Ostrzeżenie: ten rozdział zawiera fragmenty pochodzących bezpośrednio z oryginału Harry Potter i kamień filozoficzny.


ROZDZIAŁ DRUGI

Witaj magiczny świecie


Od ucieczki brazylijskiego boa dusiciela, która pociągnęła za sobą ujawnienie kim Harry jest naprawdę, minął już ponad rok. Rok nieróżniący się znacząco od żadnych innych. Obecnie zaczęły się letnie wakacje, rodzeństwo zdążyło już zepsuć swoją nową kamerę wideo i rozbić zdalnie sterowany samolot, które to dostali na urodziny.

Harry cieszyła się, że nie musi już chodzić do szkoły, wszyscy i to dosłownie wszyscy przechwalali się do jakich szkół pójdą na jesieni, a ona nie mogła nic powiedzieć. Wykręcała się mówiąc, że rodzice jeszcze nie zdecydowali, którą ofertę wybrać i jest duże prawdopodobieństwo, że pójdzie do innej szkoły niż jej brat. Prawda była taka, że we wrześniu miała pójść do magicznej szkoły i po raz pierwszy w życiu pozbyć się towarzystwa Dudley'a, bo ten został przyjęty do prywatnej szkoły Smeltinga, tej samej, do której uczęszczał kiedyś tata Vernon. W sumie nie było w tym nic zaskakującego, po ich poprzedniej szkole, praktycznie wszystkie inne opcje stały przed nimi otworem. Mama natomiast była przekonana, że Harry została zapisana do Hogwartu w momencie, kiedy się urodziła. Dudley uważał, że to bardzo zabawne.

— Kto na ziemi nazwałby szkołę Hogwart? — zapytał się chyba po raz setny. — To prawie jak świńska kurzajka.

Przy pierwszych dziesięciu takich pytaniach, Harry próbowała jakoś bronić nazwy szkoły, ale teraz tylko przewracała oczami i szła dalej. Skoro jej brat chce grać głupiego, to proszę, ona nie będzie mu przeszkadzać.

Pewnego lipcowego dnia ojciec wziął Dudley'a, żeby mu kupić szkolny mundurek, a Harry została z mamą, by zrobić sobie tak zwany kobiecy dzień. Sprowadzało się to do pójścia do fryzjera, przymierzeniu paru sukienek, a później oglądaniu telewizji i zjedzenia kawałka czekoladowego tortu z lodami. Nic specjalnego.

Tego wieczora Dudley paradował po salonie w swym nowym mundurku. Chłopcy ze Smeltinga nosili kasztanowe surduty, pomarańczowe pumpy zapinane pod kolanami i płaskie słomkowe kapelusze zwane wioślarkami. Mieli też sękate kije zwane smeltingami, którymi okładali się nawzajem, kiedy żaden nauczyciel nie patrzył. Uznawano to za dobrą szkołę przygotowującą ich do dorosłego życia.

Patrząc na Dudley'a w jego nowym mundurku, tata burknął, że to najwspanialsza chwila w jego życiu. Mama zalała się łzami i wyznała, iż nie może uwierzyć, że to jej maleńki Dudziaczek, tak już wyrósł i taki jest przystojny, naprawdę. Harry nie dowierzała sobie aż tak, żeby wyrazić swoją opinię. Trochę się bała, że kiedy starała powstrzymać się od śmiechu, mogły pęknąć jej dwa żebra. Dudley widząc jej minę powiedział tylko:

— Ciekawe jak ty siostra, będziesz wyglądać w swoim mundurku czarownicy.

Harry od razu traciła powód do śmiechu.

Kiedy następnego ranka Harry weszła do kuchni, poczuła zapach świeżego chleba i kawy. Jej mama cicho nuciła piosenkę, która właśnie grała w radiu. Dzień nie zapowiadał się wcale na niezwykły. No może poza tym, że pogodynka ogłosiła upał przekraczający 30 stopni, w cieniu.

— Dzień dobry, mamo. Pomóc ci w czymś? — Harry zajrzała do garnka na kuchence.

— Nie trzeba, śniadanie już jest zrobione — Petunia odpowiedziała z uśmiechem do córki.

Harrietta usiadła przy stole i starał się nie myśleć o tym upale, który pomału zaczął wkradać się do domu. Och, ile ona by dała żeby mieszkać teraz gdzieś poza Londynem, najlepiej nad morzem albo w Szkocji, gdzie zawsze jest chłodniej.

Wszedł Dudley, a za nim ojciec, obaj pociągnęli nosami, wdychając zapach upieczonego chleba. Vernon jak zwykle otworzył gazetę, a Dudley zaczął bębnić po stole swoim kijem, z którym już się nie rozstawał.

Usłyszeli szczęk klapki osłaniającej szczelinę w drzwiach i pacnięcia listów spadających na matę.

— Przynieś pocztę, Dudley — powiedział tata znad gazety.

— Niech Harry przyniesie.

— Przynieś pocztę, Harry.

— Niech Dudley przyniesie.

— Niech któreś z was się ruszy, bo obojgu przyłożę smeltingiem.

Harry ze śmiechem umknęła przed smagnięciem i pobiegła do drzwi. Na macie leżały trzy przesyłki: pocztówka od siostry taty, cioci Marge, która wyjechała na urlop na wyspę Wight, brązowa koperta wyglądająca na rachunek, i – list do Harrietty.

Harry podniosła go, czując, że serce zadygotało jej jak gigantyczna gumowa taśma. To było to, dostała ten list. Coś w tym się jednak nie zgadzało. Chociaż koperta była zaadresowana bardzo wyraźnie, tak że nie było mowy o pomyłce, to jednak wkradł się tam drobny błąd:

Pan H. Potter

Trzecia sypialnia – „południowa"

Garden Street 4

Londyn

Koperta była gruba i ciężka, z żółtawego pergaminu, a adres wypisano szmaragdowozielonym atramentem. Nie było żadnego znaczka.

Odwróciwszy kopertę drżącą ręką, Harry dostrzegła woskową pieczęć z herbem: lew, kruk, borsuk i wąż wokół dużej litery H.

Harry wróciła do kuchni, wciąż wpatrując się w swój list. Wręczyła ojcu rachunek i pocztówkę, usiadła i zaczęła powoli otwierać żółtą kopertę.

Vernon rozerwał rachunek, chrząknął z niesmakiem i rzucił okiem na pocztówkę.

