Trzy dni z pewnego przypadku, część druga.
Feliciano zawsze był bardziej utalentowany. Lovino wiedział to już od chwili, w której jego młodszy brat poszedł do szkoły. Dzieliły ich tylko dwa lata, ale poza nimi – cała cholerna przepaść. Lovino słynął z tego, że nauczyciele ledwo go przepychają. Historia go nudziła, matematyki nie potrafił zrozumieć, a fizykę uznawał za czarną magię. Na lekcjach francuskiego powiedziano mu, że nie ma za grosz talentu do języków. Biologia okazała się przyjemna tylko na pierwszych kilku lekcjach, dopóki nie doszła setka nazw, których nie potrafił spamiętać. Lubił literaturę, ale dość szybko wyszło na jaw, że jest grafomanem. Co innego słuchać o wierszach, a co innego je pisać, tak powiedział mu nauczyciel, klepiąc go po ramieniu. Miał rację, ale nie wiedział, że w tamtej chwili zabił ostatnią nadzieję starszego Vargasa i jego chęci do czegokolwiek.
Ostatecznie Lovino nawet nie poszedł na studia.
Co innego jego brat. Utalentowany artysta. I to w każdej dziedzinie. Malowanie, rzeźbienie, pisanie. Człowiek-cholera-orkiestra. Oczywiście dostał się na akademię sztuk pięknych i przy okazji historię sztuki. Zaproponował bratu wspólne mieszkanie i tak obaj znaleźli się w Rzymie. Koniec końców to Feliciano płacił za czynsz ze swojego stypendium, a Lovino przełykał głupią dumę wiedząc, że to co zarabia, starczy głównie na jego podstawowe potrzeby.
Cieszył się, że przynajmniej o to nie musi prosić brata.
Ostatecznie Feliciano poznał całe północne Włochy, Francję i Hiszpanie, wysyłany na różne wystawy i galerie w całej Zachodniej Europie. W tym samym czasie Lovino poznał każdą stację rzymskiego metra i odkrył, jak najłatwiej obrabować nieostrożnych turystów.
To nie była jego wina, że tak udawało mu się zarobić znacznie więcej. A przynajmniej tak sobie tłumaczył, za każdym razem, gdy dopadały go wyrzuty sumienia.
- W jakie miejsca składałeś na studia? – spytał Antonio, rozkładając się wygodniej na wytartym tapczanie.
Lovino nalał nieco zimnej wody do dwóch szklanek i postawił je na stole, usilnie nie patrząc na obcokrajowca.
- W żadne. Co to za różnica? I tak nigdzie bym się nie dostał. – Wzruszył ramionami, siadając obok.
- Skąd wiesz, skoro nie próbowałeś?
- Bo wiem – odparł z naciskiem.
- Na pewno jesteś w czymś dobry.
Lovino otworzył usta i spojrzał na Antonia. Dopiero teraz zauważył, że ten przestał się uśmiechać. Był poważny, co kompletnie do niego nie pasowało. Pod naporem jego spojrzenia, Lovino zgarbił plecy i schował głowę w ramiona. Sięgnął po szklankę, by zająć czymś ręce.
- Czasami zdarzają się ludzie po prostu przeciętni – zauważył.
Antonio nie odpowiedział. Gdy Lovino wreszcie odważył się na niego zerknąć, okazało się, że sączy powoli wodę, patrząc gdzieś w przestrzeń. Spojrzenie Włocha przesunęło się po jego ustach w dół, na drgające lekko jabłko Adama.
Ma ładną linię szczęki, pomyślał mimowolnie. Poważny Antonio wydawał się po prostu nie na miejscu, ale z jakiegoś powodu Lovinio nie potrafił oderwać od niego wzroku.
Gdy w następnej chwili Hiszpan uśmiechnął się szeroko, a jego oczy znowu zabłysły tym okropnym bezdennym optymizmem, czar prysł i Lovinio znowu miał ochotę zepchać go do Tybru.
Ale, musiał przyznać, ta ochota była odrobinę mniejsza niż jeszcze dzisiaj rano.
Niedziela przywitała ich falą upałów.
