Rozdział drugi: Prawa ręka demona


Jestem już tak blisko wyjścia.

Dźwięki walki nie ustawały. Słyszałam je dookoła siebie – obok mnie, nade mną… chwilami wydawało mi się, że walka toczy się nawet pode mną, co było zwyczajnie niemożliwe. Gwardziści królewscy dzielnie dawali sobie radę z Zagubionymi Chłopcami Pana, dając mi czas na ucieczkę z zamku.

W końcu, po dobrych dwudziestu minutach błąkania się po korytarzach, dotarłam do wyjścia z tunelu. Blokowała mi je duża, mosiężna krata. Wiedziałam już jednak, co z nią muszę zrobić.

Do tej kraty nie było żadnego klucza. Otworzyć ją mogła tylko magia – magia Serca Najprawdziwszego Wierzącego, dokładniej ujmując. Ten jeden tunel, którym właśnie uciekałam, zbudowany został w celu ochrony tylko i wyłącznie takich osób jak ja. I tylko magia takich jak ja mogła tutaj zadziałać.

Ujęłam kratę oburącz, po czym posłałam w metal snopy jasnożółtego światła. Krata zadrżała przez chwilę, po czym jak gdyby nigdy nic zniknęła.

Przeszłam przez otwór na zewnątrz, wydostając się na pobliską plażę. Gdy tylko wyszłam na zewnątrz, krata pojawiła się z powrotem, blokując przejście każdemu, kto zdecyduje się za mną ruszyć w pościg.

Teraz pozostało mi tylko dostać się do przygotowanej w pobliskiej jaskini łodzi. Za pomocą magii wzniosę się dzięki niej w powietrze i odlecę do najbliżej położonej krainy. A stamtąd już tylko metaforyczny rzut beretem dzielił mnie od przejścia do następnego wymiaru.

Ruszyłam zatem pospiesznie w stronę jaskiń, chcąc się stąd jak najszybciej wynieść. Byłam już prawie przy skałach, gdy nagle drogę zastąpił mi jakiś chłopiec.

Momentalnie zamarłam, wyciągając przed siebie dłoń. Z opuszków moich palców wystrzeliły długie języki ognia, przed którymi chłopiec ledwie zdołał się uchylić.

- Kim jesteś? – zawołałam, wykorzystując element zaskoczenia, aby przyjrzeć się nieco uważniej nastolatkowi, jaki zagrodził mi drogę.

Z pewnością był młodszy ode mnie o jakieś dwa, może nawet trzy lata. Był minimalnie ode mnie niższy. Był też szczupły i raczej wątły, o ciemnych włosach, bladej, piegowatej cerze oraz dużych, jasnobłękitnych oczach. Był ubrany tak, jak większość Zagubionych Chłopców Pana z moich wizji – w ubrania zszyte byle jak z kawałków innych ubrań.

- Proszę, nie rób mi krzywdy! – zawołał chłopiec, zasłaniając się desperacko rękoma. – Ja tylko wykonuję rozkazy Felixa! Kazał mi tu czekać, w razie gdyby księżniczka spróbowała ucieczki jakimś tajnym wyjściem. – nie zamierzałam się nawet wdawać w dysputy z tym nastolatkiem. Miałam teraz o wiele ważniejsze sprawy na głowie.

- Zejdź mi z drogi, a oszczędzę twoje życie. – zagroziłam, powiększając płomienie błądzące po mojej dłoni.

Chłopiec spojrzał się na mnie z przestrachem. Po chwili jednak jego oczy powiększyły się dwukrotnie, gdy zapewne zdał sobie sprawę, z kim ma do czynienia.

- To… to ty jesteś tą księżniczką? – nie odpowiedziałam na to pytanie. Patrzyłam się tylko hardo na chłopca, udając twardą, mimo iż w środku cała drżałam ze strachu.

- Zabierz się stąd. – ostrzegłam. Chłopiec jednak nie ruszył się z miejsca.

- Felix kazał mi się zatrzymać, jeśli tylko cię spotkam! – zawołał chłopiec, robiąc krok w tył, gdy posłałam trochę płomieni w jego stronę.