— Marge jest chora — poinformował matkę. — Jadła jakieś śmieszne ślimaki…

— Tato! — zawołał Dudley. — Tato, Harry wreszcie to dostała!

Harry rozkładała już list, napisany na takim samym grubym pergaminie, kiedy został on jej wyrwany przez ojca.

— To do mnie! — krzyknęła, próbując odzyskać list i dąsając się.

— Nie mówię, że nie — odpowiedział jej poważnie, otwierając list jednym ruchem. — Chcę jednak najpierw sam rzucić na niego okiem.

Harry skrzyżowała ramiona i wydęła wargi. Mimo błędu, list był do niej i to ona powinna go pierwsza przeczytać.

Vernon przebiegł list wzrokiem, a po kilku sekundach poszarzał jak stara owsianka.

— P-P-Petunio! — ojciec wyrzucił z siebie wraz z oddechem.

Dudley próbował złapać list, żeby go przeczytać, ale tata trzymał kartkę z dala od niego. Mama łapczywie chwyciła list i przeczytała pierwszą linijkę. Przez chwilę wyglądała tak, jakby miała zemdleć. Złapała się za szyję i wydała kilka dźwięków charakterystycznych dla osób, które się krztuszą.

— Vernon! O Boże… Vernon!

Wpatrywali się w siebie, jakby zapomnieli, że Harry i Dudley nadal byli w kuchni. Dudley nie był do tego przyzwyczajony. Pacnął ojca smeltingiem w głowę.

— Chcę go przeczytać — oznajmił głośno.

— Nie, ja chcę go przeczytać — krzyknęła Harry — bo to list do mnie!

— Uciszcie się oboje! — ryknął ojciec.

Następnie wziął głęboki oddech. Jego twarz teraz była czerwona od gniewu.

— Jak wy się zachowujecie? — spojrzał się na dzieci — mam was zaprowadzić do waszych pokoi? — zagroził.

Dudley i Harry spuścili głowy i kącikiem oczu pozezowali na siebie, następnie pokręcili głowami.

— Dobrze, teraz Harry pójdzie z Petunią na górę i przeczytają list — Dudley już otwierał usta. — I nie chcę słyszeć żadnego sprzeciwu, czy to jasne?

Dudley zamknął buzię z głośnym trzaskiem, Harry usłyszała jak jego zęby uderzyły o siebie. Dziewczynka okręciła się na pięcie i pobiegła na górę. Mama podążyła za nią znacznie stateczniejszym tempem.

Gdy Petunia tylko przekroczyła próg pokoju córki, Harry wyciągnęła rękę, by wziąć od niej żółtawą kopertę, zaadresowaną zielonym atramentem, wyjęła list i przeczytała:

HOGWART SZKOŁA

MAGII I CZARODZIEJSTWA

Dyrektor: Albus Dumbledore

(Order Merlina Pierwszej Klasy, Wielki Czar., Gł. Mag,

Najwyższa Szycha, Międzynarodowa Konfed. Czarodziejów)

Szanowny Panie Potter,

Mamy przyjemność poinformowania Pana, że został Pan przyjęty do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Dołączamy listę niezbędnych książek i wyposażenia.

Rok szkolny rozpoczyna się 1 września. Oczekujemy pańskiej sowy nie później niż 31 lipca.

Z wyrazami szacunku,

Minerwa McGonagall,

zastępca dyrektora

Pytania eksplodowały w głowie Harry jak fajerwerki i nie mogła się zdecydować, które zadać najpierw. Po kilku minutach wyjąkała:

— Co to znaczy, że oczekują mojej sowy?

— Czarodzieje wykorzystują sowy jak gołębie pocztowe.

Harry kiwnęła głową, tak przecież ciocia Lily o czymś takim pisała, gdzieś. Aż w końcu, po pełnej minucie ciszy wyszeptała:

— Czemu piszą do mnie jakbym była chłopcem?

— Ponieważ moja siostra sprawiła, że wszyscy myśleli o tobie jak o jej synu.

— Czemu?

Jej mama westchnęła i przytuliła ją.

— Czarodzieje są zacofani, chcą mieć męskich dziedziców. A Lily sądziła, że zawiodła jako żona. Widzisz, ona poślubiła kogoś, o kim można powiedzieć, że pochodził z ich arystokracji. Po twoich narodzinach, w jakiś sposób, wraz z położną sprawiły, byś wyglądała jak chłopiec. Po jej śmierci zaklęcie opadło — Petunia patrzyła niewidzącym wzrokiem w okno.

— Więc dla świata czarodziejów jestem Harrym Potterem, chłopcem?

Mama pokiwała głową.

— Jakie to dziwne — powiedziała dziewczynka, a później na jej usta wkradł się złośliwy uśmiech. — Ciekawe ile czasu zajmie im, by dowiedzieć się, że się mylą.

— Co ty kombinujesz, Harry?

Jej córka tylko wzruszyła ramionami, a Petunia pokręciła głową. Dziękowała wszystkim istniejącym bóstwom, że wszystkie sprawy nie spadły na nich naraz, dzięki czemu obyło się bez jakiś większych dramatów.

— Co jeszcze list mówi?

Harry rozłożyła drugi arkusz papieru, którego uprzednio nie zauważyła, i przeczytała:

HOGWART SZKOŁA

MAGII i CZARODZIEJSTWA

UMUNDUROWANIE

Od studentów pierwszego roku wymagane jest:

1. Trzy komplety szat roboczych (czarne)

2. Jedna codzienna, spiczasta tiara (czarna)

3. Jedna para rękawic ochronnych (ze smoczej skóry albo podobnego materiału)

4. Jeden płaszcz zimowy (czarny, zapinki srebrne)

Proszę zauważyć, że szaty wszystkich uczniów, powinny być zaopatrzone w naszywki z ich imieniem.

PODRĘCZNIKI

Wszyscy studenci powinni zaopatrzyć się po jednym egzemplarzu następujących pozycji:

Standardowa księga zaklęć (l stopień) Mirandy Goshawk

Dzieje magii Bathildy Bagshot

Teoria magii Adalberta Wafflinga

Wprowadzenie do transmutacji (dla początkujących) Emerika Switcha

Tysiąc magicznych ziół i grzybów Phyllidy Spore

Magiczne wzory i napoje Arseniusa Jiggera

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć Newta Scamandera

Ciemne moce: Poradnik samoobrony Quentina Trimble'a

POZOSTAŁE WYPOSAŻENIE

1 różdżka

1 kociołek (cynowy, rozmiar 2)

1 zestaw szklanych lub kryształowych fiolek

1 teleskop

1 miedziana waga z odważnikami

Studenci mogą zabrać ze sobą sowę ALBO kota, ALBO ropuchę.

