Deszcz padał prawie równolegle do podłoża, a trzej mężczyźni brnęli przez opadające błonia w stronę Wierzby Bijącej. Płaszcz Remusa już zdążył przemoknąć, a jego stopy ślizgały się w błocie. Nie tak sobie wyobrażał ten wieczór. Syriusz nazwał to poszukiwaniem utraconej młodości, ale Remus uważał, że szybciej znajdą cholerne przeziębienie. Był słaby i cały dygotał.
W końcu dotarli do groźnie świszczących gałęzi. Ciężko było powiedzieć, czy tym zawiniło samo drzewo, czy też porywisty wiatr.
- Mobilicorpus - mruknął Remus, kierując różdżkę na leżącą na ziemi gałąź, ale ta zamiast podlecieć do góry i szturchnąć sęk, który miał unieruchomić wierzbę, tylko szarpnęła się lekko i upadła z powrotem. Jego prawa ręka była ciężka, a przez ciało przeszedł dreszcz. Jednakże nie wywołał go zimny deszcz, ale coś wewnątrz mężczyzny. Remus zachwiał się, a James objął go za ramiona. Właśnie to kochał w eliksirze tojadowym, zapobiegał tego typu poważnym symptomom. Zazwyczaj. Jednakże zwykle Remus nie używał magii stojąc w lodowatej ulewie godzinę przed wschodem księżyca, więc najwyraźniej wyszedł poza rozsądne oczekiwania.
- W porządku, Rem? - spytał James, prowadząc go w stronę przejścia pomiędzy korzeniami. Syriusz musiał zająć się paraliżowaniem wierzby, kiedy Remus nie zwracał uwagi.
Remus poszedł z nimi bez protestu. Tunel może nie był tak ciepły i wygodny jak jego gabinet, ale przynajmniej suchy. Przecisnął się do środka i zadrżał, kiedy kaptur spadł mu z głowy, a kropelki wody wpadły za kołnierz i spłynęły po plecach. Podróż tunelem, choć wymagała zgięcia się w pół, poszła znacznie szybciej niż Remus się obawiał. Choć z drugiej strony był w stanie wiele znieść za obietnicę miękkiego, choć niesamowicie zakurzonego łóżka po drugiej stronie.
Kiedy tak szli, zabrakło mu tchu. Nagle poczuł się strasznie słaby i wydał z siebie dźwięk podobny do połączenia kaszlu i śmiechu. Biorąc pod uwagę, ile razy używał grypy jako wymówki w trakcie pełni, pewnie zasługiwał by ją złapać. Jednakże James i Syriusz świetnie się bawili.
- Wybacz, że zniszczyliśmy twój nudny wieczór, Lunatyku. - zawołał Syriusz. - Od tygodni zastanawiałem się co powinienem zrobić w urodziny i James zaproponował to.
- Pamięć cię zawodzi, Łapo. To był twój pomysł. - odparł James.
- Ha ha. - zaśmiał się sarkastycznie Syriusz. - Mniejsza, ganianie za tobą to świetny sposób na spędzenie trzydziestej czwartej rocznicy najważniejszego dnia w historii.
- No i od wieków nie robiliśmy nic fajnego. - dodał James. - Nigdy się nie żeń, Lunatyku. Jest uroczo i w ogóle, ale brakuje... - urwał, a idący z przodu Syriusz dokończył za niego.
- Spontaniczności?
- Dokładnie. - zgodził się James. - Spontaniczności.
- Potrzebujesz dzikiej nocy, Rogaczu? - mruknął Remus, choć jego uszczypliwy ton utonął w kolejnym szczękaniu zębami.
Syriusz jęknął głośno, słysząc oklepane zdanie, ale James westchnął z nostalgią.
- Widzicie, stary, ale jary. Świetna robota, Rem.
Wbrew sobie, Remus uśmiechnął się. Uważał ich obecną sytuację za niezmiernie ironiczną. Zarówno James jak i Syriusz mieli żony, dzieci i pracę biurową i to od dziesięciu lat, podczas gdy on, człowiek noszący swetry i uzależniony od herbaty spędził większość ostatniej dekady, podróżując po Europie, poznając interesujących, ważnych ludzi, zbierając pieniądze dla swoich pobratymców i walcząc o ich prawa. Nie mówiąc już o zainteresowaniu płci przeciwnej, która wynikała z faktu, że zabił Voldemorta i tego, że był dobrze wychowanym, wykształconym wilkołakiem dżentelmenem. Nigdy nie rozumiał, dlaczego budziło to fascynację niektórych kobiet, ale nie zamierzał się na to skarżyć. Remus definitywnie pozbył się niechęci do randkowania. Nie był przecież idiotą i wiedział, że nawet z poszukiwaczkami sławy czy niebezpieczeństwa można się nieźle bawić. Przez pewien czas.
