Bardzo dziękuję za komentarz!
2
Sherlock poczuł jak coś uderza go w prawe ramię. Zatrzymał się i spojrzał na rękę. Materiał koszuli powoli przebarwiał się na czerwono. Detektyw odwrócił się i zobaczył, że jeden z mężczyzn trzyma pistolet i uśmiecha się drwiąco. Sherlock westchnął. To nie był jego najlepszy dzień. Sięgnął lewą ręką do krwawiącego ramienia. Wyczuł dwie rany. Dobrze, kuli nie ma w ciele. Czuł, że opada z sił. Może jednak powinien się wcześniej przespać? Cóż, an to było już za późno. Za późno zorientował się też, że terroryści biegną w jego stronę. Znów rzucił się do przodu, ale tamci mieli za dużą przewagę. No i trafił na ślepy zaułek. Nie miał szans na ucieczkę. Dopadną go. Chociaż, przecież o to mu chodziło, nie? Chciał ich znaleźć. John skwitowałby to pewnie uwagą w stylu ,,Dobrze ci tak, po co się tam pchałeś sam''. Ale Johna nie było. Pracował w tym swoim głupim szpitalu na nocnej zmianie. Rozmyślanie przerwał Sherlockowi silny cios w głowę. Osunął się na ziemię bez przytomności
SHSHSH
Kiedy Sherlock ocknął miał związane nogi. Ręce nie, może terroryści uznali, że nie ma potrzeby, skoro jest ranny. Idioci. Bywał w gorszych sytuacjach. Ale teraz powinien się skupić na tej, w której się znalazł. Sięgnął niezauważalnie zdrową ręką do kieszeni. Tak jak przypuszczał zabrali mu telefon. Musi jakoś skontaktować się z Johnem, albo Lestradem. Patrząc spod przymkniętych powiek, stwierdził, że mężczyzn jest czternastu. Wszyscy są uzbrojeni.
- Hej, obudził się! – zawołał jeden z nich, niski, żylasty brunet o szczurzej twarzy. Bandyci podeszli do detektywa.
- Kim ty jesteś, co? – zapytał potężny blondyn, palacz (plamy nikotynowe na palcach), uzależniony od narkotyków (rozszerzone źrenice i drgające dłonie), siedział za morderstwo (tatuaże na lewej dłoni) i nosił okulary (charakterystyczny ślad na nosie). Sherlock usiadł i przekrzywił głowę, patrząc na terrorystę z czystą ciekawością. Zauważył coś. Chciał go sprowokować, chciał, żeby się nachylił. Blondyn powtórzył pytanie, a Sherlock odpowiedział spokojnie:
- Zgadnij, na pewno coś wymyślisz
- Masz mnie za idiotę?! – spojrzała detektywa z lekkim zezem. Żyła na jego skroni zaczęła pulsować.
- A skąd, za członka MENSy.
- Czego? – zapytał tamten z głupią miną. Sherlock powtórzył ostatnie słowo. Terrorysta stwierdził jednak, że bardziej go interesuje kim jest ten irytujący facet i co tu robi, niż jakieś nie znane mu stowarzyszenie.
- Słuchaj. Powtórzę tylko raz, a jak będziesz grzeczny i ładnie odpowiesz, to twoja śmierć będzie szybsza. Kim. Ty. Do. Cholery. Jesteś?!
- Powiedz jak ty się nazywasz, to pomyślę, czy ci się przedstawić – wściekły terrorysta ukląkł i wyciągnął nóż podobny do tego, który miał Willson. Ciekawe, czy wszyscy takie mają, przemknęło mu przez głowę. Blondyn, z trudem nad sobą panując przycisnął ostrze do gardła detektywa.
- Odpowiesz na moje pytania.
- Johnson. Nazywam się Greg Johnson – powiedział pierwsze lepsze nazwisko, jakie wpadło mu do głowy. Starał się udawać przerażenie, ale tak naprawdę walczył z pokusą roześmiania się głośno, ale to pewnie zdziwiłoby (co najmniej) przestępców i mogliby zacząć coś podejrzewać. Na przykład, że potrzebuje psychiatry. A chciał się śmiać, bo udało mu się zwinąć terroryście to, co wcześniej zauważył. Telefon. Najpewniej zresztą kradziony. Kiedy zostawią go w spokoju (JEŚLI go zostawią, pomyślał ponuro) będzie mógł kogoś zawiadomić, gdzie jest. Blondyn wyprostował się.
- Co tu robiłeś?
- Nic. Poszedłem za nim – skinął na Willsona.
- Czemu?
- Bo się dziwnie zachowywał – blondyn spojrzał wściekle na ,,przewodnika'' Sherlocka. Przez chwilę trwała cisza.
- Co z nim zrobimy? Zastrzelimy? – zapytał jeden z mężczyzn. Miał czarne włosy i azjatyckie rysy. Wyglądał, jakby bardzo chciał być tym, który wykończy detektywa.
- Najpierw dowiemy się, co usłyszał – odparł z groźbą w głosie blondyn.
- A czemu mam coś wam powiedzieć, jeśli i tak mnie zabijecie?
- Mówiłem, żeby twoja śmierć była szybsza i mniej bolesna – mężczyzna błysnął zębami jak tygrys.
- Ale skoro i tak zginę, to jakie znaczenie ma to, co wiem? – pytanie było oczywiście jak najbardziej z sensem, ale terroryści albo tego sensu nie dostrzegali, albo po prostu lubili mieć kogoś, kto był absolutnie zdany na ich łaskę i, z którym mogli zrobić, co chcieli. Przez prawie dwie godziny próbowali z Sherlocka wyciągnąć to, co ich zdaniem wiedział. Ubzdurali sobie, że jest jakimś gliną, czy agentem specjalnym i chce przekazać (jeśli jeszcze tego nie zrobił) swoim ludziom gdzie są, co zresztą tak dalekie od prawdy nie było. Kiedy z nim skończyli był ledwie żywy, a i tak skończyli tylko dlatego, że Sherlock udał, że stracił przytomność. Zostawili go więc i poszli do innego pomieszczenia. Głupio zrobili, ale cóż. Nie grzeszyli rozumem. Kiedy zniknęli za ścianą, Sherlock wyciągnął telefon, wybrał numer Johna i napisał wiadomość.
Komentujcie!
