Nora, 17 października 2007 rok
Ułamek sekundy. Dokładnie tyle minęło, kiedy Teddy wymówił zaklęcie i machnął krótko różdżką. Ułamek sekundy i moja ropucha wyleciała w powietrze. Dosłownie - wnętrzności i niemiły, gęsty śluz poprzyklejały się do ścian, podłogi i naszych twarzy.
— Co... co ty...? - wyjąkałam, czując jak świat wiruje mi przed oczami. A potem mgła rozwiała się i zobaczyłam krew. Zrobiło mi się niedobrze, więc zatkałam usta dłońmi i rozejrzałam się. Kiedy stłumiłam drżenie, wzięłam głęboki oddech. - Margaret! CO TY ZROBIŁEŚ, TEDZIE LUPINIE?
Źrenice Teddy'ego rozszerzyły się w niemym przerażeniu. Dłoń, która trzymała różdżkę wujka Harry'ego zaczęła się trząść, aż w końcu przedmiot upadł na ziemię. Głuchy plask drewna uderzającego o mokrą podłogę dobiegł do moich uszu.
- Ja... sam nie wiem.
Nigdy nie płakałam. A przynajmniej od chwili, w której się urodziłam. Wyjątkiem był ten jeden, jedyny raz, kiedy rodzice się pokłócili. Siedziałam wtedy cicho w swojej sypialni, zaciskałam powieki i zagryzałam wargi. Chciałam, by przestali. Od tamtej pory nie płakałam w ogóle. Nawet gdy złamałam nogę, czy kiedy Fred powiedział mi, że mam brzydkie piegi.
Teraz jednak, gdy uświadomiłam, co przed chwilą się wydarzyło - ogarnęła mnie furia. Margaret - ropucha, którą dostałam na trzecie urodziny i do której byłam przywiązana, tak po prostu... wybuchła. Zacisnęłam dłonie i z krzykiem rzuciłam się na Teda.
- TY. ZWYRODNIALCU! JAK. MOGŁEŚ? - za każdym wypluwanym przeze mnie słowem następował cios. - DOBRZE. WIESZ. ŻE. NIE. WOLNO. CI. UŻYWAĆ. MAGII. PRZED... HOGWARTEM!
Chociaż byłam tylko siedmioletnią dziewczynką, a Teddy był dwa lata starszy ode mnie, to i tak moje uderzenia były mocne i trafne.
- Auu, Victoire, przestań! - chłopak zasłaniał się rękami, a jego włosy nagle zmieniły barwę z turkusu na ciemny granat.
Usłyszałam trzask otwieranych drzwi i ktoś chwycił mnie w pół, odciągając od Teda. Wymachiwałam dziko rękami, kopałam i wierzgałam. Nigdy nie byłam tak zła. Aż w końcu, gdy dostrzegłam twarz załamanego Teddy'ego, dałam się bezwładnie odstawić na podłogę.
Muszelka, 03 marca 2009 rok
- Teddy! - krzyk mojej młodszej siostry Dominique nabrzmiewał znad klifu. Słyszałam też gniewne mruczenie naszego kuzyna - Jamesa. A potem rozległo się pacnięcie i kilka metrów dalej upadł Ted we własnej osobie. Najwyraźniej skoczył z nieco stromego, ale nie zbyt wysokiego wzniesienia tuż obok naszego ogrodu. Spojrzał w górę, uśmiechnął się chytrze i ruszył w kierunku plaży. Mając kryjówkę pomiędzy krzakami piwoni, pozostałam niezauważona. Chwilę potem, gdy chłopak zdejmował buty, kamienną ścieżką zbiegła Dominique, a za nią James. Rozejrzała się i dostrzegając Teddy'ego, pobiegła w jego kierunku. James nie radził sobie tak dobrze - potykał się o kolejne fałdy piasku.
- Ciocia Ginny powiedziała, że masz się z nami pobawić! - jęknęła Dominique.
- Nie słyszałem - wzruszył ramionami Ted i ściągnął koszulkę, by następnie wskoczyć do wody.
Głupi. Przecież była zimna.
Uniosłam wysoko brwi i wstałam, otrzepując sukienkę z piasku. Gdybym była w dobrym humorze, zaczęłabym się śmiać na widok chłopaka trzęsącego się z zimna. Duma zabraniała mu przyznać, że popełnił błąd.
- On się z wami nie pobawi - powiedziałam. Wszystkie trzy głowy zwróciły się w moim kierunku.
- Dlaczego? - spytał zawiedziony James. Jako pięciolatek już znalazł sobie swojego idola - Teda. Jak dla mnie wybrał fatalnie.
- Bo sądzi, że skoro we wrześniu idzie do Hogwartu, to nie ma co zadawać się z dzieciuchami.
- Nie nazywaj mnie tak! - krzyknęła Dominique.
- Przepraszam, ale to on tak myśli. Ja tylko przekazuję - wzruszyłam ramionami.
