I

Przez kilka następnych dni chłopak sporadycznie rozmyślał o usłyszanej opowieści, lecz mimo tego cały czas plątała się po jego umyśle. Doprawdy, nie powinien się na tym skupiać, ponieważ cała historia była niedorzeczna, zdziwiłby się gdyby tkwiła w niej choć cząstka prawdy. Mimo wszystko legenda w jakimś stopniu zaintrygowała Krukona. Zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że trzeba odpuścić i zostawić całą sprawę w spokoju, a zająć się ważniejszymi sprawami. Chociaż opierał się całym sobą, koniec końców ta maleńka, żadna przygód część jego charakteru zwyciężyła. Przeklinając w myślach brak silnej woli skierował się w stronę potężnych drzwi prowadzących do biblioteki. Jeżeli już podjął się pogoni za legendami, to chciałby chociaż znaleźć jakiekolwiek oparcie w książkach. Miał nadzieję znaleźć pierwotną wersję opowieści, aby móc przeanalizować wszystko dokładnie. Nie ukrywał, pragnął dowiedzieć się czy tkwi w niej chociaż krzta prawdy. Kiedy nareszcie dotarł na miejsce przywitał się ze straszą kobietą, pracującą na stanowisku bibliotekarki. Usiadł przy pierwszym wolnym stoliku, po czym skierował się w stronę regałów pragnąć odszukać odpowiedni dział. Bibliotekę traktował jak swój drugi dom. Wprost uwielbiał godzinami w niej przesiadywać przeglądając coraz to nowe intrygujące stare księgi. Ilość przeróżnych dzieł, niekiedy prawdziwych białych kruków, która się tu znajdowała była zdumiewająca, niemalże zapierała dech w piersiach. Kochał to miejsce przede wszystkim dlatego, że było takie różnorodne. Nie mógł powiedzieć, że dział z legendami i przypowieściami był jego ulubionym, ale i tutaj udało mu się odnaleźć kilka intrygujących pozycji. Co prawda zawsze podkreślał, że uważa się za racjonalistę, kierującego się rozumiem, jednak i on dawał się od czasu do czasu ponieść czarowi pradawnych mitów pełnych dzielnych herosów i zawiłych zagadek. Oczywiście był niemalże pewien, że żadna z tych historii nie zawiera w sobie chociażby ziarenka prawdy. Gdzieś w głębi jego serca tkwiła ta cząstka, która uparcie wierzyła, że w świecie pełnym magii wszystko jest możliwe. Przeszukawszy dokładnie obszerny regał wybrał, jego zdaniem, najprzydatniejsze woluminy, gdzie spodziewał się znaleźć nawiązania do historii, którą męczyła go już o kilku dni. Położył tomy na zajęty wcześniej stolik, następnie usiał otwierając pierwszą z brzegu księgę. Miał szczerą nadzieję, że wyszuka chociażby wzmiankę o komnacie o której była mowa w opowieści Lupina.

To, co znalazł przekroczyło jego oczekiwania. Już po kilku kartkach napotkał artykuł autorstwa profesor Griseldy Marchbanks (był pewien, że znał skądś to nazwisko) pt. „Nieznane oblicze Hogwartu". Szczególnie zaintrygował go jeden fragment:

„ Hogwart od wieków jest wielką, nierozwiązaną zagadką. Kieruje się własnymi prawami i tylko on decyduje o ujawnieniu swoich tajemnic. Ludzie honorowi; z czystymi sercami i otwartymi, spragnionymi wiedzy umysłami, pragnącymi czynić dobro dla ogółu, mają szanse na zyskanie przychylności serca zamku. Wiąże się to z ogromną odpowiedzialnością, lecz sekrety, które mogą zostać w ostateczności odkryte stanowczo warte są podjęcia tego ryzyka. Wśród skrzatów domowych krąży legenda mówiąca o wielkim czarodzieju, który wspomnianą wcześniej przychylność zyskał. Pragnę w tym miejscu zacytować fragment, ponieważ jej treść przybliży nam z pewnością sedno spawy, którą chcę przybliżyć czytelnikowi:

