`ca?
- Och, Daniel… - Pułkownik nagle zdał sobie sprawę, ze inni także mogli otrzymać podobną propozycję. A Daniel był pijany. Jako jego przyjaciel powinien uchronić go przed popełnieniem jakiegoś głupstwa. - Daniel też próbował tego wynalazku. Chyba nawet kilka razy. Powinniśmy go poszukać.
- Nie ma takiej potrzeby, O`Neill. - Jak spod ziemi pojawił się Teal`c. Obejmował ramieniem uśmiechającego się głupkowato Jacksona. Archeolog miał przekrzywione okulary i drobne problemy z utrzymaniem równowagi. - Odprowadzę go do kwatery, która została nam przydzielona. W tej chwili Daniel Jackson najwyraźniej potrzebuje odpoczynku.
- Uuu bracie… - O`Neill dźwignął się na nogi i pozbierał porozrzucany na stole sprzęt. - Ale się wstawiłeś.
- No! - Ucieszył się Daniel i czknął.
- Chodźmy, Teal`c. Trzeba położyć do łóżka tę śpiącą królewnę.
Teal`c stanął jak wryty, z wyrazem bezbrzeżnego zdziwienia na twarzy.
- Nie rozumiem, O`Neill. - Zaczął za śmiertelną powagą. - Kim jest ta królewna i co ma wspólnego z Danielem Jacksonem?
- To samo zamiłowanie do poduszki. - Pułkownik przewrócił oczami, a Carter zachichotała. Posłał jej piorunujące spojrzenie, pod wpływem którego natychmiast umilkła. - Proszę cię… Po prostu odstawmy go do kwatery. W porządku? Jak jutro wstanie, sam wyjaśni ci tę zawiłość językową.
- Oczywiście. Chodźmy zatem. - Poprawił uchwyt na ramieniu archeologa, który zaczął się odrobinę chwiać i pociągnął go w stronę jednego z budynków. O`Neill podążył za nimi, taszcząc ekwipunek swój i Daniela.
Carter została sama. Siedziała i popijała koktajl. Rzeczywiście był bardzo smaczny i na pewno nie powodował kaca. Pośród tańczących dostrzegła Kalię i jej świeżo poślubionego małżonka. Śmiali się radośnie, patrząc sobie w oczy. Spoglądała na nich z zazdrością. Byli tacy szczęśliwi. Trzymając się za ręce podeszli do stołu, przy którym siedziała.
- Witaj! - Kalia stanęła naprzeciwko, uśmiechając się szeroko. - Jak ci się podobała ceremonia zjednoczenia?
- Mów mi Sam. - Carter odwzajemniła uśmiech. - Cóż, sama ceremonia była bardzo zwięzła. Ale to, co nastąpiło po niej, jest naprawdę niesamowite.
Faktycznie, sama ceremonia ograniczała się do wypowiedzenia przez obie strony kilku dość banalnych formułek w stylu „I nie opuszczę cię aż do śmierci". Jednak cała oprawa, jaka temu towarzyszyła, zdecydowanie przyćmiewała ziemski ślub i wesele. Uczestniczyli w niej wszyscy mieszkańcy. Dorośli i dzieci. Wszyscy radowali się tak, jakby było to wydarzenie roku. Śpiewy i taniec trwały bez przerwy aż do tej pory i wcale nie zanosiło się na to, by miały wkrótce ustać.
- To jest Jared. Od dziś mój towarzysz już na zawsze. - Kalia usadowiła się za stołem i pociągnęła za sobą swojego męża. Ten jednak zręcznie się jej wywinął i z przepraszającym uśmiechem gdzieś się oddalił. Sam patrzyła za nim w zamyśleniu.
- Wow, zawsze to dosyć długo…
- Na twojej planecie nie łączycie się w pary? - Młoda kobieta była wyraźnie zdumiona.
- Owszem. Łączymy się i także świętujemy z tego powodu. Ale z trwałością związków bywa różnie. Jedni pozostają ze sobą do końca, inni natomiast po pewnym czasie się rozstają.