PRZYPOMINA SIĘ RODZICOM, ŻE STUDENTOM PIERWSZEGO ROKU

NIE ZEZWALA SIĘ NA POSIADANIE WŁASNYCH MIOTEŁ

— Nadal nie mogę uwierzyć, że to wszystko można kupić w Londynie — Harry powiedziała na głos swoje myśli.

— Tak, musisz tylko wiedzieć, gdzie szukać — odrzekła Petunia.

oOo

Następnego ranka Harry obudziła się wcześnie. Chociaż wiedziała, że już jest jasno, nie otwierała oczu. Dziś wraz z mamą miały udać się do magicznego świata i zrobić zakupy.

Harry już dawno nie była w tej części Londynu. Jej mama zapewniła ją jednak, że wie gdzie muszą iść. Po przejechaniu metrem kilku stacji wysiadły na Charing Cross Road. Wspięły się po zepsutych ruchomych schodach, które wyprowadziły je na ruchliwą ulicę pełną sklepów.

Mijały księgarnie i sklepy muzyczne, kina i restauracje z hamburgerami, ale żaden sklep nie wyglądał na taki, w którym można by kupić różdżkę. Była to po prostu zwykła ulica zatłoczona zwykłymi ludźmi.

— No i jest — oznajmiła Petunia, zatrzymując się. — To tutaj powinno być wejście do Dziurawego Kotła. Takiego małego, brudnego pubu.

— Eee… gdzie? — dziewczynka rozejrzała się zmieszana, nie wiedząc czego szukać i nagle westchnęła. — Och…

Harry w ogóle by nie zauważyła, że w tym miejscu jest pub, gdyby mama jej o tym nie powiedziała. Ludzie mijali go, nawet nie zaszczycając spojrzeniem. Ich wzrok ślizgał się od wielkiej księgarni po jednej stronie pubu do sklepu z płytami gramofonowymi z drugiej strony, jakby w ogóle Dziurawego Kotła nie dostrzegali. Prawdę mówiąc, Harry miała dziwne wrażenie, że widzi go tylko ona. Chwyciła mamę za rękę i pociągnęła ją do środka.

Jak na miejsce mające być łącznikiem między światami, było ono ciemne i obskurne. W kącie siedziało kilka staruszek, popijających sherry z maleńkich szklaneczek. Jedna paliła długą fajkę. Jakiś człeczyna w spiczastym kapeluszu rozmawiał z barmanem, który był całkowicie łysy, bezzębny i pomarszczony niczym orzech włoski. Kiedy weszły, rozmowy ucichły. Klienci lokalu spojrzeli na nie, oceniając jakby były zagrożeniem, a później wrócili z powrotem do swoich spraw.

— Witam piękne panie w Dziurawym Kotle. Czego panie sobie życzą? — barman zerknął na nie.

— Dzień dobry — powiedziała Petunia — jesteśmy tu, by dostać się na ulicę Pokątną.

— Proszę, proszę nowa czarownica wkracza do czarodziejskiego świata — rzekł barman, zerkając na Harry. — Witamy, panienko! Witamy i zapraszamy!

— Dziękuję, sir — Herry lekko się zarumieniła.

Barman zaśmiał się i machnął ręką.

— Żaden sir, jestem Tom. Zatrzymajcie się coś zjeść, gdy będziecie wracać z powrotem, a teraz chodźcie, pokażę wam jak otworzyć przejście.

Petunia chwyciła córkę za rękę i razem wyszły za Tomem tylnym wyjściem na małe podwórko za pubem. Mężczyzna obrócił głowę i mrugną do Harry.

— A teraz pokażę ci, jak najlepiej zapamiętać pozycję właściwej cegły — i zaczął liczyć cegły w murze nad śmietnikiem. — Trzy do góry… dwie w bok… — wskazywał wyraźnie różdżką. — Dobrze miłe panie, odsuńcie się trochę.

Zastukał trzy razy w mur końcem swojej różdżki.

Cegła, w którą uderzył, drgnęła, przekręciła się i ukazała się mała dziura. Dziura robiła się coraz większa, a chwilę później stali przed sklepionym przejściem wiodącym na brukowaną ulicę, która ginęła za pobliskim zakrętem.

— Witajcie — rzekł Tom — na ulicy Pokątnej. Życzę udanych zakupów.

I z tymi słowami, barman odszedł z powrotem do Dziurawego Kotła, zostawiając w pełni oszołomioną Harry. Petunia uśmiechnęła się lekko widząc zdumienie na twarzy córki. Popchnęła ją lekko zachęcająco i przeszły pod kamiennym łukiem. Dziewczynka obejrzała się przez ramię i zobaczyła za sobą ceglany mur. Wejście zniknęło.

Słońce połyskiwało w stosie kotłów przed najbliższym sklepem.

KOTŁY

– wszystkie rozmiary –

MIEDZIANE, MOSIĘŻNE, CYNOWE, SREBRNE

– samomieszające – składane

Głosił szyld nad sklepem.

— Tak, kociołek będzie ci potrzebny i jest na liście — powiedziała Petunia — ale najpierw musimy wypłacić pieniądze.

Harry marzyła, żeby mieć dodatkowe cztery pary oczu. Obracała głowę we wszystkie strony, starając się zobaczyć wszystko: sklepy, wystawione przed nimi towary, ludzi robiących zakupy. Przed apteką jakaś pulchna kobieta kręciła głową, mrucząc do siebie:

— Galeon za smoczą wątrobę, oni chyba powariowali…

Ciche pohukiwanie dobiegało z ciemnego sklepu z szyldem, na którym było napisane:

Centrum Handlowe Eeylopa

– SOWY – PUCHACZE – SYCZKI – WŁOCHATKI – USZATKI ŚNIEŻNE –

Kilku chłopców w wieku Harrietty przyciskało nosy do witryny z miotłami.

— Zobaczcie — usłyszała dziewczyna jednego z nich — nowe Nimbusy Dwa Tysiące… są najszybsze…

Były też sklepy z szatami, sklepy z teleskopami i dziwnymi srebrnymi instrumentami, które Harry widziała po raz pierwszy w życiu. Witryny pełne beczułek ze śledzionami nietoperzy i oczami węgorzy, stosy ksiąg z zaklęciami, pióra, zwoje pergaminu, butelki z magicznymi napojami, globusy księżyca…

— A oto i bank Gringotta — powiedziała mama odrywając Harry od wpatrywania się w manekina na jednej z wystaw.

