Przede wszystkim dziękuję mojej cudownej becie, Emilyanne, za to, że jest i walczy z moim dyspiśmiennictwem
No i tobie Zoja, bo czekasz, wspierasz mnie i wytrzymujesz moje marudzenie :D
Vipera - dzięki wielkie za alert, to podbudowuje
I proszę o komentarze. One karmią mojego Wena, a on ostatnio z głosu chudnie xD
Dużo czasu Wam to nie zabierze, a mi sprawi dużo radości :)
Lawrence Reed dał się poznać jako bardziej ostra wersja swojego młodszego brata. Podobnie jak Sergio nie znosił hałasu w swojej sali, lecz w przeciwieństwie do niego oznajmiał to podczas samego zjawienia się. Miał swoje sposoby, by wyegzekwować ciszę na zajęciach. Początkowo było to nieustanne uciszanie głośnej młodzieży, jednak z czasem, gdy już zaczęły się pojawiać pierwsze punkty możliwe do odebrania, wołanie o ciszę zmieniało się w odejmowanie spokojnym głosem punktów domowi, który w danej chwili zachowywał się zbyt głośno.
- Reguły nie zmieniły się od tych zeszłorocznych, więc mam nadzieje, że jesteście dobrze przygotowani – powiedział, nie ruszając się ze swojego miejsca za biurkiem. – Proszę o wyjęcie kartek i napisanie podstawowych informacji na temat eliksiru, który mamy omawiać na dzisiejszych zajęciach. Macie pięć minut czasu, do dzieła.
Podczas tego czasu profesor Reed obserwował uczniów. Każdy przejaw ściągania karał natychmiastowym zaklęciem przywołującym do niego pergamin, na którym uczeń zapisywał swoją odpowiedź. Najczęściej taka czynność kończyła się odesłaniem osoby z zajęć.
Lawrence Reed nienawidził prowadzić zajęć z nieprzygotowanymi uczniami, dlatego też wprowadził zasadę obowiązkowych kartkówek na rozpoczęciu każdych zajęć. Czasami udało się ich uniknąć, jednak nigdy mężczyzna nie pozwolił bezkarnie zająć się eliksirem bez sprawdzenia stanu wiedzy przynajmniej połowy uczniów. Pytania padały nagle i zawsze kierowane były do konkretnej osoby, a nie całej klasy. Pytania zadawane pod koniec zajęć miały jednak zasadniczą zaletę – było się pewnym jaki eliksir się warzy oraz był czas na powtorzenie wszystkich jego składników oraz właściwości. Innaczej było jednak z zaliczeniem pisemnym.
Po upływie określonego czasu profesor za pomocą pospiesznie wypowiedzianego „accio" przywołał do siebie wszystkie prace. Przejrzał je pobieżnie, dając w tym czasie swoim studentom czas na skompletowanie potrzebnych składników i oddzielił od stosu prac dwa kawałki pergaminu. Uczniowie widząc to spieli się. Prawdopodobnie właśnie dwójka z nich miała być pozbawiona możliwości zaliczenia dzisiejszych zajęć w terminie.
- Dwie prace budzą moje wątpliwości. Pan Ashton zgłosi się do mnie później w celu ustalenia terminu odrabiania zajęć, a panna Holman wróci za dziesięć minut, by powtórzyć test. Pozostali do pracy – magicznie odesłał do szafki składniki skompletowane przez tę dwójkę osób.
Mike Ashton, Gryfon z brązowymi lokami, ze złością zabrał swoją torbę i opuścił salę, rzucając zdezorientowanej Olivii spojrzenie pełne irytacji. Twierdził, że on też powinien dostać szansę poprawienia swojej pracy. Postanowił jednak trzymać język za zębami, by nie dostać szlabanu ani nie stracić tych kilku punktów zarobionych z trudem na poprzednich lekcjach. Nie powstrzymał jednak prychnięcia widząc, jak Krukonka z blizną na szyi dostaje od blondwłosej prefektki notatki do powtórki materiału.