Po stanowczo zbyt spacerze w zgiętej w pół pozycji, trzej mężczyźni wreszcie dotarli do wyjścia tunelu. Plecy Remusa zachrzęściły nieprzyjemnie, kiedy się wyprostował, stanąwszy na zakurzonej podłodze Wrzeszczącej Chaty. Widząc, że James i Syriusz też mieli problemy z poruszaniem się, poczuł się nieco lepiej.
Okazało się, że choć James i Syriusz pragnęli drugiej młodości, to ostatnimi czasy i oni potrzebowali wygód. Ogromny plecak, który dźwigał Syriusz zawierał dzbanek do herbaty, kubki, mleko i cukier a także tuzin piw, trzy duże paczki chipsów i pudełko pełne wyśmienitych pączków Lily.
Remus jeszcze kaszlał po tym jak James nieudolnie próbował usunąć kurz z łóżka, kiedy rozkładali coś na kształt obozu w sypialni na górze. Wkrótce jednak kurz opadł, a Syriusz wyciągnął z plecaka czyste koce, z których jeden Remus wdzięcznie przyjął. Zawinął się w niego i usadowił się oparty plecami o wezgłowie. James usiadł u jego stóp, obok jednej z kolumienek, a Syriusz rozłożył się na znalezionych w chacie poduszkach rzuconych na podłogę.
Otulony kocem, z kubkiem parującej herbaty w rękach, Remus poczuł się znacznie lepiej i zdał sobie sprawę, że może to wcale nie był taki zły pomysł. W pełnie zawsze tęsknił za przyjaciółmi. Nie dlatego, że byli mu niezbędni, ale przez wzgląd na tę część wieczoru. Siedzenie razem i gadanie. James i Syriusz nigdy nie przepadali za rozmowami od serca (chyba, że po pijaku) ani siedzeniem w jednym miejscu, więc Remus zawsze lubił te chwile wymuszonego spokoju, nawet jeśli spędzał je przerażony i chory.
James i Syriusz wzięli sobie po piwie i Remus poczuł ogromną sympatię do przyjaciół, którzy pamiętali i upewnili się, że on dostanie swoją herbatę.
- I jak tam w domu bez Flory? - spytał Syriusza.
- Przewidywalnie. - odparł Syriusz. - Serio, cicho i nudno. Nie mogę się doczekać wakacji. Hermiona w kółko pracuje, ale nigdy tego nie zauważałem, dopóki Flora była w domu.
- Przyzwyczaisz się. - uspokoił James. - Choć Lily nie jest aż taką pracoholiczką jak Hermiona.
Syriusz uśmiechnął się.
- Nie powinienem się skarżyć, że w większość wieczorów mam wolną chatę. No i rozłąką sprawia, że kochamy mocniej i tak dalej. No i nie tęsknię za tym jak Flora nawija. Merlinie, ta dziewczyna ma gadane!
James i Remus zaśmiali się i James powiedział.
- To trochę jak karma, nie?
Remus przytaknął zgodnie.
- Jej nauczyciele dalej się cieszą, że po tobie odziedziczyła tylko wygląd i gadane, a nie brak szacunku do autorytetów.
Syriusz wyszczerzył zęby.
- Mała chce, by tak myśleli. Moja szczwana kruszynka. - potrząsnął głową. - Wolałbym, żeby wzięła sobie za wzór Harry'ego albo Neville'a, a nie Draco. Jest za przebiegły.
- Ciesz się, że nie wzoruje się na Harrym. - zaśmiał się James. - On, Ron i Neville mnie wykończą. - pociągnął dużego łyka z butelki i ciągnął ze zmęczeniem. - W wakacje co drugi dzień kontaktowała się ze mną wkurzona Molly Weasley. Cała trójka łaziła za jej bliźniakami. Figle, uroki, klątwy... W połowie przypadków nie mam pojęcia czy mam na dzieciaka nakrzyczeć czy pochwalić świetną robotę.
- Mówiłeś coś o karmie? - spytał niewinnie Syriusz. James pokazał mu dwa palce, a Syriusz zaśmiał się i stuknął w jego butelkę. - Czy nie powinniśmy chcieć, by byli do nas podobni?