Doszły do śnieżnobiałego budynku, który wyrastał ponad okoliczne sklepy. Obok potężnych drzwi z brązu, w szkarłatno-złotej liberii, stał…

— To goblin — powiedziała cicho Petunia, kiedy wchodziły ku niemu po białych, kamiennych schodach. — Lily mówiła, że są wyjątkowo dobrymi wojownikami i są z tego dumni.

Goblin był prawie o głowę niższy od Harry. Miał śniadą, chytrą twarz, spiczastą bródkę, i jak dziewczyna zauważyła, bardzo długie palce i stopy. Ukłonił się, kiedy podeszły. Mijając go, znalazły się w środku, gdzie były drugie drzwi, wykonane jakby z czystego srebra. Na nich starannie wygrawerowane zostały słowa ostrzeżenia:

Wejdź tu, przybyszu, lecz pomnij na los,

Tych, którzy dybią na cudzy trzos.

Bo ci, którzy biorą, co nie jest ich,

Wnet pożałują żądz niskich swych.

Więc jeśli wchodzisz, by zwiedzić loch

I wykraść złoto, obrócisz się w proch.

Złodzieju, strzeż się, usłyszałeś dzwon

Co ci zwiastuje pewny, szybki zgon.

Jeśli zagarniesz cudzy trzos

Znajdziesz nie złoto, lecz marny los.

Po przejściu przez srebrne drzwi znalazły się w wielkiej marmurowej sali. Na wysokich stołkach, za długim kontuarem, siedziało ze stu goblinów, skrobiąc piórami w wielkich księgach rachunkowych, odważając monety na mosiężnych wagach, badając drogie kamienie przez lupy. W ścianach było mnóstwo drzwi, a przy każdych stało dwóch goblińskich strażników, którzy wskazywali drogę wchodzącym i wychodzącym klientom, kłaniając im się uprzejmie. Matka z córką podeszły do kontuaru.

— Dzień dobry — powiedziała Petunia do jakiegoś wolnego goblina. — Przyszłyśmy wycofać trochę pieniędzy ze skarbca.

— Czy szanowna pani ma klucz? — zapytał kasjer.

— Nie dostałam żadnego, jednakże — Petunia sięgnęła do torebki i podała goblinowi list.

Ten zmarszczył nos i przyjął kawałek papieru. Zaczął go bardzo dokładnie studiować, poprawił swoje okulary i kilka razy stuknął w niego palcem. Harry szybko straciła zainteresowanie i zaczęła obserwować drugiego goblina, po prawej stronie, który ważył stosik rubinów rozmiarów węgli do kominka.

— W porządku — powiedział w końcu, oddając list Petunii. — Chwileczkę, zaraz coś sprawdzę — sięgnął pod ladę i wyciągnął wielką księgę. — Tak… według zapisów klucz został wydany.

— Wydany? — sapnęła pani Dursley. — Komu? Z pewnością nie mnie lub mojej córce. I to ma być najbezpieczniejszy bank, jeśli rozdajecie klucze do cudzych skarbców pierwszym lepszym osobom! — głos Petunii stawał się coraz wyższy.

Goblin zauważalnie zbladł i poruszył się niespokojnie, rozglądając czy kobieta nie ściągnęła na nich zbyt wiele uwagi.

— Wybacz szanowna pani, doszło do jakiegoś nieporozumienia — powiedział szybko. — Mogę zapewnić, że nikt nie dokonał żadnych wypłat z tego skarbca…

— Jeszcze nie.

— W ramach przeprosin, bank oferuje wymianę klucza na nowy, oczywiście za darmo.

Petunia spojrzała na goblina lodowato, jakby kalkulując jego ofertę.

— Oczywiście — mruknęła wreszcie cicho.

— Dobrze, klucz będą mogły panie odebrać przy wyjściu — goblin otarł chusteczką pot z czoła. — Zaraz ktoś szanowne panie zaprowadzi do krypty. Gryfek!

Gryfek okazał się kolejnym goblinem, który poprowadził je ku jednym z wielu drzwi. Otworzył je przed nimi z rozmachem i jakąś przesadną teatralnością, jakby miało to zatrzeć trochę poprzedni incydent. Harry spodziewała się jakichś nowych marmurów, więc była zaskoczona tym, co zobaczyła. Znaleźli się w wąskim, kamiennym korytarzu, oświetlonym płonącymi pochodniami. Korytarz biegł nieco w dół, a w posadzce widniały wąskie szyny. Gryfek gwizdnął i po szynach potoczył się ku nim mały wózek. Wsiedli do niego, mama miała pewne trudności z powodu jej długiej spódnicy, i pojechali.

Z początku pędzili labiryntem krętych korytarzy. Harry próbowała zapamiętać kolejne skręty: w lewo, w prawo, w prawo, środkowy, w prawo, w lewo, ale było to niemożliwe. Grzechoczący wózek zdawał się sam znać drogę, bo Gryfek wcale nim nie kierował.

Pęd powietrza sprawiał, że piekło w oczach, ale Harry starała się ich nie zamykać. Raz wydawało się jej, że zobaczyła wybuch ognia na końcu któregoś z korytarzy i wykręciła się, żeby zobaczyć, czy to nie smok, ale już było za późno. Zagłębiali się coraz niżej, mijając podziemne jezioro, gdzie ze sklepienia i posadzki wyrastały olbrzymie stalaktyty i stalagmity.

— Nigdy nie mogę zapamiętać — zawołała Harry do mamy, przekrzykując hałasujący wózek — jaka jest różnica między stalagmitami a stalaktytami!

— Stalagmity wyrastają z ziemi, a stalaktyty z sufitu — odkrzyknęła jej mama. — I proszę, nie pytaj mnie teraz o nic więcej.

Kiedy w końcu wózek zatrzymał się przed małymi drzwiczkami w ścianie korytarza, Petunia wysiadł z niego i od razu oparł się o ścianę, zamykając oczy i głęboko oddychając. Harry przypomniała sobie, że nie była zwolenniczką przejażdżek kolejką górską w lunaparku.

Gryfek otworzył drzwiczki. Ze środka buchnęły kłęby zielonego dymu, a kiedy się rozwiały, Harriettę aż zatkało. Wewnątrz były góry różnych monet. Złotych, srebrnych i brązowych.

