2.

Rad bym, chłopcze, z tobą zawarł
tę umowę, to wiadome.
Ale ja to już nie ja,
dom mój nie jest moim domem.

Przeczucia nie myliły bliźniaków Ambarussa. Kilka dni po tym, jak sprawa tajemniczej wyprawy syna Fingolfina została poruszona podczas narady, pojawił się sam bohater zamieszania. Przybył na ogromnym orle, królu wszystkich ptaków, wraz z nim przybył zaś otulony szczelnie płaszczem Maitimo.

- Dzieci Feanora – ogłosił Findekano, gdy królewski ptak zatrzymał się przed siedzibą Noldorów. – Brat wasz powrócił z długiej niewoli.

Pitya i Telvo przyglądali się scenie szeroko otwartymi oczami. Tyelkormo bawiący się ze swoim psem zamarł w bezruchu. Curufin wychynął ze swojej kuźni, po czym oddalił się w poszukiwaniu dwóch pozostałych braci. Przynajmniej Kano nie trzeba było długo szukać. Wybiegł on na kamienny ganek chwilę po tym jak orzeł odfrunął. Przybysz stał przed nimi trzymając na rękach ocalonego. W pierwszym momencie elf nie poruszał się i w Feanorianach narastało przekonanie, że bohater przyniósł im nie brata, lecz tylko jego zwłoki. Szare, chmurne oczy mierzyły zebranych na dziedzińcu Noldorów nieufnym spojrzeniem, jakby próbując ocenic czy będzie czas sięgnąć po broń w razie ataku. Nikt się nie poruszał. Domniemany wybawca, jego domniemani dłużnicy oraz wszystkie elfy z obozu- wszyscy stali jakby spętani zaklęciem.

Nagle Maitimo wydał z siebie cichy jęk i zadrżał pod materią płaszcza. To wystarczyło by Kanafinwe ocknął się z oszołomienia.

- Co z nim? – spytał ostro podchodząc do Fina i wyciągając ręce po brata.

- Źle – odparł szczerze elf .Chory znów poruszył się w jego ramionach, tym razem o wiele gwałtowniej, odsłaniając tym samym owinięty brudnym bandażem kikut tam, gdzie wcześniej była prawa dłoń. Ambarussa wstrzymali oddech, Curufin zaklął cicho, a Moryo, który właśnie ten moment wybrał sobie by pojawić się na dziedzińcu stwierdził:

- I to by było na tyle jeśli chodzi o oddawanie nam brata w jednym kawałku.

- Nie miałem wyboru, Moringotto przykuł go…

- Później będzie czas na tłumaczenia – uciął Kano. – Jak bardzo źle…?!

– Cały czas gorączkuje. Byłbym szybciej, ale musieliśmy się zatrzymać i odpocząć, bałem się z nim lecieć gdy był w takim stanie.

- Rozumiem. Pomożesz mi go zanieść do łóżka? – poprosił kuzyna. – Nie chcę go teraz od ciebie zabierać, lepiej oszczędzić mu wstrząsów.

Elf skinął głową i ruszył we wskazanym kierunku. Dowódca obozu szedł krok w krok za nim wydając rozkazy pozostałym braciom.

- Pitya, Telvo: zagrzejcie wodę i wygotujcie bandaże, Tyelko, chodź z nami, będziesz potrzebny. Curufin, idź do kuźni i weź wszystkie narzędzia jakich potrzebujesz, trzeba go jak najszybciej z tego uwolnić – powiedział, wskazując na obrożę która okalała szyję ocalonego. – On musi mieć czym oddychać. Moryo… po prostu chodź, na pewno się do czegoś przydasz.

Bezruch w mgnieniu oka zmienił się w chaos. Nieprzytomny Maitimo został zabrany do przygotowanej dla niego komnaty, ułożony na posłaniu, dokładnie umyty i opatrzony. Obcięto splątane i brudne rude włosy a Curufin zdołał też po długich staraniach pozbyć się obroży. Idealne, milczące zgranie. Przez cały ten czas Fin nie odstępował rannego przyjaciela na krok.

- Jesteś zmęczony – zauważył Kano , gdy sytuacja znów nieco się uspokoiła i pacjent spoczywał pod grubym przykryciem z futer mrucząc coś przez sen. – Sam masz za sobą długą podróż. Wybacz, że tak cię w to zaangażowałem,

Zagadnięty na moment oderwał wzrok od twarzy chorego.