- Jak już nie zdasz, bo oczywiście nie masz jak ODPOWIEDZIEĆ, to widzimy się na zajęciach poprawkowych – powiedział złośliwie, odwracając się i odchodząc.
Dziewczyna patrzyla na chłopaka bez zrozumienia. Przed zajęciami wydawał się raczej miłym chłopakiem, a teraz taka zmiana. Wzruszyła ramionami. Miała nadzieję, że jego zachowanie było spowodowane tylko i wyłącznie tym, że nie udało mu się zaliczyć kartkówki. Byli na ostatnim roku, więc każdemu zależało, by jak najwięcej się nauczyć do egzaminów, a jak można się czegokolwiek nauczyć nie będąc dopuszczonym do zajęć?
Usiadła, ogrzewając wcześniej za pomocą zaklęcia kawałek podłogi i zaczęła powtarzać materiał z notatek. Po dziesięciu minutach zapukała i weszła ostrożnie do sali. Profesor wskazał jej miejsce przy swoim biurku i podał kawałek pergaminu z pytaniem zapisanym wąskim, prostym pismem. W całej sali słychać było wyłącznie odgłosy gotujących się zaczątków mikstur, krojenia i ucierania składników oraz skrobanie notujących od czasu do czasu piór i stukot butów, gdy Lawrence przemierzał wąskie przejścia pomiędzy stołami.
Olivia dość szybko uwinęła się z odpowiedzią na pytanie i po uzyskaniu przez nauczyciela aprobaty zabrała się za wykonywanie eliksiru. Zauważyła, że inni notują wszystkie niecodzienne zmiany barwy swoich roztworów, więc idąc ich śladem, także wszystko notowała.
Zajęcia przebiegały w ciszy i skupieniu pod czujnym okiem mistrza eliksirów, który na szczęście nie musiał interweniować i usuwać zawartości żadnego z kociołków. Wyglądało na to, że uczniowie uczęszczający na jego zajęcia rzeczywiście byli dość biegli w tym co robią.
Czas mijał, a przepisowe dwie godziny zajęć zaczęły się kończyć. Uczniowie w ciszy napełniali fiolki próbką swojego eliksiru i oddawali je profesorowi, gdy stwierdzili, że eliksir jest gotowy. Następnie brali się za szybkie sprzątnięcie swojego miejsca pracy i wyjchodzili z sali. Czekali na przyjaciół dobrych kilka metrów od pomieszczenia, w którym prowadzone były zajęcia. Żaden z uczniów nie odważył się nigdy czekać tuż pod drzwiami sali. Wiedzieli, że to zbyt ryzykowne, bo w chwili wychodzenia innych uczniów zawsze zaczynały się rozmowy, które niejednokrotnie powodowały utratę punktów. Przez drzwi sali eliksirów mimo wszystko przedostawały się dźwięki z zewnątrz.
Blondwłosa dziewczyna sama nie wiedziała, czemu czekała na Olivię. Być może wynikało to z poczucia obowiązku. Do tej pory dziewczyną zajmował się Peter, który razem z nią pełnił funkcję prefekta. Wczorajszego wieczora nie spuszczał jej z oka, tłumacząc po kolei zasady funkcjonowania życia w Hogwarcie i charakteru nauczycieli. Bronił ją też przed natarczywymi pytaniami reszty współdomowników. Teraz jednak go z nimi nie było – eliksiry nie były przedmiotem, z którym sobie dobrze radził. Poza tym do jego przyszłej wymarzonej pracy łamacza uroków nie była mu ta wiedza potrzebna. Tak więc czekała cierpliwie na Olivię, mimo że wszyscy jej znajomi już dawno skończyli robić swoje eliksiry i poszli. Z nudy okręcała kosmyk włosów wokół palca.