Teddy skorzystał z okazji i wyskoczył z wody, zakładając buty na ubrudzone piaskiem stopy.
- Kto ci powiedział, że tak sądzę? - uniósł wysoko brew i sięgnął po koszulkę. Z koloru końcówek włosów, które przybrały kolor malinowy wywnioskowałam, że jednak trafiłam w sedno.
- Intuicja.
- A może wiesz to dlatego, że jesteśmy do siebie podobni? - zakpił zupełnie nieświadomy tego, że naprawdę mnie rozzłościł. Przeszyłam go spojrzeniem.
- Nie jestem w żadnym calu do ciebie podobna! - warknęłam.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo - mruknął i zostawił mnie z Jamesem i Dominique, którzy zupełnie nic nie zrozumieli.
Nora, 26 grudnia, 2012 rok
- Stoi. Jeden galeon, że nie wespniesz się na dach tej szopy - powiedział Fred, szczerząc zęby do Teddy'ego. Ten drugi wzruszył ramionami i zmierzył szopę oceniającym spojrzeniem. Dach był oblodzony, a deski i rynna pokryte były szronem. Nie wyczytałam nic z twarzy czarodzieja - może dlatego, że była do połowy zasłonięta wełnianym szalikiem?
- Stoi - powtórzył Ted.
- Wy jesteście kompletnie szaleni! - stwierdziłam, krzyżując ręce na piersiach.
Lubiłam przyjeżdżać do Nory. To był jedyny tłok, jaki tolerowałam. Wszędzie gnomy poubierane w ciasne, różowe sukienki; przepyszne potrawy jedzone w gronie rodziny i śpiewanie kolęd. Ale Fred lub Teddy coś musieli zbroić. Na moje nieszczęście - zawsze przy tym byłam.
- Ale chyba nie poskarżysz, co? - spytał Fred, wymierzając mi kuksańca w żebra. Gdyby nie puchowa kurtka, na pewno boleśnie bym to odczuła.
- Nie. Będę się rozkoszować widokiem Teda w roli szympansa cyrkowego, a potem z radością popatrzę, jak oddaje ci swojego galeona - prychnęłam, a Lupin z uniesionymi brwiami posłał mi nieco zdziwione spojrzenie.
- Czyli sądzisz, że nie dam rady?
- To przecież jasne.
- Ej, bo mi tu kieszeń stygnie. Chcę szybko dostać swojego galeona - zatarł ręce Fred, człapiąc w kieurnku szopy.
- Sknera! - krzyknął za nim Teddy, ale jednak poszedł.
Mimo, że rozmawiałam tak swobodnym tonem, to serce w piersi tłukło mi się jak oszalałe. To wcale nie tak, że nie lubiłam Teda. No, może nie pałałam do niego sympatią, ale w życiu nie chciałabym, żeby coś mu się stało. Nie był moim kuzynem, a mimo to bywał u nas tak często, że niemal codziennie. Rodzice nie mieli nic przeciwko, nawet cieszyli się z tego.
Kiedy podniosłam wzrok, Teddy już wspinał się na stos skrzynek stojących przy szopie. Przeklęłam go w duchu i zacisnęłam usta w wąski pasek.
Na początku szło mu gładko. Parapet okna, szpara w ścianie - był naprawdę dobry w wspinaniu się. Niestety lód i siarczysty mróz były silniejsze. Naga, nieosłonięta rękawiczką ręka Teddy'ego niemal przywarła do rynny, przez co zapomniał o nogach - sekunda i podeszwa jego buta zamiast drewna napotkała pustą przestrzeń. A kiedy spadał, usłyszałam krzyk. Co dziwne, to nie Teddy krzyczał - tylko ja. Zerwałam się z ławki i puściłam biegiem w kierunku leżącego w śniegu ciała. Freda zamurowało, pozieleniał na twarzy.
- Teddy! - uklękłam.
Gdybym miała przy sobie różdżkę, szybko wypowiedziałabym odpowiednie zaklęcie - przecież nie na próżno umieszczono mnie w Ravenclawie. Ale było Boże Narodzienie i nie widząc żadnej potrzeby, zostawiłam różdżkę w sypialni. Nie wiedziałam, co począć z rękami. Byłoby głupio, gdybym zaczęła chłopakiem potrząsać.
- Idź po mojego tatę, Fred - powiedziałam, ale nie usłyszałam żadnych kroków. Freda już nie było - znikał w drzwiach wejściowych Nory.
Przyłożyłam dłoń do torsu Teddy'ego, wyczuwając, jak lekko faluje. Ogromny ciężar spadł mi z serca. Przez krótką, naprawdę krótką chwilę myślałam, że...
Ale zaraz potem usłyszałam głosy i skrzypienie śniegu; Teddy uniósł powieki.
- O mój słodki Merlinie - wydusiłam obserwując, jak blady uśmiech wpływa na jego zmarznięte usta.
- Nie. Jestem Teddy, nie pamiętasz? - i zemdlał.
