Na początku chciałbym podziękować za komentarze!
Freja - ,,głowom" poprawione, tak samo kilka innych błędów ;) Jeśli w tym rozdziale też coś najdziesz(a możliwe, że coś tam się ukrywa) i zechcesz napisać komentarz, to nie krępuj się.
Wera - Szczerze to nie spodziewałem się tak obszernego komentarza :D A raczej nie tak szybko! Dzięki wielkie za wysiłek w napisaniu tego koma! Czytanie go naprawdę sprawiło mi wielką frajdę. Możliwe, że sprawa z gazetą jeszcze wróci, ale na razie nie będę nic spojlerował.
W tym rozdziale przedstawiam akcję aurorską, z Harrym i Ronem na pierwszych planach. Przepraszam z góry za błędy i czasami mogą pojawić się braki ogonków w polskich znakach, bo nawala mi alt. W tym opowiadaniu postanowiłem zrezygnować z polskiego nazewnictwa ,,Drętwota" i pozostałem przy angielskim ,,Stupefy". Mam nadzieję, że nie będzie to przeszkadzać w czytaniu. Nie przedłużając:

ZAPRASZAM!


Rozdział 2


W najważniejszych chwilach nawet jeden błędny element może spieprzyć wszystko. Sytuacja z idealnej staje się opłakana i nie do uratowania. W takich sytuacjach przeważnie słyszy się jedno: Wszystko będzie dobrze. I to jest chyba najstarsze kłamstwo świata. Gdy jeden element upadnie, za nim upadnie następny. Tworzy się wielkie domino klęski, które jest niepowstrzymaną falą. Próbowaliście kiedyś zatrzymać falę?

oOo

Był wieczór akcji.
Harry skupił się tylko na tym, wyrzucając wszystkie inny myśli na dalszy plan. Było tylko to, co jest przed nim. W tym momencie nie był Harrym Potter, był aurorem. Nie było Ginny, nie było zaręczyn, nie było Cho, nie było nic. Zamknął oczy, pozwalając żeby pochłonęła go ciemność. Uspokoił oddech, czuł wibracje powietrza. Gdy je otworzył wszystko było inne. Nie było kolorów, była tylko czerń i biel.

Wstał z pnia, na którym siedział i spojrzał na ludzi stojących nieopodal. Była ich piątka, osobiście wybrana przez niego. Ronald Weasley, Any Tempest, Javier Wiliams, Daniel Colton i Ernest Revate, najstarszy auror z całej ekipy.

— Co on robi? - zapytała Any Rona, a ten spojrzał w stronę Harry'ego, który aktualnie wpatrywał się przed siebie.

— Nie mam pojęcia, ale często to robi. Chyba się wycisza, albo coś takiego - odpowiedział i zaczął bawić się magicznymi granatami ogłuszającymi. Wymyślone zostały trzy lata temu i nie często można było je wykorzystać i chyba były ostatecznością.

— Jak to nie wiesz? Jesteście przyjaciółmi, nigdy go o to nie pytałeś? - Zrobiła zdziwioną minę, a Ron wzruszył ramionami.

— Nie. On nie mówił, a ja nie pytałem. Po co miałbym pytać? Mamy robić swoje i robimy swoje, nie ważne jak się do tego przygotowujemy.

Ron spojrzał na Harry'ego. Nawet teraz mógł wyczuć, że on już jest gotowy do walki i na każdą inną ewentualność, bo ściągnął okulary. Już od prawie pięć lat nosił zerówki, bo nie przyzwyczaił się do ich nienoszenia, ale preferował mugolskie szkła kontaktowe. Jeśli chodzi o przygotowywanie się do jakiejkolwiek akcji, to już na kursach aurorskich zauważył, że robią to całkiem inaczej. Harry całkowicie ufa swojej mocy, a Ron sprzętowi. Granaty, czujki, strzałki, przeróżne gadżety i raz nawet wykorzystał łajnobomby. Harry wolał się wyciszyć, opanować i odepchnąć to, co zbędne. On by tak nie potrafił.

Teraz spojrzał na innych i jego uwagę przykuł Ernest Revate. Facet miał ponad czterdzieści lat, wiele blizn i nieco przypominał Moody'ego. Z tą różnicą, że nie był opryskliwy i wolał przyjazne nastawienie. Ale jeśli chodzi o wszystkich innych, to jemu można było zaufać, jeśli dojdzie do walki. Z pewnością jest najbardziej doświadczony i nawet Harry liczy się z jego zdaniem. W końcu pomagał przy planowaniu tej akcji.

