Rozdział drugi: Tournament
Nadszedł listopad. Pogoda stała się mroźniejsza, ale Słońce nie dawało jeszcze za wygraną i od czasu do czasu przygrzewało nie pozwalając na zbyt wczesne rozpoczęcie zimy. Ludzie odpowiedzialni za przygotowania do turnieju pracowali pełną parą. Dla zjeżdżających się specjalnych gości oraz uczestników przygotowano kwatery w Hogwardzie, który będąc szkołą magiczną mógł zapewnić wystarczają ilość pokoi. Dla pozostałych widzów, którzy mieli przybyć, zapewniono duże pole namiotowe.
Harry obserwował stawienie ogromnego namiotu, gdzie miały odbyć się rozgrywki grupowe. Już z zewnątrz konstrukcja robiła wrażenie, a w środku przestrzeń miała być dziesięciokrotnie zwiększona, aby znaleźć miejsce na cztery podesty, na których miały odbywać się walki. Cześć grupowa turnieju, chociaż rejestrowana dla programu WizardSports magicznego odpowiednika EuroSports, nie była dostępna dla osób postronnych. Każdy uczestnik zawodów, dostawał pięć przepustek, którymi mógł obdarować wybrane przez siebie osoby. Harry nie miał problemu komu je dać dzięki czemu, kiedy przyjdzie czas mógł liczyć na doping Hermiony, Daphne (choć z jej strony trudno mu było sobie wyobrazić ją wyobrazić w roli głośnej agitatorki), Rose, Syriusza oraz Remusa. Jego mama jako współorganizatorka turnieju ze strony Hogwardu nie potrzebowała przepustki.
Zawody miły rozpocząć się już jutro, dlatego Harry zdecydował się nie tracić więcej czasu na gapienie się i solidnie odpocząć przed czekającymi go walkami. Znając od kilku dni imiona swoich przeciwników, wiedział, że przynajmniej dwójka z nich mogła stanowić dla niego wyzwanie. Zresztą nie na darmo jego grupę nazywano jedną z trzech grup śmierci. Dwoje z jego przeciwników miało na swoim koncie sukcesy w innych turniejach, a jeden choć nie znany, zakwalifikował się z Korean Academy powszechnie znanej ze świetnej edukacji w pojedynkach. Innymi słowy dostanie się do finałów nie będzie dla niego formalnością.
W zupełnie innej sytuacji znajdował się jego brat oraz Ron. Jakimś zbiegiem okoliczności, który Harry nazywał interwencją sił wyższych znaczy się połączonych sił Dumbledora, Jamesa Pottera i Ministerstwa Magii, obydwaj hogwardscy czempioni trafili do w miarę prostych grup. Zapewne, aby zapewnić w ścisłym finale obecność przedstawicieli jednej z najlepszych szkół w świecie, jak lubił mianować Hogward jej dyrektor. Zresztą ich ingerencja nie była aż tak niestosowna zważywszy na fakt, iż sami organizatorzy dbali, aby najwięksi faworycie nie spotkali się przypadkiem w fazie grupowej. Mniej szczęścia miał Draco, któremu pieniądze i wpływy jego ojca zapewniły średnio wymagającą grupę. Jakby nie było, Harry wiedział, że wpływ osób postronnych sięgał tylko dotąd. Od teraz wszystko spoczywało w rękach samych uczestników.
Pierwszym przeciwnikiem Harrego był niemiecki czarodziej, uczeń Durmstrangu – Dieter Eckhard. Z informacji jakie zdołał o nim zdobyć, wynikało, że powszechnie uważano go za drugiego Victora Kruma, zarówno po względem umiejętności na miotle, jak i talentu do pojedynków. Walka miała odbyć się dopiero za półgodzinny, dlatego Harry przyglądał się innym uczestnikom. W szczególności jego uwagę przykuła blond piękność, która szła w jego stronę. Fleur Delacour, jedna z trzech uczestników Turnieju Trójmagicznego, który odbył się w Hogwardzie dwa lata temu.
- Witaj 'Arry – powiedziała z wyraźnym francuskim akcentem. – Bardzo się zdziwiłam widząc twoje imię wśród uczestników.
- Naprawdę? Czyżbyś obawiała się mojej odporności na urok Veela? – posłał jej swój półuśmiech.
- Nie. Większość tu obecnych jest w stanie go zwalczyć, inaczej Veela panowałyby niepodzielnie we wszystkich turniejach – wyjaśniła. – Po prostu nie wyobrażał sobie ciebie jako osoby, która brałaby w tym udział.
- Co mogę powiedzieć. Zmieniłem się.
- Widzę. Pytanie tylko czy na lepsze? – jeżeli Harry mógł coś powiedzieć na pewno o swoim wcześniejszym ja, to to, że jak na mruczka i ponuraka potrafił przyciągać do sobie same piękne kobiety. Fleur nie była wyjątkiem. Poznali się przypadkiem, kiedy młoda Francuska zmęczona uganiającymi się za nią chłopakami ukryła się w jednej z opuszczonych klas. Kiedy sądziła, że będzie mogła tam odpocząć do środka wszedł młody chłopak. Fleur sądząc, że to kolejny amant amator miała zamiar go okrzyczeć i wyrzucić, kiedy czarodziej zamiast do niej podejść usiadł na jednym z krzeseł i zaczął gapić się w ścianę. Czynność ta wydawała się tak bezsensowna i pozbawiona celu, że Fleur długo zastanawiała się o co może mu chodzić. Może chce ją wziąć na przeczekanie, aż sama zapyta co robi? Francuzka nie miała zamiaru pozwolić jakiemuś dzieciakowi, bo oceniła, że chłopak był od niej młodszy o jakieś trzy lata, manipulować jej osobą. Dlatego zdecydowała się użyć na nim pełnej siły swojego uroku Veela. Jakie było jej zdziwienie, kiedy chłopak nawet nie drgnął i dalej gapił się w ścianę. „Idiota – pomyślała – ale co taki robił by w szkole dla czarodziei?" W końcu nie wytrzymała i zadała mu pytanie.
- Co robisz?
- Czekam – Fleur miała zamiar zapytać na co, ale jej duma na to nie pozwoliła. Zamiast tego przyjęła inną taktykę. – Zbliża się Yule Ball. Masz już z kim iść?
- Nie – padła prosta odpowiedź. Fleur podjęła decyzje. Jeżeli ma dokonać wyboru między śliniącym się na jej widok chłopakiem, a nieuprzejmym mruczkiem, to woli tego drugiego.
- Zostałbyś moim parterem? – przełamała się w końcu. Nie było jej łatwo pogodzić się z faktem, że to ona zapraszała, a nie ją zapraszano.
- Jeżeli takie jest twoje życzenie – Harry nie oderwał wzroku od ściany.
O dziwo bal udał się lepiej niż Fleur się spodziewała. Harry choć dalej milczący zachowywał się jak prawdziwy dżentelmen i dbał o nią na każdym kroku. Okazał się także niezłym tancerzem. A ciekawą rozmowę zapewniła jego matka będąca jedną z nauczycielek w szkole, która z widocznym zdziwieniem i radością zobaczyła jej syna na balu i to w towarzystwie tak pięknej partnerki.
W późniejszej części roku Harry okazał się równie pomocny. Z jego pomocą rozwikłała zagadkę wskazówki do drugiego zadania oraz przygotowała się do trzeciego. Ostatecznie skończyła na trzecim miejscu, ale różnice punktowe nie były zbyt duże i walka pozostawała nie rozstrzygnięta do samego końca. To wystarczyło Fleur.
- Hmm – zastanowił się Harry przyglądając się toczonej obok walce. Jeszcze jedna i jego kolej. – Teraz mógłby zapewnić ci inteligentną konwersację na Yule Ballu zamiast pozostawić, to w gestii mojej mamy.
- Inteligentną mówisz? Zobaczymy – przyjrzała mu się uważnie. Doszły ją słychy o zmianach w zachowaniu Harrego, ale chciała zobaczyć to na własne oczy. Na razie oceniała je na lepsze.
- Co tam słychać w sprawie Billa? – zmienił temat wspominając aktualnego chłopaka Fleur.
- Waham się – odpowiedziała szczerze. Już w czasie Turnieju Trójmagicznego odkryła w Harrym doskonałego powiernika i całkiem niezłego doradcę w jej sprawach sercowych. Jego chłody i bez emocjonalny osąd był tym czego czasem potrzebowała. – Williamowi marzy się dom, taki jak jego rodzinny z żoną zajmującą się dziećmi i ojcem pracującym na ich utrzymanie. Ja nie jestem kobietą, której taki układ by pasował. Chcę mieć własną karierę, a obowiązkami rodzinnymi dzielić się z równoważnym parterem.
- Daj mu szansę – doradził po chwili Harry. – Może jeszcze z tego wyrośnie. Zwłaszcza jak kocha. A jak będzie za bardzo uparty i nie zgodzi się na kompromisy, to go rzuć. Albo zmądrzeje i wróci, albo znajdziesz sobie lepszego.
- Może masz rację – zastanawiała się Fleur stwierdzając, że Harry nie stracił nic ze swojego logicznego oglądu sytuacji.
- W ostateczności mogę cię przyjąć do mojego haremu – puścił do niej oko. Nim zdążyła zareagować, usłyszała chłodny, kobiecy głos.
- No ładnie Potter – powiedziała dziewczyna z platynowymi włosami. Obok niej stała nieśmiale druga, w której Fleur rozpoznała partnerkę Kruma na Yule Ballu. – Wydało się co o nas tak naprawdę sądzisz. Jesteśmy twoim haremem?
- Ależ oczywiście, że tak nie uważam. Jesteście moimi przyjaciółkami. Jak możecie sądzić inaczej? – udał oburzenie Harry. – Mówiłem o haremie składającym się z Veela, który zakładamy z Syriuszem, kiedy będę pełnoletni. Ale jeżeli bardzo chcesz, to na pewno znajdziemy tam dla ciebie miejsce Daphne.
- Chyba będę musiała poważnie porozmawiać z twoim ojcem chrzestnym – do rozmowy włączyła się Lily, która przechodziła właśnie sprawdzając czy nie ma żadnych kłopotów z organizacją.
- Ze mną? – zdziwił się Syriusz, który razem z Remusem i Rose w końcu pojawili się, aby oglądać pojedynki Harrego. – Przecież on też brał w planowaniu tego przedsięwzięcia. Jest tak samo winny.
- Ale ja przez ostatnie szesnaście lat byłem niewinną duszą, której nawet przez myśli coś takiego nie przeszło – wyjaśnił mu Harry z uśmiecham na ustach. – To oczywiste, że to twój korumpujący wpływ sprawił, że zacząłem już na to odkładać pieniądze.
- I niby ile czasu masz zamiar wykorzystywać to marne i naciągane wyjaśnienie? – Syriusz spojrzał na niego podejrzliwie.
- Przecież to oczywiste – pokiwał głową Harry. – Kolejne szesnaście lat.
Dalszą rozmowa przerwana została przez wezwania Harrego na podest.
- Moja kolej – powiedział odchodząc. Jego przeciwnik już na niego czekał. Bez zbędnych ceregieli wymienili ukłony i oczekiwali na sygnał. Kiedy ten się rozległ, obydwaj natychmiast przystąpili do wymiany czarów. Dieter nie był znany z jakieś przebiegłej taktyki, albo specjalnych umiejętności. Polegał raczej na brutalnej sile bojowych zaklęć i szybkości ich rzucania. Normalnie to mu wystarczało, zwłaszcza kiedy zdołał zdominować pod tym względem przeciwnika. Na jego pech Harry nie dał się zdominować, a po chwili sam zaczął górować nad niemieckim czarodziejem. Zaskoczony Dieter nie zdążył nawet przemyśleć zmiany taktyki, kiedy jego obrona została przełamana i po oberwaniu kilkoma czarami wyleciał z podestu.
- Zwycięzcą zostaje Harry Potter – ogłosił sędzia.
- Świetnie Harry – ucieszył się Syriusz. – Jeszcze dwoje i jesteś w ścisłym finale.
Kolejna walka Harrego odbyła się jeszcze tego samego dnia. Tym razem przyszło mu się zmierzyć z niską Azjatką przywodzącą mu na myśl Su Li jedną z uczennic z Hogwardu. Myung Sang była Koreanką, absolwentką słynnej na cały świat Korean Academy for the Magically Elite uznawanej za najlepszą szkołę magii praktycznej, która posiadała również rozbudowy program nauki pojedynków magicznych. Z tego właśnie powodu każdy uczeń i absolwent tej szkoły dołączany był automatycznie do listy faworytów każdego turnieju pojedynków magicznych. Nie inaczej było z Myung i Harry wiedział, że aby z nią wygrać musi być cały czas na baczności.
Jego wywiad nie zdobył o niej zbyt wiele informacji. Specjalizowała się w magii elementarnej, ale w innych dziedzinach radziła sobie równie dobrze. Do tej pory nie brała udziału w turniejach, a jej udział był wynikiem nieoczekiwanego wygrania szkolnych eliminacji. Panna Sang przebojem pokonała niczego niespodziewających się przeciwników, którzy nie widzieli w niej zagrożenia. Harry miał zamiar uczyć się na ich błędach.
Sędzia dał im znać, aby się zbliżyli i wykonali formalne ukłony. Przeciwnicy zmierzyli się wzrokiem i udali do przeciwległych rogów. Po sygnale do rozpoczęcia walki Harry zdecydował się na natychmiastowy atak. Trzy szybkie klątwy poleciały w stronę młodej Azjatki, która szybkim ruchem różdżki utworzyła przed sobą lodową ścianę. Czary uderzyły w przeszkodę lekko ją tylko naruszając. Nagle Harry poczuł, że robi się wokół niego nienaturalnie gorąco. Nim zdążył zareagować, powietrze zajarzyło się i buchnęło ogniem w jego stronę. Szybkim odskokiem zdołał uniknąć zapalenia, ale i tak rękaw od jego płaszcza zajął się ogniem. Gasząc go musiał unikać serii zaklęć, która w jego stronę posłała Myung. Harry był w kompletnej defensywie.
Kiedy w końcu udało mu się ugasić rękaw, na nowo przemyślał sytuację. A przynajmniej próbował bo nagłe pojawienie się koło niego mini trąby powietrznej próbującej zrzucić go z podestu skutecznie mu w tym przeszkadzało. W końcu Harry zadecydował, że to dobra okazja na wyciągnięcie jego pierwszego asa z rękawa. Unikając lecących w jego kierunku czarów, skoncentrował się na powietrzu otaczającym Myung Sang. Zadowolony z efektu odczekał chwilę na przerwę w ataku Azjatki po czym przystąpił do kontrataku. Jak poprzednio wykonała ona przed sobą lodową ścianę. Harry od razu ruszył, aby ją ominąć i ponowić zaatakować od flanki. Kiedy Myung odwróciła się w jego stronę, poślizgnęła się na czymś śliskim na podeście. Upadając zdążyła zauważyć, że był to tafla lodu znajdującą się zaraz pod nią. Nie zdążyła już nic więcej zobaczyć, ponieważ trafiły ją Stunner rzucony przez Harrego i straciła przytomność.
Kiedy ponownie ją odzyskała po pomocy sędziego podeszła do schodzącego właśnie z podestu Harrego.