- Dlaczego Molly jest na ciebie zła? - spytał Jamesa Remus. - Przecież Ron też jest w to zamieszany. Z Frankiem też się kontaktuje?
James przytaknął.
- No tak, ale twierdzi, że to Harry jest prowodyrem. Powtarza też, że bliźniaki muszą być po części poltergeistami i ledwo ich kontroluje, więc to Lily i ja musimy się upewnić, że nie mają się z kim wygłupiać. - zmarszczył brwi. - Zgadzam się z nią, Fred i George nie są normalni. Mają dobre serca i genialni z nich pałkarze, więc daleko im do potworów, ale cholera, sprawiają więcej kłopotów niż my.
- Nigdy nie mieliśmy szans. - wtrącił się Syriusz. - Harry ma twojego nosa do psot, a Ron musiał odziedziczyć te same łobuzerskie geny co jego bracia. Co do Neville'a... Cóż - zaśmiał się. - Nie mam pojęcia co tu się stało. Frank jest przerażony. Uwielbiam obserwować jego minę jak dostaje kolejny list od McGonagall i czyta w co ostatnio wplątał się Neville.
- Harry i Draco obecnie ze sobą nie rozmawiają. - poinformował Jamesa Remus. - Pokłócili się w trakcie mojej lekcji, bo przez ranne ramię Draco, jutro Gryffindor zagra z kimś innym. Z tego co się domyśliłem Harry sądzi, że Flint go do tego przekonał, żeby Slytherin nie musiał jutro wychodzić w trakcie burzy.
- Zawsze się o coś kłócą. - James machnął ręką. - Nigdy się nie dogadują, zawsze znajdą powód do sprzeczki.
- Ale zazwyczaj nie jest nim Quidditch. - Syriusz zmarszczył brwi.
Przez twarz Jamesa przebiegła troska.
- Masz rację. - mruknął. - Zwykle z siebie żartują, albo wycinają sobie więcej figli...
Remus wzruszył ramionami. Jego zdaniem miotły były brane zbyt poważnie, ale nie zamierzał się tym martwić. Draco wychował się na Grimmauld Place 12 ze swoją matką i w dzieciństwie często odwiedzał dom Syriusza i Hermiony w Dolinie Godryka. Ku zdumieniu Remusa, po wojnie Narcyza i Hermiona kontynuowały przyjaźń i dzięki temu Flora uznała, że Draco świetnie nadaje się na przybranego brata. Przebywanie w Dolinie Godryka oznaczało bliskość Potterów i Narcyzie udało się nawet przełknąć wychowanie i spotkać się na herbatce z mugolaczką Lily. Draco i Harry latali na miotłach za domem Potterów, kiedy tylko im na to pozwalano i obaj byli w tym bardzo dobrzy. Ale ich przyjaźń ucierpiała po tym jak na pierwszym roku Harry dostał się do drużyny Gryffindoru (w efekcie nieprzewidzianej rywalizacji między domami w postaci powietrznego wyścigu). Na drugim roku Draco dostał się do drużyny Slytherinu (co samo w sobie było osiągnięciem) ale Remus podejrzewał, że chłopiec nigdy nie poradzi sobie z tym, że jego przyjaciel został wybrany rok wcześniej. Nie, skoro przez całe dzieciństwo wykazywali identyczne umiejętności.
- Sądzę, że ostatnio Draco przechodzi trudny okres. - powiedział Remus. - Nie widuję go z kolegami z rocznika, czasem tylko z Florą. No i jego ojcu odmówiono warunkowego wyjścia z więzienia, to musi być trudne.
- On go nawet nie zna. - uciął Syriusz. – Lucjusz siedzi w więzieniu całe życie Draco. I jest strasznym dupkiem.
- To nie znaczy, że syn go nie kocha. - odparł Remus. - Dzieciaki nie mają pojęcia o tym jakie straszne rzeczy działy się w czasie wojny. Połowa uczniów myśli, że podszedłem do Voldemorta na ulicy i wykończyłem go na miejscu. Dla nich to tylko opowieści.
James uśmiechnął się.
- I dzięki za to.
Potężny poryw wiatru wstrząsnął chatą, świszcząc upiornie pośród dziurawych ścian i niszcząc przytulną atmosferę, którą stworzyli w sypialni na górze. Remusowi znów zrobiło się zimno. Dziwnie mocne symptomy powróciły, gdy tylko opróżnił kubek herbaty. Na całym ciele dostawał gęsiej skórki, więc otulił się szczelniej kocem i wyciągnął przed siebie kubek.