W końcu dziewczyna wyszła z sali. Westchnęła ciężko, ale na jej twarzy widać było ulgę związaną z opuszczeniem pracowni eliksirów.
- Jak ci się podobały zajęcia? Ciężkie, prawda? – spytała, na co Olivia energicznie pokiwała głową. – Jak już się przyzwyczaisz do cotygodniowych wejściówek i oznajmianych z zajęć na zajęcia sprawdzianów z całego toku nauki, to już będzie lżej. Nie da się zaprzeczyć, że na egzaminy pójdziemy dobrze przygotowani.
Dziewczyna skrzywiła się na myśl o tak dużej ilości nauki.
- Nie przejmuj się, wejdziesz w rytm uczenia się i później będzie już z górki.
Nowa dziewczyna wygrzebała z torby pergamin i samonapełniające się pióro i naskrobała krótką notkę.
„Jestem słaba z teorii. Wolę praktykę".
- Z tym na eliksirach może być problem. Profesor Lawrence nie wpuści cię na zajęcia, póki nie zdasz części teoretycznej – powiedziała, ale widząc opuszczone ze zrezygnowniem ramiona dodała – Nie martw się tak, pomogę ci. W końcu jesteśmy z jednego domu, musimy się wspierać. Wbrew temu, co twierdzą inne domy, wcale nie kopiemy pod sobą nazwajem dołków, raczej się wspieramy. Co innego wspieranie innych domów, to już idzie nam troszkę gorzej – mrugnęła do niej porozumiewawczo, na co Olivia zaśmiała się niemo.
Ruszyły w stronę swojego dormitorium. W pewnym momencie minął ich mężczyzna zmierzający do lochów.
- Dzień dobry profesorze – powiedziała grzecznie Alice, podczas gdy Olivia wpatrywała się z szokiem wymalowanym na twarzy w przechodzącą osobę. Mężczyzna nawet nie odpowiedział, najwyraźniej spiesząc się do lochów.
„Jakim cudem" zaczęła pisać na pergaminie, a prefektka od razu odpowiedziała na pytanie.
- Nie, to nie jest Lawrence Reed, który uczy nas eliksirów. Tamten siedzi jeszcze w sali, a ten dopiero tam zmierza. Podobni, prawda? – spytała, a zdezorientowana dziewczyna pokiwała głową, nic z tego nie rozumiejąc. – Jak pierwszy raz ich zobaczyłam, to myślałam, że w czasie przerwy profesor Reed po prostu ściął włosy, bo mu przeszkadzały. Okazało się, że po prostu w Hogwarcie jest dwójka niemal identycznie wyglądających braci, Lawrence i Sergio Reed.
„Nie było go wczoraj przy stole nauczycielskim", zauważyła. Pisała niezbyt wyraźnie w czasie, gdy szły, ale mimo to Alice udawało się ją rozczytać. „Czego uczy?"
- Cieszę się, że mam sześcioletnią wprawę w rozczytywaniu Petera, bo inaczej bym nie wiedziała co tam w biegu piszesz. Uczy Obrony Przed Czarną Magią. No i czasami opuszcza posiłki. Zresztą jego bratu też się to zdarza, chociaż nie tak często. Generalnie jest milszy niż Lawrence, chociaż tak samo wymagający – gdy przełamały pierwsze lody, Alice okazała się straszną paplą. Mówiła niemal cały czas, a Olivia chcąc nie chcąc musiała tego słuchać. Ciężko było komuś przerwać, gdy nie można było używać głosu. – Zresztą przekonasz się sama, po przerwie mamy z nim zajęcia.
„Ale ja nie chodzę na OPCM".
- Nie? – Zdziwiła się. - Jesteś jedyną Krukonką na tym roku, która nie wybrała OPCMu. Odprowadzę cię do dormitorium, bo bez głosu ciężko będzie samej się tam dostać.