Javier i Daniel mieli kilkuletnie doświadczenie, ale pracowali bardziej indywidualnie, i Ron miał już okazję z nimi pracować. Ciągle zastanawiało go, dlaczego Harry zdecydował się ich zabrać. Przecież ci dwaj nie respektują rozkazów, a na takiej akcji trzeba słuchać i wykonywać polecenia. Najmłodsza ze wszystkich była Any i to ona była w parze z Ernestem. Any powszechnie była uważana za najładniejszą aurorkę i była bardzo obiecująca. Prezentowała ponad przeciętne umiejętności.

— Hej, Harry - krzyknął za przyjacielem, a ten powoli odwrócił się w jego stronę. Jego wzrok wydawał się nieobecny, ale Ron zbyt często to u niego widział i wiedział, że tak powinno być. Any za to nieco się zlękła widząc zabójcze spojrzenie zielonych oczu. - Wszyscy jesteśmy gotowi, możemy zaczynać.

— Wydaje mi się - wtrącił nagle Javier - że to nie ty wydajesz rozkazy, Weasley.

— Ty też nie, więc się zamknij - warknął i przyczepił granaty do pasa. Harry już szedł w ich stronę.

— Nie kłóćcie się przed akcją - odezwał się Ernest, nieco ochrypłym głosem. - Wszyscy jesteśmy w jednej drużynie i musimy zrobić to, co trzeba. Zrozumcie, że to nie jest pierwsza lepsza robota.

— To znaczy? - zapytała Any.

— To znaczy, panno Tempest, że nie powinno cię tutaj być - wyszeptał. - Ale Potter się uparł. Twoje kwalifikacje nie upoważniają cię do wykonywania misji takiej rangi. Jesteś nowicjuszką i…

— I ja uznałem, że się nadaje - odezwał się Harry, który zbliżył się do nich bezszelestnie. Co było niezwykłym wyczynem, biorąc pod uwagę, że są w lesie, a ziemia jest pokryta gałęziami i liśćmi. - Wybrałem każdego z was, z konkretnego powodu. Nie jesteście tutaj przypadkiem, więc przestańcie gadać i chodźcie.

Nikt nie protestował i nawet Javier milczał. Zwykle był jednym z najbardziej pyskujących osób w biurze. Nawet Harry mu nie dorównywał, ale zielonooki był zdecydowanie bardziej wulgarny.

Szli przez las prawie dwadzieścia minut w zupełnym milczeniu. Nie mogli się teleportować na miejsce, ponieważ, jeśli nałożono tam zaklęcia, mogliby ich wykryć. Woleli wykorzystać element zaskoczenia zwłaszcza, że wchodzili na ich teren. Dodatkowym utrudnieniem było to, że nie wiedzieli, kogo się spodziewać. Harry uznał, że lepiej nie wysyłać nikogo na zwiad, a w takim domu nie może mieszkać tylko jedna osoba. Zwłaszcza, że jest osadzony na skraju lasu, nieco oddalony od miasta. Mugole takie miejsce nazywają nawiedzonymi, a dla nich jest teraz celem.

W końcu ich oczom ukazał się wielki dom, wielkością dorównujący temu w dworze Malfoyów, a ten jak powszechnie wiadomo, był siedzibą Voldemorta. Dodatkowo ponure, ciemne kolory nie zachęcały do wejścia, ale rozkaz to rozkaz.

— Kto z was zna się na łamaniu zaklęć ochronnych? - zapytał Harry, a Javier i Daniel wyszli do przodu, wyciągając różdżki. Harry uśmiechnął się nieco. - Tak myślałem.

— Nikt z nas nie jest tutaj przypadkiem, prawda? - rzucił Daniel i wziął się do roboty.

Trochę trwało zanim ta dwójka zidentyfikowała zaklęcia nałożone na cały teren i je usunęła tak, żeby mogli wejść niewykryci. Wszyscy przyglądali się ich pracy, a Harry wydawał się przysłuchiwać wyszeptywanym zaklęciom i ruchom różdżek, jakie wykonywali. Po przeszło dziesięciu minutach Javier kiwnął mu głową.

— Gotowe - dodał jeszcze i odetchnął.