Syriusz natychmiast go przejął. Wydawał się zdumiony.
- Jesteś blady, Lunatyku. Wszystko w porządku?
- Trochę dziwnie się czuję. - przyznał Remus. - Ile zostało do wschodu księżyca? - spytał, przez warstwy koca nie był w stanie sprawdzić własnego zegarka.
- Pięć minut. - odparł Syriusz. Nalał mu więcej herbaty i ukląkł, by podać mu kubek. - Będziesz musiał się pospieszyć. - ostrzegł z uśmiechem.
Remus radośnie ujął kubek w obie dłonie. Stawy miał zesztywniałe i obolałe. Ciepło kubka odrobinę pomogło, ale kiedy uniósł go do twarzy, zamiast cudownego zapachu słodkiej, mlecznej herbaty poczuł obrzydliwy smród, który skojarzył mu się z kwasem.
- Co z nią jest nie tak? - spytał, znów wąchając aromatyczny obłoczek. Narastała w nim irytacja. Czemu Syriusz zrobił coś z jego herbatą? Znów powąchał, w międzyczasie zauważając, że James wstaje.
- Lunatyku? - odezwał się cicho Syriusz i Remus uniósł wzrok, by zobaczyć, że on też się podniósł. Zarówno on jak i James stali teraz trochę dalej niż przed chwilą i z jakiegoś powodu wyglądali na przestraszonych. Bez ostrzeżenia z gardła Remusa wydobył się głośny dźwięk niezadowolenia. Dlaczego jego przyjaciele tak dziwnie się zachowywali? Dlaczego pachnieli lepiej niż herbata?
I wtedy dźwięk powtórzył się, ale tym razem przypominał już bardziej warkot. Remus poczuł jak jego wargi unoszą się odsłaniając zęby, a potem przed oczami mu pociemniało i całe ciało przeszył obezwładniający ból. Usłyszał łomot i kiedy otworzył oczy zobaczył, że świat obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni. Jego kręgosłup zdawał się skręcać i Remus zdał sobie sprawę, że musiał spaść z łóżka.
- Remus! - do jego uszu dobiegł ludzki krzyk i pochłonął go ból. Była to ostatnia rzecz, którą zapamiętał, nim kolejny warkot wyrwał mu się z piersi i świat stał się szary.
Następną rzeczą, jaka przedarła się do świadomości Remusa była woda kapiąca tuż obok jego ucha. Natychmiast zdał sobie też sprawę, że czuł nienaturalne pragnienie. Wiatr dalej wył w koronach drzew, ale powietrze było chłodne i świeże, pachnące wilgocią i ziemią. Rozprostował i zgiął palce, a jego paznokcie przeorały mokrą glebę. W pobliżu rozległy się przyciszone, nerwowe głosy.
- Lunatyku?
- Remusie?
- Słyszysz nas?
Remus raptownie otworzył oczy. Stali nad nim Syriusz i James i przyglądali mu się uważnie. Byli zaledwie ciemnymi sylwetkami, oświetlonymi od tyłu przymglonym światłem słońca prześwitującym spomiędzy drzew Zakazanego Lasu. Remus dostrzegł fioletowy cień wykwitający dookoła lewego oka Syriusza, a prawa noga Jamesa była zawinięta w wyczarowane bandaże, ale co zszokowało go najbardziej to fakt, że jego przyjaciele celowali w niego różdżkami.
- Co do cholery? - wychrypiał Remus, usiłując usiąść. Jego biodra i ramiona przeszywał dotkliwy ból, którego nie czuł od dwunastu lat. Miał sucho w gardle, a w ustach czuł metaliczny posmak. Jego wargi były spierzchnięte. Wszystkie te rzeczy przemknęły mu przez głowę w ułamku sekundy, a w chwilę potem jego brzuch przecięło kłucie pulsującego bólu, które go zaniepokoiło. Poważnie ranny, dodał jego mózg. Sytuacja wskazywała na coś oczywistego, ale przecież to nie mogła być prawda.
Znów spojrzał na Jamesa i Syriusza.
- Ja nie... - zaczął z przerażeniem, a kiedy nie nadeszło natychmiastowe zapewnienie, że nie, zalały go mdłości, a jego serce boleśnie obiło się o żebra. - J-ja nie - powtórzył, a głos trząsł mu się z przerażeniem, które w nim narastało.