- Jesteś naturalnym Elementalem – bardziej stwierdziła niż zapytała. Jej angielski był prawie idealny.
- Mam kontrolę nad wodą, ale nigdy nie miałem okazji jej rozwinąć – potwierdził Harry. – Skroplenie jej z powietrza, to szczyt moich możliwości. Twoje zaklęcie ją zamroziło.
- Gdybyś szukał pomocy w rozwijaniu tego talentu możesz się zgłosić do mnie. Chętnie ci pomogę – zaproponowała po czym udała się w swoją stronę.
Trzecia i ostatnia walka odbyła się następnego dnia. Zarówno Harry, jak i jego przeciwnik wygrali oba wcześniejsze pojedynki. Ten miał być decydujący. Ulloriaq Ujarak Indianin, czy jak też woleli niektórzy Rodowity Amerykanin, był absolwentem Salem Academy, szkoły znanej i poważnej, ale nie aż tak jak MIM. Ullo, jak nazywali go przyjaciele, specjalizował się w magii swoich przodków, związanej z kontaktem z duchami. Jego umiejętność przywołania istot składających się z ektoplazmy, potrafiła skutecznie napsuć krwi przeciwnikom, którzy nie znali sposobów na radzenie sobie z duchami. Na szczęście dla Harrego, nie miał on takich problemów.
Na samym początku pojedynku Ullo nie zdecydował się jednak na przyzwanie swoich przyjaciół z zaświatów. Próbował pokonać Harrego w normalnej walce, ale szybko zorientował się, że bez pomocy swoich talentów nie ma z nim szans. Wykorzystując chwilową przerwę w wymianie czarów, zebrał siły i wezwał do pomocy jednego z duchów, z którymi miał kontakt. Chwilę potem z dymu wyłaniającego się z różdżki, uformowała się przeźroczysta postać indiańskiego wojownika, który natychmiast rzucił się z bojowym okrzykiem na Harrego.
Duchy w zależności od swojego wieku oraz jak bardzo potężnymi były czarodziejami, mogły w różnym stopniu ingerować w świat materialny. Od wywołania gęsiej skórki na plecach do podnoszenia sporych przedmiotów. Zazwyczaj jednak unikały kontaktu ze śmiertelnikami i nie miały potrzeby do jakiejkolwiek interakcji z sferą cielesną. Dużo bardziej kłopotliwe były poltergeisty, nie będące duchem osoby, ale duchem uosabiającym emocje towarzyszące danemu miejscu. Dlatego postawał tylko tam, gdzie przewijało się bardzo dużo osób. Jak na przykład szkoła.
To właśnie Hogwardzki poltergeist Peeves był motywatorem dla Harrego do nauki czarów przeciwko duchom. Zmęczony ciągłymi dowcipami ducha i suszeniem ubrania po kolejnym ataku balonami wypełnionymi wodą, młody czarodziej postanowił dać mu nauczkę. Robiąc z długiej historii krótką wystarczy powiedzieć, że Harry stał się drugą po Krwawym Baronie osobą, której Peeves się absolutnie słuchał.
Wykorzystując nabytą wtedy wiedzę dwoma szybkimi zaklęciami najpierw unieruchomił ducha a potem odesłał w zaświaty. Zaskoczony Ulle wywołał jeszcze kilku towarzyszy, ale każdego z nich prędzej niż później spotkał ten sam los, a Harry nie pozwolił im się zdekoncentrować na tyle, aby Indianin mógł skutecznie go zaatakować. Zmęczony brakiem jednoznacznego rozstrzygnięcia młody Potter zdecydował się na zignorowanie kolejnego przywołanego ducha i przystąpił do zmasowanego ataku na Ulle, zakładając, że przyzwanie takiej ilości przybyszy z zaświatów musiało go znacznie osłabić.
Duchy z natury dzieliły się na dwa typy. Przebywające normalnie w świecie materialnym oraz przebywające stale w zaświatach. Obydwa typy mogły też podróżować między planami czekając aż dane im będzie przejść Dalej. Co najprawdopodobniej oznaczało Niebo, ale duchów, które tam wyruszyły nie dawało się przyzwać i zweryfikować tej tezy. Zależnie od tego co było naturalną sferą dla ducha, więcej problemu sprawiało czarodziejom ich przyzwanie do tego świata lub też odesłanie. Jako, że wszystkie duchy pomagające Ullemu pochodziły z zaświatów, ponieważ tylko takie mogły mu towarzyszyć, nie będąc przywiązanymi do miejsca, w którym mieszkały, każde jego wezwanie kosztowało go dużo więcej siły niż odesłanie wykonane przez Harrego. I to okazało się jego zgubą. Indianin w końcu ugiął się pod naporem czarów i został gwałtownie wyrzucony poza podest. Przypuszczenia Harrego okazały się słuszne i czarodziejowi zabrakło sił.
- Brawo Harry! Jesteś w finale – uradowany Syriusz uściskał swojego chrześniaka. Harry miał zamiar mu odpowiedzieć, kiedy usłyszał za swoimi plecami głos.
- Gratuluje synu – odezwał się James Potter. – Możesz być z siebie dumny.
- Dziękuję, ojcze – zimno odpowiedział Harry. Syriuszowi będącemu jedynym świadkiem tej wymiany zdań zdawało się, że temperatura otoczenia spadła o kilka stopni. Nie było tajemnicą wśród najbliższych, że w małżeństwie Jamesa i Lily aktualnie nie układało się zbyt dobrze. On zajęty karierą polityczną, ona przebywającą ciągle w Hogwardzie. Jednak reakcja Harrego na obecność swojego ojca spowodowała, że Syriusz zaczął się zastanawiać, czy problem nie jest poważniejszy.
- Nie zapomnij złożyć ich swojemu drugiemu synowi – powiedział ze słyszalnym przekąsem młodszy z braci Potter. Fakt faworyzowania Jimmego przez ich ojca nie był powszechnie znany, ale Syriusz dziwił się, że normalnie ignorujący to Harry nagle zdecydował się zrobić Jamesowi wyrzuty z tego powodu. Zupełnie jakby używał to jako zasłony dymnej. – Gotów jeszcze pomyśleć, że przestał być twoim pupilkiem.
Harry nigdy nie miał za złe ojcu jego braku zainteresowania młodszym synem. Nie nadawali na tych samych falach. Zdarza się. Swoim zachowaniem oraz komentarzami maskował prawdziwy powód niechęci do Pottera Seniora. Niechęci, która wywodziła się z krzywdy jaką uczynił Lily.
- Widzę, że pogłoski o nowo nabytym niewyparzonym języku okazały się prawdziwe – James zmierzył wzrokiem swojego syna. – Z przykropią muszę stwierdzić, że twoja matka nie nauczyła cię jak należy się zwracać do ojca.
- Nauczyła. Po prostu nie uważam, że jesteś godzien takiego traktowania. Poza tym to rolą ojca jest dawać przykład synowi. Przy częstotliwości z jaką cię widują musiałem mocno improwizować – Harry nie odrywał wzroku od oczu Jamesa. – Ale nie róbmy sceny. Pogratulowałeś mi, ja podziękowałem, rozejdźmy się w swoje strony nim zauważą nas reporterzy i twój wizerunek jak wzorowego ojca legnie w gruzach. Nie byłoby to zbyt dobre dla twojej kariery politycznej, a tego byśmy przecież nie chcieli, prawda?
- Będę cię miał na oku – James powiedział tajemniczo po czym poszedł w swoją stronę.
- Harry – Syriusz starał się zwrócić do swojego chrześniaka jak najbardziej delikatnie. – Nie sądzisz, że byłeś dla swojego ojca zbyt ostry?
- Nie – uciął krótko. – Raczej zbyt łagodny.
Każdy z uczestników ścisłego finału miał obowiązek udzielenia konferencji prasowej. Na szczęście tylko jednej i na kilka dni przed rozpoczęciem, aby potem móc całkowicie oddać się przygotowaniom. Harry choć nie przepadał za mediami, nauczony doświadczeniami z Innego Czasu nauczył się z nimi rodzić. Teraz przyszło mu stawić czoła prawie siedemdziesięciu reporterom z całego świata. Przedstawicielom zarówno prasy, jak i MV.
- Panie Potter, co jak oceniasz swoje szanse na wygranie całego turnieju – zadał pytanie przedstawiciel Wizards Sports.
- Nie chce żeby zabrzmiało to arogancko, ale na duże – odpowiedział szczerze. – Jestem w świetnej formie i mam kilka asów w rękawie, których jeszcze nie użyłem. Na razie jednak wolę koncentrować się na najbliższej walce, a nie rozmyślać o finale.
- Pierwszym przeciwnikiem będzie twój brat James Jr. Potter, przez przyjaciół nazywany Jimmy. Jakie są twoje oczekiwania w stosunku do tej walki – padło pytanie od reporterki z francuskiego „La Oracle".
- Mam nadzieję, że mój brat będzie wymagającym przeciwnikiem. Nie chciałbym zniszczyć jego obrazu jako bohatera nastolatek pokonując go zbyt szybko – Harry udał, że żartuje, a następnie poważniejszym tonem dodał dobrze wyglądające na łamach gazet kłamstwo. – A tak na serio. Spodziewam się interesującego pojedynku i którykolwiek z nas go wygra, będzie to zapewne wyrównana walka.
- Czy prawdą są twoje animozje z bratem? Podobno wasza rywalizacja dawno już przekroczyła granice zdrowego rozsądku. Chodzą plotki, że ryzykowałeś swoje życie podczas spotkania z Dementrami, aby móc tylko wyrwać się z cienia brata – odezwała się kobieta z przesadnie lokowanymi włosami i trójkątnych okularach na nosie. Rita Skeeter przykład reportera jaki powinien pracować w brukowcu a nie w najbardziej poważanej gazecie brytyjskiej społeczności czarodziei „Daily Prophet". Harry kiedyś nie znosił tej kobiety. Teraz co najwyżej do bawiła. Przeżycie końca świata zmienia sposób postrzegania pewnych spraw.
- Ryzykowałem życie, aby uratować moją matkę – odpowiedział spokojny głosem po czym jakby wspominając całe zdarzenie dodał. - Dementorzy, to paskudne stworzenia. Czy wie pani, pani Skeeter, że Animadzy w swojej zwierzęcej formie są prawie odporni na ich aurę?
Reporterka szeroko otworzyła oczy ze zdumienia i słyszalnie nabrała powietrza. Do końca konferencji nie odzywała się już, rozmyślając czy to możliwe aby młody Potter wiedział o jej nie zarejestrowanej zdolności zamiany w żuka.
- Czy masz dziewczynę? – zadawała pytanie młoda dziennikarka z „Teen Weekly Witch".
- Nie, ale przy tak szybko wzrastającej mojej popularności, pewnie się to niedługo zmieni. W innym wypadku nie będę miał jak się odpędzić od zdeterminowanych do pełnienia tej funkcji fanek – uśmiechnął się do młodej czarodziejki, która samej nie wiedząc czemu zarumieniła się. W końcu przeprowadzała już wywiady z większymi amantami niż do niedawna nieznany nikomu Harry Potter.
- Osoby bliżej związane z tobą twierdzą, że po spotkaniu z Dementorami zmieniłeś się. Jak to skomentujesz? – odezwał się reporter z amerykańskiego „Magic Times".
- Spojrzenie śmierci prosto w twarz, potrafi zmienić człowieka – tajemniczo stwierdził Harry. Kolejne pytania powiązane z szkołą oraz jego zainteresowaniami były dla niego mniej kłopotliwe.
- Tak myślałam, że cię tu znajdę – Harry usłyszał za sobą głos Daphne. Już jutro czekała go walka z Jimem, dlatego zdecydował się spędzić wieczór relaksacyjnie oglądając przyniesione MV w opuszczonej klasie, którą zazwyczaj zajmował. – Osobiście uważam, że gapienie się na ścianę było bardziej produktywne niż oglądanie tych idiotyzmów.
- Nie trzeba przy tym za dużo myśleć, a to plus, kiedy próbujesz się wyłączyć – odpowiedział na jej krytyczną uwagę, co do jego wyboru. Chociaż musiał jej przyznać, że oglądanie obrad Wizengamotu nie należało do zbyt rozumnych zajęć. Przynajmniej, kiedy nie obradowano nad jakimś prawdziwie istotnym problemem, zamiast zastanawiać się nad przyznaniem komuś kolejnego honorowego tytułu, żeby mógł się nim poszczycić, kiedy będzie zapowiadany podczas kolejnego ministerialnego przyjęcia.
- Denerwujesz się? – Daphne usiadła w krześle obok i uważnie mu się przyglądała.
- Nie – przerwał oglądać MV i spojrzał na nią. – Jeżeli nie przydarzy się jakaś kompletna katastrofa moje zwycięstwo jest pewne.
- Dalej jesteś tak pewny siebie, co? – uśmiechnęła się. – To dobrze. Tylko tacy ludzie mogą wygrywać – nie bojący się przegranej, ale pewni zwycięstwa. A z tą katastrofą, to masz coś konkretnego na myśli?
- Ta katastrofa, to James Sr. Potter, który pomagał Jimiemu. Jeden z najlepszych aurorów w Brytanii oraz mistrz Transfiguracji stawiany na równi w tej dziedzinie z Dyrektorem Dumbledorem i Profesor McGonagall. Kto wie w jaki sposób pomógł mojemu bratu i co pomógł mu przygotować – zastanawiał się Harry.
- A ty już wybrałeś co ze sobą weźmiesz na walkę? Możesz mieć jeden przedmiot magiczny otrzymany oraz dwa wykonane przez siebie, tak?
- Oraz komplet przygotowanych przez siebie mikstur – dodał. – Wszystko jest już gotowe na jutro.
- To dobrze – Daphne na chwilę zamilkła i intensywnie myślała. W końcu wstała i podeszła do Harrego. Pochyliła się nad nim i pocałowała delikatnie w usta. – To na szczęście. Nie zawiedź mnie jutro.
Zaskoczony Harry obserwował jak dziewczyna wychodzi z pokoju, po czym dotykając palcami swoich ust uśmiechnął się.
Fight 1: Transfiguration Madness
Finałowe walki odbywały na postawionym w rekordowym czasie stadionie mogącym pomieścić prawie sto tysięcy osób. Dla mugoli budowa takich obiektów trwała długie miesiące, kiedy czarodzieje potrafili uwinąć się w miesiąc. To była prawdziwa magia.
Harry przebywał w swojej szatni ubierając się w przygotowane wcześniej ubranie. Żaden z elementów jego stroju nie był magiczny, chociaż jego matka próbowała przekonać go, aby wykorzystał pozwolenie na trzy zaczarowane przedmioty, zabierając ze sobą wykonaną ze smoczej skóry zbroję, która nie ograniczała ruchliwości a chroniła przed słabszymi zaklęciami. Harry wiedział, że byłby to marnotractwo środków zważywszy, że żaden z najlepszych zawodników nie będzie używał słabych zaklęć, chyba że próbując zmylić przeciwnika.