— Świetnie, teraz kilka słów zanim zaczniemy. - Spojrzał na całą piątkę, zatrzymując wzrok na każdym z osobna. - Dzielimy się na dwójki, w razie potrzeby kontaktujemy się za pomocą uszu dalekiego zasięgu. - Tutaj zatrzymał spojrzenie na Any. - Nie wiem, czy miałaś je na kursach. George Weasley opatentował je w zeszłym roku, ściśnij je, a każdy z nas poczuje ciepło w kieszeni. Gwarantuje to dyskrecje.

— Wiem, rozmawialiśmy o tym w biurze. Dzięki nim można się również komunikować i wysyłać zaszyfrowane informacje.

— Masz rację. W razie możliwości postarajcie się być cicho. Szukamy wszystkiego, co może naprowadzić nas na trop Johny'ego Klattera. Jeśli spotkacie przeciwnika, załatwcie go cicho. Pamiętajcie też, że w budynku najprawdopodobniej znajduje się jego matka. Nie muszę wam chyba tłumaczyć, że nie może jej spaść włos z głowy? - Wszyscy potaknęli. - No, skoro wszystko jasne, dobieramy się w pary. Javier z Danielem, znacie się najlepiej. Ron z Ernestem. A ja z Any.

Ron wyglądał na nieco zaskoczonego. Chyba podejrzewał, że będzie w parze z Harrym, a Any z Ernestem, ale widocznie plan uległ zmianie, bo Ernest też wyglądał jakby słyszał całkowicie nowy i sprzeczny z celem rozkaz. Ale to Harry jest szefem i nie ma sensu się sprzeciwiać.

— Wchodzimy - powiedział mocno Harry, a Any, która wyglądała na wniebowziętą, poszła za nim posłusznie.

Harry i Any ruszyli zachód w poszukiwaniu bocznego wejścia. Javier i Daniel poszli w stronę klapy do piwnicy, a Ron i Ernest w kierunku głównego wejścia. Każdy z nich poruszał się cicho, wytłumiając kroki zaklęciem i rzucając na siebie zaklęcia kameleona.

oOo

Harry obserwował Any Tempest, najlepszą na kursach i najlepszą w zaklęciach. Słyszał, że nie było niczego, czego ona by nie potrafiła i zastanawiał się, czy to prawda, czy bezpodstawna plotka. Dziewczyna jak na swoją pierwszą poważną akcję, radziła sobie dobrze. Jej ruchy były szybkie i pewne, co w tym fachu się ceni. Harry pamiętał jak w czasie swojej pierwszej poważnej akcji nogi trzęsły mu się jak galareta, mimo że wcześniej odprawił swój zwyczajowy rytuał wyciszenia.

Nie minęła dłuższa chwila, a zauważył drzwi. Uśmiechnął się do siebie i zatrzymali się tuż przy nich.

— Otwórz je - polecił. Miał zamiar wydawać jej dzisiaj tyle poleceń, ile tylko może. Niewielu jest ludzi w dziale, na których mógł polegać w stu procentach, a ona wydawała się dobra. Musi tylko ją sprawdzić.

Oczywiście w dziale ufał wszystkim i wiedział, że w razie zagrożenia, każdy stanie po jego stronie, ale nie każdego wziąłby do pary na misję. A szuka właśnie takich osób.

Cofnął się nieco i spojrzał w górę, podczas, gdy Any otwierała drzwi. W oknach paliły się światła, co najmniej trzech pokoi, to znaczy, że mogą spodziewać się towarzystwa. Dom był ogromny i starczy miejsca, żeby trzy pary przeszły całe dwa piętra i nie spotkały się w ciągu pierwszych pięciu minut. Według planu on i Any biorą parter, Ron i Ernest piętro, a Javier i Daniel piwnicę. Na drugie piętro wejdą wszyscy, jeśli sytuacja pozwoli. Muszą tylko być cicho.

— Gotowe - powiedziała dziewczyna, gdy uporała się z zamkiem i zaklęciem osłonowym. Harry pogratulował jej w myślach i weszli do środka.

Natychmiast zauważyli pomieszczenie, przypominające kuchnie i chyba w rzeczywistości było kuchnią. Ale nieużywaną od wielu miesięcy. Na nieumytych garnkach i talerzach widać było potężną i cuchnącą pleść, a grzyb oblegał ściany. Harry powoli ruszył przed siebie, starając się nie wdychać odurzającej woni. Skierowali się w stronę wyjścia i weszli na długi korytarz, który wydawał się ciągnąć przez całą szerokość posiadłości. Był ciemny, bez żadnych kolorów. Wydawał się pusty i nie był oświetlany niczym. Jak ciemny, ciągnący się w nieskończoność tunel. Harry doznał dziwnego uczucia pustki.

