Dwa rozdziały za jednym razem, żeby potem jakoś to wyglądało. Niestety bez bety, więc błędów na pewno trochę się znajdzie.


Rozdział pierwszy

Żył. A przynajmniej tak mu się wydawało, że żył. Czuł nieprzyjemny, duszący zapach medykamentów, który niemal brutalnie wdzierał się do jego nozdrzy, wywołując odruchy wymiotne. Chciał uchylić powieki, ale nagle zdał sobie sprawę, że jest to niewykonalne. Może jednak nie był tak całkiem żywy? Ale pamiętał... Doskonale pamiętał, że Voldemort rzucił w jego stronę morderczą Avadę, co nierozerwalnie wiązało się ze śmiercią. Może jednak nie w jego przypadku. Już jeden raz przeżył, dlaczego nie miałoby się tak stać po raz drugi? Jesteś durniem - rozbrzmiał czyjś głos w jego głowie. Zmarszczył brwi, rozpoznając w nim swój własny, który z charakterystyczną natarczywością często zaprzątał umysły innych ludzi. Merlinie, wariował!

Jak to było? Trzeba poruszyć dłonią. Tak, to właśnie musiał zrobić! Skupił całą swoją uwagę na tak ważnej dla niego części ciała, którą jeszcze jakimś cudem wyczuwał i postarał się poruszyć nią w miarę sprawnie. Nie udało się. Kurde. To nie tak miało być! A może jednak powinien udawać martwego? Oczywiście, biorąc pod uwagę, że jeszcze takowy nie był. Może znajduje się w lochach Voldemorta, który tylko czeka na jego przebudzenie, by rozpocząć swoje tortury? Ale w takim razie po jakie licho była ta cała Avada? To nielogiczne.

Ha! Wiedział, że mu się uda. Delikatna dłoń zacisnęła się na cienkim, chłodnym materiale, który dawał tak ogromne ukojenie... Tak dobrze... Nagle wszystko zaczęło się uspokajać i obrazy w jego głowie powoli wracały na swoje miejsca. Odetchnął z ulgą, gdy zrozumiał, że z pewnością znajduje się w skrzydle szpitalnym Hogwartu. Z niczym nie pomyliłby tego natarczywego zapachu i przygnębiającej atmosfery, która skutecznie powstrzymywała go przed głupimi wybrykami, które jednak i tak same jakoś go odszukiwały. Tym razem jednak czuł ulgę, że znajduje się właśnie tutaj. Za chwilę pani Pomfrey pojawi się nad łóżkiem i zacznie marudzić nad jego zdrowiem. Ale w końcu powie, że tak naprawdę nic poważnego mu się nie stało. Kilka złamań i siniaków - dzień jak co dzień. I wszystko okaże się tylko irracjonalnym snem, który trwał długo, ale w końcu zniknął, tak jak każdy inny. Wszystko będzie w porządku. Tylko dlaczego nie mógł otworzyć oczu?!

- Obudził się - usłyszał czyjś wysoki, piskliwy głos. Nie brzmiał on bynajmniej złowrogo, a więc mógł już się do końca uspokoić. Ale nie był także znajomy... Co, na Merilna...?

- Słyszysz mnie? Możesz otworzyć oczy? Poruszyć dłonią? - Masa beznadziejnych pytań, które miały doprowadzić go do przytomności - wszystkie zdawały się działać na jego niekorzyść. Nie mógł otworzyć oczu, ale słyszał! Wszystko słyszał i powinien dać im jakiś znak! Po raz kolejny zacisnął swoją dłoń na przyjemnym w dotyku materiale. Niemal czuł jak w odpowiedzi na twarzy obserwatora pojawia się uśmiech triumfu.

- Spróbuj otworzyć oczy - polecenie wydane miłym głosem. Przecież próbuje otworzyć te przeklęte oczy, ale mu się to nie udaje. - No, jeszcze raz - dopinguje kobieta żywo. Harry niemal uśmiecha się, słysząc ten ton. I nagle czuje, że kąciki jego spierzchniętych ust naprawdę unoszą się ku górze w dziwnym grymasie, który z pewnością nie przypomina uśmiechu, ale jednak jest na dobrej drodze. Sekundy mijają i także powieki powoli uchylają się, aby sztuczne światło mogło oślepić Harry'ego i pozbawić go wzroku.

- Ała... - mruknął, zasłaniając dłonią twarz. Czarne plamki skakały mu przed oczami, sprawiając, że cały pokój zaczął niebezpiecznie wirować.