— Złote to galeony, srebrne – sykle, a brązowe – knuty. Jeden galeon to 17 sykli. Zaś jeden sykl to 21 knutów — pospieszył z wyjaśnieniami Gryfek. — Radziłbym wziąć wszystkich po trochu, ale więcej srebrnych i brązowych.

Po kolejnej dzikiej przejażdżce wózkiem Harry i Petunia stanęły przed bankiem Gringotta, mrużąc oczy w słońcu. Teraz, mając do wydania torbę pełną pieniędzy czarodziejów, Harry nie wiedziała, dokąd pójść najpierw. Jej mama jakby czytając w jej myślach powiedziała:

— Musimy wysłać sowę z potwierdzeniem twojego uczestnictwa w szkole — rozejrzała się po okolicznych sklepach. — O ile dobrze pamiętam, to Eeylopa oferuje również usługi pocztowe. Później możemy kupić ci mundurek — orzekła wskazując na szyld: Madame Malkin – szaty na wszystkie okazje — oraz kufer.

Centrum Handlowe Eeylopa było mrocznym sklepem pełnym szelestów, łopotów i oczu jarzących się jak klejnoty. Za nim udało się im nadać wysyłkę spędziły tam jakieś dwadzieścia minut. W tym czasie, Harry zwiedziła miejsce, oglądając różne ptaki. Najbardziej spodobała się jej piękna sowa śnieżna, która w tamtym momencie spała z głową schowaną pod skrzydłem. Mama jednak nie chciała jej kupić.

— To okrucieństwo trzymać takiego dużego ptaka ciągle w klatce. A latając wokół domu w mieście, zwróciłaby zbyt wiele uwagi — mówiła. — Nie patrz tak na mnie, twoja babcia była tego samego zdania.

— To jak będę pisać do domu? — spróbowała Harry.

— Szkoła ma własne sowy…

— Ale…

— A w wakacje zawsze będziesz mogła przyjść tutaj, żeby wysłać listy do przyjaciół.

Petunia przybrała postawę: nie kłóć się, moja decyzja jest ostateczna, i Harry dała za wygraną.

— Dobrze, gdy to już mamy omówione… Ty, droga panno idziesz po swój mundurek, a ja pójdę poszukać jakiegoś dobrego kufra.

Madame Malkin była przysadzistą, uśmiechniętą czarownicą ubraną na fiołkoworóżowo.

— Hogwart, tak kochanie? — powiedziała, zaledwie Harry otworzyła usta. — Ostatnio wielu z was mnie odwiedza… właśnie dopasowujemy szatę jednemu młodzieńcowi, który też tam się wybiera.

— Czy mogłabym od razu dostać również męski komplet(1)?

Madame Malkin popatrzyła się na Harry dziwnie.

— Mój brat bliźniak jest takiej samej budowy co ja. Rodzice stwierdzili, że wysłanie nas oboje tutaj, to będzie tylko marnowanie czasu — Harry wydęła wargi w udawanych dąsach.

Kobieta lekko zachichotała i pogładziła ją po głowie.

— Nie ma problemu, musimy cię tylko zmierzyć. Chodź.

W głębi sklepu stał na stołku chłopiec o bladej, chudej twarzy, a inna czarownica upinała na nim długą czarną szatę. Madame Malkin kazała Harry wejść na drugi stołek, włożyła jej przez głowę szatę i zaczęła zaznaczać szpilkami właściwą długość.

— Cześć — powiedział chłopiec. — Też do Hogwartu?

— Tak.

— Ojciec kupuje mi książki w sąsiedniej księgarni, a matka szuka różdżki — oznajmił chłopiec.

Miał nudny głos i pretensjonalnie przeciągał sylaby.

— A później namówię ich, żebyśmy odwiedzili sklep z miotłami wyścigowymi. Nie rozumiem, dlaczego na pierwszym roku nie można mieć własnych mioteł. Będę musiał namówić ojca na któryś z najnowszych modeli, a potem jakoś go przemycę do Hogwartu.

Harry spojrzała na chłopca przeciągle i zobaczyła w nim drugiego Dudley'a.

— A ty masz własną miotłę? — zapytał chłopiec.

— Nie. Mój brat jest typem sportowca, nie ja.

— W ogóle nie grasz w quidditcha? — blondyn zabrzmiał jakby Harry ogłosiła właśnie, że jest śmiertelnie chora.

— Nie — westchnęła dziewczyna. — Sport to nie moja bajka.

— Ja gram…

Harry pomyślała, że nie może być inaczej.

— …ojciec uważa, że byłoby hańbą, gdyby mnie nie wybrano do drużyny, a ja się z nim zgadzam. Wiesz już, w jakim będziesz domu?

— Nie — powtórzyła po raz trzeci — nie miałam jeszcze spotkania z tiarą.

— No, tak… nikt tego nie wie, zanim się tam nie znajdzie. Ale ja na pewno będę w Slytherinie. Jak wszyscy z naszej rodziny… Wyobraź sobie, że trafiasz do Hufflepuffu… ja bym chyba rzucił szkołę, a ty?

Na szczęście, zanim Harry zdążyła coś odpowiedzieć, madame Malkin oznajmiła:

— Gotowe, kochanie.

Harry, szczęśliwa, że znalazła pretekst, by przerwać tę głupią rozmowę, zeskoczyła ze stołka.

— Miło cię było poznać — zaszydziła lekko. — Pewnie się zobaczymy w Hogwarcie — pożegnała się nim ten okropny nudziarz ponownie zaczął mówić.

Chwyciła swoje szaty złożone w poręczną paczkę i podziękowała grzecznie madame Malkin. Sprężystym krokiem podeszła do matki, którą chwilę wcześniej zobaczyła przez frontowe okno sklepu.

— Skoro masz już swoje szkolny mundurek, potrzebujesz też jakiś ubrań na czas wolny. Nie wyobrażam sobie byś nosiła non-stop tylko czarne, nijakie szaty. Twilfitt i Tatting oferuje coś lepszej jakości niż Malkin, raz, dwa…

Harry smętnie wlokła się za matką, nie lubiła kupować ubrań i się stroić. Nawet dziś była ubrana w proste spodnie i koszulę, czysty chłopięcy wygląd.