- Sam się w to zaangażowałem – odparł chłodno, spoglądając na kuzyna z odcieniem uprzejmego zdziwienia. – Ale jeśli chciałeś mi dać do zrozumienia, że mam sobie iść, to dziękuję, wyłapałem aluzję.

- A wiesz, że masz coś na twarzy? –spytał Moryo, od jakiegoś czasu intensywnie przyglądający się elfowi. Policzek zdobiło długie, choć na szczęście dość płytkie zadrapanie . – Orzeł cię podrapał?

- Twój brat.

- Coś takiego.

- Teraz jest spokojny, bo koło południa gorączka jest najmniejsza – wytłumaczył syn Finarfina tonem znawcy. – Później się rozkręci.

Bracia spojrzeli na niego z lekkim niepokojem.

- Co masz na myśli twierdząc, że się rozkręci? – spytał z chłodną uprzejmością Tyelko.

- Zobaczysz. I to zapewne nie raz.

Kano poderwał się z łóżka, na którym wcześniej przysiadł.

- Kuzynie – powiedział. – Napomykając że jesteś znużony i potrzebujesz odpoczynku miałem raczej na celu zaproponowanie ci posiłku, wina i miejsca w którym będziesz mógł wypocząć.

- Miło z waszej strony – padła spokojna, choć nie pozbawioną rezerwy odpowiedź.

- Chodźmy więc – ponaglił go gospodarz. – Ledwie trzymasz się na nogach a, jak sam powiedziałeś, Maitimo jest teraz spokojny.

Fin z wahaniem spojrzał na twarz pogrążonego we śnie przyjaciela jakby próbował wyczytać z niej odpowiedź.

- Nie martw się, nie planujemy zamachu na twoje życie – zapewnił go Moryo. – Przynajmniej ja obecnie nie planuję.

- Moryo – Kanafinwe przeniósł na niego wściekły wzrok. – Wyjdźmy na zewnątrz. Teraz.

Młodszy brat posłusznie, choć z pewnym ociąganiem spełnił polecenie. Gdy znaleźli się na korytarzu, zaplótł ręce na piersiach i rzucił starszemu wyzywające spojrzenie.

- Dziękuję ci bardzo – parsknął. – Teraz będziemy mieli kochanego, nieustraszonego kuzynka na obiedzie, pewnie zaraz przyfrunie jego orzeł i też z nami zje.

- Przeszkadza ci to?

- On mi przeszkadza – warknął elf. Towarzysz rzucił mu pytające spojrzenie. – Och, nie udawaj, że tego nie widzisz. Panoszy się tutaj od pierwszej chwili. Nawet nie mógł przyjechać normalnie, nie, on musiał przylecieć na wielkim orle, królu wszystkich ptaków, wielki bohater i nasz wybawca.

- Naprawdę wolałbyś, żeby szedł z Angbandu na piechotę niosąc ze sobą Maitimo?

- Czemu nie, z tego co słyszałem bardzo lubi piesze wędrówki…. – mruknął, ewidentnie nawiązując do przeprawy przez lodowiec Helacraxe, której podjął się cały ród Fingolfina. - Zachowuje się jakby wiedział wszystko –ciągnął, widząc że brat zdecydował się jednak powstrzymać od komentarza. Głos był pewien goryczy. – Patrzy się na nam na ręce cały czas, gapi się tymi swoimi oczyskami jakby chciał powiedzieć „ja go uratowałem, ja wiem co dla niego najlepsze"… jakby to on był bratem Maitimo a nie my!

- Moryo – Kano lekko położył mu rękę na ramieniu. – Uratował go, podróżował z nim zupełnie sam przez pustkowie…

- Nie sam, miał ogromnego orła.

- Daj spokój temu orłowi. Fin na pewno spędził jakiś czas z tym nowym, ocalonym Maitimo którego my dopiero poznajemy. Oczywiście, że lepiej wie o tym kiedy ma największą gorączkę i jak się wtedy zachowuje i jak mu wtedy pomóc. I w jakimś stopniu jest jego bratem, podobnie jak my.

- To jeszcze nie powód, żeby pozwolić mu się tutaj zagnieździć.