Z zamyślenia wyrwał go sygnał wzywający na stadion. Harry idąc długim korytarzem usłyszał narastającą wrzawę. Sto tysięcy czarodziei i czarodziejek będących na trybunach nie mogło doczekać się widowiska. Kolejne kilkanaście milionów oglądało turniej na swoich MV. Harry zdecydował się o tym nie rozmyślać. Kiedy w końcu dotarł do wejścia, wziął głęboki oddech i wszedł na stadion. Jego brat już tam był przyglądając się dużymi oczami otaczającemu go tłumowi. Młodszy z braci Potter wolał poświęcić swoją uwagę obserwacji pola walki. Był to kamienny podest o wymiarach 50m na 50m, zapewniający dużą przestrzeń do manewrowania. Harry spojrzał w niebo. Pogoda mimo środka listopada dopisywała i świeciło Słońce.
- Panie i panowie! – rozpoczął komentator, który miał za zadanie zabawiać publiczność oraz razem z zaproszonymi ekspertami miał za zadanie objaśniać widzom co bardziej nietypowe rodzaje magii użyte przez zawodników. – Witam was wszystkich na Finałach Wielkiego Turnieju Pojedynków Magicznych dla czarodziei od lat 16 do lat 21. Już za chwilę odbędzie się pierwsza finałowa walka. I to jaka! Przeciwko sobie staną dwaj bracia Potterowie! Obydwaj szeroko znani ze swoich heroicznych osiągnięć, ale dla tych z was, którzy jakimś cudem o nich nie słyszeli przypominam. James Jr. Potter, dla przyjaciół Jimmy, wsławił się udziałem w pokonaniu Bazyliszka gnębiącego jego szkołę – Hogwarts. I miał wtedy zaledwie dwanaście lat! Jego brat zaś, Harry James Potter, zasłynął przed nieco ponad miesiącem, bohaterskim oporem przeciwko hordzie Dementorów! Jak widać obaj mają czym się pochwalić, ale który z nich do tych osiągnięć będzie mógł dodać awans do ćwierćfinałów naszego turnieju? Dowiemy się już niedługo!
Harry stanął na środku podestu obok swojego brata. Sędzia główny rzucił na nich kilka zaklęć sprawdzających czy nie mają ze sobą nie uzgodnionych wcześniej przedmiotów lub też wpadli na pomysł wystawienia za siebie magicznie zakamuflowanego dublera. Kiedy wszystkie testy wypadły pomyślnie sędzia dał im znak do wymiany formalnych ukłonów, po czym odpuścił pole walki i zajął wcześniej przygotowane miejsce, skąd miał najlepszy widok na poczynania walczących czarodziei.
- Postaram się szybko cię wykończyć, żebyś uniknął zbytniej kompromitacji – powiedział na odchodne Jimmy.
- Pomarzyć dobra rzecz – zbył go Harry i udał się do swojego rogu. Nie minęła chwila i padł sygnał do walki.
- Tak proszę państwa, zaczęło się! – głos komentatora wybijał się ponad krzyki widowni. Harry wyłączył się na bodźce zewnętrzne i skoncentrował tylko i wyłącznie na przeciwniku. Ze względu na odległość jaka go dzieliła od Jimmiego nie mógł od razu przystąpić do ataku. Czas jaki zajęło mu zbliżenie się, jego brat wykorzystał do wyciągnięcia ze swojego ubrania pomniejszonej torby, by po przywróceniu jej do naturalnych rozmiarów magicznie ją opróżnić. Na ziemię wysypała się masa kamieni, kawałków drewna i innych śmieci. Harry domyślił się celu tego zagrania. James Sr. ćwicząc syna z pewnością próbował nauczyć go jak walczyć z wykorzystaniem Transfiguracji. Jednak conjuring, czyli tworzenie przedmiotów z powietrza, było znaczne trudniejsze niż transmutacja już istniejących. Przy okazji Harry znając umiejętności swojego brata w Charms dowiedział się jaki przedmiot otrzymany posiadał Jimmy. Torbę bez dna.
W czasie, kiedy Harry w końcu dotarł do swojego przeciwnika, jego brat zdążył już transmutować większość śmieci w pseudo zwierzęta i rozkazał im zaatakować. Na normalnej szkolnej lekcji zamiana głazu w kamiennego psa, uznane byłoby za błąd, jednak podczas walki niepełna transmutacja zwiększała wytrzymałość stworzenia na ciosy. Harry kilkoma Reducto zamienił kilka z nich w pył po czym musiał skoncentrować się na czarach rzucanych w jego stronę przez brata. Chociaż taktyka Jimmiego nie była zła szybko zaczął schodzić do defensywy. Harry w odróżnieniu od wielu czarodziei przyzwyczajony był do walki z więcej niż jednym przeciwnikiem, przez co nie sprawiało mu kłopotu dzielenie uwagi między próbujące go powalić kamienne stwory, a klątwy rzucane przez przeciwnika.
- Mimo błyskotliwej taktyki wybranej przez Jimiego, Harry wydaje się zaczynać kontrolować sytuację. Jaki będzie następny ruch jego brata? – zastanawiał się komentator. To samo pytanie zadawał sobie młodszy z braci Potter. Nie wierzył, że James Jr. nie miał jeszcze jakiego asa w rękawie. Być może sądził, że na Harrego to wystarczy, ale musiał mieć coś przygotowane na późniejszych przeciwników.
Jakby chcąc potwierdzić przypuszczenia, Jimmy korzystając z chwilowego braku uwagi jego brata, koncentrującego się na kamiennych stworzeniach, sięgnął do kieszeni i wyciągnął stamtąd glinianą figurkę. Harry nim jeszcze została przywrócona do naturalnych rozmiarów, wiedział co to jest. Golem.
Obserwując mającego ponad dwa metry wysokości i półtora szerokości glinianego potwora, poczuł, że oblewa go zimny pot. Golem. Istota chociaż powolna, to wysoce odporna na magię. Jimmy mógł używać go jako ruchomej tarczy, a jeżeli Harry nie byłby dość uważny mógłby oberwać pięścią większą od jego głowy. Nim jednak mógł podjąć decyzję, co do swojej taktyki, James Jr. wyciągnął zza pasa kilka fiolek z miksturami i rzucił je w stronę przeciwnika. Harry instynktownie je ominął i spojrzał na miejsce gdzie spadły. Zaczęła wydobywać się z nich mgła, która w mgnieniu oka pozbawiła go widoczności. Rozglądając się na boki próbował dostrzec, zbliżającą się poświatę rzucanych zaklęć. Nagle poczuł, że za ramiona chwytają do potężne ręce. Harry znalazł się w uścisku golema. Wtedy też zrozumiał plan swojego brata. Golem nie posiadał oczu aby widzieć, dlatego mgła nie przeszkadzała mu w najmniejszym stopniu w dopadnięciu celu. Niewątpliwie rzucony podczas tworzenia glinianego potwora urok sprawiał, że poruszał się bezszelestnie.
Mgła opadła, a Harry kilka metrów od sobie zobaczył ucieszonego Jimiego.
- Co za nieoczekiwany zwrot akcji! – krzyczał rozentuzjowany komentator. – Harry został pochwycony przez golema! Co teraz zrobi?!
- Mówiłem, że szybko cię pokonam – stwierdził Jimmy podchodząc do uwięzionego brata. – Ale dość gadania. Kończmy to.
Harry zastanawiał się nad planem ucieczki, kiedy spostrzegł jaki czar rzuca w jego stronę Jimmy. I to co zobaczył rozwścieczyło go. Zamiast standardowego w takiej sytuacji Stunnera, jego brat użył zaklęcia, które Harry już kiedyś widział. Sectumsempra. Paskudny czar z pogranicza Mrocznych Arkanów powodujące rozległe i głębokie rany na ciele. Kreacja Severusa Snape z czasów jego młodości. Harry mógł się tylko domyślać, kto pokazał je jego bratu. Wybór nie był zbyt duży i sprowadzał się do jednej osoby. James Sr. Pottera.
Nie mając wiele czasu na reakcję, Harry zdecydował się zagrać drugiego asa z tali przygotowanej na te zawody. Nim klątwa go dosięgła zniknął i sekundę później znalazł się kilka metrów dalej.
- Niesamowite. Harry Potter wydostał się dzięki umiejętności Apparition – zachwycił się komentator. – Zdolności tej nie uczy się czarodziei przed uzyskaniem pełnoletniości, ale widać dla młodszego z braci Potter nie było to problemem. Problemem może być fakt, nie posiadania przez niego odpowiedniej licencji wymaganej przez… Co? Naprawdę? Proszę państwa zaproszony konsultant z Ministerstwa Magii powiedział mi właśnie, że Harry Potter dwa tygodnie temu zdał kurs na tymczasową licencję na czas turnieju. To się nazywa przezorność. Dla wszystkich zainteresowanych jak możliwe było wykonanie tego rodzaju magii w pobliżu Hogwardu, znanego powszechnie z uniemożliwiania teleportacji w jego terenie, już wyjaśniamy. Dzięki specjalnym zaklęciom jakimi został obłożony podest, na którym toczy się walka, Apparition zostało umożliwione, ale tylko w zakresie pola walki.
Harry był wściekły. Naprawdę wściekły. Gdyby jego brat rzucił Stunner walka potrwała by jeszcze kilka minut. Chociaż mógł nie miał w planach kompletnie go zmiażdżyć. Ale zagrywka, którą zastosował spowodowała małą zmianę w tych planach. Jimmy widząc ogień w oczach brata przezornie skrył się za golemem skąd zaczął obrzucać go zaklęciami. Harry nie zwrócił na to nawet uwagi, instynktownie omijając niektóra i blokując pozostałe. Przyglądał się golemowi. Nie było wątpliwości, że to działo jego brata i nie miał on wiele czasu na jego przygotowanie. Oznaczało, to że nie był on tak potężny jak normalny, którego proces tworzenia mógł trwać nawet kilka lat. Z drugie strony z pewnością wykonywał go według wskazówek ojca, co znaczyło, że nie był też słaby. Jak był w rzeczywistości Harry miał zamiar się przekonać. Z furią w oczach zaczął posyłać w kierunku golema potężne zaklęcia niszczące. Lepiej żeby wyładował swoją złość na martwym glinianym potworze niż bracie.
Jimmy z przerażeniem obserwował lecące w jego kierunku czary i całkiem schował się za golemem. Widzowie jak zaczarowani obserwowali kolejne czary lecące w stronę monstrum i powoli zamieniające go w pył. Najpierw został pozbawiony jednej ręki, potem drugiej. Następna była niekształtna głowa. Na końcu Harry zebrał w sobie wszystkie siły i posłał potężne Reducto, po którym po golemie pozostały same nogi. Przestraszony Jimmy już dawno uciekł jak najdalej od swojej wcześniejszej barykady. Pył powstały po zniszczeniu glinianej konstrukcji, całkowicie przysłonił jego przeciwnika, dlatego starszy z braci Potter nawet nie zdążył zareagować, kiedy zobaczył wyłaniający się stamtąd Stunner, który trafił go prosto w klatkę piersiową i posłał kilka metrów do tyłu. Stracił przytomność.
- Tak proszę państwa! Mamy zwycięzcę! Zostaje nim Harry Potter!!! – krzyczał komentator. Tłumy wiwatowały. Tylko kilka osób nie podzielało powszechnego entuzjazmu. Jedną z nich był James Sr. W jego mniemaniu, to Jimmy powinien wygrać. Zwycięstwa Harrego psuło mu jego plany, na wykorzystanie popularności syna, aby zwiększyć swoje poparcie w zbliżających się wyborach na Ministra Magii. Chociaż Harry również był jego dzieckiem, to otwarta wrogość jaką do niego żywił, mogła mu tylko zaszkodzi, gdyby aktywnie spróbował podłączyć do jego sukcesu. Pozostało liczyć nie pasywne skojarzenia związane z tym samym nazwiskiem i więzami krwi.
- Widziałeś co tak rozwścieczyło Harrego – siedzący na trybunach Remus zapytał Syriusza.
- Tak – twarz dziedzica rodziny Black wyraźnie spochmurniała. – Chyba czeka nas poważna rozmowa z Pronghornem. Na temat tego co można a czego nie uczyć nowej generacji Maruderów.
Jeszcze tego samego wieczoru, Harry wchodząc do praktycznie już zamieszkiwanej przez niego opuszczonej klasy, został przywitany przez rodzinę i przyjaciół, którzy zgotowali małą uroczystość z okazji przejścia do ćwierć finałów. Wszyscy taktownie omijali personalia przeciwnika, z którym wygrał.
- Muszę przyznać, że byłem pod wrażeniem, kiedy zniszczyłeś tego golema – powiedział jego ojciec chrzestny. – Nawet mając na względzie jaki średnio udane wykonania, potrzeba było do tego ogromnych pokładów energii. A po walce nie widać było żebyś się specjalnie zmęczył.
- Co mogę powiedzieć? – Harry wzruszył ramionami. – Ja po prostu mam talent do demolki.
- Który dzięki Bogu nie objawia się nigdzie indziej poza turniejowym podestem – dodawał jego matka.
- Masz już plan jak sobie poradzić z kolejnym przeciwnikiem – Hermiona nawiązywała do drugiego finalisty, który stoczył dzisiaj walkę i awansował dalej.
- Mam pewien pomysł, ale zobaczymy co z tego wyjdzie – tajemniczo się uśmiechnął.
Dalsze pojedynki 1/8 finału toczyły się przez kolejnych kilka dni. Harry obecny był tylko na kilku, nie chcąc marnować całego czasu na oglądanie kolejnych walk. Widział zwycięstwo Draco, któremu udało się dostać do finałów, dzięki wzajemnemu wyeliminowaniu się jego największych rywali w fazie grupowej. Walka nie była zbyt pasjonująca, ale miała kilka ciekawych elementów. Erica Grey, uczennica Salem i przeciwnik Draco, specjalizowała się w Eliksirach i podczas walki miała do dyspozycji całkiem pokaźny ich repertuar. Od zwiększających możliwości fizyczne, po czyniące niewidzialnym czy też pozwalające na chwilowe latanie. Draco sam nie będący zielony w tej materii miał przygotowane na to odpowiedzi i ostatecznie pokonał pannę Grey.
Drugą walką na jaką przeszedł Harry była między Fleur a Ronem. Tak jak się spodziewał, młody Weasley nie wykształcił przez ostanie dwa lata odporności na urok Veela i przy powszechnym rozbawieniu na życzenie Francuzki pokornie opuścił podest przegrywając tym walkę. Nie trwało to nawet minuty.
Trzecim i najbardziej pasjonującym pojedynkiem, na którym obecny był młodszy z braci Potter, był szumnie zapowiadany rewanż za Turniej Trójmagiczny. Krum kontra Diggory. Obaj czarodzieje byli doskonale wyszkoleni w magicznych pojedynkach i ich walkę oglądało się z prawdziwą przyjemnością. Żaden nie zdecydował się na jakąś wymyślną taktykę całkowicie polegając na swoich umiejętnościach posługiwania się różdżką. Victor koncentrował się bardziej na sile swoich czarów, kiedy Cedric skupiał się na szybkości i finezji w ich rzucaniu. Ostatecznie swoją wyższość ponownie udowodnił zwycięzca Turnieju Trójmagicznego skuteczną kombinacją klątw przełamując bariery przeciwnika i posyłając go poza podest.
Nim Harry się obejrzał rozpoczęły się ćwierć finały.