— W środku chyba jest większa, niż na zdjęciach - odezwała się, za co zarobiła karcące spojrzenie i ucichła.

— Idziemy dalej - szepnął. Weszli do jednego z pokoi.

oOo

— Wiedziałeś, że Harry planuje wziąć ją do pary? - zapytał Ron Ernesta, gdy zatrzymali się pod drzwiami.

— Nie. Zaskoczył mnie. A co, pan Weasley jest zazdrosny? - Ron prychnął i skrzywił się.

— Nie, tylko zdziwiłem się. Zwykle jak coś postanowi to nie zmienia zdania, a mi mówił, że Any będzie w parze z tobą - odpowiedział.

— Wiesz, dziewczyna ma ładną buźkę. To mogło zakręcić mu w głowie.

— Co, do cholery? Harry taki nie jest. Jest zaręczony z moją siostrą - powiedział nieco wściekle, ale zaraz zamilkł, bo Ernest otworzył drzwi.

Przed ich oczami ukazał się widok, jakiego nie powinni zastać po wejściu frontowymi drzwiami. Przed nimi były schody prowadzące na górę. Po bokach nie było żadnych korytarzy, ani drzwi, przez które mogli przejść. Tylko schody.

— Coś jest nie tak - stwierdził oczywiste.

— To jak, Weasley? Chyba musimy skorzystać z takiego zaproszenia, prawda?

— Jasne.

Gdy weszli na piętro, znaleźli się na korytarzu. Okazało się, że dom, mimo ciemnych barw na zewnątrz, ma bardzo jasne kolory wewnątrz. Ściany były pomalowane na niebiesko, zielono, żółto, różowo i biało, i wyglądały tak, jakby ktoś po prostu wylewał na nie wiadra z farbą. Jedna wielka ,,abstrakcja". Drzwi również były kolorowe, ale wyglądały na starannie pomalowane, na czerwono, fioletowo i pomarańczowo.

Ron uznał, że wszystko tutaj jest dziwne, jakby ktoś w amoku zaczął rozlewać farby. Wyobrażał sobie wybuchy wściekłości namalowane na ścianach i drzwiach.

— Ktoś w ogóle nie ma gustu - powiedział z przekąsem Ernest. - Homenum Revelio - wypowiedział zaklęcie i ku ich zdziwieniu nikogo nie wykryło. Byli sami, żadnych oznak życia. Chyba, że zaklęcie nie przenika przez ściany.

— Coś jest nie tak - stwierdził Ron i ścisnął różdżkę. - Mam złe przeczucia.

oOo

Javier i Daniel bez żadnych problemów dostali się do piwnicy. Wystarczyło wysadzić drzwi cichym zaklęciem i przytłumić odgłos wybuchu. Nie byli amatorami, żeby otwierać drzwi głupimi zaklęciami i uważać na osłony. Jeśli ktoś o nich wie, to wie już, od kiedy przekroczyli bariery. Wysadzenie drzwi niczego nie zmieni.

— Hop! - krzyknął Javier zeskakując na dół i błyskawicznym zaklęciem rozpalił latarnie. - Skacz, Dan! - rzucił zachęcająco i machnął ręką - Zobacz, co tutaj jest!

— Nie drzyj ryja! - warknął już na dole i rozejrzał się. Widok rzeczywiście był ciekawy, bo ani trochę nie przypominał piwnicy. Sufit był o kilka metrów za wysoko, a rzeczy, które się tutaj znajdowały nie były rzeczami, które wrzuca się do piwnic takich domów. Oczekiwali przynajmniej sali tortur, a o trzymali regały, księgi, zegary, szafy, i serki popiersi, a na każdej maska z mimikami twarzy. A każda była inna.

— Nie przypomina ci to czegoś? - zapytał Javier, wchodząc w głąb. - Cholernie znajomy widok, co nie? Wydaje się, że…

— Już to widzieliśmy - dokończył za niego. - Ale kiedy, gdzie? Co to jest? Magia powiększająca? Jakaś zaawansowana.

— Walić, czy to magia, czy nie. Na serio wydaje ci się, że znajdziemy tutaj jakiekolwiek informacje o pieprzonym czarnoksiężniku? To wygląda na piwnicę kolekcjonera. Zegar, chyba jeszcze ze średniowiecza. Na tym łóżku mógł spać sam Merlin, a te książki to powinny się już rozpaść.