- To za chwilę minie. Podam ci eliksir i będziesz jak nowy. No... Teoretycznie... - Ostatnie słowo zostało cicho wymruczane, ale Potter i tak je usłyszał, i kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nie wzbudziło to w nim strachu. Jak to teoretycznie?!

Kobieta podsunęła mu buteleczkę z jakimś płynem o zdecydowanie nieprzyjemnym zapachu. Skrzywił się nieznacznie, odwracając głowę do tyłu. Pełen buntu jak zawsze.

- Cuchnie - poinformował zdegustowany.

- A czego pan oczekiwał? - dopytywała się pielęgniarka. Teraz był już pewien, że znajduje się w skrzydle szpitalnym. Albo w szpitalu św. Munga. W sumie na jedno wychodzi - wszędzie chcieli go otruć. - Jeśli nie wypije pan tego eliksiru, nadal będzie pan się czuł tak jak teraz. Nieprzyjemnie, prawda?

W odpowiedzi mruknął tylko coś pod nosem i pozwolił wlać sobie płyn do ust. Doprawdy, z trudem powstrzymał się przed zwróceniem całej zawartości tajemniczej buteleczki. Eliksir smakował jak... no cóż... wymiociny i to wymieszane z kilogramami piasku. Okropne! Musiał jednak przyznać, że po chwili światło przestało go razić, a otoczenie zaczęło nabierać odpowiednich kształtów i nie było już tylko jedną wielką, rozmazaną plamą.

- Gdzie jestem? - wymruczał dla pewności, rozglądając się dookoła. Ha! To z pewnością był Hogwart, tylko dlaczego przed nim stała jakaś niska, pulchna kobieta o czerwonych włosach, zamiast pani Pomfrey?

- W Hogwarcie, mój drogi - odparła uprzejmie. - W skrzydle szpitalnym. Pamiętasz jak się nazywasz?

- Dlaczego pani tu jest? - Nie zwrócił uwagi na jej głupie pytanie. Oczywiście, że pamiętał! Harry Potter we własnej osobie. - Gdzie pani Pomfrey?

- Kto?

- No pani Pomfrey... - wyjaśnił zirytowany, wpatrując się w nią jakby spadła z Księżyca. - Jest pielęgniarką w Hogwarcie.

- Słodziutki, ja jestem tu pielęgniarką nieprzerwanie od piętnastu lat - poinformowała z uśmiechem. Odstawiła szklaną buteleczkę na stolik (jakby Harry mógł jeszcze na nią patrzeć...) i wyciągnęła różdżkę, by zająć się badaniami. - To konieczne - wyjaśniła. - Badania przeprowadziliśmy już wcześniej, ale wtedy byłeś jeszcze nieprzytomny.

- Jak długo tu leżę?

- Leżysz od dwóch tygodni. Jak długo jesteś nieprzytomny? Nie wiemy.

- Jak to? - Uniósł ciemne brwi w wyrazie zdziwienia. Coś tu było zdecydowanie nie tak. BARDZO nie tak.

- Znaleźliśmy cię dwa tygodnie temu na błoniach. Właściwie to jeden z naszych uczniów cię znalazł. No to pamiętasz jak się nazywasz? - spytała po raz kolejny, teraz już wyraźnie zniecierpliwiona. Jeszcze nigdy nie spotkała się z uczniem, który zadawałby tyle pytań. No... może był taki jeden, ale ten bardzo rzadko odwiedzał skrzydło szpitalne.

- Przepraszam, ale kto jest dyrektorem Hogwartu? - zapytał niepewnie. Poczuł jak powoli robi mu się gorąco i nie był to tylko skutek dziwnych obdukcji czerwonowłosej czarownicy.

- Armando Dippet, oczywiście - odparła, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. - Wspaniały czarodziej - dodała.

Harry zakrztusił się powietrzem.

- A... Eee... - wykrztusił, świadomy, że pytanie, które za chwilę zada będzie brzmiało bardziej niż niedorzecznie. - Który teraz mamy rok?

- Och, skarbie! - Kobieta usiadła na krześle obok jego łóżka. - Chyba naprawdę straciłeś pamięć... Mamy rok tysiąc dziewięćset czterdziesty drugi.

Żył. Chociaż może niezupełnie było to odpowiednie słowo. Faktem jest, że po raz kolejny przeżył Avadę rzuconą przez Voldemorta. I za każdym razem pojawiały się jakieś skutki uboczne. Bliznę jeszcze jakoś mógł przeżyć, ale to... TO było chore! Nierealne wręcz.

Musiał się uspokoić i uporządkować wszystko w tej swojej bolącej głowie. Ugh, w tej chwili zdecydowanie przydałaby mu się Hermiona i jej zdolność logicznego myślenia.