Fight 2: Mind Games
Przyszło mu się zmierzyć z Xavierem Ryderem, lat 18, studentem MIM. Specjalistą od magii umysłowej. Harrego doszły słuchy o budzącym wiele wątpliwości sposobie wygrania pierwszej finałowej walki Amerykanina. Jego przeciwniczką była Hinduska Amrita Chandra, absolwentka Delhi Conservatory i z informacji zdobytych przez Rose, kuzynka sióstr Patil. Jednak co Harrego najbardziej zainteresowało w jej osobie, to informacje jakie zdobyła o niej Daphne. Według jej źródeł Amrita przez kilka lat była szkolona przez swojego dziadka w tajemnicach Fakirów. Czy było to prawdą, niewiadomo, nie było jednak żadnych wątpliwości, że młoda Hinduska wykazywała nadzwyczajną odporność na ból i nie bała się przyjąć na siebie kilku klątw, aby móc pokonać przeciwnika.
Walka, której nie przyszło Harremu oglądać, według późniejszych komentarzy, była wyrównana ze wskazaniem na Amritę. Do czasu. Wykorzystując jej skłonność do nie blokowania co słabszych czarów, Xavier wyczuwając okazję, zaatakował ją bezpośrednim zaklęciem Legilimencji. Hinduska rozpoznając urok nie zdecydowała się go ominąć, próbując wykorzystać fakt, że Amerykanin chcąc zachować skuteczność ataku musi stać nieruchomo. To był jej błąd. Ryder nie na darmo nazywany był na swojej uczelni Profesorem X, nawiązując do komiksowego bohatera o tym samym mianie. Był prawdziwym mistrzem magii psychicznej. W sekundę rozprawił się z barierami chroniącymi umysł Amrity i ją unieruchomił. Co działo się potem w głowie Hinduski można się było tylko domyślać, ale efektem było całkowite załamanie dziewczyny, która upadła na ziemię i leżąc w pozycji embrionalnej zaczęła płakać. Sędzia uznając ją nie zdolną do dalszej walki uznał zwycięstwo Amerykanina.
Harry sam nie raz będący ofiarą ataku umysłowego, miał całkiem niezłe pojęcie co naprawdę się stało. Xavier zamiast zadowolić się uzyskaną kontrolą nad ciałem przeciwniczki i skończeniem walki szybkim Stunnerem, postanowił zagłębić się w jej najbardziej skryte myśli. Już samo to było godne potępienia, ale amerykańskiemu było mało. Wyszukał najbardziej bolesne wspomnienia z życia Armity i wywołał je wszystkie na raz, co było zbyt dużym obciążeniem dla biednej dziewczyny. Stąd nagłe załamanie. Harry nie miał zamiaru pozwolić, aby coś takiego uszło komukolwiek na sucho.
Skoncentrowany na stojącym przed nim zadaniu wyłączył się całkowicie na otaczającą go rzeczywistość. Stadion i ludzie na nim przestali istnieć. Pozostał tylko on i jego przeciwnik. Ostatnim kontaktem z resztą rzeczywistości był sygnał do rozpoczęcia walki. Harry od razu przystąpił do ataku. Wiedział, że mógł zmiażdżyć Rydera jak robaka, którego umiejętności było dobre, ale nie na poziomie kogoś kto pokonał Mrocznego Lorda, nawet, jeżeli ten był wtedy osłabiony. Jednak jego plan był nieco inny. Chciał, aby Amerykanin poczuł się w ich walce pewnie, aby sądził, że walka jest wyrównana, aby zdecydował się na ten sam atak, którym pokonał Armitę. Harry czuł pasywną formę Legilimencji, której Xavier używał, aby poznać ruchy przeciwnika nim ten je wykona. Nie przeszkadzał mu w tym i opuścił swoje bariery umysłowe, aby Amerykanin sądził, że ma do czynienia z czarodziejem słabo zapoznanym z Oklumencji.
W końcu Ryder zdecydował się spełnić życzenie Harrego, który w pewnym momencie celowo pozostawił się odsłoniętym na atak. Usłyszał tylko wykrzykiwane zaklęcie i od razu znalazł się we własnym umyśle, który na czas ataku przyjął postać domu. Czuł jak Xavier zagłębia się coraz dalej w jego myśli, otwierając drzwi do kolejnych pokojów i odkrywając coraz to nowe wspomnienia. Harry już wcześniej ułożył je tak, aby jego przeciwnik mógł zobaczyć tylko te związane z jego życiem w tym czasie. Zawiedzony, że nie znajduje nic ciekawego Amerykanin podążał coraz głębiej nie zauważając zatrzaskujących się za nim drzwi. W końcu dotarł do schodów prowadzących na następne piętro. Nim jednak po nich wszedł, jego uwagę przykuły małe drzwiczki prowadzące do komórki znajdującej się pod schodami. Z zaciekawieniem zbliżył się do nich i otworzył. Za nimi zobaczył tylko ciemność. Nie zdążył w żaden sposób zareagować, kiedy poczuł popchnięcie i wpadł do środka. Drzwi zamknęły się za nim z trzaskiem.
Przerażony Amerykanin zaczął panicznie szukać wyjścia, ale żadnego nie znalazł. Zauważył za to niedaleko siebie poświatę. Gdy się do niej zbliżył zobaczył w nikłym świetle małego, wychudzonego chłopca, mającego nie więcej niż sześć lat. Jednak kiedy spojrzał mu w oczy o kolorze szmaragdu, odniósł wrażenie, że przed nim stoi najstarsza osoba na jaką spotkał. A na pewno najbardziej doświadczona.
- Mam brzydki zwyczaj naruszania cudzej prywatności – zaczął mówić chłopiec. Jego głos brzmiał jednak jakby należał do nastolatka, a nie dziecka. – Osobiste wspomnienia, to nie coś co możesz sobie dla własnej zabawy pooglądać. A już na pewno nie wykorzystać, aby kogoś złamać.
- Nie moja wina, że inni nie potrafią ochronić swoich myśli – Ryder uśmiechnął się paskudnie. – Jeżeli zależy im na prywatności, niech się nauczą jej bronić.
- Być może masz trochę racji – powiedział chłopiec. – Jeżeli istnieje sposób, aby ktoś mu zajrzeć ci do głowy powinieneś wiedzieć jak do tego nie dopuścić.
- Dokładnie – pokiwał głową cały czas myśląc jak wydostać się z pułapki.
- Jednak nie usprawiedliwia to twoich czynów – stwierdziło dziecko. – To że możesz coś zrobić, nie oznacza iż powinieneś. Chciałeś poznać moje najmroczniejsze wspomnienia. A ponieważ czuję się dzisiaj wyjątkowo hojnie zdecydowałem się przygotować dla ciebie specjalny zestaw tych, które mogą wydać ci się najbardziej interesujące.
Xavier nie zdążył nic opowiedzieć, kiedy poczuł że zaczyna spadać. Następne kilka minut wydało mu się wiecznością. Nie pamiętał potem co dokładnie zobaczył, ale pamiętał jak się czuł. Jak zapomniane przez wszystkich dziecko, które zamiast miłości otrzymuje kolejne razy. Jak młodzieniec, na którego barkach spoczywa los całego świata, kiedy chce on być tylko normalnym nastolatkiem. Jak syn, który widzi śmierć swojego przybranego ojca. Jak przyjaciel, który musi patrzeć jak giną kolejne bliskie mu osoby. W końcu jak czarodziej, który musi stawić czoła absolutnej ciemności. Ciemności z okrutnymi czerwonymi oczami i zaklęciem śmierci na ustach. A wszystkiemu towarzyszył ból. Ból kolejnych łamanych kości, ból kolejnych upadków, ból kolejnych zaklęć Crucio.
Dla oglądających walkę widzów wyglądało jakby obydwaj przeciwnicy stanęli naprzeciw siebie i patrzyli sobie uważnie w oczy. Nagle Amerykanin padł na kolana i zaczął płakać.
- Przestań!! Nie chcę już więcej!! – krzyczał. – Za dużo bólu!! ZA DUŻO!!
Harry w końcu wypuścił go ze swojego umysłu. Spojrzał z góry na swojego przeciwnika. Wbrew temu co wcześniej sądził, Xavier Ryder nie był żadnym mistrzem umysłu. A przynajmniej nie na tym poziomie, na którym byli inni z jakimi miał wcześniej do czynienia – Snape, Dumbledore oraz najgorszy z nich wszystkich Voldemort. To on zmusił go do szybkiej nauki obrony własnych myśli, gdyż inaczej z powodu łączącej ich więzi, mógłby go w najgorszym z przypadków nawet opętać. Oczywiście Mroczny Lord nie omieszkał tego spróbować kilka razy. Harry miał nadzieję, że dzisiejszy pokaz skutecznie odstraszy pozostałych potencjalnych osób, które chciałby zajrzeć mu do głowy. W szczególności tego starego manipulatora Dumbledora.
- Niech to będzie dla ciebie nauczką – podszedł do leżącego przeciwnika. – Pozostawiłem w twojej podświadomości sugestię, dzięki której za kilka godzin wszystko to będzie dla ciebie jak sen. A może raczej koszmar. Nie ważne. Ważne jest to, że choć niedokładnie, będziesz pamiętał, co się przed chwilą stało. A jeżeli dowiem się, że niczego cię to nie nauczyło, następnym razem nie potraktuje cię tak łagodnie.
- Jak… - zaczął szeptać Ryder. – Jak ty z tym żyjesz?
- Sam się czasem zastanawiam – odpowiedział Harry po chwili zastanowienia. Dał znak do sędziego, aby się zbliżył. Starszy mężczyzna równie zszokowany jak reszta widowni podszedł do zawodników.
- Tak? – uważnie przyglądał się Harremu.
- Mój przeciwnik nie jest chyba zdolny do dalszej walki – wskazał na Xaviera, który dalej popłakiwał.
- Chyba masz rację – stwierdził sędzia, kiedy przyjrzał się z bliska w jakim stanie znajduje się Amerykanin. Był on dokładnie taki sam w jakim zostawił podczas wcześniejszej walki hinduską dziewczynę. Widać Karma się na nim zemściła. – Zwycięzcą zostaje Harry Potter!
Lily Evans-Potter nie mogła otrząsnąć się z tego czego była świadkiem tego południa. Jej syn dosłownie zmiażdżył w pojedynku umysłów, jednego młodych mistrzów tej dziedziny magii. Jednak nie, to tak zszokowało Lily. Raczej, to co krzyczał Ryder, kiedy Harry z nim kończył. „Za dużo bólu!". Aby móc zmusić swojego przeciwnika do odczuwania tak wielkiego bólu, kiedy to Amerykanin był stroną atakującą, jej syn sam musiał wystawić się na jego działanie. Musiał sam go przeżyć, aby Ryder mógł go poczuć w jego myślach. I Harry po tym wszystkim stał niewzruszony, kiedy podobno bardziej doświadczony czarodziej padł na ziemię i zaczął płakać.
Co jeszcze bardziej przeraziło Lily, to myśl skąd u Harrego znalazły się takie pokłady bólu, którymi mógł potraktować przeciwnika. Spotkanie z Dementorami z pewnością nie należało do przyjemnych, ale nie było możliwym, aby ono samo wygenerowało tyle cierpienia. Jednak jak daleko sięgała pamięcią nie mogła sobie przypomnieć sytuacji, w której jej syn mógłby nabrać takich doświadczeń. Czyżby o czymś nie wiedziała? Może znęcali się nad nim jego koledzy z Domu Slytherin? Ale czy jako matka nie zauważyłaby, że jej syn chodzi poobijany, bo nie mogła liczyć, że z jego charakterem zgłosiłby to komukolwiek? A może, chociaż sama myśl o tym ją odrzucała, może był w to zamieszany James? Niemożliwe. Z wszystkimi problemami między nią a jej mężem oraz jego chronicznym brakiem zainteresowania w stosunku do młodszego syna, nie wyobrażała sobie, aby mógł fizycznie skrzywdzić własne dziecko. Więc jaką tajemnicę skrywał Harry?
Harry swoim zwyczajem odpoczywał w opuszczonej klasie i oglądał MV. Tym razem zamiast obrad Wizengamotu postanowił obejrzeć relację z pozostałych walk ćwierć finałowych. Pierwszą z nich był pojedynek między Fleur i koreańskim czarodziejem Yong. Francuzka radziła sobie całkiem dobrze, ale różnica w poziomach była zbyt dużo i nie minęło wiele czasu nim musiała uznać wyższość Azjaty. Podobna sytuacja miała się w przypadku Cedrica mającego za przeciwnika innego koreańskiego czarodzieja imieniem Iseul Ji. Mimo najlepszych chęci absolwent Hogwardu nie miał zdołał nawet realnie zagrozić swojemu przeciwnikowi.
Jednak pojedynkiem, który przykuł najwięcej uwagi Harrego była walka Draco z afrykańskim czarodziejem i księciem jednego z tamtejszych królestw – Munashe Farai. Trzeba było przyznać, że dziedzic Malfoy'ów pokazał w tej walce, iż pieniądze jakie wydał jego ojciec na instruktorów nie poszły w błoto. Radził sobie całkiem nieźle, biorąc pod uwagę z jak doświadczony przeciwnikiem przyszło mu się mierzyć. Niestety dla Harrego cała walka nie trwała nawet pięciu minut, a sam Munashe nie pokazał w niej nawet połowy swoich umiejętności. Dużo lepsze pojęcie o zdolnościach Afrykańczyka dawała jego potyczka w 1/8 finałów z chińczykiem Tai Fu, specjalizującym się alchemii stosowanej. Jednak i tu Munashe nie musiał się specjalnie wysilać, aby wygrać. Harry z obejrzanych zapisów zeszłorocznych turniejów wiedział mniej więcej czego spodziewać się po swoim przeciwniku, ale chciał zweryfikować te informacje i móc ocenić w jakiej jest formie. Widać w pełni dowie się dopiero podczas ich walki.
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk otwieranych drzwi. Kiedy się obejrzał zobaczył stojącą w nich swoją matkę. Wyglądała na zmartwioną i zamyśloną.
- Harry – zaczęła. – Muszę z tobą porozmawiać.
- O czym? – lekko się zaniepokoił.
- O twojej dzisiejszej walce.
„A więc stało się – pomyślał Harry. – W końcu trzeba będzie udzielić pewnych wyjaśnień." Od dłuższego czasu zbierał się w sobie, aby powiedzieć swojej mamie, choćby po części historię swojego Innego Życia. Cała prawda nie mogła być nigdy ujawniona. Teraz najwyraźniej przyszła na to pora.
- Zastanawiałam się nad tym bardzo długo, ale nie doszłam do żadnych lepszych wniosków niż po prostu zapytać ciebie samego – uważnie mu się przyglądała. – Czy ktoś się nad tobą znęcał, kiedy byłeś mały?
- No cóż – zaczął z ociąganiem się. – To wszystko zależy od tego jak na to spojrzeć.
- Co?! – wykrzyknęła Lily. W jej oczach pojawiła się żądza mordu. – Jak spojrzeć?! Harry, jeżeli ktoś zrobił ci krzywdę, powiedz mi natychmiast!
- Spokojnie mamo – wstał z fotela i zbliżył się do swojej matki. – To trochę bardziej skomplikowane i sądzę, że powinnaś usiąść, kiedy zacznę tłumaczenie.
Wskazał na jeden z foteli, które niedawno przyniósł do klasy, aby móc wygodnie siedzieć oglądając MV. Lily z oporami posłuchała jego rady i usiadła. Znaczącym spojrzeniem dała znak, aby zaczął. Nim jednak to ruchem różdżki zamknął magicznie drzwi i rzucił kilkanaście zaklęć zapobiegających podsłuchowi. Jego matka obserwowała to ze dziwieniem, ale wstrzymała się od komentarza.