- Dlaczego? - Kalia w swej naiwności przypominał Carter dziecko.
- Z różnych powodów. - Czuła się zakłopotana. Sama tego nie wiedziała. Była w kilku związkach, ale żaden nie wytrzymał próby czasu. - My jesteśmy bardziej skomplikowani. Mamy chyba większe wymagania, których nasz wybranek lub wybranka często nie jest w stanie spełnić. Czasami przestajemy się rozumieć. Czasami przestajemy się kochać… A czasami kochamy się, lecz nie możemy ze sobą wytrzymać.
- Jesteś z kimś? - Kalia zadała to pytanie całkowicie naturalnie. Jakby związek z drugą osobą był najprostszą rzeczą pod słońcem.
- Nie.
- Dlaczego? Jesteś piękna i mądra. Wielu mężczyzn byłoby szczęśliwych mogąc dzielić z tobą życie.
- Być może. - Była coraz bardziej zakłopotana. - Jednak nie spotkałam jeszcze takiego, z którym ja chciałabym je dzielić.
- A mi się wydaje, ze już spotkałaś. - Dziewczyna patrzyła na nią bardzo przenikliwie. Potem nachyliła się bardzo nisko i szepnęła. - Widziałam jak na niego patrzysz…
- Słucham? - Carter momentalnie zrobiło się bardzo gorąco.
- Mówię o twoim dowódcy. Ale ty nie chcesz, by ktokolwiek się o tym dowiedział. Mam rację?
Carter całkowicie zatkało. Co ta obca dziewczyna mogła o niej wiedzieć? Jakim cudem, jednie na nią spojrzawszy, zdołała rozszyfrować najgłębiej skrywana tajemnice jej serca?
- To trochę skomplikowane… - Wyjąkała. Rozejrzała się ukradkiem, czy przypadkiem pułkownik nie pojawił się na horyzoncie. - Nie łączy nas nic osobistego. A gdyby nawet… Nasz związek byłby niemożliwy. Takie mamy zasady. Pracujemy razem. Za bliższe kontakty zostalibyśmy ukarani. Nie chcę tego ani ja, ani on.
- To smutne. My potrafimy cieszyć się każdą chwilą. Nikt nie wie, kiedy znów zostaniemy rozdzieleni z naszymi najbliższymi. Musimy więc jak najlepiej wykorzystać czas, który został nam ofiarowany.
- Zauważyłam. Zawsze jesteście tak bezpośredni wobec obcych?
- Nie wiem. Goście, którzy zazwyczaj nas odwiedzają, porywają naszych ludzi. Wy jesteście pierwsi, którzy zostali dopuszczeni do uczestniczenia w ceremonii. To czyni was naszymi braćmi. Ceremonia to wielkie święto. To początek nowej rodziny. Rodziny, która przyczyni się do zwiększenia całej naszej społeczności. W obliczu zagrożenia ze strony Olokuna, liczna rodzina stanowi dla nas największą wartość.
Wrócił Jared, usadowił się obok swej żony i obdarzył ją całusem. Carter postanowiła dowiedzieć się czegoś więcej o tym Olokunie. Jak dotąd nikt nie chciał z nimi rozmawiać, tłumacząc się tym, ze na rozmowy przyjdzie czas dnia następnego. Dziś należy się jedynie weselić. Kalia i jej mąż byli bardziej otwarci. Miała teraz szansę na zdobycie kilku informacji.
- Kiedy tu przybyliśmy, sądziliście, że chcemy zabrać was ze sobą... - Zaczęła.
Kalia, jakby odczytując jej myśli, natychmiast spoważniała. Rozejrzała się dookoła, jakby upewniając się, że nie są podsłuchiwani. Nikt jednak nie zwracał na nich uwagi. Wyraźnie uspokojona zwróciła się znów do Sam.
- Zbliża się czas, gdy nasz pan Olokun przysyła tutaj swoje sługi, żeby wybrali spośród nas tych, którzy są godni, by mu służyć. Tak przynajmniej zapewniają nas starsi z naszej wioski, no i sami wysłannicy Olokuna.