- Nie wypiłeś wczoraj eliksiru? - spytał James. Remus natychmiast rozpoznał ten ton, ton Jamesa aurora używany do przesłuchań. Remusa zakłuło w sercu. Jakby mógł być tak nieostrożny, jak James mógł sobie coś takiego pomyśleć?
- Wypiłem. - zapewnił pospiesznie, zmuszając swój wyschnięty język do pracy. - Wypiłem. Musiałem na niego poczekać, bo pani Pomfrey była zajęta. - głowa go bolała. - Chryste, nikomu nic się nie stało?
Syriusz kucnął obok niego.
- Tylko mnie i Rogaczowi. - uśmiechnął się słabo. - Jest w porządku, Lunatyku. Jak za starych dobrych czasów. My jesteśmy trochę poobijani, a ty czujesz się tragicznie.
- Ale mieliśmy szczęście, że akurat przyszliśmy. - powiedział wstrząśnięty James. - Jak tylko się pozbierasz, idziemy do zamku. Potrzebujesz uzdrowiciela, który umie więcej niż ja i Łapa.
- Greta! - zawołał nagle Remus. Jego rany przestały mieć znaczenie, gdy pomyślał o nastoletniej wilkołaczce biegającej po Hogwarcie. - Przyjaciółka Flory. - dodał patrząc na Syriusza. - Wczoraj wieczorem wypiliśmy nasze eliksiry razem. Jeśli partia była zepsuta... W czasie pełni sypia w skrzydle szpitalnym, ale tamte drzwi... - Remus urwał. Bał się tego co zastaną w zamku.
- Dzieciaki. - mruknął natychmiast James, a twarz mu poszarzała. - Chodźcie, lepiej...
- Jeśli nie opuściły wieży, nic im nie będzie. - zapewnił Remus. - Minerwa założyła specjalne zabezpieczenia na drzwi do pokoi wspólnych na wypadek takiej sytuacji.
Syriusz przytaknął. Usta miał zaciśnięte. James wyglądał na chorego.
- Będziemy musieli zanieść cię tam na noszach, Rem. Opatrzyliśmy cię na tyle na ile umiemy, ale zeszłej nocy byłeś wściekły. Wściekły. Ledwo nam się udało... - urwał z niepokojem.
- Nieźle się urządziłeś, bracie. - mruknął Syriusz. - Więc lepiej się nie ruszaj nim Poppy się tobą nie zajmie.
Machnął różdżką i znikąd pojawił się koc, który owinął się wokół Remusa. Zawinięty niczym niemowlę w drapiący materiał, Remus nie widział już swojego ciała. Po chwili rozpoznał koc jako jeden z porzuconych we Wrzeszczącej Chaty.
- Jak źle? - spytał.
Syriusz i James wymienili przelotne spojrzenie, a miny mieli nietęgie.
- Nie pamiętam, by wilk kiedyś tak się wściekał. - przyznał ponuro James, a potem zwrócił wzrok w kierunku szkoły. - Chodźcie, musimy sprawdzić czy wszystko w porządku.
- Remusie! Co się stało? Panie Potter, panie Black, co panowie tu robią? - głos zszokowanej pani Pomfrey wyrwał Remusa z półsnu, w który zapadł. Z otępieniem zdał sobie sprawę, że musiał odpłynąć, bo nie pamiętał drogi do zamku.
Pani Pomfrey pochyliła się nad nim, ale Remus czuł się jak obserwator, a nie część tej sceny. Uniesiono jego powiekę i oślepiło go światło płynące z końca różdżki, którą trzymała pielęgniarka Dzwonienie w głowie powitało go jak starego przyjaciela. Którymi w pewien sposób byli.
W czasach sprzed eliksiru tojadowego to właśnie najbardziej podobało mu się w dwunastu godzinach przed i dwunastu godzinach po pełni. Kamienny sen. Nic się przez niego nie przebijało. Nie ból powodowany ranami, nie zmartwienia, że ktoś pozna jego tajemnice, ani poczucie winy, że tyle razy o mało nie wydarzyło się coś strasznego, gdy nieodpowiedzialnie biegał z przyjaciółmi po lesie. Tylko cudowna pustka. Tym razem próbował z nią walczyć i próbował skupić się, nawet gdy ogarnęły go ciepłe ramiona snu. Ale jego zmartwienia układały się w bezładną mieszaninę. Eliksir, ból promieniujący z brzucha, oszołomione, spanikowane głosy Poppy, Jamesa i Syriusza.
„Mała Greta", pomyślał nagle, „czy coś sobie zrobiła? Czy zrobiła coś innym?"
^V^