— Niczego nie dotykaj - uprzedził go, gdy ten wyciągał rękę, żeby dotknąć grzbietu jednej z nich.

— Niby, dlaczego?

— Ja wiem, co to jest. Uczyli mnie tego… Gdy jeszcze Moody żył. To… niesamowite. Nigdy nie myślałem, że…

— Przestań się zachwycać, do cholery! - warknął. - Gadaj, co to jest.

— To iluzja. To całe pomieszczenie to iluzja. Bardzo zaawansowana i niebezpieczna iluzja. Jeśli nas tutaj zamkną… Kurwa! Wracamy, musimy ich ostrzec! - wrzasnął i ruszył biegiem w stronę wyjścia, ale tego już nie było. Zniknęło, jakby nigdy go tam nie było. Rozpalone wcześniej latarnie przygasły, wszystko się przyciemniło, a gdy Daniel spojrzał za siebie nie ujrzał swojego partnera. Czując rosnące przerażenie przełknął ślinę i poczuł wielką gulę w gardle.

Wpadli w pułapkę jak amatorzy. I naprawdę mogą tutaj zginąć.

Wszyscy.

oOo

Mężczyzna w czarnej szacie i kapturze zakrywającym twarz siedział na fotelu w przyciemnionym pomieszczeniu. Spoglądał przez okno na las, zastanawiając się, co się dzieje na niższych piętrach. Czy jego mała niespodzianka się udała, czy aurorzy dopasowali elementy układanki i zaraz wyważą drzwi, a jego samego zabiją lub zaprowadzą prosto do azkabanu.

Nagle otworzyły się drzwi i do pomieszczenia wszedł mężczyzna o karłowatym wzroście.

— Szefie! - wrzasnął dziwnie piskliwym głosem, jakby chwilę temu wdychał hel. Zdziwiony przełknął ślinę, kaszlnął i zaczął ponownie, mając nadzieję się zreflektować. - Szefie - znowu odezwał się dziwnym głosem i chwycił się za gardło. Za chwilę zrozumiał, że to musi być efekt zaklęcia. - Szefie, wpadli w pułapkę! Jest ich szóstka!

— To dobre wieści - odpowiedział cicho, twardym głosem. Uśmiechnął się szaleńczo i zmrużył oczy, przyglądając się szalejącym koronom drzew. - Co teraz zrobisz, Harry Potterze? Powiedz mi, co kryje twoje serce. Czy poświęcisz przyjaciół i ruszysz za mną, czy uratujesz ich i na zawsze stracisz szansę złapania mnie? Zobaczymy, co zrobisz.

oOo

— Nic tu nie ma - powiedziała Any. - W szafkach nie ma żadnych dokumentów, są tylko znicze, zdjęcia jakichś pomieszczeń i… nie wiem, co to może być. Wygląda na jakiś rysunek.

Harry nawet nie spojrzał na nią, zapatrzony na wielki, pusty portret. Nie wiedział, dlaczego ale ta pusta, biała kartka wywoływała w nim setki emocji. Czuł gniew, nienawiść, wściekłość, miał ochotę wysadzić ten cały budynek, ale jednocześnie czuł żal, gorycz, smutek, a w oczach zbierały mu się łzy. Czuł również szczęście, radość, euforie, adrenalina przyspieszyła mu w żyłach i zaczął czuć rosnące podniecenie. Nie wiedział, co się dzieje i dlaczego to się dzieje. To przecież tylko pusty obraz, więc dlaczego ma wrażenie, że jest mu taki bliski? Dlaczego ma ochotę ściągnąć z siebie skórę i wyłupić oczy?

— Harry? - zapytała Any, podeszła do niego powoli i spojrzała na niego. - Ty… płaczesz?

— Co? - Spojrzał na nią i poczuł jak coś wypływa mu oczu. Szybko przetarł twarz rękawem i zszokowany, ostatni raz spojrzał na obraz. Chciał go zniszczyć, ale nie potrafił. Zacisnął zęby i spojrzał na dziewczynę. - Znalazłaś coś?

— Nie. Tylko ten rysunek - podała mu kartkę, a on zdębiał. - Myślisz, że on to narysował? Myślę, że to obraz, ale nie wiem, co przedstawia.

— Ja… nie wierzę - szepnął do siebie. - To niemożliwe.

— Słucham? Wiesz, co to jest? - spytała zainteresowana. - Dla mnie to tylko jakieś czarne kreski.

