ROZDZIAŁ PIERWSZY
"Przebudzenie"

Prowadzona szeptem rozmowa wyrwała Harry'ego ze snu. Był jeszcze zanadto otępiały by rozróżnić poszczególne słowa; jego głowa zdawała się za duża, a powieki zbyt ciężkie by je unieść. Jęknął głucho, lekko zaciskając dłonie na pościeli.
- Harry? - Usłyszał niewyraźnie, jakby ktoś wołał go z daleka. – Harry, słyszysz mnie?
Głos wciąż pytał i Harry w końcu rozpoznał napastliwego osobnika, który chyba podjął próbę ogłuszenia go.
Słyszę cię, Severusie. Nawet zmarły by usłyszał. – Chciał powiedzieć, ale usta i język odmówiły mu posłuszeństwa. Udało mu się za to nieznacznie skrzywić.
- Poppy! Nasza śpiąca królewna się obudziła – rzucił oschle Severus, ale po kryjomu odetchnął z ulgą. Harry prychnął w myślach. Wiesz, Snape, tak to już bywa, że po śnie następuje przebudzenie.
- Potter, nie ruszaj się. To może być niebezpieczne.
Harry uznał, iż pielęgniarka zwariowała.
- Byłeś w śpiączce przez pół roku – wyjaśniła, jakby odgadła kierunek jego myśli. - Pozwól ciału dojść do siebie.
Co? W śpiączce? O czym ty mówisz, kobieto?! – żachnął się w duchu. Położyłem się spać wczoraj wieczorem! – Ale w wbrew własnym myślom, Harry nie pamiętał, żeby się kładł. Właściwie nie bardzo w ogóle wiedział, co ostatnio się wydarzyło. Powoli zmarszczył czoło. Po chwili porzucił porządkowanie własnych wspomnień i z trudem otworzył oczy, mrużąc je z powodu rażącego światła. Pierwsze, co zauważył to pochylone nad nim znajome twarze. Bladą, poznaczoną zmarszczkami troski, należącą do szkolnej pielęgniarki, Poppy Pomfrey oraz zmęczoną, okoloną niechlujnymi, smoliście czarnymi strąkami, Severusa Snape'a. Twarz mistrza eliksirów była jeszcze bardziej ziemista i poszarzała niż zazwyczaj. Ku ogromnej konsternacji Harry'ego, Severus uśmiechał się łagodnie. Tak, UŚMIECHAŁ SIĘ! Harry poczuł się dziwnie nieswojo. Miał wrażenie, że znalazł się w jakiejś równoległej, surrealistycznej rzeczywistości. Przecież w normalnym świecie, Severus NIGDY się nie uśmiechał. Oczy Harry'ego rozszerzyły się w niemal chorym wyrazie fascynacji, kiedy wytężał wszystkie siły by unieść rękę i dotknąć nią twarzy Snape'a.
- Czego ode mnie chcesz, dziwna zjawo? – wychrypiał.
Mistrz Eliksirów patrzył na niego przez moment jakby nie wiedział czy ma płakać czy się śmiać.
- Poppy? – Zwrócił się do pielęgniarki, robiąc krok w tył. W jego głosie pobrzmiewały alarmujące nuty. – Ten chłopak oszalał.
- Nie przesadzaj, Severusie. Myślę, że to twoja wina.
- Co? Jak to moja wina? – obruszył się Snape, ale ona już go nie słuchała, rzucając na pacjenta różnorakie zaklęcia diagnozujące. Harry godził się na to w cierpiętniczym milczeniu. I tak nie miał innego wyjścia, bo jego ciało było zbyt osłabione. Po śpiączce, jeśli wierzyć pani Pomfrey. Jego wspomnienia powoli zaczęły powracać. Bitwa w ministerstwie zakończona częściową klęską. Tylko częściową, gdyż udało im się zniszczyć kolejnego horkruksa. Znaczy, jeśli idzie o ścisłość to Voldemort sam się go pozbył. Z jakiegoś powodu ta myśl poprawiała Harry'emu nastrój i napełniała go odrobiną mściwej satysfakcji.