Kiedy w końcu Harry miała całą nową garderobę, zawierającą zarówno szaty męskie jak i żeńskie, matka z córką ruszyły po dalsze potrzebne rzeczy. Wracając od krawca, wstąpiły do sklepu Artykuły piśmiennicze Scribbulusa, żeby kupić pergamin i pióra. Harry odzyskała nieco humor, kiedy znalazła butelkę atramentu zmieniającego kolor podczas pisania. Chciała do tego białe pióro pawia, lecz Petunia się nie zgodziła. Za to Harry cichaczem dorzuciła jedno samopiszące, które miałoby robić za nią notatki podczas nudnych lekcji. Ostatecznie dziewczynka stwierdziła, że zamierza ze sobą wziąć swoje pióro wieczne oraz kilka ryz zwykłego papieru. Według Historii Hogwartu, szkoła narzucała pergamin tylko w zakresie esejów i prac domowych. Dawała pełną dowolność tego, na czym uczniowie piszą podczas zajęć, mogli wykorzystywać nawet gliniane tabliczki, póki robili notatki.

Następnym przystankiem była księgarnia. Sklep, którego Harry nie mogła się doczekać. Wzdłuż ścian były tam półki od podłogi do sufitu, a na nich księgi oprawione w skórę, wielkie jak płyty chodnikowe, maleńkie książeczki oprawione w jedwab, rozmiarów znaczków pocztowych, książki pełne dziwnych symboli i kilka książek, w których nic nie było. Chyba nawet Dudley, który jak się zdawało nigdy nic nie czytał, chciałby wziąć niektóre z nich do ręki. Petunia musiała prawie siłą odciągać Harry od grubego dzieła pod tytułem: Zaklęcia i przeciwzaklęcia (oczaruj swoich przyjaciół i pognęb swoich wrogów ostatnimi nowościami: Nagła Utrata Włosów, Galaretowate Nogi, Język w Supeł i wiele, wiele, wiele innych) pióra profesora Vindictusa Viridiana.

— Chciałam znaleźć coś na Dudley'a — zaprotestowała dziewczyna.

— Harry — matka zgromiła ją wzrokiem.

— Tak, tak, wiem… nie wolno mi używać czarów w normalnym świecie, chyba że w bardzo szczególnych okolicznościach… — Harry się nadąsała.

Jej mama zmrużyła oczy i ostatecznie kiwnęła głową.

— Daj mi swoją listę, podejdę do lady, powinni mieć już przygotowane pełne komplety.

— A czemu nie mogę używać starych książek cioci Lily? — Harry tego nie rozumiała.

Petunia westchnęła.

— Po pierwsze, od czasu ich wydania, w podręcznikach mogły zostać naniesione jakieś zmiany. Po drugie — wymieniała — nie każdy widzi używane książki tak jak ty. A po trzecie — matka ciągnęła — są pamiątką, i lepiej żeby nie zostały przez kogoś przypadkowo zniszczone.

Harry pokiwała głową, rozumiejąc o co mamie chodzi. Ona widziała książki po kimś jako skarbnicę wiedzy. Ludzie zostawiali w swoich książkach różnego rodzaju notatki, które czasami były bardziej użyteczne niż sam tekst podręcznika. Innym razem były zabawne, pozwalając oderwać się od nudnego brzęczenia nauczyciela.

— Mogę poszukać czegoś spoza listy? — zrobiła błagalne oczy.

— Oczywiście — Petunia się do niej uśmiechnęła.

— Tak! — Harry aż podskoczyła z radości, obróciła się na pięcie i zniknęła między regałami nim kobieta zdążyła mrugnąć.

Przechadzając się między półkami, Harry od czasu do czasu przystawała i wyciągała książkę, by przeczytać jej tytuł lub pobieżnie przekartkować. Teraz przeglądała Ocenę stanu edukacji magicznej w Europie, a u jej stóp leżały wybrane już Dzieje współczesnej magii, Powstanie i upadek czarnej magii i Najczęstsze magiczne dolegliwości i schorzenia. Dwie pierwsze były poświęcone historii magicznej Wielkiej Brytanii, a jej nauczyciel, sir Rowland Hill zawsze im powtarzał, że gdy stykali się z nową kulturą, powinni zapoznać się z jej historią. Dziewczyna czuła się trochę nieswojo, kiedy znalazła swoje imię wewnątrz tych książek. Chociaż wyjaśniały całą tę rzecz z wojną, to nadal dostawała ciarki, gdy je czytała. Inne zaś, które o niej wspominały, były kompletnymi bzdurami. Zanotowała skrupulatnie ich tytuły, by później przekazać je rodzicom. Oni będą już wiedzieć, co zrobić.

Po zakończeniu wizyty w księgarni, Harry naciągnęła mamę na lody. Jak się okazało lodziarnia Floriana Fortescue była niesamowita. Oprócz normalnych smaków, miała w swoim asortymencie takie, o który Harry nigdy nie słyszała. Ostatecznie dziewczynka zdecydowała się na lody czekoladowe i truskawkowe, posypane wiórkami orzechowymi. Petunia zaś kupiła ciasto crumble z morelami i malinami, by każdy w domu mógł go spróbować.

Kiedy wyszły z lodziarni, Petunia jeszcze raz przejrzała listę Harry.

— No, brakuje nam różdżki… i tego nieszczęsnego kociołka…

Magiczna różdżka… To było coś, co wprawiło Harry w prawdziwe podniecenie.

Ten sklep był wąski i wyglądał dość nędznie. Złuszczone złote litery nad drzwiami układały się w napis:

OLLIVANDEROWIE

WYTWÓRCY NAJLEPSZYCH RÓŻDŻEK OD 382 R. PRZED NOWĄ ERĄ

Na zakurzonej wystawie, leżała na wyblakłej poduszce jedna, jedyna różdżka. Kiedy matka z córką przekroczyły próg, gdzieś w głębi sklepu zabrzmiał dzwoneczek. Był to maleńki sklep, zupełnie pusty, jeśli nie liczyć jednego krzesła z wysokim oparciem, na którym Petunia postawiła część zakupów, i wąskich pudełek piętrzących się od podłogi do sufitu. Harry miała wrażenie, jakby się znalazła w jakiejś tajnej bibliotece. W głowie kłębiło się jej mnóstwo pytań, czuła też dziwne mrowienie na karku. W tym wnętrzu nawet kurz i cisza zdawały się być przesycone magią.

— Dobry wieczór — rozległ się cichy głos.

Harry aż podskoczyła. Jak spod ziemi wyrósł przed nią staruszek o wielkich oczach, które w półmroku płonęły blado jak dwa księżyce.

