II.
Owszem, było mu niezmiernie głupio, że ściągnął zmęczonych wojną braci do Himringu a następnie wyjechał nawet bez właściwego pożegnania, ale wieści, które przywieźli ze sobą Tyelko i Curufin były nad wyraz niepokojące. Zbyt niepokojące, by siedzieć w jednym miejscu i czekać. Fin mógł zrobić coś naprawdę głupiego, już kiedyś udowodnił, że jest nieobliczalny mniej więcej w równym stopniu co jego ojciec.
Wyzywać na pojedynek Morgotha, dobre sobie. Jeśli to prawda, to najpewniej wuj Fingolfin już nie żyje. Żeby tylko Findekano nie próbował brać z niego przykładu…
Jechał prawie bez przerw, zarówno w nocy jak i za dnia. Każda informacja, którą zdobywał od mijanych po drodze elfów zmuszała go do popędzania konia. Fingolfin rzeczywiście poległ, jego ciało zostało odebrane Morgothowi przez wielkiego orła i zaniesione do Gondolinu. Od króla wszystkich ptaków elfowie dowiedzieli się o przebiegu strasznego pojedynku. Fin, jako starszy z synów, miał teraz zostać królem Noldorów. Bardzo samotnym królem, z tego co Maitimo zdołał wywnioskować.
Dotarł na miejsce trzeciego dnia po południu. Powierzył swojego konia stajennym i nie rozmawiając z nikim ani nie odpowiadając na pytania skierował się do głównej sali, w której za życia Fingolfina przyjmowano posłów.
Nowy król siedział na wysokim, misternie rzeźbionym fotelu i wpatrywał się w rozłożone na kolanach mapy i pergaminy. Pasma długich, czarnych włosów ocieniały jego twarz. Gdy spostrzegł zmierzającą w jego stronę postać, podniósł głowę i zrobił zdziwioną minę.
- Ty…
Maitimo szedł zdecydowanym, żołnierskim krokiem. Przed podwyższeniem zatrzymał się, po czym opadł na jedno kolano i pochylił głowę.
- W imieniu moim i pozostałych dziedziców Feanora ślubuję ci wierność i posłuszeństwo – wyrecytował, po czym, opatrzył na przyjaciela. Findekano jak zwykle starał się ukryć zaskoczenie pod maską ostrożnej uprzejmości. Lekkie uniesienie brwi i nieco roztargniony, pytający uśmiech. I pociemniałe od emocji oczy.
- Co ty tu robisz? – spytał. Wstał, rozrzucając przy okazji pergaminy po kamiennej posadzce i zszedł z podwyższenia.
- Dowiedziałem się, że ty teraz jesteś królem, więc tak jak nakazuje obyczaj przybywam, by złożyć ci należny hołd w imieniu swoim i braci – powtórzył cierpliwie, choć nieco zaczepnie Maitimo. Sięgnął po jeden z rozsypanych pergaminów i przyjrzał mu się pobieżnie. Raport wojsk – widzę, że Hithlum trzyma się mocno. – skomentował.
- Wstań – poprosił cicho Fin i sam pochylił się, by pozbierać pozostałe dokumenty. Starannie zaczął układać je na stojącym obok fotela stoliku.
Syn Feanora podniósł się i podszedł by położyć trzymany w ręku raport na niewielkiej, pedantycznie równej stercie. Zafascynowały go blade, szczupłe dłonie króla, starannie przekładające kartki. Głównie dlatego, że drżały.
- A jak u was? – zagadnął z całą swoją absurdalną grzecznością Fin. – Słyszałem, że rozbili część waszych wojsk?
- I straciliśmy mnóstwo ziem. – przyznał Maitimo, odrywając wzrok od dłoni i próbując popatrzeć mu w oczy. Ciemnowłosy elf wciąż był jednak skoncentrowany na układaniu papierów i starannie unikał wzroku przyjaciela. – Ale obroniliśmy Himring.
- To dobrze –skinął głową Findekano. – Potrzebujemy silnej twierdzy na wschodzie. Wszystko z tobą w porządku? – z trudem zapanował nad załamującym się głosem. – Jesteś cały?
Maitimo uśmiechnął się krzywo słysząc niezbyt fortunnie sformułowane pytanie.
- Do tej pory jakoś nie mogę znaleźć prawej dłoni, ale poza tym wszystko w porządku. – odparł.– Nie zostałem ranny, jeśli o to ci chodziło – dodał uspokajająco, widząc nieznacznie uniesioną brew.
- A jak twoi bracia? –padło następne pytanie. Fin poukładał już wszystko, starannie oddzielając raporty od map, nie przerywał jednak pracy. Najwyraźniej zamierzał posortować wszystko według jakości pergaminu. Syn Feanora popatrzył na niego z troską. – Jak z Ambarussa? Z Kano?