- No to – zastanawiał się przez chwilę. – Od czego by tu zacząć.
- Może od początku? – zaproponowała zniecierpliwiona Lily.
- Tak – zgodził się Harry. – Tylko od którego? Niech będzie od teraźniejszego. Pamiętasz nasz mały incydent z Dementorami kilka tygodni temu. Rose zapewne mówiła ci, że zanim poleciałem ci na ratunek, dostałem potężnego ataku migreny.
- Mówiła coś o tym – przypomniała sobie. – Sądziłam, że był to wpływ Dementorów.
- Nie do końca. A niech tam – Harry zebrał się w sobie. Zastanawiał się jak najlepiej powiedzieć, to co chciał przekazać. A nie był to proste. Chociaż zabrzmiałoby to najlepiej nie mógł powiedzieć, że pochodzi z alternatywnej rzeczywistości, bo technicznie była to nie prawda. Był dalej w tej samej rzeczywistości tylko z kilkoma zmianami. – Wiesz mamo, rodzice zawsze wierzą, że ich dzieci zmienią świat. W moim przypadku to stwierdzenie jest bliższe prawdy niż można sądzić.
- Wytłumacz – patrzyła na niego podejrzliwie.
- Mogło się tak zdarzyć, że cofnąłem się w czasie z zmieniłem kilka rzeczy – próbował załagodzić wydźwięk swojego stwierdzenia.
- Cofnąć w czasie? – powtórzyła z niedowierzaniem Lily. Przypomniała sobie swoją ostatnią rozmowę ze swoją koleżanką Septimą Vector, w której ta wspominała o błyskotliwej pracy na temat możliwości podróży w czasie jaką napisał jej syn. – Harry, czy ty zdajesz sobie sprawę, co zrobiłeś. I jakie konsekwencje może mieć twój czyn. Mogłeś doprowadzić do końca świata! Mogłeś zniszczyć wszelkie istnienie!
- Wiem – Harry pozwolił, aby przez chwilę dała ponieść się emocją, ale zaraz doprowadził ją do porządku tym jednym słowem. Lily przez chwilę zdawało się, że osoba przed nią stojąca to nie jej syn, ale ktoś zupełnie jej obcy. – Zdaje sobie z tego sprawę lepiej niż ty sama. Wierz mi. Ale nie miałem innego wyjścia. Zresztą, kiedy się cofałem nie było już wiele do zniszczenia. Przynajmniej na Ziemi.
- Harry – powiedziała cicho słysząc niewyobrażalne cierpienie w głosie syna.
- Pozwól mi skończyć – przerwał jej Harry. – Nie mogę powiedzieć ci dokładnie co się stało. A może raczej nie chcę, bo teraz to i tak nie jest ważne. Tamte zdarzenia nigdy nie doszły do skutku i zrobię co w mojej mocy, aby tak pozostało. Jednak całe to cierpienie, ten ból, którym tak brutalnie potraktowałem Rydera, pochodzą właśnie z tamtego życia.
Lily nie widziała co powiedzieć. Zagadka zamiany w zachowaniu jej syna stała się jasna. Był on Harrym pamiętającym inny czas. W którym wnioskując z jego słów, wszyscy zginęli. A on łamiąc wszelkie znane prawa fizyczne i magiczne, cofnął się w czasie i uratował świat. Otrząsając się z szoku podeszła do niego i mocno przytuliła.
- Nie będę o nic więcej pytała – wyszeptała mu do ucha. – Ale pamiętaj, że jeżeli będziesz chciał o tym porozmawiać, zawsze będę na ciebie czekać.
- Dziękuję, mamo – odwzajemnił uścisk. – Nawet nie wiesz jaki kamień z serca mi spadł, że nie muszę cię więcej okłamywać.
- Tak więc twoje wcześniejsze zachowanie – zaczęła mówić, kiedy po kilku minutach znowu rozsiedli się w fotelach.
- Było spowodowane tym, że moje ciało czekało na moją duszę. Przynajmniej w dużym uproszczeniu. Całego procesu sam nie do końca rozumiem – powiedział szczerze.
- To dużo wyjaśnia – stwierdziła. – I dysponujesz wszystkimi wspomnieniami, tak?
- Z tego i tamtego życia – potwierdził.
- Jakieś interesujące informacje z tamtego czasu, których nie znałeś w tym? – spytała z zaciekawieniem.
- Mogło się zdarzyć, że przeczytałem twoje pamiętniki. Nie wiedziałem, że w młodości podobały ci się dziewczyny – zażartował z jej młodzieńczej fascynacji jedną ze starszych koleżanek.
- To były poufne informacje – lekko zaczerwieniła się zastanawiając co jeszcze mógł wyczytać jej syn. Do tej pory skończyła kilkanaście pamiętników, pytanie które z nich widział Harry. – Mam nadzieję, że cokolwiek jeszcze tam wyczytałeś zachowasz dla siebie. Sądzę, że sama nie chce tego wiedzieć.
- Nie martw się mamo – uspokoił ją Harry. – Starałem się omijać wpisy osobiste. Bardziej interesowały mnie te z okresu wojny z Voldemortem. Bardzo mi się wtedy przydały.
- Czy to, co się stało było z nim związane? – nie powstrzymała się przed zadaniem pytania.
- Tak – zdecydował się na szczerość. – On dalej tam jest. Czai się w ciemnościach i oczekuje na swoją szansę, aby powrócić. A kiedy do tego dojdzie musimy być gotowi.
Harry potwierdził najgorsze obawy Lily. Tak jak podejrzewał Dumbledore Mroczny Lord dalej żył i zbierał swoje siły. Pytaniem przestało być „czy", a zaczęło być „kiedy" zaatakuje.
- Ale nie martw się mamo – uspokoił ją jej syn. – Mamy jeszcze sporo czasu na przygotowania.
- Skąd wiesz?
- Powiedzmy, że znam Voldemorta lepiej niż on sam – powiedział tajemniczo. – I wiem, że nie jest jeszcze gotów, aby ponownie stawić nam czoła. Ale dość tych smutnych tematów. Jeszcze nadejdzie pora, że będziemy musieli się martwić Mrocznym Lordem. Na razie moim największym zmartwieniem jest zbliżający się półfinał.
- No tak, półfinał – Lily nie mogła się nadziwić z jaką płynnością jej syn przeszedł od tematu zahaczającego o dosłowny koniec świata, na jakże teraz wydający się kompletnie nieistotny turniej. – Masz już pomysł jak pokonasz twojego przeciwnika.
- Zdaje mi się, że mam – potwierdził Harry. – I to chyba całkiem niezły.
Munashe Farai przebywał w swojej kwaterze medytując. Jutro czekała go kolejna walka. Kiedy rozpoczynały się faza pucharowa z zadowoleniem stwierdził, że jego dwaj najwięksi rywale – Hye Yong oraz Iseul Ji nie staną mu na drodze do finału, sami musząc się ze sobą zmierzyć w półfinale. Jeszcze kilka dni temu byłby pewny zwycięstwa w zbliżającym się pojedynku. Ale teraz już tak nie było. Wszystko zmieniło się po walce tego chłopca, Harrego Pottera z tą zakałą wśród wszystkich mistrzów magii umysłowej – Xavierem Rayderem.
- Paniczu Farai – usłyszał niski głos swojego opiekuna. – Najwyższa pora abyś się posilił.
- Dziękuję Paki – przyjął od niego tacę z jedzenie i postawił przed sobą zaczynając jeść. Themba Paki był jego opiekunem odkąd pamiętał. To on również był jego pierwszym nauczycielem magii oraz sztuki pojedynków.
- Co sądzisz o swoim jutrzejszym przeciwniku – Paki zapytał z zaciekaniem. – Kolejne łatwe zwycięstwo?
- Nie jestem pewien – na chwilę przerwał jedzenie. – Chłopak do tej pory nie pokazał nic nadzwyczajnego. Zniszczył co prawda golema, ale widząc jego wykonanie nie wątpię, że i ja byłby w stanie to zrobić, być może nawet szybciej. A co do tej afery z Rayderem. Jak to mawiając Europejczycy – trafiła kosa na kamień. Jednak, kiedy widzę tego chłopca, zdaje mi się, że coś skrywa. Że jest w nim więcej niż pozwala po sobie poznać.
- Odnoszę podobne wrażenie, paniczu – przyznał mu racje Paki. – Pytanie tylko czy nie jest to tylko ułuda. Iluzja, którą Harry Potter chce wprowadzić w zakłopotanie swoich przeciwników.
- Jeżeli tak, to na mnie to nie działa – zamyślił się Farai. – A jutro przekonamy się z czego tak naprawdę jest ulepiony Harry Potter.
Fight 3: Beast In Me
- Panie i panowie! – komentator przekrzykiwał krzyczącą widownię. – Witam w kolejnym dniu trwania turnieju! Już dzisiaj przyjdzie się nam przekonać kto zostanie pierwszym finalista. A do walki o ten zaszczyt przestępuje nie byle kto. Oto już za chwilę na podeście pojawi się książę Takandy, trzeci w kolejce do tronu, absolwent African University of Magic, Mistrz Afryki w Pojedynkach Magicznych do lat 21 – Munashe Farai! Naprzeciw niego stanie Pogromca Dementorów, uczeń Hogwarts School of Witchcraft and Wizardry i nieoczekiwany czarny koń tych zawodów – Harry Potter!
Obydwaj przeciwnicy równocześnie pojawili się na stadionie. Fani, których również Harry miał już dość sporą liczbę, skandowali ich imiona. Młody czarodziej przyjrzał się swojemu przeciwnikowi. Był to dobrze zbudowany, mierzący prawie dwa metry wysokości murzyn z ogoloną na łyso głową. Ubrany był bardzo nietypowo jak na standardy europejsko-amerykańskie. Zamiast zwyczajowych szat czarodzieja, miał na sobie szerokie spodnie i rozpiętą skórzaną kamizelkę. Na jego klatce piersiowej widać było wymalowane tatuaże, znaczenia których Harry mógł się tylko domyślać.
Z informacji jakie zapewniła mu Hermiona wynikało, że Munashe niedługo skończy 22 lata i ten turniej był ostatnim juniorskim w jakim przyjdzie mu brać udział. Nie wyglądało żeby z tego powodu był przesadnie zmartwiony. Raczej nie mógł się doczekać swojego debiutu w turniejach seniorskich. Podział na turnieje juniorskie i seniorskie był pozostałością po czasie, kiedy faktycznie młodzi czarodzieje nie mieli szans ze starszymi od siebie przeciwnikami. Dzisiejsza generacja nie miała takich problemów i coraz więcej osób skłonnych było do dopuszczenia przynajmniej zwycięzców ważniejszych turniejów juniorskich do ich seniorskich odpowiedników. Wszystko to pozostawało na razie w sferze planów.
Sędzia dał znak do formalnego ukłony i zawodnicy uwali się do swoich rogów. Harry wiedział czego spodziewać się po tej walce, ale i tak czuł rosnące w nim zdenerwowanie. Za chwilę po raz pierwszy w życiu przyjdzie zmierzyć mu się z legendarną wręcz magią totemiczną. Była to dziedzina magii znana i uprawiana tylko w Takandzie, afrykańskim królestwie, którego nie uświadczysz na mugolskich mapach. Zamieszkane w całości przez czarodziei trzymało się na uboczu i nie mieszało w sprawy sąsiednich krajów. Zresztą nawet gdyby chcieli, Międzynarodowy Kodeks Postępowania z Mugolami, zakazywał im rzucających się w oczy interwencji.
Jeżeli zaś chodzi o magię totemiczną, to Harry uważał ją za fascynującą i ciągle liczył, że uda mu się znaleźć kogoś kto zechciałby ujawnić jej sekrety. Polegała ona na przywoływaniu do siebie totemów zwierząt, zarówno normalnych, jak i magicznych oraz przejmowaniu ich zdolności. Prowadząc badania na ten temat, Harry odkrył bezpośrednie powiązanie z magią Animagów. Jak się okazało, twórca tej techniki przez wiele lat mieszkał w Afryce i przyjaźnił się z tamtejszymi szamanami, jak zwano czarodziei specjalizujących się w magii totemicznej. Po powrocie do Europy opracował swoją własną metodę do zjednania z duchem zwierzęcia, polegającą na znalezieniu we wnętrzu samego siebie bestii będącej najbliższej nam duchem. Miało to swoje plusy i minusy. Do plusów można było zaliczyć łatwiejsze opanowanie bestii, która była nam bliska charakterem oraz późniejszą szybką i bezproblemową transformację. Minusem było ograniczenie się do tylko jednej formy, kiedy szaman mógł stać się każdym zwierzęciem jakiego totem był w stanie siłą swojej woli zmusić do posłuszeństwa.
Padł sygnał do rozpoczęcia walki. Harry ruszył do boju. Planował zaatakować nim Farai nawet pomyśli, aby przywołać pierwszy totem. Nie zdążył. W kilka sekund ruchy Afrykańczyka stały się szybsze i bardziej zwinne. Szybkimi podskokami ominął kilka lecących w jego stronę klątw i wyprowadził własne. Harry domyślił się, że aktualnie Farai posługuje się totemem małpy. Pomijając kłopot jaki będzie miał z tego powodu, to w zasadzie czuł się zaszczycony. We wcześniejszych walkach książę nie zdecydował się na użycie swoich wyjątkowych zdolności, a teraz zrobił to już na samym początku.
Pojedynek trwał i nie wyglądało, aby któraś ze stron miała przewagę, ale był to dopiero początek. Harry wiedział, że obydwaj dopiero oceniają swoje możliwości, sprawdzając na co ich stać i jak wiele będzie najprawdopodobniej kosztować wygrana tej walki. Blokując kolejne lecące w jego stronę zaklęcie podziwiał zwinność z jaką poruszał się Farai, zastanawiając się jak wiele sił pochłania kontrola na totemem i czy istnieje jakaś szansa na pokonanie przeciwnika poprzez zamęczenie go, tak jak pokonał Ujaraka w fazie grupowej. Nie sądził jednak, aby przy tak doświadczonym zawodniku, taka taktyka zdała egzamin. I wtedy stało się coś czego nie przewidział żaden z nich.
Rzucone przez obydwu przeciwników w tym samym czasie Expelliarmusy, czary rozbrajające, zderzyły się ze sobą w połowie drugi i ze zdwojoną siłą oraz prędkością powrócił do czarodziejów, którzy nie zdołali w żaden sposób zareagować na lecące w ich stronę z nienaturalną szybkością zaklęcia. Obydwa trafiły swoje cele wyrywając im z rąk różdżki i odrzucając na kilka metrów do tyłu.
Harry w sekundę był ponownie na nogach. Rozejrzał się w poszukiwaniu różdżki. Kiedy jej nie zobaczył, spróbował wyczuć gdzie się znajduje. I bardzo się zdziwił. Okazało się bowiem, że jego różdżka najwyraźniej znajduje się poza stadionem. Siłą podwójnego Expelliarmusa najwyraźniej zdołała wyrzucić ją aż na tak sporą odległość. Mina na twarzy Faraja mówiła Harremu, że najwyraźniej i jego spotkało to samo.