Antonio spał smacznie na kanapie pod cienkim prześcieradłem, pochrapując od czasu do czasu, podczas gdy Lovino krzątał się po kuchni, próbując zrozumieć swoją obecną sytuację. Antonio nadal nie zażądał zwrotu pieniędzy, portfela, dokumentów. Nie zawiadomił policji, za to zachowywał się, jakby usilnie chciał zmienić całą tę kradzież w randkę.
Lovino zatrzymał się na chwilę z puszką kawy w ręce.
Randkę? Skąd przyszło mu do głowy takie porównanie? Zdarzało mu się flirtować z mężczyznami, znał nawet przyjemną choć drogą kawiarnię przy Koloseum, której wieczorną klientelą były pary homoseksualne, ale to nie zmieniało faktu, że okradł tego faceta. Na dodatek w Lovino nie było nic szczególnego, nawet on sam o tym wiedział.
Był drażniący, marudny i tchórzliwy, ale najwyraźniej nie przeszkadzało to Hiszpanowi. Lovino za nic nie potrafił go zrozumieć.
Próbował poprzedniego dnia, ale ostatecznie uświadomił sobie, że po prostu nie jest to możliwe.
I już.
Spojrzał na śpiącego Antonio, z którego zsunęła się biała narzuta, odsłaniając kawałek opalonej piersi. A może miała naturalnie taki ciemny kolor?
Lovino odwrócił gwałtownie wzrok.
Nie. To niebezpieczne okazywać zainteresowanie wariatowi.
Z drugiej strony ten wariat ewidentnie okazywał zainteresowanie mu. To było przerażające.
Ale też w jakiś sposób bardzo miłe.
- Jutro wracam – zauważył nagle i bez wyraźnego powodu Antonio, naciągając na siebie spodnie.
Lovino zastygł na moment z dwoma szklankami kawy w dłoni, zanim nie zorientował się, że przecież to nic dziwnego. To naturalne, a on zachowuje się jak idiota. Odetchnął lekko i ruszył się z miejsca.
- Podobał ci się Rzym? – spytał nieco sztywno.
- Bardzo. Chciałbym tu jeszcze kiedyś wrócić – stwierdził wesoło Antonio, ukazując w uśmiechu białe zęby.
Lovino musiał przyznać, że lubił to, jak bardzo irytował go ten gest.
- Powinieneś. Rzym jest naprawdę duży. Nie widziałeś wielu miejsc – zauważył, zanim ugryzł się w język.
- A gdybym wrócił, pokazałbyś mi je?
Lovino o mało co nie wypuścił szklanek z rąk. Spojrzał zaskoczony na Antonia, ale ten nie wyglądał na poruszonego. Nadal uśmiechał się w dokładnie ten sam sposób i tylko jego oczy błyszczały lekko, jakby nie miał wątpliwości, jaka będzie odpowiedź. Vargas poczuł mrowienie, które rozeszło się po jego ciele, wzdrygnął się i czym prędzej odstawił kawę na stół, cofając się do ściany niewielkiego saloniku.
- Może bym ci je pokazał – mruknął ostrożnie.
Musiało mu się tylko wydawać, ale wyglądało na to, że uśmiech Hiszpana poszerzył się nieznacznie.
- To świetnie! W takim razie koniecznie muszę wrócić.
- Czemu?
To pytanie, idiotyczne i wstydliwe, wyrwało się tak nagle, że Lovino poczerwieniał, uświadamiając sobie, że wypowiedział je na głos. Spojrzał w bok.
- To znaczy, ja… - odchrząknął, czując się coraz głupiej. Usłyszał śmiech Antonia i miał teraz szczerą ochotę zapaść się pod ziemię.
Zamiast tego poczuł mocne klepnięcie w plecy.
- Ty pokażesz mi Rzym, a ja pokażę ci, że nie jesteś przeciętny. Co ty na to? – spytał Antonio, nachylając się tuż nad nim. Lovino poczuł, jak zasycha mu w gardle.
A potem Hiszpan pocałował go w nos i roześmiał się głośno.
Niecałą minutę później wypchany banknotami euro o nominale 50 portfel uderzył go w sam środek czoła.
Tę noc znowu spędzili razem. Lovino pokazał Antoniowi centrum Rzymu, twierdząc, że wyjdzie im to znacznie taniej niż reklamowana w informacji turystycznej wycieczka za 40 euro. Nawet jeśli Hiszpan bardzo zapalił się do pomysłu, że zapłaci za nich obu. Kretyn, podsumował pomysł Włoch i dla pewności wbił mu łokieć pod żebra. Uśmiech Antonia nawet nie drgnął.