Dla niej to tylko kreski, ale dla niego to dokładny obraz. Obraz początków jego cierpień.

— To… komórka pod schodami - powiedział spokojnie i oddał jej rysunek. - Zabierz to, muszę to zbadać.

Natychmiast po tym wyszedł z tego pokoju, Miał wrażenie, że jeśli tutaj zostanie, to oszaleje. Tliło się w nim zbyt dużo emocji, dokładnie jak za czasów, kiedy był młodym dzieciakiem, tylko teraz są bardziej intensywne. Wtedy wystarczyło poklepanie po ramieniu, teraz nie wystarczy. Zastanawiało go, czy Johny zrobił to specjalnie. Czy wiedział, że tutaj przyjdą i przyszykował te pokoje?

Na korytarzu postanowił wejść do innego pokoju. Otworzył go i natychmiast poczuł kłujący nozdrza zapach, którego nie rozpoznał. Rozejrzał się na boki i znieruchomiał. Miał wrażenie, że nogi się pod nim ugną i nie wiedział, co się dzieje. Na każdej ścianie, w każdym możliwym miejscu wisiały wycinki z gazet i zdjęcia. Przedstawiały jego, Dumbledore'a i Voldemorta. Każdego horkruksa, Rona, Hermionę. Jego ojca, matkę, Syriusza, Remusa, Glizdogona, śmierciożerców. Ginny i Cho i jego samego w objęciach obu kobiet. Jakby ktoś sfotografował wszystkie lata jego życia i zdjęcia umieścił właśnie tutaj. Wyszedł przerażony i zatrzymał się na korytarzu. Drzwi zamknęły się same.

— Harry? - usłyszał pytanie i spojrzał na Any. - Czy coś się stało? Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha.

— Ja… nie wiem… jak się stąd wydostać - wyszeptał i spojrzał w stronę kuchni, przez którą tutaj weszli. Nie było drzwi, zniknęły. - Co, do…?! - Nie dokończył, bo rozejrzał się na boki i wszystkie drzwi zaczęły znikać. Nie było żadnych, był tylko pusty korytarz, który nagle przemienił się w ten Hogwarcki. Nie wierzył własnym oczom.

— Co się dzieje? - zapytała wystraszona i wpadła plecami na Pottera.

— To… pokaz. Johny pokazuje nam, że jesteśmy niczym. Że to on ma władzę, nie my.

— Ale… jesteśmy w Hogwarcie?!

— Nie. To iluzja - odpowiedział cicho. - On się nami bawi. Bawi się mną.

I w tym momencie Harry zrozumiał. Wszystko, co ujrzał było nim. Ten obraz w pewien sposób przedstawiał jego. Był zlepkiem jego tłumionych uczuć, obraz był największym strachem, a pokój przedstawiał wojnę i sławę, której nienawidził. Tunel oznacza jego samego. Ciągnąca się pustka jego serca, brak wyjścia i brak wejścia. Pułapka, którą sam stworzył.

— Pieprzony Johny - warknął. - Daję słowo, że cię zajebie, gdy się spotkamy.

oOo

Ron szedł powoli przed siebie, czując zapach spalenizny i słysząc cichą muzykę, którą skądś kojarzył. Ale nie pamiętał. Ernest szedł tuż za nim, przyglądając się otoczeniu i z różdżką w gotowości. Chyba jego wieloletnie doświadczenie podpowiadało mu, że zagrożenie może nadejść z każdej strony. Ale jeszcze nie wiedział, że sam wszedł w paszczę lwa.

Gdy muzyka stała się głośniejsza i bardziej wyraźna, Ron poznał ją natychmiast. To była ich piosenka - jego i Hermiony. To właśnie przy tej piosence tańczyli na balu, kilka tygodni po bitwie o Hogwart i przy tej muzyce po raz pierwszy się kochali. Dlaczego teraz ją słyszy? Czy to tylko złudzenie, czy to rzeczywiste? Po zdezorientowanej minie Ernesta domyślił się, że to leci naprawdę.

— Padnij! - wrzasnął nagle Ernest, a Ron odruchowo padł na podłogę, celując jednocześnie przed siebie, a zaraz na bok, ale nie widział żadnego zagrożenia. Mimo to Ernest nadal leżał i gestem nakazał milczenie. Postanowił mu zaufać i milczeć. I wtedy Ron zobaczył czarną jak smoła postać wychodzącą z jednej ściany i zatapiając się w innej. Stało się to tak szybko, że prawie tego nie zauważył, a gdy postać wynurzyła się po raz kolejny, Revate krzyknął: - Stupefy! - Zaklęcie ogłuszające niczym najszybsza strzała wystrzeliło w stronę ciemnej postaci.