Obydwaj przeciwnicy spojrzeli na siebie. W regulaminie turnieju istniał o dziwo podpunkt, mówiący o podobnej sytuacji, przy czym tamta zakładała równoczesne zniszczenie obu różdżek w walce. W takim wypadku, decyzją obu zawodników, pojedynek mógł zostać przerwany do czasu aż obaj zdobędą nowe. Harry nie miał wątpliwości, że aktualna sytuacja była jak najbardziej na rękę Farajowi, który nawet nie korzystając z totemów górował nad nim fizycznie. O dziwo gestem wskazał, aby walka została przerwana i oczekiwał na podobny gest z jego strony. Harry nie kazał na siebie długo czekać.
- Obydwaj zostaliście pozbawieni różdżek – zaczął sędzia, kiedy się do nich zbliżył. – Czy chcecie przerwać walkę i je odzyskać? Decyzja o przerwie musi być potwierdzona przez obydwie strony.
- Jak będzie chłopcze? – Afrykanin spojrzał znaczącą na swojego przeciwnika. – Masz sobie dość odwagi, aby ze mną walczyć bez pomocy różdżki? Zresztą z powodu widocznych różnic w możliwościach fizycznych, nie chcę żebyś od razu był na przegranej pozycji. Chcesz przerwać pojedynek?
- Gdyby to była normalna walka – zaczął Harry. – Nie byłoby ważne czy jestem od ciebie słabszy fizycznie czy nie. Jeżeli nie potrafiłby sobie z tobą poradzić bez różdżki powinienem bardziej uważać żeby jej nie stracić. Poza tym mam jeszcze kilka asów w rękawie, więc jestem za tym żeby walczyć.
- Chłopak zadecydował – Farai zwrócił się do sędziego. – Walczymy dalej.
- Skoro taka jest wasza decyzja – arbiter spojrzał na Harrego jak na szaleńca. – Niech Merlin ma cię w swojej opiece.
- Proszę państwa! Niesamowite! Decydują się dalej walczyć i decyzję tę podjął nie kto inny tylko Harry Potter, który w tym memencie jest oczywiście w gorszej sytuacji – komentator mówił z głosem pełnym podziwu. – Ten chłopak albo jest niesamowicie odważny albo oszalał! Co za emocje!
Przeciwnicy bez słowa udali się do swoich narożników. Harry wiedział co musi zrobić. Istniała tylko jedna szansa na wygranie tej walki. Musiał wezwać swoją bestię. Już podczas wakacji przed piątym rokiem, korzystając ze wskazówek zawartych w dziennikach matki, zaczął przygotowywać się do transformacji Animagów, jednak wykonać ją zdołał dopiero w przerwie świątecznej. Późniejsze studia nad magią totemiczną pozwoliły mu na rozwinięcie tej techniki na nowy nieznany dotąd poziom. Potrafił przywołać niektóre cechy swojej zwierzęcej formy bez przemiany w nią. Właśnie to miał zamiar teraz zrobić.
Sięgając głęboko w siebie przywołał swoje zwierzęce ja i koncentrując się na jego wybranych aspektach poczuł zachodzące w nim zmiany. Jego masa mięśniowa zaczęła się rozbudowywać, a zmysły wyostrzać. Czuł, że staje się szybszy i bardziej zwinny. Otworzył oczy i rzucił się pędem w stronę swojego przeciwnika. Ten zaskoczony taką reakcją w ostatniej chwili uniknął ciosu pięścią wymierzonego w jego twarz. Harry natychmiast ponowił atak, tym razem skutecznie poczytując przeciwnika i z niesamowitą siłą podnosząc go nad głowę, aby zaraz potem cisnąć na ziemię. Afrykańczyk otrząsną się wystarczająco szybko unikając zbliżającego się kopnięcia.
Munashe odskoczył od nacierającego czarodzieja za wszelką cenę starając się trzymać dystans. Nie było wątpliwości, że cokolwiek zrobił jego przeciwnik, był teraz równie szybki i znacznie silniejszy niż afrykański książę. Zupełnie jakby jakimś cudem sam przywołał do pomocy totem, co przecież było niemożliwe, gdyż ta technika był pilnie strzeżonym sekretem, którego na pewno nie znał żaden z europejskich czarodziei. Jakkolwiek by nie było, potrzeba byłą zamiana taktyki. Totem małpy został odesłany i Munashe przyzwał najpotężniejsze z zwierząt jakie był w stanie kontrolować. Czując nowy przypływ energii rzucił się na przeciwnika.
Widownia w absolutnej ciszy obserwowała zmagania zawodników. Walka fizyczna zdarzała się podczas turniejów, ale prawie nigdy na taką skalę. Obydwaj przeciwny poruszali się z niesamowitą prędkością i gracją, wymieniając ciosy, łapiąc się w uściskach i próbując powalić na ziemię. Im dłużej trwałą walka, tym bardziej brutalna zaczynała się wydawać. Zamiast ciosów pięścią, wyglądało jakby chcieli się nawzajem podrapać. Jakby na ich dłoniach były pazury zdolne pociąć przeciwnika. Jakie było zdziwienie, kiedy w końcu jeden z takich ciosów dosięgnął Harrego i faktycznie pozostawił cztery równoległe zadrapania na jego ubraniu.
- Oto jesteśmy świadkami coraz bardziej postępującej przemiany Munashe Farai – tłumaczył komentator. – Im dłużej i bardziej korzysta z totemu, tym bardziej przypomina zwierzę, którego zdolności użycza, aż w końcu będzie musiał w pełni przyjąć jego postać. Co zaś się tyczy Harrego nie mam najmniejszego pojęcia czy również korzysta z totemu, ale najwyraźniej i on powoli w coś się przemienia! Co to będzie tylko czas pokarze.
Munashe wiedział, że nie ma wiele czasu nim będzie musiał dokonać końcowej przemiany. Zbyt intensywnie używał mocy totemu, aby móc teraz przerwać. Szybkim kopnięciem odepchnął przeciwnika, aby dać sobie kilka sekund potrzebnych na transformację. Jego ciało nienaturalnie się wygięło przechodząc z postaci ludzkiej do zwierzęcej i po chwili oczom zdumionych widzów ukazał się nienaturalnie duży dziki kot. Przypominający leoparda, ale większy nawet od tygrysa szybko został zidentyfikowany przez tłum przerażonych czarodziei. Był to nundu.
- Niesamowite! To nundu! Munashe Farai przemienił się w nundu! Fenomenalne widowisko! – komentator nawet nie próbował kryć podekscytowania. – Dla wszystkich przerażonych perspektywą nagłej śmierć przypominam, że stadion otoczony jest specjalnym polem chroniącym widzów, przed wszystkim co się dzieje na podeście. Dlatego proszę się nie obawiać i podziwiać, to jakże fascynujące widowisko. Co teraz poczyni Harry, kiedy przyszło mu się zmierzyć z bestią, zdolną swoim oddechem zabić całą wioskę, a do jej pokonania potrzeba prawie setki czarodziejów.
Harry w chwilowym osłupieniu zdołał zarejestrować wypowiedź komentatora. No właśnie co teraz miał zamiar zrobić. Nundu były najprawdopodobniej najniebezpieczniejszymi zwierzętami znanymi czarodziejom. Gorsze od smoków (przynajmniej tych współczesnym, bo starożytne były w zupełnie innej lidze), bazyliszków czy innych bestii z jakimi do tej pory miał do czynienia Harry. Co prawda stwierdzenie o setce czarodziejów było prawdziwe tylko w wypadku, gdy byli to amatorzy, profesjonalistów potrzeba było „tylko" od dziesięciu do piętnastu. Na jego szczęście totem nundu nie był nawet w czwartej części tak potężny jak prawdziwa bestia. Inaczej nikt nie byłby w stanie go kontrolować. Harry sądził, że byłby w stanie pokonać go mając różdżkę, ale bez niej jego odpowiedź mogła być tylko jedna. Czas na kolejnego asa z rękawa.
- Co się dzieje?! – wykrzyknął komentator. – Harry również przechodzi przemianę. I oto staje się… Staje się gryfem!!! Harry Potter okazuje się Animagiem o formie gryfa!!! Co za szczęśliwa dla niego okoliczność, zwarzywszy na fakt, że gryfy znane są ze swojej odporności na trucizny, rywalizującą z odpornością feniksów! Ale pamiętając o ważnych prawach związanych z Animagami patrzę w stronę konsultanta z Ministerstwa i jego kiwnięcie głową potwierdza, że był świadom tej umiejętności młodego Pottera, co oznacza, że jest zarejestrowany. Że też nikt nie pomyślał, aby sprawdzić na ten temat rejestrów, nie spodziewając się, zapewnie, że tak Harry w tak młodym wieku był w stanie dokonać przemiany, której wielu dorosłych czarodziei nie potrafi narzucić się przez całe swoje życie.
Na podeście bestie mierzyły się wzrokiem. W naturalnym środowisku nie miały szans się spotkać, gdyż nundu preferowały sawanny i pustynie na nizinnym terenie, gdy gryfy mieszkały wysoko w górach. Teraz jednak przyszedł czas na zadecydowanie, które z nich było potężniejsze. Nawet jeżeli ich pełna potęga nie mogła zostać uwolniona, gdyż inaczej zdominowałyby czarodziei, którym użyczały teraz swoich zdolności.
Gryf wydał pociągły skrzek i ruszył na dzikiego kota. Nundu również wydobyło z sobie ryknięcie, doskakując do nadciągającego przeciwnika. Obie bestie zwarły się w uścisku, drapiąc i szarpiąc. Nundu zadawał ranny gryząc ostrymi na brzytwy zębami. Gryf nie pozostawał mu dłużny dziobiąc głęboko.
Harry wiedział, że jeżeli walka potrwa dłużej, to nie ważne kto ją wygra i tak nie będzie w stanie wziąć udziału w finale. Postanowił wykorzystać fakt, który do tej pory nie wpływaj znacząco na walkę. Gryfy były w połowie lwem a w połowie orłem, dzięki czemu posiadał skrzydła, z których miał zamiar zrobić teraz użytek.
Odskakując od swojego przeciwnika, gryf z miejsca wzbił się w powietrze uciekając z zasięgu ataku nundu. Obserwując bestię z góry, Harry wiedział, że istnieje tylko jeden sposób na szybkie zakończenie tej walki. Wzniósł się jeszcze wyżej i chwilę pokrążył nad stadionem. Widział, że gigantyczny kot niecierpliwie krąży, spoglądając co chwilę w górę i czekając na powrót wroga. Harry postanowił nie dać mu więcej czekać i zanurkował w dół. Gryfy polowały podobnie do orłów. Upatrywały sobie ofiarę, by zaraz potem szybkim lotem koszącym dopaść ją i porwać w swoje szpony. Dokładnie taką samą taktykę postanowił zastosować teraz Harry. Niczego nie spodziewający się Munashe Farai w formie nundu, przystanął w miejscu czekając aż przeciwnik będzie próbował przygwoździć do go ziemi. Afrykańczyk planował w ostatniej chwili odskoczyć, pozwalając latającej bestii na bolesne zderzenie z zmienią.
Kiedy gryf był już tylko kilka metrów od niego, Munashe wykonał skok w bok. Jednak jego przeciwnik zamiast uderzyć o ziemię zmienił kąt opadania i równie szybko skręcił w stronę, gdzie stał Farai, aby pochwycić go w swoje szpony. Gigantyczny kot szarpał się próbując uwolnić, kiedy gryf sam wypuścił go z uścisku. Nundu upadł na ziemię wściekle rycząc na latającą nad nim bestię. Dopiero po chwili Munashe zorientował się, że coś jest nie tak. Znajdował się poza podestem. Przegrał walkę.
- Naprawdę panie Potter, wolałam kiedy byłeś cichym i spokojnym młodzieńcem – narzekała Madam Pomfrey opatrując rany, jakich nabawił się Harry podczas ostatniego pojedynku. A było co opatrywać. Głębokie zadrapania, rany kąsane, potłuczone żebra, lista nie miała końca. – A teraz w ciągu niecałych dwóch miesięcy, trzy razy znalazłeś się w mojej opiece.
- Ale drugi raz, to był tylko zwykły ból brzucha – próbował się bronić i nie stękać za głośno podczas nakładania magicznych maści i bandaży.
- Nieważne – zignorowała jego tłumaczenia. – Przez poprzednie pięć lat nie zaglądałeś tu ani razu. Próbujesz nadrobić stracony czas?
- W zasadzie łóżka są tu wygodne, jedzenie dobre, towarzystwo interesujące. Nie widzę powodu, dla którego nie miałbym wpadać tu wcześniej – zażartował, po czym skrzywił się, kiedy Poppy mocna zacisnęła jeden z bandaży.
- Mam nadzieję, że sobie nie wykrakasz – powiedziała na odchodne. Harry znając swoje szczęście wątpił, żeby mógł jeszcze coś zapeszyć. Zastanawiał się tylko jak szybko dostanie własne łóżka w izbie chorych. – Zostajesz tu do rana. Żadnych dyskusji.
- Tak Madam Pomfrey – pokornie się zgodził.
- Potter! – usłyszał żeński głos dochodzący od strony drzwi. Gdy spojrzał w tamtą stronę zobaczył Daphne w towarzystwie Hermiony i Rose. – Czy ty całkiem straciłeś już rozum?!
Cała trójka była obecna na pojedynku, korzystając w wolnego wstępu dla uczniów szkoły organizującej. Oglądając brutalną walkę, każda na swój sposób martwiła się o zdrowie Harrego. Rose chociaż w połowie starcia odwróciła głowę, nie mogąc patrzeć na lejącą się wszędzie krew, była pewna, że jej brat poradzi sobie w nawet najgorszej sytuacji i wyjdzie zwycięsko z opresji w jakich się znalazł. Hermiona również ledwie mogła obserwować nieludzką wymianę ciosów i tylko jej logiczny umysł, przypominający, że od lat 50-tych kiedy doszło do zmian w przepisach, nie było ani jednego przypadku śmiertelnego podczas turnieju pojedynków magicznych, a przez ostatnie 20 lat nikt nie został trwale (w standardach czarodziejskich) okaleczony, powstrzymywał ją od paniki o Harrego. Z tria dziewcząt tylko Daphne wydawała się nieporuszona i być może nawet znudzona całym widowiskiem. Wydawała się. Zdradzały ją oczy, które z uwagą i obawą obserwowały zmagania jej przyjaciela. Panna Greengrass zbyt dobrze pamiętała opowieści swojego wujka, pasjonata pojedynków magicznych, o wielu najsłynniejszych walkach kończących się śmiercią jednego z zawodników. Teraz ostatkiem sił starała się nie zacząć krzyczeć, aby przerwano starcie.
- Jak mogłeś być tak głupi! Tak nieodpowiedzialny! – Daphne kontynuowała swój wywód. – Co też przyszło ci do głowy?! Walczyć bez różdżki?! Może jeszcze powinieneś dać sobie związać ręce i zasłonić oczy?! Pomyślałby ktoś, że należysz do Gryffindorów, a nie Slytherinów, chociaż twoja forma Animaga może być w tym wskazówką!
Harry pokornie słuchał wszystkich wyrzutów jakie kierowała w jego stronę przyjaciółka. Spodziewał się tego, ale sądził, że to jego matka będzie teraz na niego krzyczeć. Świat jest pełen niespodzianek.