Kilka wieków po powstaniu wspaniałego zamku, jakim jest Hogwart, przybył do niego pewien niepozorny człowiek. Mężczyzna ten był prawym i szlachetnym człowiekiem, łaknącym mądrości, pragnącym czynić dobro. Swoje całe życie poświęcił nauce; żył dla niej i tylko dzięki niej. Czarodziej ten pragnął uwiecznić na papierze dzieje cudownego zamku, w którym przebywał, aby wiedza, jaką posiadał na jego temat, nigdy nie zanikła a żyła wiecznie. Mężczyzna, będąc świadomym tego jak wielką rolę może ona odegrać w przyszłości, nie próżnował. Każdego dnia ciężko pracował, starając opisać każdy szczegół zamku, każdą komnatę, każdą informację jaką posiadał na jego temat.

Jednego z dni czarodziej postanowił udać się na wędrówkę po zamku, w celu poszukiwania najstarszych z obrazów będących w zamku. Pragnął porozmawiać z postaciami malowideł, istniała duża szansa, że dowie się czegoś nowego na temat Hogwatu. Przechodząc przez pewien obszerny korytarz, który prowadził do lochów, zauważył drzwi. Potężne, drewniane drzwi znajdujące się tuż na wprost jego. Był w stanie przysiąc, że spacerując tędy wcześniej nie zauważył ich, co było dziwne ze względu na ich rozmiar. Zaintrygowany wszedł do środka w nadziei ujrzenia czegoś nadzwyczajnego. Rozejrzał się po całej komnacie, zauważając tylko płótno przymocowane do ściany. Entuzjazm czarodzieja przygasł lekko, lecz mimo swojego rozczarowania podszedł bliżej, aby się mu przyjrzeć. Gdy stanął krok przed płótnem, zamarł na chwilę. Pojawiła się przed nim pulchna, uśmiechnięta kobieta, która potem okazała się być Helgą Hufflepuff. Odezwała się jak pierwsza z trójki postaci, która jej towarzyszyła. Twierdziła, że ma dar dla czarodzieja, w podzięce za jego prostoduszność i czyste serce. Podkreśliła, że nikomu innemu wcześniej podobny podarunek nie przysługiwał. Następnie odezwała się postać cała przybrana w czerwień, tłumacząc podekscytowanemu czarodziejowi na czym ów suwenir polega – mężczyźnie przysługuje jedno, dowolne życzenie, które będzie odzwierciedlało jego największe pragnienie. Tajemnicza postać z godłem Slytherinu, stojąca dotychczas z tyłu malowidła, odezwała się wreszcie. Dodała, że czarodziej może zażyczyć sobie wszystkiego. Wszystkiego, łącznie z władzą, potęgą czy majątkiem. Dzięki życzeniu mógłby stać się jednym z najpotężniejszych czarodziejów, wieść dostatnie życie aż po kres jego dni, a jego władza mogła przekraczać wszelkie ziemskie granice – tak oto kusił go Salazar. Oczy mężczyzny zabłysły z podekscytowania. Rzeczywiście, mógł mieć wszystko czego by tylko zapragnął. Zamyślił się na chwilę. Nie, nie pożądał tego, nie żądał władzy, ani potęgi, jego życie opierało się na nauce, nie pragnął także złota, gdyż nie potrzebował go do szczęścia. Pokiwał głową przecząco głową, uśmiechając się tajemniczo. Wreszcie odezwał się… ''

Nagły i gwałtowny krzyk bibliotekarki przerwał mu dalszą lekturę. Pani Prince krzyczała co sił w płucach, wyglądała na kompletnie wytrąconą z równowagi:

- Wszyscy natychmiast wyjść! Szybko, szybko, nie mamy czasu! No już, no już! – wykrzykiwała w panice.