Po zażyciu chyba z miliona śmierdzących eliksirów o smaku smoczego łajna i tym podobnych specyfików, wreszcie dano mu spokój.
- Chciałbym porozmawiać z Severusem w cztery oczy – oświadczył. Ton jego głosu jasno określał, że to był rozkaz, a nie prośba. Pielęgniarka nie protestowała. Wiedziała, że jako przywódca jasnej strony stoi wyżej w hierarchii niż ona. Poza tym miała też innych pacjentów, którymi trzeba się zająć. Wojna to ciężki kawałek chleba. A ta zbiera wyjątkowo krwawe żniwo.
- Oczywiście, Potter – przytaknęła, oddalając się. Ale kiedy mijała w drzwiach Severusa, odwróciła się na moment i ostrzegła go: - Jeśli wstanie dzisiaj z łóżka to obu was oskóruję. I nie próbujcie oszukiwać, bo macie moje słowo, że się o tym dowiem. – Pogroziła im palcem, po czym wyszła z pomieszczenia.
Harry wbrew „prośbie" zaczął zwlekać się w kierunku podłogi. Nie przewidział jednak, że Severus go powstrzyma.
- Nie zmuszaj mnie, żebym cię ogłuszył, Harry. Nie chcę narażać się tej kobiecie.
- Ależ Severusie! – zakrzyknął Harry. - Szpiegowałeś Voldemorta, często przecież stając z nim twarzą w twarz. Jak możesz bać się Poppy? – zdumiał się młody Potter, ale posłusznie opadł z powrotem na poduszki.
- Nie boję się jej. Po prostu lubię wszystkie swoje części ciała i nie mam ochoty rozstawać się z żadną z nich – prychnął Snape, przysuwając sobie krzesło bliżej szpitalnego łóżka. Harry, chcąc nie chcąc, musiał się z nim zgodzić. W końcu spędził tutaj pół roku, jeden dzień dłużej nie zrobi mu żadnej różnicy. Wiedząc, że nic więcej nie wskóra, zapytał:
- Naprawdę byłem w śpiączce przez pół roku? – Zmartwienie wyraźnie odmalowało się na jego twarzy. – Sądziłem, że szybciej uda mi się wrócić. – Harry utkwił pomiędzy światem żywych, a światem martwych. W przejściu, gdzie trwała wieczna wojna i próby bezskutecznej ucieczki w jedną lub drugą stronę. Severus zamyślił się na moment.
- Prawie, do pełnych sześciu miesięcy brakuje ci kilku dni – sprecyzował. – Poppy twierdziła, że już się nie obudzisz. Jeszcze tydzień, a musielibyśmy spisać cię na straty.
Harry wpatrywał się w poważną, ale zatroskaną twarz Severusa.
- Martwiłeś się o mnie! – wykrztusił z siebie ze szczerym zdumieniem.
- Nie bądź śmieszny, nieznośny bachorze – prychnął Mistrz Eliksirów, wydymając wargi. Chciał w ten sposób przekazać swoje ogólne zniesmaczenie sentymentalizmem swojego podopiecznego, ale wszystko zepsuła nutka czułości pobrzmiewająca w jego głosie.
- I tak wiem swoje. – Wzruszył ramionami, kryjąc zadowolony uśmieszek. – A pomijając moje wyczucie czasu… Jak sytuacja?
- Salazarze, Potter! Ledwo się obudziłeś! Świat się nie zawali, jeśli zrobisz sobie dzień przerwy.
- Nie powiesz mi, prawda? Do dobrze, w takim razie sam się dowiem – oświadczył Harry, podnosząc się do pozycji siedzącej, ale Severus popchnął go znowu na poduszki.
- Nie zmuszaj mnie, żebym cię ogłuszył – warknął, wyciągając różdżkę na znak, że wcale nie żartował. Jego twarz przybrała nieustępliwy, tak doskonale znany Harry'emu, wyraz.
