-Pani porucznik, czy nie poszłaby pani ze mną do mnie dziś po pracy

-Pani porucznik, czy nie poszłaby pani ze mną do mnie dziś po pracy? – zapytał Roy. Riza zdziwiła się. Pułkownik jeszcze nigdy jej nie zaprosił do siebie. Tym bardziej była ciekawa przyczyny, więc się zgodziła.

-Ach tak… i chyba powinienem zawiązać ci oczy – dodał Roy z żartobliwym uśmiechem. – Wiesz, mam dla ciebie taką małą niespodziankę… taką tyci-tyci, taką jak Ed…

Nie mogła nie zauważyć, że nagle zaczął się do niej zwracać per ty. Nie, żeby miała coś przeciwko. Absolutnie. No i to wzbudziło w niej jeszcze większą ciekawość, więc się zgodziła.

Prowadził ją całą drogę. Czuła się nieco niepewnie, gdy nie mogła polegać na swoim wzroku. Odbierała wszystko słuchem… i dotykiem. Czuła dotyk ciepłej, pokrytej bliznami ręki Roya i marzyła, żeby trzymać ją do końca życia…

Szczęk klucza w zamku i została delikatnie pociągnięta do mieszkania. Roy poprowadził ją jeszcze kawałek, lekko obrócił jej głowę i zdjął przepaskę z jej oczu.

-Ojej… - westchnęła z podziwem na widok akwareli.

-Podoba ci się? – zapytał Roy.
-Bardzo… sam to malowałeś?

-Wszystko, co znajdziesz w tym domu – tu Roy zatoczył ręką duże koło – to moje dzieła. Chcesz się rozejrzeć?

-Oczywiście!

-To proszę bardzo. Aha, i wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.

-Dziękuję. A co oprócz mnie malowałeś?

-Oprócz ciebie? Nic. Riza – nagle chwycił obie jej dłonie – Riza, ja cię kocham.

Riza znieruchomiała.

-C…co?

-Kocham cię. Czuję to już długo… i dlatego cię tu wziąłem. Chciałem, żebyś to zobaczyła… żebyś zobaczyła, że cię kocham.

-Roy… - szepnęła Riza – Roy, ja też cię kocham…

-Bardzo się cieszę – uśmiechnął się Roy i ją pocałował. Riza mocno go objęła.

-Kiedyś musisz przyjść do mnie i zobaczyć moje dzieła – powiedziała.