Ron obserwował jak postać odbija zaklęcie i znika w ścianie, a Ernest wstaje. Ron też zerwał się na nogi.

— Plecami! - krzyknął i stanęli za sobą, pilnując dwóch stron korytarza.

— Co to jest? - zapytał starszy, ale Ron nie znał odpowiedzi na to pytanie. Pierwszy raz spotyka się z czymś takim.

— Nie wiem, ale… - Zjawa wyszła ze ściany. - Riddikulus! - wrzasnął, ale zaklęcie nic nie dało, za to sam musiał uniknąć niebieskiego promienia. - To nie bogin - stwierdził.

Stupefy! - wrzasnął nagle Ernest.
Protego! - krzyknął Ron, a czerwony promień wystrzelony znikąd rozbił się na jego tarczy.
Petrificus totalum!
Stupefy!
Incarterous!
Protego!

Zaklęcia cięły powietrze, wypowiadane na przemian przez Rona i Ernesta. Czarna postać zdawała się błyskawicznie przemieszczać między jednym końcem korytarza, a drugim, i zażarcie atakowała. Dwójka aurorów odpowiadała zaklęciami ofensywnymi, ale przeciwnik nie dał się trafić nawet mimo nawału zaklęć.

Expeliarmus! - warknęła postać zniekształconym głosem, a różdżka Ernesta wypadła mu z dłoni. Ron zareagował natychmiast, wyrywając dwa granaty i rzucił je w dwie strony korytarza.

Stupefy! - krzyknął, zanim postać zniknęła, ale to nie ona była celem. Celował w granat i trafił. Ogłuszająca fala uderzyła w korytarz i Ron na krótki moment stracił zdolność słuchu. Drugi granat upadł na podłogę po drugiej stronie, ale nie wybuchł. Postać pewnie pomyślała, że to niewypał i pojawiła się tuż obok rzuconej broni. Nie mogła się bardziej Mylić.

Depulso! - wrzasnął Ron. - Protego!

W następnej chwili w korytarzu nastąpił wybuch, który rozerwał jedną ze ścian i potężny kawał podłogi. Wszystko wokół Rona i Ernesta zostało trafione odłamkami desek i części granatu. Weasley opuścił tarczę i spojrzał na towarzysza. Przywołał jego różdżkę i wręczył mu ją.

— Zabiłeś to? - zapytał zdziwiony.

— Nie wiem, ale mam nadzieję, że już się nie podniesie - powiedział i ruszyli w stronę leżącego ciała. Nie widzieli krwi, to znaczyło, że napastnik żyje, ale to, co zobaczyli zmroziło im krew w żyłach.

— To… Potter - szepnął w niedowierzaniu Ernest Revate. - Ale to nie może być on, prawda?

Ron przerażony wpatrywał się w nieruchome ciało przyjaciela. Wiedział, że to nie Harry - czuł to. Ale jak to możliwe?

Nagle na twarzy leżącego Pottera pojawił szeroki od ucha do ucha uśmiech. I nie był to ten miły uśmiech, a ten szaleńczy i wrogi. Uniósł głowę i spojrzał na rudzielca.

— Zawsze chciałeś to zrobić - przemówił głosem Harry'ego. - Zawsze tego chciałeś. Widzę twoją zazdrość, Ron. Wiele razy wyobrażałeś sobie tą scenę, prawda?

— Zamknij się! - wrzasnął.

— Tak, prawda boli. Przyznaj się do tego, boisz się zostać w tyle. Zawsze byłeś za mną, pode mną.

— Zabiję cię! - zagroził, celując różdżką.

— Proszę bardzo, zrób to. Zazdrościsz mi, nienawidzisz mnie, ale boisz się tego przyznać nawet przed samym sobą, Jesteś zdr…

Avada Kedavra!

Zielone zaklęcie rozbłysło w korytarzu, który całkowicie zmienił swój wygląd. Postać, gdy tylko zaklęcie w nią uderzyło, zmieniła się w pył i rozwiała. Teraz Ron i Ernest stali w wielkim, szerokim korytarzu, któremu najbliżej było do korytarzu w bardzo bogatym domu. Żyrandole wisiały na sufitach, najpiękniejsze obrazy widniały na ścianach, a pod ich stopami rozciągał się czerwony dywan.