- No to będziesz musiał przekazać temu waszemu Felixowi, że nie mogłeś dać sobie ze mną rady. – odparłam. Jednym ruchem nadgarstka posłałam chłopca daleko w tył, na skalne nadbrzeże. Chłopiec upadł na nie plecami, tracąc przytomność.

Nie sprawiło mi to najmniejszej przyjemności. Nie miałam jednak innego wyjścia – albo on, albo ja. A ja miałam misję do wykonania.

Wznowiłam swój szybki marsz ku jaskiniom. Dostałam się do nich już bez większych przeszkód. Najwidoczniej ten cały Felix nie docenił mnie, i posłał na nadbrzeże tylko jednego Zagubionego Chłopca.

Miałam zatem szansę ucieczki. Musiałam tylko wzbić się tym statkiem ponad wody morza, z dala od zasięgu Chłopców. Potem mogli mnie sobie dalej ścigać; w sąsiednim księstwie czekali już na mnie najemnicy zwerbowani przez doradcę mojego ojca, mający za zadanie chronić mnie w dalszej części podróży.

Wrzuciłam swój tobołek na pokład łodzi, po czym weszłam na nią pospiesznie. Odwiązałam ją od molo, do którego była przywiązana, a następnie skierowałam się do steru.

I tam właśnie zamarłam w bezruchu, otwierając szeroko oczy.

Naprzeciwko mnie stał nastolatek z moich wizji – Felix, lojalny Zagubiony Chłopiec Pana. To jemu ten mały demon wyznaczył za zadanie odnaleźć mnie i przywlec do Nibylandii.

- Witam, księżniczko. – powiedział Felix, uśmiechając się kątem ust. Gdy tylko zrobił krok w moją stronę, ja instynktownie zrobiłam taki sam krok w tył. – Och, nie musisz się mnie bać, księżniczko. Nic ci nie zrobię.

- Ta, akurat. – odparłam z przekąsem, mimo iż wcale nie było mi do śmiechu. Moja prawa ręka już teraz emitowała słabe płomienie. Byłam gotowa zaatakować tego chłopaka, jeśli tylko za bardzo się do mnie zbliży. – Nic mi nie zrobisz poza tym, że zaciągniesz mnie siłą do tyrana, który wyrwie mi serce z piersi, byleby tylko stać się w pełni nieśmiertelnym.

- A więc wiesz? – Felix wydawał się być zaskoczony tym, że znam swoją przyszłość. – Jak?

- Uroki i przekleństwa posiadania daru jasnowidzenia. – odpowiedziałam, uśmiechając się krzywo. – Co, twój lider nie powiedział ci, że mam nadprzyrodzone zdolności? – Zaciśnięta szczęka blondyna odpowiedziała za niego.

Mogę to wykorzystać przeciwko Panowi, pomyślałam gorączkowo, na poczekaniu wymyślając nowy plan. Może jeśli spróbuję nim zmanipulować, to nie zabierze mnie do Nibylandii.

- Wiesz… – zaczęłam, nadając swojemu głosowi nieco łagodniejszy ton. – Jeśli tak bardzo zależy ci na nieśmiertelności, to możesz zawsze zamieszkać tutaj. – Felix przekręcił nieznacznie głowę w bok, przyglądając mi się z uwagą.

- Ta kraina umiera. – powiedział po chwili Felix, rzucając mi ironiczny uśmiech. – Jakim cudem mógłbym tutaj otrzymać dar nieśmiertelności?

- Wystarczy, że pomożesz mi ją ocalić. – odpowiedziałam natychmiast, w duchu radując się jak małe dziecko. Moje działania chyba zaczęły przynosić jakiś skutek. Może jednak uda mi się zmanipulować tym chłopakiem. – Jeśli nie opuszczę tej krainy, będę mogła ją ocalić. A jeśli pomożesz mi w tym, to dam ci możliwość zamieszkania tu na stałe. – wzięłam głęboki wdech, nie spuszczając wzroku z wysokiego nastolatka stojącego przede mną. – Zgadniesz, ile mam lat? – Mały uśmiech pojawił się na ustach Felixa, gdy tylko wypowiedziałam te słowa.