- Czekaj! – Skapitulował pacjent, unosząc ręce w obronnym geście. Jego umysł pracował teraz na najwyższych obrotach. Potrzebował pozbyć się Severusa, żeby móc w spokoju wyrwać się z łóżka. Wiedział, że musi poznać aktualną sytuację, ale rozumiał też, że ze Snape'a nic teraz nie wyciągnie. Najwyraźniej Mistrz Eliksirów wziął sobie do serca zastrzeżenie Poppy.
- Co ty kombinujesz, Potter? – Severus zmarszczył brwi, rzucając Harry'emu podejrzliwe spojrzenie. Ten tylko potrząsnął głową i wyjaśnił.
- Zastanawiam się tylko, kto ma moją mapę – wymyślił na poczekaniu. Snape sięgnął za pazuchę i wyjął z niej dorobek Huncwotów.
- Chodzi ci o ten bezużyteczny kawałek pergaminu? – Pytająco uniósł w górę jedną brew. Harry odebrał z jego rąk swoją własność. Zmrużył oczy.
- Wyciągasz też króliki z kapelusza? – zapytał z rozbawieniem.
- Co?
- Nie, nic. Przez tą śpiączkę jestem trochę niepoczytalny. – Potter zamaskował rozbawienie krótkim napadem sztucznego kaszlu. – Może poszedłbyś powiadomić Zakon, że się obudziłem? – zasugerował, poważniejąc.
- Odnoszę wrażenie, że chcesz się mnie pozbyć - rzucił cierpko Snape, zakładając ręce na piersi. Harry pomyślał z rozrzewnieniem, że brakowało mu Severusa bardziej niż przypuszczał. Ich współpraca rozpoczęła się, kiedy Voldemort zdemaskował Snape'a, przez co ten ledwo uszedł z życiem. Harry pamiętał miesiące pełne spięć, kłótni, wzajemnych wyzwisk i rozdrapywania starych ran. Z czasem to się oczywiście zmieniło. Młody Potter docenił sarkastyczne poczucie humoru Mistrza Eliksirów, zrozumiał jego pogmatwany tok myślenia, obdarzył go głębokim szacunkiem, aż wreszcie zaczął traktować niemal jak ojca. Tak więc, w stosunkowo krótkim czasie przybyli długą drogę, od pełnej wrogości nienawiści do prawie rodzinnej relacji.
- Ja? – Udał zdumienie. – Ależ skąd! Severusie, ranisz mnie! – Zaprotestował, teatralnie przykładając rękę do piersi w usilnej próbie przywołania na twarz śmiertelnie urażonej miny. Parsknął śmiechem, widząc, że jego rozmówca tylko przewraca oczami. – No dobrze, przejrzałeś mnie. Chcę się ciebie pozbyć, bo kusi mnie, żeby drążyć temat, podczas którego groziłeś mi ogłuszeniem – przypomniał markotnie. Severus zmroził go spojrzeniem, które dopracowywał przez całą swoją karierę w Hogwarcie. Spojrzeniem, którym wywoływał płacz i histerię wśród młodszych roczników, zawały oraz mini wylewy wśród większości współpracowników oraz chęć natychmiastowej ucieczki u przeciwników, a Harry'ego – ku rozdrażnieniu Severusa – wyłącznie rozbawiało.
- Nieznośny bachor – mruknął pod nosem kolejny raz tego dnia. – Niech będzie. Idę, ale kiedy tu wrócę to lepiej dla ciebie, żebyś wciąż był w łóżku. Albo zobaczysz, dlaczego zwą mnie przyjacielem śmierci.
- Nikt cię tak nie nazywa, Severusie – zgasił go Harry, z politowaniem kręcąc głową.
- Być może powinni. – Uśmieszek, jaki otrzymał Potter na pożegnanie prawie wywołał u niego dreszcz lęku. Z akcentem na „prawie". Ale bez ciarek przebiegających szybko po plecach to już się nie obeszło. – A, jeszcze jedno. – Snape rzucił podopiecznemu kawałek drewna. Tylko wrodzone umiejętności szukającego pozwoliły Harry'emu go złapać.