Olivia skinęła w podziękowaniu głową. W pokoju wspólnym spotkały Petera, który powtarzał właśnie notatki z zeszłego roku. Usiadła przy nim i na ostatnim wolnym kawałku pergaminu, który trzymała w dłoni naskrobała „Widzę, że rzeczywiście jest wymagający, skoro do pierwszej lekcji po wakacjach się przygotowujesz".
- Sergio ma w zwyczaju robić nam sprawdziany powtórkowe co jakiś czas. Szczególnie po dłuższym wolnym – powiedział, przewracając kartkę i marszcząc brwi. Próbował zapamiętać cokolwiek na ostatnią chwilę.
- Może tym razem zapomni. Tak się spieszył do Lawrence'a, że nawet nas nie zauważył – powiedziała jego przyjaciółka, zastanawiając się nad tym.
- Alice, skup ten swój blondwłosy czerep na powtarzaniu zeszłego roku, a nie na rozmyślaniach czy zapomni – zganił ją. Wstał i zabrał swoje notatki, po czym wyszedł zirytowany z pokoju. Dziewczyny patrzyły za nim z lekką konsternacją. W końcu Alice wzruszyła ramionami.
- Pewnie myślał, że OPCM będzie się zaczynał w połowie tygodnia i zdąży do tego czasu powtórzyć cały rok – wyjaśniła widząc, że jej towarzyszka sięga po następny kawałek pergaminu, by zapisać pytanie. – Ja powtarzałam przez wakacje. W końcu to ostatni rok, Owutemy i nie będzie taryfy ulgowej.
Nowa Krukonka kiwnęła głową i wyjęła różdżkę. Skupiła się na zapisanym po brzegi pergaminie, po czym spopieliła go zaklęciem.
- Zaklęcia niewerbalne? Dużo ich umiesz?
„Kilka. Ale teraz staram się jak największą ilość niewerbalnie ćwiczyć z wiadomych powodów", westchnęła bezgłośnie. „Muszę się dużo bardziej skupiać, żeby czegoś na przykład nie wysadzić w powietrze".
- Z czasem będzie lepiej, zobaczysz. Niewerbalne ćwiczymy od zeszłego roku coraz częściej – spojrzała na zegarek. – Czas na mnie. Chcę jeszcze spojrzeć w notatki przed zajęciami. Widzimy się na zaklęciach, prawda?
Olivia pokiwała głową i pomachała na pożegnanie wychodzącej blondynce. Rozejrzała się po pokoju wspólnym, który powoli pustoszał, po czym stwierdziła, że pójdzie do dormitorium. Zaczęła przeglądać torbę w poszukiwaniu bransoletki składającą się z czerwonych, szklanych paciorków. Był to prezent od babci jej przyjaciela. Zarówno Olivia, jak i on mieli takie bransoletki. Była na tyle długa, że oplatała jej nadgarstek dwa razy.
Szukając, natrafiła na plik zdjęć z Jake'iem. Na każdym z nich mieli rubinową ozdobę na ręku. Byli radośni i uśmiechnięci. Zaszkliły jej się oczy, kiedy przytulała do siebie zdjęcia. Tęskniła za nim i chciałaby, żeby wrócił, czy dał jakikolwiek znak, że żyje i nic mu nie jest. Nie płakała. Płacz nic by nie zmienił i co więcej, kojarzył jej się ze słabością. Nie lubiła tego. Całe życie starała się być silna i samowystarczalna, ale ile można? Wszystko ma przecież swoje granice. Po jej policzkach popłynęło kilka słonych kropel.
Straciła całą rodzinę, najlepszy przyjaciel zaginął bez wieści, została pozbawiona głosu i znalazła się w obcym dla siebie miejscu. Pomimo ciepłego przyjęcia przez uczniów, czuła się wyrzutkiem właśnie przez zdobiącą jej szyję bliznę, która zabrała jej zdolność mowy.