- Masz coś na swoje usprawiedliwienie?! – Daphne w końcu skończyła krzyczeć.
- Wygrałem? – spytał nieśmiale.
- Jesteś niemożliwy – Slytherinka bezsilnie załamała ręce.
- Widzę, że ktoś mnie już wyręczył w solidnym okrzyczeniu Harrego za jego bezsensownego heroizm – odezwała się Lily, która właśnie weszła do izby chorych.
- On i tak dalej nie nic z tego nie rozumie – stwierdziła Daphne.
- Ależ rozumiem – zaprzeczył Harry. – Tylko widzicie. Wy patrzycie na to jak na zwykłą rywalizację, turniej, gdzie najważniejsze to wygrać. Ja zaś widzę wyzwanie, możliwość zbadania granic moich możliwości podczas każdej z walki do jakiej staje. A robię to żeby, kiedy przyjdzie pora i będę musiał walczyć w prawdziwym życiu, gdzie nie będzie żadnego regulaminu ani sędziego, wiedzieć na co mnie stać.
- Mimo wszystko uważam, że był to po prostu głupie – powiedziała po chwili Daphne, kiedy już przemyślała odpowiedź Harrego. Wiedziała, że ma rację, ale i tak nie mogła pogodzić się z myślą, iż ryzykuje w tym turnieju jeśli nie życia, to chociaż zdrowie.
- Nie chce wam przerywać – z swojego gabinetu wyłoniła się Madam Pomfrey. – Ale pan Potter musi odpocząć. Lily ty oczywiście możesz zostać i spróbować przemówić do rozumu swojego syna.
- Podejrzewam, że i tak bym nie była w stanie Poppy – uśmiechnęła się do koleżanki. – Odpoczywaj Harry. Za trzy dni finał. Syriusz już przygotowuje przyjęcie z okazji twojego sukcesu, nieważne czy wygrasz czy zajmiesz drugie miejsce.
- To miło z jego strony – uśmiechnął się na myśl o imprezie organizowanej przez swojego ojca chrzestnego. Normalnie nie lubił chodzić na przyjęcia, ale przygotowanego przez Starego Marudera i specjalistę od dobrej zabawy, nie mógł przegapić.
- Zdrowiej szybko – po raz pierwszy odezwała się Hermiona.
- I zbieraj siły, żeby pokonać ostatniego przeciwnika – dodała Rose.
Harry patrzył za wychodzącymi kobietami, które stały się nieodłączną częścią jego życia w Tym Czasie.
- Ta dziewczyna, która na ciebie nakrzyczała – usłyszał głos drugiego pacjenta, zajmującego łóżko obok i do tej pory drzemiącego Munashe Farai. – Ona jest w tobie zakochana.
- Zapewne masz racje – Harry powiedział po chwili zastanowienia. – Chociaż mogłaby, to okazywać w jakiś inny sposób zamiast wydzierać się na mnie. Masaż byłby całkiem przyjemną opcją.
- Pomyliłem się – po dłuższej chwili ciszy Munashe ponownie podjął rozmowę.
- Z czym? – zainteresował się młodszy czarodziej.
- Podczas walki nazwałem cię chłopcem. Nie jesteś nim. Jesteś mężczyzną z sercem wojownika – wyjaśnił Afrykańczyk.
- Czuję się zaszczycony słysząc taką deklarację z twoich ust – powiedział poważnie Harry.
- Zastanawia mnie – ciągnął dalej Farai. – Jak udało ci się przywołać cechy swojej formy Animagusa bez przemiany w niego. Nie wiedziałem, że europejscy czarodzieje potrafią tego dokonać.
- Bo nie potrafią – spojrzał na swojego rozmówce. – Sam to odkryłem badając powiązania między magią Animagi i magią totemiczną.
- Interesujące. Będąc tak młodym samemu osiągnąć tak wiele – Afrykańczyk nie krył podziwu. – Jeżeli w czasie przerwy od szkoły będziesz miał czas, przyjedź do mojego kraju. Sądzę, że jeżeli pokażesz swoje osiągnięcia Radzie Szamanów, zgodzą się na udzielenie ci kilku wskazówek.
- Byłoby wspaniale – ucieszył się Harry. – A nawet gdyby się nie zgodzili, to zawsze warto zwiedzić trochę świata.
- Twój kolejny przeciwnik – Munashe zaczął znowu po chwili ciszy, nawiązując do drugiego pojedynku półfinałowego jaki dzisiaj się odbył. Obie walki toczyły się tego samego dnia, aby każdy z finalistów miał tyle samo czasu na przygotowanie się do ostatecznego rozstrzygnięcia. – Iseul Ji. To potężny czarodziej i prawdziwy wojownik. W zeszłym roku wyeliminował mnie w 1/8 Mistrzostw Świata Juniorów i chociaż sam odpadł w ćwierćfinałach, to przegrał z późniejszym mistrzem.
- Wielka szkoda, że piątka z najlepszej ósemki zeszłorocznych mistrzostw przeszła na seniorstwo – dodał Harry. – Gdyby nie to ten turniej byłby jeszcze bardziej pasjonujący. Ty sam niedługo będziesz już walczył w seniorach.
- Tak – potwierdził Munashe. – Wielki Turniej, to ostatni juniorski w jakim biorę udział. Za miesiąc kończę 22 lata, a za trzy miesiące są Mistrzostwach Świata Seniorów. Mam zamiar się do nich zakwalifikować, a potem zobaczymy jak daleko zabrnę.
- Jeżeli chodzi o Iseula Ji – powiedział Harry. – To dziękuje za ostrzeżenie, ale po jego półfinale mniej więcej wiem czego się po nim spodziewać. Chociaż nie wątpię, że ma jeszcze kilka niespodzianek dla mnie. Tak samo jak ja dla niego.
Iseul Ji przyglądał się nagraniom walki półfinałowej między Potterem a Farai. Wynik potyczki bardzo go zdziwił. Już od początku fazy pucharowej był pewien, że jeżeli uda mu się dotrzeć do finału to afrykański czarodziej będzie jego przeciwnikiem.
- Widzę, że dalej to oglądasz – odezwał się Hye Yong, jego przyjaciel i rywal za razem, którego dzień wcześniej wyeliminował z turnieju po zaciętej i wyrównanej walce. – Myślisz pewnie nad zmianą taktyki, skoro to nie Farai jest twoim przeciwnikiem.
- Nie do końca – przecząco pokiwał głową. – Sposób, który znaleźliśmy na zablokowanie jego zdolności totemicznych, powinien w równie dobrym skutkiem poradzić sobie z magią Animagów, którą używa Potter.
- Zapewne tak – zastanowił się Yong. – Ale to nie zmienia faktu, że dalej nic nie wiesz o jego prawdziwych umiejętnościach w walce różdżką. Jego przeciwników do tej pory, trudno nazwać wymagającymi w tym względzie. Gdyby Farai, tak szybko nie stracił swojej dałoby ci to lepszy obraz.
- Być może, ale według wszelkiego prawdopodobieństwa wątpię, aby Potter był na naszym poziomie walki różdżką – stwierdził.
- Ja i tak radzę ci uważać. W nim jest więcej niż na pierwszy rzut oka widać – ostrzegł przyjaciela Yong. W jego mniemaniu Iseul zbyt często pozwalał swojej arogancji przysłonić właściwy osąd sytuacji, ale trudno mu było go teraz za to karcić, kiedy to Ji wyszedł zwycięsko z ich ostatniego pojedynku, udowadniając, że ma czym poprzeć swoją dużą pewność siebie. Zresztą sam był sceptyczny, co do prawdziwych możliwości Harrego Pottera, chociaż nie opuszczało go przeczucie, że ten chłopak jeszcze nie pokazał na co go naprawdę stać.
Organizatorzy turnieju postanowili, że na dwa dni przed finałem odbędzie się jeszcze jedna konferencja prasowa, w której wezmą udział obydwaj zawodnicy. Harry znowu znalazł się w sytuacji, gdy miał przed sobą setkę żądnych sensacji reporterów. Tym razem towarzyszył mu jednak, wyglądający na równie zmęczonego całym tym zamieszaniem Iseul Ji.
- Panie Potter – zaczął kolejny dziennikarz. – Wcześniej powiedziałeś, że oceniasz swoje szanse na zwycięstwo, jako duże. Czy coś się w tym względzie zmieniło?
- Nie – odpowiedział Harry. – Fakt, że dotarłem tak daleko, mówi wystarczająco wiele o moich możliwościach.
- Panie Ji – odezwał się inny reporter. – Uznawano cię razem z Hye Yong i Munashe Farai za trzech prawie stuprocentowych faworytów do zwycięstwa całego turnieju. Czy zaskakuje cię, że to nie Farai będzie twoim przeciwnikiem w finale?
- Z pewnością zaskakuje – Iseul nie krył się z odpowiedzią. – Gdyby ktoś mi powiedział, że w finale przyjdzie mi się z mierzyć z w ogóle nieznanym mi Harry Potterem, uznałbym go za szaleńca.
- A jak oceniasz możliwości swojego przeciwnika? Sądzisz, że ma szanse z tobą wygrać? – drążył temat ten sam reporter.
- Sądzę – Koreańczyk spojrzał kontem oka na siedzącego obok niego czarodzieja, który zaczął uważnie mu się przyglądać po usłyszeniu pytania. – Sądzę, że pan Potter pokazał w półfinale niezwykły potencjał. Czy to wystarczy, aby ze mną wygrać rozstrzygnie się w samym pojedynku.
- Panie Potter, od kiedy jesteś Animagiem? – inny dziennikarz zadał kolejne pytanie.
- Cztery miesiące temu dokonałem pierwszej pełnej transformacji, ale minęło trochę czasu nim osiągnąłem w tym biegłość, dlatego zarejestrowany jestem dopiero od dwóch tygodni – szczerze odpowiedział Harry. Pominął fakt, że dwa z tych czterech miesięcy, były w innym czasie.
Czas konferencji bardzo szybko dobiegł końca, aby zawodnicy nie marnowali go zbyt wiele.
- Jakie ostatnie stwierdzenia, na koniec? – zadał zawodnikom prowadzący spotkanie.
- Mam nadzieją, że niezależnie od wyniku będzie to spektakularny pojedynek – powiedział Harry.
- Też mam taką nadzieję – dodał na odchodne Iseul.
Final Fight: How good is your Wand-Fu?
Studio, z którego WizardSorts nadawało relację na żywo ze stadionu, znajdowało się w jednym z wydzielonych sektorów widowni. Dwaj prowadzący prezenterzy umilali widzą oczekiwanie na walkę, rozprawiając o poprzednich pojedynkach.
- Musisz przyznać Brian – powiedział pierwszy prowadzący, dopiero od kilku miesięcy zajmujący się relacjonowaniem pojedynków magicznych, Jeff Newcomer. – Kto mógł się spodziewać, że ten niepozorny chłopka dojdzie aż do finałów?
- Masz rację Jeff – potwierdził drugi prezenter, Brian Greengrass, prywatnie wujek jednej z uczennic Hogwartsu: Daphne Greengrass. – Nie zapominajmy jednak, że takie podobne przypadki zdarzały się w historii niejednego turnieju. Na przykład w 1948 nikomu nie znany Tom Riddle, zaledwie 22 letni absolwent Hogwardu, rozgromił swoich bardziej doświadczonych przeciwników i zdobył tytuł mistrza świata.
- Mimo wszystko jest to co najmniej zaskakujące – ciągnął dalej Jeff. – Już jego awans z fazy grupowej, gdzie mierzył się z kilkoma naprawdę dobrymi zawodnikami powinien powiedzieć nam wiele o jego możliwościach, a jednak wszyscy cały czas ignorowali Harrego Pottera.
- Wiele w tym wkładu jego pierwszych dwóch przeciwników, którzy powiedzmy sobie nie należeli do pierwszej Ligii – zgodził się Brian. – Mimo swojej niewątpliwej popularności w Wielkiej Brytanii Jimmy Potter jest jeszcze niedoświadczonym czarodziejem, a na wyczyny Xaviera Rydera opuśćmy zasłonę milczenia. Dopiero półfinał z pasjonującym pojedynkiem między Harrym Potterem a Munashe Farai, pokazał na co naprawdę stać tego chłopaka.
- Sam Iseul Ji również nie musiał się specjalnie wysilać we wcześniejszych walkach – stwierdził młodszy prezenter. – Mimo niewątpliwie oryginalnego stylu walki z użyciem katany japoński czarodziej Kenta Chou nie zagroził Koreańczykowi w 1/8 finałów. A w ćwierć finałach z łatwością wyeliminował nadzieję Brytanii, przynajmniej do czasu objawienia w postaci Harrego, Cedrica Diggorego. Jednak półfinały były już dla Iseula prawdziwą batalią ze swoim rodakiem Hye Yongiem. Dawno już nie widziałem tak pasjonującego pojedynku.
- Hye Yong i Iseul Ji są równie wielkimi przyjaciółmi poza podestem, jak i zaciętymi rywalami na nim. Nic dziwnego, że żadne z nich nie chciał ustąpić miejsca drugiemu – wyjaśnił Brian. – Gdyby nie równie niesamowita walka w drugim półfinale można by sądzić, że byliśmy świadkami przedwczesnego finału. A tak, aż się boję pomyśleć czego będziemy świadkami dzisiaj. To może być widowisko jakiego nie było na turnieju juniorskim od lat.
- Miejmy nadzieję, że tak będzie Brian. Ja i zapewne nasi widzowie również, nie oczekują niczego innego jak wspaniałego widowiska, o którym będzie się mówić głośno jeszcze kilka lat później – pokiwał głową Jeff.
- Panie i panowie! – zaczął jak zawsze komentator. – Oto przed nami finał! Bez zbędnych zapowiedzi, gdyż w ciągu ostatnich kilku dni, zostało o nich powiedziane więcej niż można tu przytoczyć, za chwilę na naszych oczach walkę o wygraną w turnieju stoczą Iseul Ji i Harry Potter!! Obydwaj już są gotowi i czekają na znak od sędziego, aby rozpocząć zacięty bój o zwycięstwo!
Harry poświęcił czas nim sędzia dotrze na swoje stanowisko na obserwację swojego przeciwnika. Iseul Ji wydawał się być spokojny, jeżeli nawet nie znudzony całą sytuacją. Miał na sobie uszyte w nowoczesnym kroju koreańskie szaty narodowe o nazwie hanbok, a długie czarne włosy trzymał związane gumką. Harry zastanawiał się ile z jego zblazowanej postawy to gra mająca na celu uśpić czujność przeciwnika, a ile rzeczywista arogancja. Za chwilę miał się o tym przekonać.
Sędzia w końcu dał znak do rozpoczęcia walki. Nim Harry zdążył zareagować, Iseul zniknął z jego pola widzenia i pojawił się zaraz obok rzucając w jego stronę kilka paskudnych klątw. Nie tracą czasu, młody czarodziej, sam zniknął i pojawił się kilka metrów dalej odpłacając się Koreańczykowi serią czarów. Gra w znikanie i pojawianie się potrwała jeszcze przez chwilę, ale w końcu obydwaj z niej zrezygnowali. Apparition choć nie kosztujące wiele energii, potrzebowało dużo uwagi, która w czasie walki mogła być znacznie lepiej spożytkowana.