- Nic im nie jest– odpowiedział cierpliwie i lekko ujął przyjaciela pod ramię, próbując oderwać go od dalszych porządków. Bezskutecznie. – Pozostałym też nie jest - dodał, uprzedzając następne pytania. – Ambarussa są co prawda trochę nieszczęśliwi, bo Moryo przyłączył się do nich i marudzi im o zniszczeniach w Thargelionie, ale jakoś to przeżyją. Posłuchaj, Fin… – zdecydowanie złapał go za nadgarstek.
- Nie teraz – odparł tamten, zręcznie uwalniając rękę z uścisku. – Posłuchaj, naprawdę się cieszę, że przyjechałeś i że nic wam nie jest. Bardzo się martwiłem, szczególnie o ciebie i bliźniaków, ale no… Widzisz przecież, muszę poukładać te papiery i wszystko tu jakoś zorganizować… jak tylko skończę, postaram się znaleźć dla ciebie trochę czasu…
- Słyszałem, co się stało – wpadł mu w słowo Maitimo.
Findekano przygryzł wargi i niechętnie, z wahaniem spojrzał na przyjaciela. Miał wzrok kogoś, kto właśnie uświadomił sobie, że stoi na skraju przepaści i, co gorsza, nie ma pojęcia jak się tam znalazł .
Syn Feanora bez słowa objął towarzysza ramieniem, opierając brodę o czubek jego głowy. Stali tak przez dłuższą chwilę nie odzywając się i prawie nie oddychając. Fin oparł czoło o ramię nieco wyższego przyjaciela i przymknął oczy. Jego ramiona drżały lekko, drżały też dłonie zaciśnięte na tunice rudowłosego elfa.
- Na pewno jesteś zmęczony – mruknął, gdy odzyskał już zdolność panowania nad głosem. Rozluźnił pięści zaciśnięte na szacie przyjaciela, przygładził zagniecenia i odsunął się nieznacznie, znów przybierając maskę uprzejmości . – Przebyłeś daleką drogę. Musisz zjeść i coś odpocząć. Bądź łaskaw poczekać tu na mnie chwilę, a wydam służbie odpowiednie rozkazy.
- Bądź łaskaw nie zgrywać wielce zapracowanego króla. – powiedział surowo Maitimo, nie pozwalając mu się wyślizgnąć z uścisku. – Nie udawaj, że wszystko jest w porządku, i tak mnie nie zmylisz - Z niepokojem stwierdził, że przyjaciel jest bardzo blady i wymizerowany. Żałoba żałobą, ale zdecydowanie nie wyglądał dobrze. – Chcę ci pomóc, Fin. Porozmawiaj ze mną.
- Nie ma potrzeby – Findekano potrząsnął głową, najwyraźniej walcząc ze łzami. Oczy miał szeroko otwarte, chmurne. Zbierało się w nich na burzę. – Nie chcę o tym rozmawiać, nie teraz… daj mi spokój, proszę. Nic mi nie jest, naprawdę!- zakończył nieco histerycznie.
Rudowłosy elf ujął go pod brodę, uniemożliwiając odwrócenie wzroku.
- Posłuchaj – powiedział stanowczo. – Musisz o tym z kimś porozmawiać, Fin. Zaufaj mi, to ci pomoże.
- Niby co to da? – syn Fingolfina zamrugał gwałtownie. – Że się przed tobą rozkleję jak…?
- Jeśli chcesz płakać, to płacz – wyszeptał mu na ucho Maitimo i przytulił go mocniej. – Nikt nie widzi.
Fin bronił się jeszcze przez chwilę, po czym z rezygnacją oparł czoło o ramię towarzysza. Płacząc także był ostrożny i nie narzucający się. Taktowny. Nie szlochał, nie uskarżał się, nie rozdzierał szat. Po prostu drżał lekko i starał się, żeby łzy nie pomoczyły szaty przyjaciela. To była jedna z tych rozczulających rzeczy, które przywódca rodu Feanora w nim uwielbiał. Brak ostentacyjności, subtelność, delikatność. Szklące się oczy, mruganie powiekami, szybkie odwrócenie głowy wykorzystane do otarcia łez, a następnie powracające na twarz pełne uprzejmości opanowanie. Rudowłosy elf uśmiechnął się słabo na wspomnienie tych niezliczonych, ledwie dostrzegalnych momentów załamania. Głaskał przyjaciela po włosach i kołysał delikatnie, w milczeniu czekając aż i ta chwila słabości przeminie. Nie mijała jednak. Fin wciąż stał przed nim, roztrzęsiony, cichy i blady jak prześcieradło. To już nie chodziło tylko o dawanie upustu emocjom, chodziło o coś innego. Coś było nie w porządku. Findekano jęknął cicho, po czym nagle pobladł jeszcze bardziej a kolana ugięły się pod nim.