Nikt nie miał najmniejszego pojęcia co właśnie się wydarzyło, jednak żaden z uczniów przebywających w bibliotece nie śmiał kwestionować poleceń bibliotekarki, gdyż wyglądała ona na krańcowo przerażoną. Sprawa musiała być poważna, nie było więc czasy na ociąganie się. Gabriel zdołał złapać jedynie swoją skórzaną torbę. Księga została na stole. Miał nadzieję po nią później wrócić, zaraz po tym, jak całe to zamieszanie się wyjaśni i wszyscy znów będą zachowywali się racjonalnie. Nie mógł powiedzieć, że i on nie dał się ponieść zbiorowej panice… Zwykle racjonalny, teraz zapomniał o wyważonym, spokojnym zachowaniu i wybiegł z biblioteki razem z innymi uczniami.

Na korytarzu okazało się co było przyczyną wielkiego przerażenia pani Prince. Krukon przyznał w duchu, że było ono w pełni uzasadnione, Cała ściana od strony biblioteki stała w ogniu. Kilka sekund minęło zanim zorientował się, że palą się arrasy ozdabiające tamte miejsce. Jedyne co nie dawało mu spokoju, to to dlaczego w szkole pełnej wykwalifikowanych czarodziei, nikt nie wpadł na to, by spróbować użyć jednego z zaklęć, które w mrugnięciu oka mogłyby ugasić narastający pożar. Już miał o to zapytać jednego z nauczycieli, który właśnie przybiegł na miejsce, gdy nagle ktoś donośnym głosem oświadczył:

- Wszyscy uczniowie proszeni są o zejście do Wielkiej Sali. Nie chcemy tutaj żadnych, niepotrzebnych ofiar. Jeśli ktoś z was doznał oparzenia, proszę się udać do gabinetu pani Pomfrey. No szybko, to nie są żarty!

Kiedy Gabriel wraz z innymi uczniami dotarł wreszcie do Wielkiej Sali, czekała już tam na nich dyrektor McGonagall. Minę miała poważną. Krukon nadal był trochę oszołomiony, więc dłuższą chwilę zabrało mu dojście do wniosku, że McGonagall zamierza wyjaśnić im czego przed chwilą byli świadkami.

- Proszę o ciszę – zaczęła nieznoszącym sprzeciwu głosem. – Zapewne zastanawiacie się co było przyczyną katastrofy, która przed chwilą miała miejsce. Cieszę się, że udało się wam zachować względny spokój, dzięki niemu uniknęliśmy przypadkowych ofiar – zamilkła na chwilę rozglądając się po sali pełnej przestraszonych, ale i zaciekawionych twarzy.

Krukon także omiótł wzrokiem pomieszczenie. W prawym, dolnym rogu Wielkiej Sali dojrzał wystraszoną Rose, która najwidoczniej również musiała znajdować się w pobliżu pożaru. Dziewczynę poznał podczas jego pierwszej podróży wspaniałym pociągiem zwanym Hogwart Express. Przeszedł się wtedy po wagonie w poszukiwaniu wolnych miejsc a jako, że czarownica siedziała sama w przedziale dołączył do niej. Nie rozmawiał z nią długo, gdyż po krótkiej chwili dosiadł się jej kuzyn, James Potter, który natychmiastowo zdominował całą dyskusję. Gabriel od pierwszej chwili poczuł niechęć do tego chłopaka i nie sądził, aby w przyszłości mogło się to zmienić. Rose poznał bliżej, po tym gdy okazało się, że będą należeć do tego samego Hogwarckiego Domu. Przez następne lata zdążył z nią się zaprzyjaźnić. Koniec końców była ona całkiem miłą i inteligentną dziewczyną.

Podchodząc do Rose przecisnął się przez grupkę uczniów. Na jego przyjacielskie przywitanie odburknęła tylko parę niezrozumiałych słów. Chciał jeszcze coś dodać, lecz przerwała mu zmartwiona dyrektorka.