- A myślałem, że kobiety nie lubią mówić o swoim wieku. – rzuciłam mu tylko krzywe spojrzenie, prychając z niesmakiem.

- Tylko te, które żyją mniej niż sto lat. – odparłam. – To jak? Ile mogę mieć lat? – Felix zrobił krok wprzód. Tym razem nie cofnęłam się; nie chciałam pokazać przez to, że się go boję.

- Mogę? – Felix wskazał na miejsce tuż przede mną. Szybko domyśliłam się, że blondyn pytał się w ten sposób, czy może podejść bliżej.

Gestem dłoni i wzruszeniem ramion zachęciłam go, aby podszedł bliżej. Byłam gotowa w razie czego ogłuszyć go magią, jeśli czegoś spróbuje.

Felix stanął tymczasem naprzeciw mnie, przyglądając mi się z uwagą. Wykorzystałam ten czas na to, aby dokładniej przyjrzeć się prawej ręce Pana.

Felix był wysoki – o wiele wyższy ode mnie. Był dokładnie wzrostu mojego ojca, ale nieco od niego szczuplejszy i wątlejszy. Miał długie do karku potargane blond włosy, miejscami przechodzące w ciemny blond. Z lewej strony miał przyczepione do włosów kilka długich piórek. Twarz miał pociągłą i szczupłą, o wydatnych kościach policzkowych i prostym, dość wydatnym nosie. Dolna warga jego wykrzywionych tej chwili w małym uśmiechu ust była nieco szersza od górnej, a dość duże, niebiesko-szare oczy utkwione były w mojej osobie. Pomiędzy jego brwiami zaczynała się długa, jasnoróżowa blizna, biegnąca w dół po prawej stronie nosa aż do dolnej części prawego policzka.

Nie był jednak brzydki – nie, w żadnym wypadku. W pierwszej chwili można było tak pomyśleć. Gdy jednak przyjrzało się mu uważniej zauważało się, że te wszystkie małe mankamenty jego urody nadawały mu „to coś", co przyciągało.

- Czterysta? – Głos Felixa skutecznie wybudził mnie z letargu. Momentalnie zaczęłam przeklinać się, że dałam się tak łatwo rozproszyć.

- Strzelaj dalej. – odparłam, uśmiechając się nieznacznie.

Przyglądając się mu doszłam do wniosku, że jeśli uda mi się go przekonać do współpracy, jak nic zyskam sensownego sojusznika. Felix z pewnością wyglądał na kogoś, kto byłby w stanie obronić cię przed potencjalnym zagrożeniem. A z dwojga złego wolałabym już kogoś takiego jak on niż bandę najemników, których nigdy na oczy nie widziałam. I nie zmieniał tego nawet fakt, ze doradcy mojego ojca ufałam bezgranicznie. Najemnik to był jednak najemnik – za odpowiednie pieniądze gotów byłby cię zdradzić.

Czy ja właśnie myślę o tym, aby nawiązać sojusz z potencjalnym wrogiem? Tak… chyba właśnie to robiłam.

Oj, Elyon… chyba zbyt długo byłaś zamknięta w zamku. Teraz niemal każdego chłopaka będziesz traktowała jak potencjalnego kandydata na męża.

- No nie mów, że ponad sześćset. – Felix uśmiechnął się kpiąco, nie chcąc uwierzyć w to, że mogę być tak „stara".

- Jesteś blisko. – Po moich słowach Felix uniósł wysoko brwi, przyglądając mi się z rozbawieniem.