— Dobry wieczór — wyjąkała Harry.

— Ach, tak… Tak, tak. Tak sobie myślałem, że wkrótce cię zobaczę, Harry. Masz oczy swojej matki. Wydaje mi się, jakby była tu zaledwie wczoraj, żeby kupić swoją pierwszą różdżkę. Dziesięć i ćwierć cala, wierzba, bardzo elegancka. Znakomita do rzucania uroków.

Pan Ollivander zbliżył się do Harry. Dziewczyna poczuła, że ma wielką ochotę zamrugać powiekami. Te srebrzyste oczy były trochę zbyt przenikliwe.

— Natomiast twój ojciec wybrał mahoń. Jedenaście cali. Bardzo poręczna. Trochę więcej mocy, znakomita do transmutacji. Tak, tak, twój ojciec wiedział, co robi, to różdżka dla prawdziwego czarodzieja.

Pan Ollivander podszedł do Harry tak blisko, że prawie stykali się nosami. Harry zobaczyła swoje odbicie w tych tajemniczych, srebrnych oczach.

— Ach, to tutaj…

Pan Ollivander dotknął białym, długim palcem bliznę na czole, która była ukryta pod warstwą pudru.

— Muszę z przykrością stwierdzić, że różdżka, która do tego posłużyła, również została zakupiona w moim sklepie — powiedział cicho. — Trzynaście i pół cala. Cisowa. Duża moc, naprawdę duża moc, a w złych rękach… No cóż, gdybym wiedział, czyje to będą ręce i do czego posłuży…

Zamyślił się i rzucił przelotne spojrzenie pani Dursley.

— No dobrze… Teraz pani Potter. Popatrzmy. — Wyciągnął z kieszeni długą taśmę ze srebrną podziałką. — Która ręka ma moc?

— Ee… jestem praworęczna — powiedziała Harry.

— Wyciągnij ją. O, tak.

Zmierzył jej rękę od ramienia do palca wskazującego, potem od nadgarstka do łokcia, a następnie odległości od ramienia do podłogi i od kolana do pachy, a wreszcie obwód głowy.

— Każda różdżka od Ollivandera ma rdzeń z jakiejś potężnej substancji magicznej, pani Potter. Używamy włosów z ogonów jednorożców, piór feniksów i smoczych serc. Nie ma dwóch jednakowych różdżek, podobnie jak nie ma dwóch jednakowych jednorożców, smoków czy feniksów. No i, oczywiście, nigdy się nie osiągnie równie pomyślnych rezultatów, używając różdżki innego czarodzieja.

Harry nagle zdała sobie sprawę, że taśma sama mierzy jej szerokość nosa. Pan Ollivander w tym czasie kręcił się przy półkach, zdejmując z nich różne pudła.

— Dość — powiedział, a taśma opadła na podłogę, gdzie zwinęła się w kłębek. — No dobrze, pani Potter. Proszę spróbować tej. Drewno brzozowe i serce smoka. Dziewięć cali. Ładna i dopasowująca się do ręki. Proszę wziąć i machnąć.

Harry wzięła różdżkę i machnęła nią lekko (czując się bardzo głupio), ale pan Ollivander prawie natychmiast wyrwał jej ją z ręki.

— Kasztanowiec i pióro feniksa. Siedem cali. Dość giętka. Proszę spróbować…

Harry spróbowała, ale zanim zdążyła podnieść różdżkę, pan Ollivander znowu wyrwał jej ją z ręki.

— Nie, nie… proszę, heban i włos jednorożca, osiem i pół cala, bardzo elastyczna. No, proszę spróbować…

Harry próbowała i próbowała. Nie miała pojęcia, o co panu Ollivanderowi chodzi. Stos wypróbowanych różdżek rósł coraz wyżej na krześle, pan Ollivander wyciągał coraz to nowe różdżki, ale wydawał się coraz bardziej uradowany.

— A to mi się trafiła klientka, nie ma co! Proszę się nie martwić, znajdziemy odpowiednią… zaraz… tak sobie myślę… właściwie dlaczego nie…? Niezwykła kombinacja… ostrokrzew i pióro feniksa, jedenaście cali, ładna i giętka.

Harry wzięła różdżkę i nagle poczuła uderzenie gorąca w palcach. Wzniosła różdżkę nad głowę, machnęła nią ze świstem w dół, a snop różnobarwnych iskier wystrzelił z jej końca, jak z laseczki zimnego ognia, rzucając na ściany roztańczone plamki światła. Usłyszała jak jej mama wypuszcza westchnienie ulgi, a pan Ollivander zawołał:

— Brawo! Bardzo dobrze, świetnie! No, no, no, to ciekawe… zaiste, niezmiernie ciekawe…

Włożył z powrotem różdżkę do pudełka i owinął je brązowym papierem, mrucząc pod nosem:

— Ciekawe… bardzo ciekawe…

— Przepraszam — powiedziała Harry — co jest takie ciekawe?

Pan Ollivander utkwił w niej blade spojrzenie.

— Widzi pani, pamiętam każdą różdżkę, którą sprzedałem. Co do jednej. I tak się składa, że feniks, którego pióro jest w twojej różdżce, porzucił jeszcze jedno pióro… ale tylko jedno. To bardzo ciekawe, bo to drugie znajduje się w różdżce, za pomocą której zrobiono pani tę bliznę.

Harry przełknęła ślinę.

— Tak, tak, trzynaście i pół cala. Cis. To naprawdę ciekawe, jak do tego doszło. Bo, widzi pani, różdżka sama sobie wybiera czarodzieja… Myślę, że możemy się po pani spodziewać wielkich rzeczy, pani Potter… Ostatecznie Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać dokonywał wielkich rzeczy… strasznych, to prawda, ale wielkich.

Harry poczuła jak dreszcz przebiega jej plecach. Wcale nie była pewny czy polubiła pana Ollivandera. Zapłaciła za różdżkę siedem złotych galeonów, a pan Ollivander w ukłonach odprowadził swoją klientkę do drzwi.

Ostatnim przystankiem była apteka. Za nim jednak tam dotarły, to mama nie pozwoliła kupić Harrietcie kociołka ze szczerego złota.

— Napisane jest, że ma być cynowy.