- Moja różdżka! – wykrzyknął z radością, ale w pomieszczeniu nie było już nikogo, kto mógłby go usłyszeć.

Oczywiście Harry nie byłby sobą gdyby posłuchał któregokolwiek ze swoich zatroskanych opiekunów. Jednak zanim ruszył na zwiady, postanowił dokładnie przyjrzeć się aktualnym mieszkańcom zamku. Rozwinął mapę, głaszcząc z czułością miękką fakturę podniszczonego pergaminu. Stuknął w nią różdżką ze słowami: - Przysięgam uroczyście, że knuję coś niedobrego.
Już po chwili wodził stęsknionym wzrokiem po tak dobrze znanych mu zarysach korytarzy, schodów, sali lekcyjnych, tajnych przejść… krótko mówiąc, po miejscu, które było dla niego jak dom. Neville i Luna w cieplarni z profesor Sprout, Minerwa w gabinecie dyrektora(Harry posmutniał, wspominając śmierć Albusa Dumbledore'a), Hermiona i Draco Malfoy w Wielkiej Sali, Ginny… zaraz, chwila moment… Kim, u diabła, jest Draco Malfoy? Harry zmarszczył czoło, usilnie próbując sobie przypomnieć. Kilkanaście sekund później przez jego głowę przewinęło się krótkie wspomnienie. Stary, wyblakły obraz chłopca o włosach tak jasnych, że niemal białych. Harry pamiętał Malfoya, jako uciążliwego, wrednego, arystokratycznego dupka, który zapewne poszedł w śmierciożercze ślady swojego kochanego ojczulka. Ostatni raz widział go podczas szlabanu w Zakazanym Lesie to było chyba… na drugim roku ich nauki w Hogwarcie. Tak, Harry szybko powrócił pamięcią do tamtego wydarzenia.

*wspomnienie*

- Nie wierzę, że ten przygłup, Hagrid, zostawił nas tutaj samych – narzekał Draco, marszcząc swój arystokratyczny nos z odrazą. – Mój ojciec na pewno się o tym dowie.
- Zamknij się, Malfoy – mruknął Harry zmęczonym tonem. Miał dość użerania się z tym śmierdzącym, ślizgońskim tchórzem, a spędził w jego towarzystwie, co najwyżej pięć minut.
- To twoja wina! I tych twoich szlamowatych przyjaciół. Gdyby nie wy, nigdy bym się tu nie znalazł. -
Harry miał bardzo wybuchowy charakter, a swoich przyjaciół bronił niczym lwica młode. Był w końcu przykładnym gryfonem. Pchnął Dracona na najbliższy pień i przyłożył mu różdżkę do gardła.
- Słuchaj mnie uważnie, bo nie będę się więcej powtarzał. Nie waż się obrażać moich przyjaciół, bo każdy z nich jest wart więcej niż cała twoja rodzina razem wzięta. Dlatego… – zaakcentował, po czym bardziej przycisnął różdżkę do skóry drugiego chłopca, widząc, że ten chce coś powiedzieć. – …jeśli usłyszę jeszcze, choć jedno złe słowo na ich temat to pożałujesz. Rozumiesz? – spytał, a Draco wymruczał pod nosem ciche: tak. Harry puścił go z odrazą i ruszył energicznie przed siebie. Dlatego nie mógł zobaczyć zaskoczonego, ale pełnego podziwu dla jego lojalności, wzroku młodego Malfoya. – Chodź, chyba, że wolisz sam plątać się po tym lesie – rzucił przez ramię tonem, który w porównaniu do tego wcześniejszego, można było uznać niemal za przyjazny. Uśmiechnął się lekko pod nosem, słysząc doganiające go szybkie kroki. Szli obok siebie w milczeniu. Ciszę przerywało niewyraźne mamrotanie, jakiemu z uporem oddawał się Draco. Nagle Harry zamarł, a jego wyciągnięta ręka powstrzymała drugiego chłopca przed następnym krokiem.