Przeciwnicy skoncentrowali się na czystej walce z użyciem różdżek. Widownia mogła podziwiać istną ferię barw, kiedy kolejne zaklęcia leciały w powietrzu zdarzając się z magicznymi tarczami. Młodzi czarodzieje wykazywali się pokaźną wiedzą w zakresie czarów bitewnych oraz obronnych. Przez długi czas walka była całkowicie wyrównana i żadne z nich nie wykazywał nawet początkowych oznak zmęczenia. W końcu Iseul jako pierwszy zdecydował się na zmianę taktyki.
Koreańczyk szybko zorientował się, że jego przeciwnik jest równie dobry w posługiwaniu różdżką jak on sam. Nie zmieniał taktyki licząc, że młodszy czarodziej w końcu się zmęczy, ale nie dało to spodziewanego efektu. W końcu zdecydował się na skrócenie dystansu i sprawdzenie jak europejczyk poradzi sobie z Azjatycką techniką pod nazwą Wand-Fu. Pochodziła ona od jednego z mnichów z Shaolin, który dowiedział się, że jest czarodziejem w dość późnym okresie swojego życia. Po otrzymaniu różdżki wpadł na pomysł opracowania sztuki walki, która łączyłaby Kung-Fu z użyciem magicznego narzędzia. Efekty były bardzo obiecujące. Wand-Fu pozwalało na krótkim dystansie zaatakować przeciwnika zarówno fizycznie jak i magicznie. Najprostsza technika używała różdżki po jej zaczarowaniu, jak narzędzia do zadawania ran ciętych. Właśnie od tego postanowił zacząć Iseul.
Harry szybko rozpoznał zamiary swojego przeciwnika. Ominął cięcie różdżki i skutecznie zablokował kopnięcie, po czym sam przeszedł do kontrataku. Wymierzył cios pięścią, ale trafił na blok. Szybki kopniak z półobrotu również, nie przeszedł przez paradę, ale następujące po nim cięcie różdżką zdołało rozciąć rękaw Koreańczyka. Harry w duchu podziękował za lekcja Wand-Fu jakie udzieliła mu Su Li podczas piątego roku nauki w Hogwardzie. Dziadek uczennicy z Domu Ravenclaw, był mistrzem tej techniki i od najmłodszych lat starał się przekazać całą posiadaną wiedzę swojej wnuczce. Wiedzę, którą ona sama przekazała potem Harremu, pomagając mu w przygotowaniu się do nieuniknionej konfrontacji z Voldemortem.
Wymiana ciosów trwała. W użytek zaczęły wchodzić coraz bardziej skomplikowane techniki. Dla postronnych obserwatorów wyglądało jakby walczący przeciwnicy wykonywali pewnego rodzaju taniec, wyprowadzając kolejne ataki i blokując równocześnie. W pewnym momencie w ruch ponownie poszły różdżki. Obydwaj czarodzieje próbowali wymierzyć nimi w stronę wroga, mając szansę na nie możliwie do obronienia trafienie klątwą z odległości kilkunastu centymetrów. Jednak ich próby były niwelowane, a różdżki za każdym razem odtrącane tak, że zaklęcia omijały cel i leciały każdą stronę, tylko nie tam gdzie powinny.
Nieoczekiwanie Koreańczyk po kolejnym zablokowanym ciosie zniknął i pojawił się kilkanaście metrów dalej. Harry widział jak wyciąga z kieszeni spodni kamień i rzuca go na środek pola walki. Kamień rozbłysnął po czym zgasł. Nie wiedząc co o tym sądzić, młody czarodziej ponownie spojrzał w stronę przeciwnika, który znowu wyciągał coś z kieszeni. Tym razem okazało się, że to pomniejszona peleryna, którą po przywróceniu do naturalnych rozmiarów Iseul założył na siebie. I natychmiast wzbił się w powietrze. Harry niewiele myśląc skoncentrował się, aby dokonań transformacji w gryfa, kiedy odkrył, że z jakiegoś powodu nie czuł swojej formy Animaga. Po chwili zrozumiał. Był to najwyraźniej efekt działania tajemniczego kamienia, który wyglądało potrafił blokować tę konkretną zdolność. Koreańczyk za ten czas przyjął wygodną pozycję nad przeciwnikiem i zaczął rzucać w niego kolejne zaklęcia. Harry szybko wyczarował potężną barierę, po czym korzystając z kilku sekund czasu, wyciągną z kieszeni małe zawiniątko. Moment później sam był w powietrzu na swoim wiernym Firebolcie.
- Niesamowite! Walka przeniosła się w powietrze! – poinformował komentator. – Obydwaj przeciwnicy wznieśli się tak wysoko, że ledwie ich widać, ale na szczęście mam ze sobą magiczną lornetkę, która pozwoli mi dla państwa relacjonować co dzieje się tam w górze. Ale dzieje się wiele! Niewątpliwie Harry Potter radzi sobie z lataniem na miotle równie dobrze, jak z pojedynkowaniem się. Chłopak niewątpliwie ma talent. Aż dziw bierze, że nie mam żadnych informacji o jego przynależności do zespołu Quidditch w Hogwatsie. Czyżby jakieś niedopatrzenie? Jeśli zaś chodzi o Iseula Ji i jego Powietrzną Pelerynę, będącą bardzo potężnym i drogim artefaktem o historii wywodzącej się z legendarnych latających dywanów, to muszę powiedzieć, że powiedzieć, iż lata jak ptak, to powiedzieć za mało. Starcie dwóch czarodziei nie straciło tam w górze nic ze swojej zaciętości. Ale co to! Miotłą Harrego została trafiona zaklęciem zapalającym! Harry zaczyna spadać! Zdołał jeszcze odpłacić się Iseulowi również uszkadzając mu jego płaszcz i zaczął lecie w dół jak kamień!
Harry był w tarapatach i to dużych. Upadek z tej wysokości nie mógł się dla niego dobrze skończyć. Jego miotła całkiem już przestała działać, a forma Animaga dalej była zblokowana przez tajemniczą magię kamienia. Jedynym pocieszeniem jakie znajdował w tej sytuacji, był fakt, że udało mu się uszkodził pelerynę swojego przeciwnika, który również będzie musiał wrócić na ziemię. Przy czym ze względu na niewielkie uszkodzenia, będzie mógł to zrobić wolniej i bezpieczniej. Harry miał tylko jeden pomysł jak wybrnąć z tej stacji. Musiał Disapparate. Magiczna teleportacja była całkowicie niezależna od szybkości z jaką przed jej wykonaniem poruszał się czarodziej i pozostawiała go w miejscu, do którego się przeniósł kompletnie nieruchomego. Wyjątkiem była sytuacja, gdy on sam przed zakończeniem przeniesienia przygotował się do natychmiastowego rozpoczęcia ruchu. Problemem były jednak osławione Hogwardzkie magiczne bariery, które nie pozwalały na to w bliskie odległości od szkoły. Bliskiej w poziomie, bo w pionie wyglądało na to, że ciągnęły się bardzo wysoko. Apparition było możliwe tylko na podeście, co oznaczało, że otaczała go antybariera. Pytaniem było jak wysoka. Harry ocenił czy opada w kierunku pola walki i kiedy stwierdził, że nie, skorygował swój kurs kilkoma czarami o większym odrzucie. Jedyne co mu teraz pozostało, to absolutna koncentracja w oczekiwaniu na pojawienie się granicy antybariery.
Przerażeni widzowie patrzyli jak jeden z zawodników zbliża się szybko do ziemi. Sędzia zastanawiał się jak powinien zareagować. Regulamin turnieju zabraniał mu interwencji do czasu aż zawodnik zdawał się niezdolny do walki. W tym wypadku spadający czarodziej był jak najbardziej zdolny do walki, tylko że zaraz miało się to zmienić. Ostatecznie przed reakcją powstrzymała go myśl, że być może Harry Potter znalazł wyjście z tej sytuacji. Jeśli nie, sędzia nie sądził, aby chłopakowi przyszło jeszcze brać kiedyś udział w jakimkolwiek turnieju.
Młody czarodziej był zaledwie kilkadziesiąt merów nad ziemią. Kilkanaście. Kilka. Nim zderzył się z podestem zniknął. I natychmiast pojawił się bezpiecznie kilka metrów dalej. Harry nie zdążył nawet ochłonąć, kiedy poczuł zbliżający się czar. W ostatnich chwili próbował odskoczyć, ale zaklęcie trafiło go w rękę i upuścił swoją różdżkę. Natychmiast została ona porwana zaklęciem przywołania Accio przez Iseula, który lądował właśnie po przeciwnej stronie podestu. Harry przeklął w myślach swoją nieuwagę. Był pewien, że Koreańczyk był jeszcze daleko od ziemi. Widać uszkodzenia płaszcza nie były aż tak poważne.
Iseul zmierzył przeciwnika wzrokiem. Pozbawił go różdżki, co powinno oznaczać jego zwycięstwo, jednak coś w postawie przeciwnika mówiło mu, że to jeszcze nie koniec walki. Przymierzył się do zadania serii zaklęć, mając na uwadze, że europejski czarodziej z pewnością nie będzie grzecznie stał w miejscu czekając na kończący cios. Kiedy czary leciały przecinając powietrze nieoczekiwanie Potter zamiast uciekać czekał na nie. I zablokował magiczną tarczą, którą stworzył ruchem dłoni. Iseul nie wierzył własnym oczom. Jego przeciwnik potrafił posługiwać się bezróżdżkową magią, zdolnością którą on sam dopiero powoli próbował opanować. Z na razie mierny skutkiem.
Harry zagrał ostatnim asem ze swojej talii. Jednak wiedział, że mogło to być za mało, aby wygrać. Bezróżdżkowa magii była trudniejsza do kontrolowania i dużo bardziej pochłaniająca zasoby energii. Trudniej było także zmusić ją do wykonania precyzyjnych zadań, dlatego Harry nawet nie próbował wykonywać konkretnych zaklęć, a skoncentrował się na czystej i niczym nie ograniczonej energii magicznej. Zebrał wszystkie siły jakie w nim pozostały i uderzył na przeciwnika. Z jego dłoni wydobył się potężny promień, który poleciał w stronę Iseula. Zaskoczony azjata szybko wyczarował magiczną barierę i zablokował uderzenie. Obydwaj czarodzieje zwarli się w zapasach. Harry napierał swoją magią na barierę Koreańczyka. Wiedział, że od wyniku tej potyczki zależy wygrana w całej walce. Jeśli nie zdoła przebić się przez osłonę, zabraknie mu sił na drugi atak. Zdawał sobie z tego sprawę również Iseul, który wiedział, że jeżeli pozwoli choćby na ułamek sekundy osłabnąć swojej zasłonie przegra.
Chociaż zadawało im się, że trwa to wieczność, tak naprawdę ich zmagania trwały niecałą minutę, kiedy na barierze Koreańczyka pojawiły się pierwsze skazy. Chwilę potem magiczna zasłona została rozbita, a czarodziej zmieciony przez niepowstrzymaną falę energii. Harry widział Iseula lądującego na ziemi. Już się nie podnosił, tracąc najwyraźniej przytomność. Młody czarodziej sam poczuł się bardzo słabo. W oczach zrobiło mu się ciemno a w uszach nic nie słyszał. Upadł na kolana i ciężko oddychał. Dopiero po chwili zmysły zaczęły do niego powracać. I usłyszał. Wiwat stutysięcznego tłumu na jego cześć. Rozejrzał się dokoła widząc skandującą widownię. Sędzia dał oficjalne potwierdzenie tego co wszyscy już wiedzieli. Harry Potter wygrał.
Jeszcze tego samego dnia w Hogwardzie odbyło się wręczenie nagród i wielkie przyjęcie na zakończenie turnieju. Harry prócz pucharu i nagrody pieniężnej otrzymał Pensieve, które miało mu posłużyć do późniejszego przeglądania wspomnień ze wskazaniem na walki, w których wziął udział, aby mógł je przeanalizować i uczyć się na błędach. Cała impreza odbywała się na namiocie służącym wcześniej za miejsce rozgrywek grupowych, więc nie było problemu z pomieszczeniem wszystkich chętnych do wzięcia w niej udziału.
- Harry! – Syriusz w końcu przedarł się do swojego chrześniaka i uściskał go mocno. – Byłeś niesamowity! Cała walka była robiła wrażenie, ale końcówka! Kiedy nauczyłeś się bezróżdżkowej magii?
- Niedawno – odpowiedział szczerze. – Jeszcze długa droga przede mną nim będę naprawdę umiał z niej korzystać, ale i tak poszło nieźle.
- Nieźle? Nieźle?! – patrzył na niego jak na szaleńca. – Masz zaledwie 16 lat a umiesz w tym zakresie więcej niż ja i Remus razem wzięci. Jeżeli to jest dla ciebie nieźle, to boję się dowiedzieć, co to dobrze.
- I słusznie – poważnie powiedział Harry. W myślach przypomniał sobie jak biegły w bezróżdżkowej magii jest Voldemort. Dumbledore również nie ustępował w tym względzie Mrocznemu Lordowie. Jeżeli Harry chciał mieć szanse na pokonanie któregoś z nich w uczciwej walce, miał przed sobą wiele do zrobienia i nauczenia się.
- Panie Potter – podszedł do nich starszy czarodziej w którym rozpoznali jednego z przedstawicieli Międzynarodowej Federacji Pojedynków Magicznych. – Moje miano to Richard Ottic i jestem tu z ramienia MFPM. Na początek chciałbym pogratulować zwycięstwa. Było to wspaniała walka.
- Dziękuję – Harry zastanawiał się czego też może chcieć od niego starszy mężczyzna.
- Zapewne doszły do pana słuchy o pomysłach reformy przygotowywanej przez od dłuższego czasu przez MFPM, pozwalającej juniorom startować w turniejach seniorskich. Przynajmniej tym, którzy wykazaliby się potrzebnymi umiejętnościami wygrywając któryś z ważniejszych dostępnych dla nich turniejów. Otóż planowaliśmy już w tym roku dopuścić do Mistrzostw Świata Seniorów aktualnego Mistrza Juniorów, ale jak zapewne wiesz, osiągnął już wiek, w którym nie potrzebuje do tego specjalnego przyzwolenia – Harry zaczynał się domyślać w jakim kierunku podąża przedstawiciel MFPM, ale cierpliwie czekał aż sam tam dojdzie. – Zastanawiając się co z tym zrobić, gdyż najbliższe Mistrzostwa Świata Juniorów odbędą się w czerwcu, gdy Mistrzostwa Świata czekają nas już w Styczniu, postanowiliśmy poszukać innego młodego czarodzieja, który nadał by się do roli przecierającego szalki. Na nasze szczęście Ministerstwa Magii, zdecydowały się na organizację własnego turnieju w myśl integracji młodzieży z wszystkich krajów. Postanowiliśmy, że jeżeli zwycięzca będzie w oczach MFPM zdolny do podjęcia tego wyzwania, podarujemy mu szansę zmierzenia się z seniorami w najbliższych zawodach. Innymi słowy panie Potter, czy chce pan wziąć udział w nadchodzących Mistrzostwach Świata Seniorów? Oczywiście nie musi pan udzielać odpowiedzi już teraz.
Harremu zabrakło słow.
W następnym odcinku:
- What Is Duel Club?
- Family Secrets - Evans vs Potter!
- Where in the World is Lord Voldemort?