Gdy tylko Maitimo zrozumiał, co się dzieje, nie tracił czasu. Zarzucił sobie rękę przyjaciela na szyję , zaprowadził w kierunku fotela i zmusił go do zajęcia pozycji siedzącej. Tak szybko, jak tylko był w stanie napełnił stojący opodal kielich winem z dzbana i podsunął go nieszczęśnikowi pod nos.
-Pij – rozkazał, wpatrując się w niego groźnie.
Findekano podniósł wzrok, po czym spojrzał na kielich niemal dotykający jego ust i pospiesznie upił kilka łyków. Zamknął oczy i odchylił głowę do tyłu, próbując uregulować oddech. Jego twarz powoli nabierała nieco zdrowszych kolorów.
- Lepiej ci? – padło krótkie, nieco szorstkie pytanie.
- Trochę – odparł cicho, podpierając głowę nieco drżącą jeszcze dłonią. Nie zabrzmiało to szczególnie przekonująco.
- Wypij do dna. Tak na wszelki wypadek.
- …Ale teraz możesz już dać mi ten kielich – zasugerował, otwierając oczy. – Postaram się nic nie wylać.
Maitimo bez słowa spełnił prośbę, w myślach wyklinając się od nieuważnych, zarozumiałych idiotów. Jak mógł wcześniej nie zauważyć, że z Finem coś się dzieje? Tak bardzo zaangażował się w doprowadzanie go do załamania nerwowego, że nie zwrócił uwagi na bladość i cienie pod oczami. Albo raczej: zwrócił uwagę, ale złożył to na karb dręczących go zmartwień.
- Przepraszam… - mruknął Findekano, stawiając kielich na stoliku. Wyglądał na nieco przestraszonego, choć trudno powiedzieć czy przyczyną było niedawne omdlenie czy zmarszczone groźnie brwi przyjaciela. – Ja…
Maitimo, który był zbyt zdenerwowany by ustać w miejscu, przemierzał komnatę długimi, energicznymi krokami, od czasu do czasu obrzucając towarzysza wyjątkowo przeszywającym wzrokiem.
- Dla swojego własnego dobra siedź cicho jeszcze przez chwilę –. poradził pozornie spokojnym, konwersacyjnym tonem. - Nie chcę się z tobą kłócić.
Fin westchnął cicho i znów przymknął oczy, podpierając głowę dłonią. Sprawiał wrażenie bardzo, bardzo zmęczonego, jakby nagle opuściły go wszystkie siły. Syn Feanora przemaszerował przez komnatę jeszcze dwa razy, po czym podszedł do stolika i podniósł dzban z winem. Nie zawracając sobie głowy przelewaniem trunku do kielicha, upił łyk i ze stukiem odstawił naczynie na stół.
- …Byłeś ostatnio ranny, prawda? – spytał.
- To nic takiego – padła ledwie dosłyszalna odpowiedź.
- Dlaczego od razu mi nie powiedziałeś?
Findekano otworzył oczy
- Nie pytałeś – odparł, siląc się na uś z rezygnacją przeczesał palcami rude kosmyki i odgarnął je do tyłu, po czym podszedł do przyjaciela i pochylił się nad nim.
- I co to była za rana? – spytał, spoglądając na niego z troską. Dłoń Fina niepewnie powędrowała w kierunku prawego boku. Rudowłosy elf westchnął cicho i przysiadł na piętach, dla zachowania równowagi opierając się o kolana towarzysza. Tak umiejscowiona rana, nawet już zagojona, wiele wyjaśniała. Wciąż jednak nie wszystko.
- Jadłeś coś dzisiaj? – spytał, lekko głaszcząc rannego po policzku.
Odpowiedział mu przeczący ruch głowy.
- A wczoraj?
Tym razem Findekano zdobył się na wysiłek, jakim było wzruszenie ramionami i oparł dłoń o policzek przyjaciela.
- … Spałeś?
Znów zaprzeczenie. Maitimo spoglądał na niego z niedowierzaniem.
- Kretyn z ciebie – powiedział stanowczo. –Dość tego dobrego, musisz odpocząć – stwierdził, podrywając się na równe nogi i zmierzając w stronę drzwi.
- Gdzie idziesz?
- Porozmawiać z twoimi dowódcami, rzecz jasna – odparł, odwracając się przez ramię. – I poinformować ich, że od teraz jesteś pod moją opieką.
Wzrok Findekano wyrażał coś między łagodnym zdziwieniem a wdzięcznością. W żaden sposób nie zasygnalizował, że się zgadza, nie próbował też jednak protestować. Maitimo wziął to za dobrą monetę.