- Co jest… - zaczął Malfoy, ale Harry zatkał mu usta dłonią zanim dokończył zdanie.
- Ciii… Nie ruszaj się – wysyczał mu do ucha. Ale pochylający się nad martwym jednorożcem potwór chyba ich dosłyszał. Podniósł się zakapturzony łeb i po sekundzie zaskoczenia, stworzenie ruszyło w ich kierunku pokracznym krokiem. – Zmiana planów, wiej! – wrzasnął, rzucając się do ucieczki. Biegli przez chwilę ramię w ramię, ale jak to zwykle bywa w takich przypadkach, coś poszło nie tak. Draco potknął się o wystający korzeń i stracił równowagę w skutek, czego wylądował twarzą w leśnym poszyciu, wydając z siebie przerażony okrzyk. Harry zatrzymał się, zacisnął na moment oczy, po czym biorąc głęboki wdech odwrócił się w stronę zakapturzonej zjawy, mocno ściskając w dłoni różdżkę.
- Drętwota! – zawołał, dziękując w duchu wszystkim znanym i nieznanym bogom, że dał się namówić Hermionie na poznanie kilku zaklęć wykraczających poza materiał drugiej klasy. Jednak stworzenie tylko zatrzymało się na moment, jakby lekko oszołomione. Szybko otrząsnęło się i rozjuszone ruszyło prosto na niego, zupełnie nie zwracając uwagi na Dracona. Harry dostrzegł tylko zarys trupiobladej czaszki ubrudzonej srebrną krwią jednorożca zanim uniósł rękę w żałosnej próbie osłonięcia się przed atakiem. I wtedy stało się coś niewyobrażalnego. Po zetknięciu się z palcami Harry'ego, dziwna twarz zaczęła skwierczeć, jakby smagnęły ją piekielne płomienie. Stworzenie wrzasnęło i rzuciło w tył na łeb, na szyję. Trwało to może kilka sekund. Draco podniósł się z ziemi, patrząc na młodego Pottera z mieszaniną strachu i uwielbienia. Patrzył tak, jakby runął nagle cały jego światopogląd i z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu, Harry poczuł się nieswojo, więc przeniósł puste spojrzenie na prawie niewidoczną w słabym świetle księżyca, ścieżkę. Gdzieś tam, pomiędzy drzewami, potwór lizał swoje rany.

*koniec wspomnienia*

Lucjusz Malfoy zabrał syna ze szkoły niedługo po tym wydarzeniu. Z tego, co Harry'emu udało się ustalić, umieścił Dracona w Durmstrangu, gdzie czarna magia jest chlebem powszednim. Co więc ten śmierciożerca robił teraz w Hogwarcie? Czyżby zażywał eliksir wielosokowy, jak Barty Crouch Jr. wiele lat temu? I jak w ogóle przedostał się przez nowe zabezpieczenia? Harry odczuwał niemożliwą do pokonania potrzebę poznania odpowiedzi na swoje pytania. Także nie zważając na swoje łagodnie protestujące ciało, deportował się z piwnic szpitala dla czarodziejów – jak informowały tabliczki – wprost na błonia Hogwartu. Bariery przepuściły go bez problemu, rozpoznając jego sygnaturę. Wiedział, że niezrównane eliksiry Madame Pomfrey udoskonalone dodatkowo przez najlepszego Mistrza Eliksirów tego stulecia oraz jego własna wewnętrza magia, pozwolą Harry'emu na normalne funkcjonowanie. Tak jakby wcale nie leżał w śpiączce przez ostatnie pół roku. Pogrążony we własnych myślach w mgnieniu oka znalazł się przed wejściem do Wielkiej Sali. Pchnął ciężkie, zdobione, dwuskrzydłowe drzwi i stanął jak wryty.