Zobaczyli oświetlone lampami Koloseum i fontannę Tivoli, pod którą zjedli „najlepsze lody w mieście" (Lovino twierdził, że to jedno z najbardziej przereklamowanych haseł całego miasta, ale lody i tak były smaczne).
W połowie wycieczki Włoch złapał się na tym, że zdecydowanie za dużo narzeka. Wypadło to gdzieś pomiędzy stwierdzeniem „zdzierają z ciebie kilkanaście euro za zobaczenie kupy kamieni" a „taką kawę sam mogę ci zrobić". Antonio wydawał się jednak nie przejmować, wręcz przeciwnie, entuzjastycznie zapewnił, że chętnie skosztuje jego kawę.
Lovino westchnął i potarł skronie.
- Czy ty w ogóle umiesz się wściekać? Złościć? Nie uśmiechać?
Antonio roześmiał się.
- Oczywiście. Po prostu w twoim towarzystwie nie mam do tego powodu.
Lovino spojrzał na niego dziwnie. W jego mniemaniu takich powodów było mnóstwo. W chwilowym zamyśleniu zwrócił się ku odbijającym się w Tybrze nocnym światłom. Antonio przystanął obok niego.
- Dobrze – oznajmił nagle Włoch.
- Hmm?
- Zrobię ci tę kawę. Jutro rano w ramach pożegnania. Tylko po to, żebyś wiedział, że miałem rację – zastrzegł.
Antonio wyszczerzył się jeszcze bardziej. W odpowiedzi dostał mocne pchnięcie, przez które wpadł na metalowe barierki oddzielające ich od rzeki. Zamrugał zaskoczony.
Lovino uznał, że próbę utopienia w Tybrze mają już za sobą.
Tej nocy sam zajął kanapę, oznajmiając głośno i dobitnie, iż robi to tylko dlatego, że bardzo dobrze mu się na niej śpi. To nie była prawda, ale Antonio pokiwał ze zrozumieniem głową, jakby coś takiego jak kłamstwo czy ironia w ogóle nie istniały w jego słowniku.
Teraz Lovino płacił za swoją decyzję niespokojnym i płytkim snem, obolałym karkiem i marami, które tworzyły się w jego zamroczonej podświadomości. Widział urywki swojego życia, oblicze brata, dużo padających słów, których nie umiał wyłowić. Wzrok rodziców, gdy Feliciano dostał się na studia, ich wyraz twarzy. Duma i podziw w oczach. Znowu dużo słów.
„Feliciano to, Feliciano tamto."
Lovino był zazdrosny, ale nigdy nie potrafiłby znienawidzić brata. Feliciano, ten cholerny drań był na to zbyt miły, naiwny i słodki. Był wszystkim tym, do czego on nawet nie próbował aspirować.
Normalnie o tym nie myślał, ale to były sny. To co najgorsze wyzierało w odmętów, w których za dnia próbował je utopić.
Ścisnął mocniej cienkie prześcieradło, którym zakrył się po szyję.
Poczuł delikatny ruch, muśnięcie powietrza, a potem łagodny wilgotny dotyk na czole i ciepło w piersi. Przewrócił się na drugi bok i wymamrotał coś pod nosem.
W następnej chwili zasnął kamiennym snem, w którym nie było nawet śladu wcześniejszych koszmarów.
W poniedziałek rano Antonio zniknął.
Najwyraźniej cichcem wyniósł się z mieszkania o świcie.
Drań.
Lovino znalazł w kuchni pustą szklankę, a w sypialni starannie złożone w kostkę prześcieradło. Żadnej notatki, wiadomości. Niczego. Nie powinno go to dziwić, ale i tak poczuł delikatne ukłucie w piersi. Zacisnął zęby i poszedł po szczotkę, zabierając się za sprzątanie mieszkania.
Po południu miał wrócić Feliciano.
Sprzątając podłogę w sypialni zauważył, że w kurz spod łóżka zaplątało się coś jeszcze. Szare podłużne piórko. Lovino schylił się po nie i przyjrzał się mu uważnie.
- Cholerne gołębie – stwierdził markotnie, wyrzucając je do kosza.