Hogwart, Pokój Życzeń, 09 maja 2016 rok
- Przyszłam, jak chciałeś - powiedziałam, przekraczając próg sali.
Stał przy półce z książkami. Ręce miał wciśnięte w kieszenie, wzrok nieobecny, włosy koloru jasnego brązu. Objęłam się ramionami, spoglądając gdzieś w sufit. Nie mogłam zapomnieć o tym skradzionym pocałunku sprzed dwóch tygodni. Milczeliśmy. Dwa tygodnie cholernej ciszy. Dałabym wszystko, by usłyszeć chociaż jedno słowo z jego ust.
- Słuchaj, Vic... - zaczął, ale potem urwał. Na dźwięk jego głosu poczułam, jak moje wnętrzności wykonują potężne salto. Nie miałam pojęcia, dlaczego.
Stój.
Właśnie, że miałam.
Nie potrafiłam się do tego otwarcie przyznać, ale musiałam - zaczynałam się w Teddym zakochiwać. Szczerze mówiąc, czułam coś podobnego już od roku. Ale dopiero niedawno uderzyło to we mnie ze zdwojoną siłą. Czytałam dużo książek, nawet romansów. I zawsze zakochanie objawiało się drżącymi kolanami, tłuczącym się sercem. Tymczasem ja nie miałam żadnego z tych objawów. Przy Teddym zawsze czułam, że jestem tam, gdzie powinnam być. Napawałam się zapachem jego imbirowej wody kolońskiej, śmiałam się z jego żartów - ale oczywiście nie zawsze było tak świetnie. Przez większość dzieciństwa się nie lubiliśmy. Te dwa tygodnie temu nawet uderzyłam go w twarz. I wtedy zrobił coś, co tylko postawiło go w jeszcze lepszym świetle. Uśmiechnął się i powiedział miękkim głosem: "zasłużyłem". To właśnie wtedy skradł mi pocałunek, czekając na drugi cios. Ku jego zaskoczeniu nie wymierzyłam go.
Nagle zdałam sobie sprawę, że wpatruję się bezwiednie w regał stojący za plecami Teddy'ego. Otrząsnęłam się z pajęczyny zamyślenia i westchnęłam.
- Byłem idiotą - usłyszałam. - Skończonym idiotą.
- Przez grzecznośc nie zaprzeczę - odparłam chłodno.
Spojrzał się na mnie oczami przepełnionymi żalem i przesunął ręką po czuprynie.
- Wiesz, o co mi chodzi.
- Ależ nie, kontynuuj.
- Proszę, Victoire. Przerwijmy tę ciszę. Wariuję - i rzeczywiście wyglądał żałośnie. Cienie pod oczami świadczyły o nieprzespanej nocy. Albo dwóch. Ewentualnie trzech.
- Nikt ci nie kazał wtedy uciekać. Mogłeś coś zrobić. COKOLWIEK, Ted. Wystarczyło tylko powiedzieć... - zająknęłam się.
- Powiedzieć... - powtórzył i przeniósł wzrok na punkt gdzieś za mną.
- Tak. A tymczasem ty... zostawiłeś mnie tam. Pocałowałeś i zniknąłeś - lepka gula utknęła mi w gardle i nie byłam w stanie nic więcej powiedzieć.
- Musisz zrozumieć, ja... jestem taki sam. Taki sam, jak mój ojciec.
Poczułam, jak grunt znika mi spod stóp. Złapałam się framugi drzwi , zachłysnęłam się powietrzem i przymknęłam powieki. Domyślałam się już od pewnego czasu, ale wciąż miałam nadzieję, że to nie jest prawdą. A jednak - Teddy był wilkołakiem. Gdyby nie to, że spędziłam z nim niemal całe życie i wiedziałam, że nic mi nie zrobi - cofnęłabym się w panice.
- Wybrałem sobie tak fatalny dzień. Musiała to być akurat noc przed pełnią - mruczał. - A planowałem to od miesięcy. Wyobrażałem sobie, jak siedzimy przy ognisku w Hogsmeade, śmiejemy się. A potem mówię ci, że cię kocham.
Zamarłam.
Tysiące gwiazd zawirowało mi przed oczyma, ale pohamowałam się. Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób. Dziwne - czułam, że kocham Teddy'ego, ale nawet gdy mnie pocałował, nie myślałam o tym, czy on mnie także. Zalała mnie fala niesamowicie przyjemnego ciepła.
- Nie rób takiej miny, Vic - w jego śmiechu zabrzmiała nuta wyrzutu. - A wszyscy mówią, że jesteś taka mądra. Kocham cię. Ostatnio nawet jak szaleniec.
- Och - wydusiłam.
Nie spodziewałam się takiego obrotu wydarzeń. Zanim się spostrzegłam, już stałam obok niego i trzymałam jego szorstką dłoń w moich. Poczułam znajomy, imbirowy zapach i zaciągnęłam się nim.
- Też cię kocham, szaleńcze.