- Ponad sześćset? – przytaknęłam pojedynczym skinieniem głowy. – Ponad sześćset pięćdziesiąt? – Kolejne przytaknięcie. – Sześćset… siedemdziesiąt? – Pokręcenie głową. – Za dużo. – Przytaknięcie. Na moich ustach majaczył teraz mały, triumfalny uśmiech. Ta zabawa w zgadywanie wieku była całkiem niezła. Przynajmniej odwlekałam nieuniknione starcie z Felixem. I kto wie, może dzięki tej wymianie zdań chłopak zacznie mieć wątpliwości co do tego, abym była złożona w ofierze przez Pana. – Tylko nie mów, że sześćset sześćdziesiąt sześć. – Po tych słowach oboje uśmiechnęliśmy się do siebie, wyraźnie rozbawieni.

- Prawie. – odpowiedziałam. Felix po raz kolejny uniósł wysoko brwi. Teraz jednak do tego na jego ustach widniał szeroki uśmiech.

- Będę strzelał… sześćset sześćdziesiąt dwa?

- No patrz… zgadłeś. – powiedziałam. Moja prawa dłoń była schowana za plecami. Nadszedł koniec zgadywanek, a co za tym szło, Felix mógł teraz wykorzystać tą bliskość do tego, aby mnie zaatakować. Dlatego też w prawej dłoni trzymałam małą kulę ognia, gotową do rzucenia w napastnika.

- Jesteś starsza od Pana. – zauważył Felix. Uśmiech na jego ustach zmalał nieznacznie, gdy nastolatek zdał sobie z tego sprawę. – Niewiele, ale… tak, jesteś starsza. Pan ma dokładnie sześćset pięćdziesiąt lat.

- I nie będąc mieszkańcem naszej krainy nie potrzebuje jeszcze balkonika? Imponujące. – zażartowałam, próbując rozładować tworzące się napięcie. – Nazywasz się Felix, prawda? – spytałam się nagle. Zaskoczyłam tym chłopaka, który przestał się głupkowato uśmiechać.

- Skąd znasz moje imię? – spytał się Felix. W tej chwili spojrzałam się na niego z pobłażaniem.

- Serio? Jeszcze nie zgadłeś? – Felix nadal wyglądał na zdezorientowanego. Najwyraźniej nie kojarzył chyba zbyt szybko faktów. – Jasnowidzenie. Wizje. Wiadomości w nich się ukazujące. – No, w końcu, pomyślałam, gdy mina Felixa w końcu zaczęła wyrażać zrozumienie. – On naprawdę wam nic nie mówi. – mruknęłam, skanując Felixa uważnym spojrzeniem. – Naprawdę, aż dziwię się, że jeszcze mu ufacie.

- Pan nigdy nie zawodzi. – powiedział nagle Felix. Momentalnie cofnęłam się o dwa kroki, blednąc.

A jednak cholera jedna wciąż stała po jego stronie. Niech to szlag jasny trafi. A już sądziłam, że zaczął się do mnie przekonywać.

- Pan nigdy też nie mówi prawdy. – odparowałam, robiąc jeszcze jeden krok w tył. – Może i nigdy nie poznałam go osobiście, ale wystarczą mi same wizje na jego temat i już wiem, z kim mam do czynienia. – Felix tylko uśmiechnął się tajemniczo.

- Pan ostrzegał mnie, że możesz spróbować mną zmanipulować. – powiedział Felix, okrążając mnie powoli, niczym drapieżnik swoją ofiarę. – Mówił, że brzydzisz się przemocą, i że prawie na pewno mnie nie zaatakujesz. – Felix zaśmiał się cicho, ukazując szereg białych, równych zębów. – Wiedziałem, że mówi prawdę. Pan nigdy się nie myli. – Felix wyjął nagle coś zza paska, trzymając to przez cały czas w dłoni.

Zbyt późno zorientowałam się, że na nic zda się moja magia.

Najzwyczajniej na świecie miałam przerąbane.

Ciemnoniebieski proszek został rozpylony wokół mojej twarzy. Mogłam tylko stać bezradnie, nim ów proszek nie omamił mojego umysłu i nie spowodował, że nagle straciłam grunt pod nogami.

Niech to szlag, pomyślałam, tracąc przytomność. Spośród wszystkich rzeczy, jakie mogły być… musiał użyć sproszkowanych płatków Kwiatu Nocy Letniej.