Ron zrozumiał. To wszystko to on. To przedstawia jego. Jego uczucia, później zazdrość, a później zmuszono go do rzucenia tego zaklęcia. W efekcie znalazł się tam, gdzie zawsze chciał się znaleźć. A raczej kiedyś chciał. Najdroższe i najlepsze salony, tylko dla bogaczy. Wiedział, że taki jest i nienawidził się za to. Zazdrościł Harry'emu, ale to się skończyło już dawno temu. Teraz nie miał, czego mu zazdrościć. Obaj mieli swoje życia, więc dlaczego to musiało wrócić?! Dlaczego te wszystkie uczucia odżyły?!

— Szlag - szepnął i zacisnął dłoń na różdżce. Po raz pierwszy od dawna czuł się słaby i bezsilny. Rosła w nim wściekłość.

— To iluzja - odezwał się nagle Ernest i rozejrzał. - Iluzja stworzona przez ciebie.

Ron nie odpowiedział, tylko wbił spojrzenie przez siebie. Nie mogą tak stać. Z iluzji można się wyrwać niszcząc to, co ją tworzy. W tym przypadku musieli znaleźć jego największe pragnienie.

— Tak - powiedział, rozumiejąc całkowicie. - Chodźmy.

oOo

Mężczyzna stał przez oknem i śmiał się w duchu. Wyobrażał sobie, co tam musi się dziać. Ich największe lęki, najgłębiej skrywane uczucia. Wszystko wyjdzie na wierzch, a oni zostaną uwięzieni. Zastanawiał się, co się teraz wydarzy, co się stanie i czy podołają wyzwaniu.

— Panie! - rozległ się piskliwy głos karłowatego mężczyzny. - Wszyscy wiedzą. Już wiedzą, że są w iluzji i wszyscy szukają centrum.

— Wiem - odpowiedział cicho. - Wiem to doskonale. Śledź ich. Chcę wiedzieć, jak im idzie. Czy uda im się wygrać, czy pochłonie ich szaleństwo.

— Tak, panie - odpowiedział i wybiegł.

— A ty, co zrobisz, Ronaldzie Weasley? Powstrzymasz się, czy oprzesz pokusie? Czy sięgniesz po to, czego pragniesz, czy pozostaniesz wierny? Pokaż mi swoje serce i pragnienia. Chcę je zobaczyć.

oOo

Javier szedł między maskami i rozglądał się za Danielem. Ostatni raz widział go, gdy ten krzyczał coś o iluzji i nie wiedział dokładnie ile czasu minęło. Godzina? Dwie? A może więcej, albo mniej? Wiedział tylko, że to, co tutaj jest, to jego umysł. Te wszystkie maski to on i każdą kiedyś dobrał, próbując dostosować się do sytuacji.

A przez kogo musiał się dostosować? Przez takich jak on! Przez takich jak Potter! Pieprzone sławne dzieciaki! Z miłą chęcią rozerwałby ich wszystkich na strzępy.

Więc dlaczego tego nie zrobisz? - zapytał cichy głos w jego głowie, a on zastanowił się nad tym. Jest w iluzji i jeśli będzie chciał, może stworzyć wizję pojedynku z Potterem. Mógłby go zniszczyć i pokazać, że tacy jak on nie są tacy wielcy jak się wydają. Że też krwawią i są ludźmi, którzy mogą umrzeć. Pieprzeni bogacze - warknął w myślach.

Nagle coś zamgliło jego umysł, pozostawiając jedną myśl i pragnienie.

Zabić Harry'ego Pottera. Tacy jak on, którzy niszczą innych powinni zostać zniszczeni. Nie zasługują na życie, a na śmierć z mojej ręki. Zabiję go.
Zabiję Harry'ego Pottera!

Daniel szedł przez korytarz masek, gdy nagle zamajaczyła mu znajoma postać. Od razu rozpoznał swojego kompana Javiera. Spędził z nim całe życie, razem przeszli kurs aurorski i razem rozwiązali dziesiątki spraw. Byli prawie jak bracia, nie mógł go nie rozpoznać.

— Hej, Javier! - krzyknął, machając ręką.

Ten spojrzał w jego stronę i ostatnim, co ujrzał Daniel, był błysk zielonego światła i dwa pełne nienawiści słowa - Harry Potter.

C.D.N


Dzięki za przeczytanie!