- Nie martw się, nie zamierzam pozwolić mu się zagnieździć. Chcę po prostu zjeść z nim obiad, trochę porozmawiać i poznać odpowiedzi na kilka pytań. Z pożytkiem dla nas wszystkich. Przywiózł nam Maitimo samemu się przy tym narażając. Należy mu się podstawowa gościnność.

- Przywiózł nam kości i trochę rudych kłaków owiniętych w swój płaszcz – odparował Morifinwe. – Na dodatek wybrakowane kości. Zasłuży na moją gościnność gdy naprawdę przywróci nam brata.

Kano chciał coś powiedzieć. Wiele rzeczy. Bardzo wiele gorzkich rzeczy. Ostatecznie jednak odwrócił się na pięcie i udał się do kuchni by zlecić przygotowanie posiłku dla gościa.

- Przeszkadzam?

Findekano odwrócił się przez ramię by spojrzeć na stojącego w drzwiach kuzyna.

- Przecież wiesz ze nie – odparł ze słabym, zmęczonym uśmiechem i sięgnął po kolejny podpłomyk. – Chodź, zjedz ze mną.

Kano podszedł do stołu przy którym posilał się krewny i zajął swoje ulubione krzesło.

- Nie jest to może najbardziej wystawny posiłek, ale… spróbuj mięsa, Telvo nam ostatnio ustrzelił jelenia.

Syn Fingolfina bez słowa spoglądał jak gospodarz napełnia jego puchar winem.

- Moryo nie jest zachwycony moim przybyciem – zauważył ostrożnie.

- To jest Moryo – wzruszył ramionami Kanafinwe. – Na tyle go przecież znasz. Na pewno się cieszy, na swój sposób. Dowcip mu się wyostrzył. .

- Tyle zdążyłem zauważyć.

Zapadło milczenie. Findekano przysunął kielich i upił kilka łyków wina, wciąż czując na sobie wyczekujący wzrok kuzyna.

- Chciałeś ze mną porozmawiać na osobności, prawda? – zagadnął wreszcie. Jego rozmówca poruszył się niespokojnie.

- Chciałem zadać ci kilka pytań – przyznał.

- O Maitimo?

- O Maitimo.- elf oparł brodę na splecionych dłoniach i pogrążył się w głębokiej zadumie ,zastanawiając się, od czego powinien zacząć. – Wtedy na dziedzińcu nie było czasu na długie tłumaczenia, poza tym nie chciałem żeby słyszał je cały obóz. Lepiej żeby Maitimo sam zdecydował, ile chce powiedzieć naszym elfom, kiedy już odzyska siły. Ja jednak chcę wiedzieć. Muszę wiedzieć, inaczej nie będę umiał mu pomóc.

- Naturalnie – zgodził się z wystudiowaną uprzejmością Fin.

- Więc… udało ci się go wydostać z lochów?

- Nie musiałem – padła pełna goryczy odpowiedź.

- A więc jednak – zadumał się Kano. – Gdzie…?

- Wokół Angbandu Moringotto spiętrzył Thargonodrim. Potężne, skalne szczyty. Wiele wśród nich dziwnych ścieżek i szlaków które przemierzałem szukając jakiegoś sposobu by wślizgnąć się do twierdzy niepostrzeżenie. Tam go właśnie znalazłem.

- Był więziony górach?

- Mówiąc precyzyjniej na skale – przez twarz bohatera przebiegł skurcz bólu, a szare oczy znów pociemniały od zbierających w nich chmur. – Moringotto przykuł go do skalnej ściany, wysoko w górach. Na prawej ręce miał taką specjalną żelazną obręcz która go utrzymywała, Nie dosięgał nogami do żadnej skalnej półki, nie było jak się do niego wspiąć, nic…

- Więc to dlatego…?

- Musiałem odciąć mu rękę, inaczej nie byłbym w stanie go uwolnić. – powiedział cicho Fin i spuścił głowę. - To był jedyny sposób, nie było czasu wymyślić nic innego, ale to chyba bardzo pogorszyło jego stan. To przecież poważna rana.

- Rozumiem – Kanafinwe przyłożył dłoń do skroni i zaczął lekko uciskać, jakby próbował złagodzić ból głowy. – Ale jak się do niego dostałeś?