- Nie zgadzacie się z tym?
- Nie. My wiemy, co się z nimi potem dzieje. - Kalia zmarszczyła brwi. - Olokun jest panem okrutnym i bezwzględnym , a jego ludzie są jeszcze gorsi. Nie ma niczego godnego w niewolniczej pracy ponad siły. Nie ma niczego wzniosłego w torturach i poniżaniu słabszych, i bezbronnych. Nikt, kto został zabrany na planetę Olokuna nie powrócił już do nas. Większość zginęła w mękach. Ci, co jeszcze żyją są niewolnikami. Pracują w nieludzkich warunkach pod ciągłą groźbą tortur lub śmierci. Niektórzy są zabierani do pałacu. Nie wiemy dokładnie, co się z nimi tam dzieje. W rezultacie tracą zmysły lub zmieniają się w potwory, takie same, jakim jest Olokun.
- Skąd o tym wiecie? - Carter była wstrząśnięta. Obraz cierpienia i śmierci jaskrawo kontrastował z pełną radości atmosferą panującą w osadzie.
- Mamy tam swoich szpiegów. - Jared objął żonę ramieniem. - Starsi mieszkańcy wioski są przeciwni jakiemukolwiek oporowi przeciwko naszym panom. Boją się. Kiedyś nasi przodkowie sprzeciwili się i spotkała ich za to surowa kara. Wysłannicy wybili większość mieszkańców. Wiele lat minęło, zanim liczba członków naszej społeczności ponownie wzrosła. Od tej pory, co roku, ludzie Olokuna zabierają ze sobą kilka osób. Dla całej społeczności nie jest to cios zbyt bolesny. Dowiedzieliśmy się jednak, że niewolnicy sprowadzani są także z innych planet. Są ich setki.
- Nie możecie nic zrobić?
- Nic, co wzbudzałoby podejrzenia. Musimy być bardzo ostrożni. Ryzykujemy życiem wielu ludzi.
Oboje wstali z miejsca. Kalia nachyliła się w stronę Carter.
- Powiedzieliśmy ci to wszystko, bo wierzymy, że nas nie zdradzisz, a być może, będziesz w stanie nam pomóc. Niebawem dowiesz się, w jaki sposób. I pamiętaj. Nikt z pozostałych mieszkańców wioski, nie może się o niczym dowiedzieć. To bardzo ważne.
Wpatrywała się w Carter dopóki ta, skinieniem głowy, nie potwierdziła, że doskonale rozumie, czego od niej oczekują. Wtedy odwrócili się, znikając w tłumie. Carter siedziała zszokowana. Zaciskała dłonie aż do bólu. Nawet nie zauważyła, kiedy wrócił O`Neill.
- Carter? - Jego głos sprawił, że aż podskoczyła. - Wygląda pani, jakby zobaczyła ducha.
- Sir, właśnie się czegoś dowiedziałam. - Przygryzła nerwowo wargę i zniżyła głos do szeptu. - Obawiam się, że wcale nie trafiliśmy do raju. To raczej przedsionek piekła. Piekła, którym włada Goa`uld imieniem Olokun. Porywa ludzi, zmusza ich do niewolniczej pracy, torturuje lub wykorzystuje, jako nosicieli.
- Sporo się pani dowiedziała w tak krótkim czasie. - Mruknął pułkownik. - Ale tak postępuje większość Goa`uldów. Czemu ten jest wyjątkowy?
- Ten lada moment odwiedzi tę przemiłą planetę. Mamy do wyboru: zmykać gdzie pieprz rośnie, albo pomóc tym ludziom. Jak dla mnie wybór jest oczywisty.
- Wiedziałem, że pani to powie… - W zamyśleniu potarł skronie. - Kiedy możemy się go spodziewać?
- Nie jestem pewna, ale myślę, że w każdej chwili. Mieszkańcy są już przygotowani na jego nadejście.
- Cholera. - O`Neill rozejrzał się wokoło. Zabawa trwała w najlepsze. W tej chwili tylko oni dwoje siedzieli przy stole. - No i wakacje szlag trafił.