Jakie były fakty? Otóż fakty były takie, że na piątym roku nauki przyszło mu walczyć z zakałą czarodziejskiego społeczeństwa (znowu) i dostał Morderczym Zaklęciem. Nikt się oczywiście tego nie spodziewał - w końcu był Chłopcem-Który-Przeżył i który miał przeżywać jeszcze wiele razy. Szlag cholerny musiał trafić Ministerstwo, tego był absolutnie pewien. No więc jak już dostał tą Avadą, to potem... Nie pamiętał. Obudził się w skrzydle szpitalnym w Hogwarcie, ale w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim, jak to entuzjastycznie zakomunikowała mu tajemnicza czerwona jędza. Co to był za rok? Nie mógł sobie przypomnieć. Serio, starał się, ale nie potrafił. Nagle w jego głowie pojawiła się dziwna pustka, która zdawała się pulsować i powiększać z każdym jego kolejnym oddechem. Bolało. Cholernie bolało.

I co miał teraz zrobić? Jak wrócić do swojego czasu i zakomunikować swoim przyjaciołom, że nie, jednak żyje. Wściekły zacisnął pięści, powstrzymując się od wykrzyczenia na cały zamek swoich myśli, które z pewnością ogłoszone całemu czarodziejskiemu światu, nie przyniosłyby mu nic dobrego. Musiał jakoś wrócić do domu, ale naprawdę nie miał pojęcia jak. Nie miał nikogo, kto mógłby mu pomóc, a Harry Potter nie był przyzwyczajony do liczenia tylko na siebie. Zawsze miał przy sobie kogoś, kto go wspierała i w razie potrzeby wyciągał pomocną dłoń. Tak zawsze robiła Hermiona, Ron, Remus, Syriusz, Dumbledore... Właśnie, Dumbledore! Były lata czterdzieste, a więc w Hogwarcie już uczył transmutacji. Na pewno mu uwierzy - w końcu był potężnym czarodziejem i zawsze wiedział, co jest prawdą, a co kłamstwem. Po prostu musiał się jakoś do niego dostać.

Na jego twarzy wypłynął uśmiech, sprawiając, że chłopiec od razu nabrał kolorów. Usiadł na łóżku i skrzywił się nieznacznie, zauważając, że ma na sobie szpitalną piżamę w paski. Odruchowo sięgnął po swoją różdżkę, ale szybko odkrył, że nie ma jej w pobliżu. Przełknął boleśnie ślinę, rozglądając się dookoła. Nie było jego różdżki! Bez niej był jak niewidomy! Zerwał się z łóżka, uruchamiając przy tym zaklęcia ochronne, które pielęgniarka na niego nałożyła. Już po chwili i ona znalazła się w sali, wrzeszcząc jak opętana.

- Dziecko, co ty wyprawiasz?! - wrzasnęła, podbiegając do niego, chcąc zaciągnąć go z powrotem do niewygodnego łóżka. Harry prychnął tylko lekceważąco i odwrócił się do niej z lekka poirytowany.

- Moja różdżka - poinformował, siląc się na spokojny ton. Możliwe, że bez niej nie będzie mógł wrócić do swoich czasów!

- Na Salazara! - jęknęła kobieta, uśmiechając się cierpko. - Wam wszystkim w głowach tylko różdżki. Twoja jest bezpieczna, schowana w gabinecie dyrektora.

- Dyrektora? - pisnął zaskoczony. Dyrektora?!

- Tak, dyrektora. Armanda Dippeta, gdybyś zapomniał. Już panu o tym wspominałam, panie...

- Evans - rzucił bez zastanowienia. - Harry Evans.

- A więc pamięta pan - mruknęła, spoglądając na niego podejrzliwie. Jej brązowe oczy zdawały się przeszywać go na wylot. Zadrżał i to nie tylko z powodu chłodu panującego w pomieszczeniu. Czyżby obecna pielęgniarka Hogwartu była Ślizgonką? Merilnie, to było nienormalne!

- Mogę dostać jakieś ubrania? - Zmienił temat.

- Nie powinien pan wychodzić z łóżka - poinformowała stanowczym tonem. Harry wywrócił oczami na taką odpowiedź.

- Bardzo mi zależy. Koniecznie muszę porozmawiać z profesorem Dumbledorem. Niech mi pani uwierzy. To ważne! Naprawdę! - zapewniał. - Miałem na sobie tę piżamę od dwóch tygodni - przypomniał.

Kobieta zmrużyła oczy, jeszcze bardziej skupiając na nim swój przeszywający wzrok.