- Ten orzeł… on mi pomógł, przyfrunął do mnie i zabrał mnie tam na skałę, a później aż do Ered Wethrin. Mógłby nas zabrać i do samego Mithrimu, ale bałem się że Maitimo nie przeżyje podróży i zarządziłem postój. Dopiero dziś było na tyle dobrze że zdecydowałem się zaryzykować dalszy lot.

- To był orzeł Władców Zachodu, prawda?

- Tak –przyznał bohaterski elf. – Nie mam pojęcia czemu odpowiedział na moje wezwanie.

Upił łyk wina i ze współczuciem popatrzył na kuzyna. Młodszy brat ocalonego wyglądał jak ogłuszony, usilnie starał się jednak zachować fason i zapanować nad emocjami Trudno było ocenić ile jeszcze wiadomości zniesie – I... Kano?

- Tak?

- Jest coś jeszcze.

Kuzyn wbił w niego wyczekujące, pełne obawy spojrzenie. Ciemne, burzowe chmury w oczach dziedzica Fingolfina nie zwiastowały nic dobrego.

- Kiedy go zobaczyłem… właściwie usłyszałem, i kiedy on mnie rozpoznał, zaczął mnie błagać o śmierć

Kano poderwał się z miejsca.

- Nie!

- Tak. Byłem gotów spełnić jego prośbę. – teraz Fin mówił z wysiłkiem, jakby przymuszał się do wypowiedzenia każdego kolejnego słowa. - Miałem ze sobą łuk, naciągnąłem go i pomodliłem się do Manwego żeby się ulitował i dobrze poniósł strzałę. I wtedy pojawił się orzeł i zabrał mnie tam wysoko na skałę. On błagał o śmierć, Kano – powtórzył nieco drżącym głosem elf. – I zastanawiam się czy dobrze zrobiłem odmawiając mu jej.

- Gdybyś spełnił jego prośbę, skazałbyś go na wiekuistą ciemność – odparł poważnie Kanafine . – Przysięga i tak dalej – dodał wyjaśniająco. – Wiesz może…. Wiesz jak długo tak wisiał?

- Nie byłem w stanie się z nim porozumieć, cały czas albo jest nieprzytomny, albo… - dłoń elfa powędrowała w stronę zadrapania na policzku. – Ale dużo mówił przez sen. Wywnioskowałem z tego że z całą pewnością był tam już gdy po raz pierwszy pojawiło się słońce.

- Długo.

- Nawet jeden dzień w takich warunkach to byłoby zbyt wiele, Kano.

Przez chwilę obaj milczeli. Kanafinwe nie usiadł już, przysunął sobie jednak kielich z winem i – starając się zachowywać swobodnie - upił kilka łyków. Tylko zaciśnięte zęby i grające pod skórą szyi mięśnie świadczyły o tym jak silne targają nim emocje. Fin przymknął oczy i wziął kilka głębszych oddechów, by pozbyć się tego dziwnego uścisku w gardle.

- A jak z tobą? – pytanie kuzyna zaskoczyło go. – Dobrze się czujesz? Nie jesteś ranny albo chory?

Szybko pokręcił głowa.

- Potrzebuję tylko trochę odpocząć i… pomyśleć.

- Rozumiem. Zostawię cię teraz na trochę. W sąsiedniej komnacie masz przygotowane miejsce w którym możesz odpocząć po podróży, znajdziemy też pewnie dla ciebie czyste szaty.

- Dziękuję.

- Jeśli będziesz czegokolwiek potrzebował, wystarczy zawołać służbę.

- Jeśli… - gość obrzucił go niepewnym spojrzeniem. Chwiejne opanowanie w głosie kuzyna i ból w jego oczach sprawiły, że Fin nie potrafił się zdecydować, czy się go boi czy ma ochotę po bratersku uściskać i pocieszyć. – Gdybyście potrzebowali mojej pomocy…

- Poradzimy sobie – padła krótka, sucha odpowiedź.

- Och. – elf odwrócił wzrok. - W porządku. Rozumiem.

- To dobrze

- Pozdrówcie go ode mnie. Kiedy już się… przebudzi.

Kanafinwe rzucił mu pytające spojrzenie.

-Ojciec pewnie chciałby wiedzieć, że jestem cały i zdrowy. - wyjaśnił Fin. – Wyruszę najszybciej jak będę gotów, jeszcze przed wschodem słońca.

- Skoro tak uważasz…

Kano skinął mu głową na pożegnanie po czym wyszedł z komnaty zostawiając gościa samego.