Kupiły za to bardzo ładną wagę do odważania składników eliksirów i składany mosiężny teleskop. Potem odwiedziły aptekę, gdzie aż zatykało od okropnego zapachu, który najbardziej przypominał zepsute jajka i zgniłą kapustę. Na podłodze stały beczułki pełne jakiejś galaretowatej masy, na półkach puszki i kosze z ziołami, ususzonymi korzeniami i kolorowymi proszkami, z sufitu zwieszały się pęczki piór, sznurki kłów i pazurów. Petunia zamawiała u aptekarza podstawowe składniki eliksirów, a Harry oglądała z wypiekami na twarzy srebrne rogi jednorożca (po dwadzieścia jeden galeonów każdy) i maleńkie, połyskujące oczy żuków (pięć knutów szufelka).

Słońce wisiało już dość nisko na niebie, kiedy Harry i Petunia wróciły z ulicy Pokątnej na ciemne podwórko i przeszły przez mur do Dziurawego Kotła, teraz już opustoszałego. Harry nie odzywała się, kiedy jechały taksówką do domu, zbyt przytłoczona całym dniem pełnym wrażeń.


~ II ~


Nota autora: (1) oookeej… się będę tłumaczyć. Szczerze powiedziawszy kanon jest do (wstaw dowolne słowo oddające klimat wypowiedzi), jeśli chodzi o modę męską i żeńską świata czarodziejów. Wiemy, że uczniowie musieli kupić szaty robocze oraz peleryny mające srebrne zapinki, i to wszystko. Nie wiemy jak one wyglądały, czy pod szatami uczniowie (ja już nie mówię o czarodziejach czystej krwi) coś nosili – patrz: starszy czarodziej z Mistrzostw Świata w Q. lubiący przewietrzyć sobie co nieco . Jeśli nosili, czy to były spodnie, czy jeszcze coś innego. Czy żeńskie szaty i męskie miały inny krój? Chociaż, tu można założyć, że tak, gdyż Ginny miała nowy mundurek, a nie po swoich braciach jak Ron. Przetrząsnęłam internety, poczytałam kilka ciekawych dyskusji na ten temat i ostatecznie zdecydowałam, że szaty w mojej historii będą przypominać ubiór średniowieczny zarówno houppelande, jak i cotehardie. Oba stroje mają swoje wierzchnie i spodnie warstwy. Mundurek Hogwartu tyczyłby się tylko części pośredniej szat.

Jak to widzę dalej: mugolaki, a także część półkrwi pod spodem nosiłaby zwykłe ubrania. Bogaci tradycjonaliści czystej krwi zaś już trzymaliby się wzoru:

– koszula (panie) / dublet (panowie)

– reformy

– pończochy (panie) / nogawice (panowie)

– szata spodnia (szata robocza jest uboższą wersją szaty spodniej)

– szata wierzchnia (wyjściowa) oficjalny ubiór, noszony na szacie spodniej, konieczny w sytuacjach oficjalnych, nawet codziennych – w miejscach publicznych, w towarzystwie.

– pasek

– nakrycie głowy

– obuwie

– płaszcz z kapturem

W zależności od majętności i pory roku, szaty spodnie oraz wierzchnie wykonane byłyby z różnego rodzaju materiałów, podbijane futrem, zdobione kamieniami itd.

Z książki wiemy, że dziewczęta nosiły skarpetki/podkolanówki, i zdarzało się, że chłopcy podczas upałów pod szatą mieli tylko bieliznę (incydent Severusa nad jeziorem).


Cassie McKinley – to tylko tak się złożyło z tym zniewieścieniem. Mam zarys kilku opowiadań, gdzie Harry jest 100% chłopcem. I to prawda, że jest mało historii, gdzie Dursley'owie są mili względem Harry'ego i zachowują się jak jego rodzina. Jeśli Vernon i Petunia od początku traktowali Harry'ego jak Dudley'a, to byłby on małym Draco Malfoyem. W moim opowiadaniu, wpływ nadmiernego rozpieszczania i pozwalania na wszystko wyrównuje surowa szkoła.
Co do sytuacji chłopców i dziewczynek, to nie ma tam nic więcej poza tym, co mówi Petunia. Zwykłe zacofane myślenie.

Magus – jest parę opowiadań, gdzie Harry jest dziewczynką, lecz zazwyczaj jest to wiadome czarodziejskiemu światu od początku. Sama przeczytałam może jedno lub dwa, ale nie były one wybitne.
Mam nadzieję, że reszta opowiadania nadal będzie robić na Tobie podobne wrażenie.

FrejaAleeera1 – mój pierwszy tekst jest o Harrym hermafrodycie, chłopcu mającym pewne cechy fizyczne dziewczyny. Harrietta jest dziewczynką pełną gębą. To będą dwa bardzo różne teksty, mogę Cię zapewnić.
Harry i Dudley są rozpuszczeni na równi, ale też zostali postawieni do pionu. Chodzenie do szkoły dla tzw. "snobów", wiele im dało.
Wolę być szczera od początku, że kolejne rozdziały tego opowiadania będą pojawiać się nieregularnie. To jest fair wobec czytelników.

Auleek – dziękuję i zgadzam się, że miło jest przeczytać historię o Harrym, mającym miłe dzieciństwo. Zapraszam do dalszego śledzenia historii.

Mastyska – Dudley jest w tym wieku, że wszystkie rzeczy przyjmuje z prądem. Plus nie czuje się z powodu Harry zagrożony. Rodzice nadal traktują ich oboje tak samo, więc czemu miałby zareagować "kanonicznie"? W tym rozdziale widać trochę rozpuszczenie Harry i Dudley'a, ale także że mają pewne granice zachowania, których im nie wolno przekraczać.
Nowa okłada jest ładna, jednak Harry jest tam zbyt zniewieściały, szczerze. To musiało się tak skończyć ;)

Hercia2012 – miło mi, że moje opowiadanie wpadło Ci w oko. Mam nadzieję, że uda mi się utrzymać Twoje zainteresowanie aż do końca.

adiex – nie znam statystyk, gdyż sama rzadko kiedy czytam tego rodzaju opowiadania. Dziękuję za komentarz i dalsze śledzenie historii.


Tak dla pewności przypominam, rozdziały tego opowiadania nie będą dodawane regularnie. Może się zdarzyć, że między jedną częścią a drugą minie trochę czasu, ale to nie znaczy, że historia została porzucona. Mam pomysł jak pociągnąć przygody Harrietty z czwartym rokiem włącznie. Waham się jednak nad tym, jak ma wyglądać jej piąty, szósty i siódmy rok. Może chcecie mnie czymś zainspirować?