- Chwile temu mieliście okazję ujrzeć efekt mało znanego nam rodzaju zaklęcia, jak sądzimy jest to, prawdopodobnie, zmodyfikowana wersja uroku znanego pod nazwą Szatańskiej Pożogi. Nie macie się jednak czego obawiać! – poniektórzy uczniowie zaczęli z ożywieniem szeptać miedzy sobą. – Profesor Zaklęć wraz z resztą nauczycieli próbuje znaleźć odpowiednie przeciwzaklęcie i okiełznać ogień. Jestem pewna, że się im to uda. Jedynie co mnie martwi, to to, że nie znamy sprawcy całego zamieszania. Pragnę podkreślić… – rozejrzała się po Sali. – Jeśli go znajdziemy, zostanie surowo ukarany! – podkreśliła mocno ostatnie słowo.

- Możecie się już rozejść, ale proszę, jak na razie unikajcie zbliżania się do biblioteki. Część ważniejszych ksiąg zostanie przeniesiona do pustej klasy w lochach. Tam możecie znaleźć potrzebne tomy do nauki – powiedziała ze smutkiem w głosie i gestem nakazała wyjście z pomieszczenia.

Rose chwyciła Gabriela za dłoń, szybkim krokiem prowadząc do wyjścia z Wielkiej Sali, po czym skierowała się w stronę Twierdzy Krukonów. Po chwili milczenia odezwała się zmartwiona:

- Wiesz, Gabriel, szczerze mówiąc nie wyjdę mi się, żeby ten pożar był skutkiem uroku…

- Co sugerujesz? – spytał zaciekawiony. Dziewczyna popatrzyła na niego z przejęciem.

- Popatrz na tę sprawę! To nielogiczne, żeby tak potężni czarodzieje, jacy znajdują się w zamku nie potrafili opanować – nawet jeśli byłaby to zmodyfikowana wersja – czarnomagicznego uroku, z którym na pewno nieraz się zetknęli. To się nie trzyma kupy!

- Rose, proszę cię, nie szukaj wszędzie spisków. Słyszałaś co powiedziała McGonagall.

Dziewczyna słysząc to naburmuszyła się lekko. Weszli do pokoju wspólnego, po czym czarownica zaciągnęła Gabriela na najbliższą wolną kanapę.

- Nie bądź ignorantem! – powiedziała gwałtownie. Osoby znajdujące się w pokoju popatrzyły na nią ze zdziwieniem, ponieważ tak emocjonalne zachowanie nie było do niej podobne - Jak możesz tego nie zauważać? – odparła już ciszej, odgarniając włosy opadające na twarz.

- Proszę, więc mnie oświeć o moja pani i władco – skrzywił się.

Rose popatrzyła na niego z dezaprobatą, dając mu przy tym kuksańca w bok.

- Nie drażnij mnie… Wracając do tematu, myślę, że nauczyciele nie wiedzą co się do końca dzieje, a McGonagall chciała nas tylko uspokoić żeby nie wywoływać niepotrzebnego zamieszania. Zresztą, powiedz mi, kto rzuciłby z taką łatwością mroczne zaklęcie w tak dobrze strzeżonym zamku? No wiesz, nie potrafię sobie wyobrazić ucznia biegającego po zamku i rzucającego dookoła siebie klątwy – stwierdziła kwaśno.

Gabriel westchnął przeciągle. Z logicznego punktu widzenia, dziewczyna ma racje. Nie sądził, żeby w Hogwarcie ktokolwiek ośmielił się parać czarną magią, a szczególnie rzucać gdzie popadnie uroki, śmiejąc się przy tym diabolicznie.

- Pewnie masz racje. Poczekajmy aż ta sprawa sama wyjaśni. Nie chciałbym się pchać tam, gdzie mnie nie potrzeba. Od tego masz James'a – odpowiedział uśmiechając się znacząco.

- Strasznie się zmieniłeś, Gabriel – odpowiedziała po chwili spoglądając na niego oceniającym wzrokiem.