- Racja - zgodziła się. - Niech pan tu poczeka, panie Evans. Tylko niech mi się pan nie waży uciekać!

- Tak jest... - mruknął, opadając z powrotem na łóżko. Prowizoryczny plan był taki: odebrać różdżkę od dyrektora, spotkać się z Dumbledorem i wrócić do swoich czasów. Proste? Proste.


Rozdział drugi

Harry od zawsze podejrzewał, że Armando Dippet był dosyć naiwnym człowiekiem. Nie minęło dziesięć minut rozmowy - niezbyt interesującej, trzeba dodać - a Harry już miał w kieszeni swoją różdżkę, pozwolenie na poruszanie się po zamku i niematerialną satysfakcję, że dyrektor uwierzył w jego historyjkę o częściowym zaniku pamięci. Chociaż niezbyt dobrze czuł się ze świadomością, że musiał skłamać, to jednak wiedział, że inaczej szybko zostałby wysłany na oddział zamknięty do św. Munga.

Szybkim krokiem przemierzał korytarze Hogwartu, rozglądając się przy tym z zaciekawieniem. Musiał przyznać, że szkoła niewiele zmieniła się od lat czterdziestych. Może stała się tylko trochę bardziej przyjazna w odbiorze, atmosfera w teraźniejszości... w przyszłości nie jest taka ponura. Tutaj wydaje się, że ktoś tylko czai się za rogiem, aby rzucić się z morderczym zaklęciem na niewinnych pierwszorocznych.

Rozległ się dzwonek i z klas wypadły grupy uczniów, który w tym momencie bardziej przypominały chmarę szarańczy niż ludzi. Potter przyglądał się temu z zaciekawieniem, zastanawiając się czy on również wygląda tak głupio po zakończeniu zajęć. Kilka osób z podekscytowaniem komentowało ostatnie lekcje, niektórzy nawet zachwycali się eliksirami, co było zupełnie niezrozumiałe dla Harry'ego.

Ustał z boku, opierając się o kolumnę, wiedząc, że w końcu musi na korytarzu pojawić się profesor Dumbledore. W pobliżu znajdowała się klasa w której w przyszłości odbywały się zajęcia z transmutacji. Harry miał nadzieję, że w tych czasach nie znajdowała się ona w lochach, albo jeszcze w jakimś bardziej przerażającym miejscu. Rozejrzał się dookoła, zapominając, że wśród tej czarnej masy nie może dostrzec Snape'a, bo jego po prostu nie było jeszcze na świecie. Chyba.

Odetchnął ciężko, przymykając powieki. Był wyczerpany po dwóch tygodniach leżenia bez przytomności na twardym, niewygodnym łóżku. Całe ciało go bolało i był niemal całkowicie pewien, że w niektórych ważnych dla niego miejscach ma porządne siniaki. Jego stan psychiczny również nie przedstawiał niczego dobrego - w głowie miał tylko chaos dziwnych myśli, które nie chciały poukładać się w odpowiednich przegródkach umysłu. Tak bardzo potrzebował w tej chwili przyjaciół. Uśmiechnął się lekko, wyobrażając sobie w jaką histerię wpadłby Ron, gdyby to on znalazł się teraz na jego miejscu. Z pewnością biegałby po szkole rozpowiadając wszystkim, że jest z przyszłości i pytał czy ktoś może mu zaoferować jakąkolwiek pomoc. Żałosne - przemknęło mu przez głowę. Otworzył szeroko oczy, zaskoczony tą myślą, ponieważ... ona nie należała do niego. Była bardziej spokojna, silna, ponura... Mająca w sobie całe pokłady wrogości i kpiny. O nie, z pewnością nie była jego.

I wtedy go zobaczył. Nie, najpierw poczuł. Dziwne uczucie gdzieś wewnątrz umysłu, sprawiło, że stał jak sparaliżowany, nie mogąc nawet wyzwolić oddechu. Stał prosto, z szeroko otwartymi oczami wpatrując się w tłum na korytarzu. Taak, i to był ten moment... Chwila, gdy czas się zatrzymał, ruchy się zatrzymały i pozostało tylko spojrzenie. Wysoki, ciemnowłosy chłopak z zielonymi emblematami Slytherinu szedł szybkim krokiem, kierując się z determinacją w stronę biblioteki. Wydawało się, że nagle wszystkie spojrzenia skierowały się na niego jakby był co najmniej bogiem. Serce Harry'ego zapomniało jak bić, by po chwili oszaleć i walić w zawrotnym tempie. Strach. To spojrzenie - spojrzenie mordercy, człowieka, którego nic nie może powstrzymać przed zadawaniem bólu - zatrzymało się właśnie na nim. Zielone tęczówki napotkały szare i...

I wtedy ta chwila minęła.

Niezwykły Ślizgon zniknął, uczniowie ponownie zaczęli zajmować się swoimi sprawami - a może nigdy nie przestali? - a Harry nadal nie mógł oddychać. To o to chodziło! Właśnie tego nie potrafił sobie przypomnieć! Rok tysiąc dziewięćset czterdziesty drugi nierozerwalnie łączył się z Voldemortem. Tom Riddle przed sekundą minął go zaledwie o kilkanaście cali.

To była jego szansa. Już wiedział, dlaczego tu trafił. Miał zabić młodego Riddle'a zanim ten otworzy Komnatę Tajemnic i stanie się Voldemortem. Potem wróci do domu. To było takie oczywiste! Przeklinał samego siebie za własną głupotę, by po chwili rzucić się w kierunku w którym podążał szarooki chłopak.

Wbiegł do biblioteki, zatrzaskując za sobą z hukiem drzwi. Ogromne pomieszczenie wydawało się być puste, ale on wiedział, że ON gdzieś tam jest. Wyciągnął z kieszeni swoją różdżkę i ruszył na poszukiwania. Na początku robił to powoli, metodycznie - jego ruchy były spokojne i cierpliwe niczym wilka, który obserwuje swoją ofiarę. Jeśli czegoś nauczył się od Voldemorta, to właśnie tego - skupienia.

- Riddle! - krzyknął, kiedy po okrążeniu biblioteki nadal nie mógł go odnaleźć. Kiedy już zaczął myśleć, że się pomylił, że to był błąd - jeden wielki, cholerny błąd - wtedy zza jednej z półek usłyszał niski, melodyjny głos.

- Przyszedłeś podziękować?

Harry mocniej zacisnął dłoń na różdżce i ruszył w kierunku, z którego dobiegał przyjemny dla ucha głos. Jeden z rodzaju tych, które wzbudzają w tobie irracjonalne pragnienia, sprawiają, że odczuwasz tęsknotę za czymś, co jest nie do zdobycia.

- Riddle - warknął. Ciemnowłosy chłopak stał przy jeden z półek, przesuwając smukłą dłonią po skórzanych okładkach ksiąg. Harry przyglądał mu się z nienawiścią wymalowaną na twarzy. Młody Ślizgon byłby głupcem, gdyby tego nie zauważył. A przecież był genialny!

- Zgadza się - przytaknął, nadal nie spoglądając na chłopca. - Tom Marvolo Riddle. No to jak? Wyczarujesz mi tu jakieś kwiaty?

- Ż-Że c-co? - wydusił zaskoczony. Chciał krzyknąć, że przyszedł, aby go zabić, ale... No właśnie. Ale co?

- Wybacz. Wydawało mi się, że leżenie w kałuży krwi na mokrej trawie nie jest najprzyjemniejszym doświadczeniem. Cóż.. gusta są różne. - Skwitował to lekceważącym wzruszeniem ramion.

- Słucham?! - wrzasnął.

- Ach - mruknął ten w odpowiedzi. - Jesteś niedorozwinięty, tak? Szkoda.

- Nie jestem - wrzasnął jeszcze głośniej w swojej obronie. Wyższy chłopak posłał mu spojrzenie świadczące o tym, że ani trochę mu nie wierzy.

- Nie jesteś uczniem Hogwartu - stwierdził, machając niedbale dłonią w jego kierunku. Odwrócił wzrok i ponownie zajął się przeglądaniem tajemniczych ksiąg.

- Jestem Harry... - szepnął, opuszczając różdżkę. To nie był Voldemort. To znaczy był, oczywiście, że był, ale... Jeszcze się nim nie stał. To skomplikowane. A poza tym o czym on myślał, na Merlina?! Że może ot tak sobie w biały dzień zabić ucznia? Chyba oszalał. Wtrąciliby go do Azkabanu zanim zdążyłby wypowiedzieć swoje imię. - Harry Evans - dodał.

- Nie pytałem jak się nazywasz - warknął tamten w odpowiedzi. - Nie zostałeś jeszcze przydzielony, prawda?

Przydzielony? Nie zamierzał tu zostać ani chwili dłużej niż było to konieczne. Chociaż Riddle miał też trochę racji. Harry nie mógł tu zostać nie będąc uczniem.

- No tak... - szepnął odkrywczo. - Przydzielony.

Ślizgon po raz kolejny spojrzał na niego jak na wariata. Nie, żeby on był całkowicie normalny, ale u tego gówniarza jest to już lekką przesadą. Że też takich przyjmują do Hogwartu.