Parę minut później otarła łzy. Wzięła z dna torby bransoletkę i założyła ją na nadgarstek, po czym poszła do łazienki przemyć twarz. Zaczerwienione oczy nie wyglądały zbyt ładnie, ale nie miała odwagi używać na nich zaklęcia. Nie teraz, gdy jedyne czym mogła się posługiwać było magią niewerbalną, która czasem lubiła działać inaczej niż powinna.
Rozwiązała swoje mysie włosy i przeczesała je. Miały jaśniejsze końcówki. Olivia przez chwilę przyglądała się im. Lubiła zmieniać ich kolor, gdy miała zły humor. To był jej sposób na poprawienie sobie samopoczucia. Jedne dziewczyny sięgały po czekoladę, ona sięgała po farby do włosów. Uśmiechnęła się leciutko na myśl, że miała kilka pojemniczków z kolorowymi specyfikami w torbie. Postanowiła jednak najpierw dowiedzieć się jak bardzo sprzeczne jest to z tutejszym regulaminem szkoły. Związała na szybko koczek i wyszła z łazienki. Spakowała pióro i pergaminy do torby, po czym wrzuciła jeszcze książkę od zaklęć oraz całą resztę potrzebnych jej rzeczy i wyszła z wieży Krukonów.
Za pomocą niewerbalnego Wskaż-mi odnalazła miejsce, gdzie zmierzali prefekci Ravenclawu.
- Jak nas znalazłaś? – spytała zaskoczona blondynka, a Olivia podała jej notkę z napisem „Wskaż-mi". Gestem dłoni kazała koleżance odwrócić kartkę i przeczytać, co jest zapisane z tyłu. „Mam do was kilka pytań. Spisałam je, po zajęciach, jak będzie trochę spokoju, to je wam dam".
Owutemowa klasa zdziwiła się widząc, jak do sali wchodzi uczący transmutacji profesor Shaw zamiast Weasley. Nauczyciel szybko wyjaśnił nieobecność koleżanki i zabrał się do nauki podopiecznych nowego zaklęcia. Duża część uczniów wybierających zaklęcia, postanowiła wybrać także transmutację, więc Ian Shaw nie był im obcy. Ci właśnie cieszyli się z tego, gdyż był bardziej opanowany i jego obecność mniej tłamsiła, niż obecność surowej profesor Weasley.
Zaklęcia upływały w atmosferze spokojnego skupienia. Zaklęcie, które ćwiczyli nie było niewerbalne, z czego niemal wszyscy się cieszyli. Jedynym wyjątkiem była Olivia, która musiała się uporać z niemą wersją magii.
Olivia szybko przekonała się, że coś, w czym niegdyś była bardzo dobra, potrafi stać się bardzo trudne, gdy zabraknie takiego czynnika jak możliwość wypowiadania na głos słów. Nie poddawała się jednak i uparcie, raz po raz, wypowiadała w myślach wyrazy, modląc się, by przyniosły oczekiwany efekt. Na razie jej zaklęcie mające skleić karty starej księgi sprawiało, że trzeba je było łapać po całej sali.
- Panno Holman, proszę zostać po zajęciach – powiedział nauczyciel na kilka minut przed końcem zajęć, zbierając wszystkie kartki jednym szybkim machnięciem różdżki. – I na dziś chyba wystarczy pani ćwiczeń.
Dziewczyna skinęła głową i siadła na krześle. Zaczęła się przyglądać swojej różdżce i zastanawiać się, co robi źle. Dobrze chociaż, że nie spaliła tych kartek, bo książka byłaby do wyrzucenia. Rozejrzała się, jak radzą sobie inni.
Alice pieczołowicie sklejała po kolei każdą następną stronę, tak samo jak jakiś Puchon siedzący obok niej.
Peter siedzący kilka ławek dalej przyglądał się książce w skupieniu. Przesunął różdżką po jej grzbiecie, jakby układał sobie w myślach, gdzie mają być zespojone strony. Następnie wypowiedział zaklęcie i wykonał charakterystyczny ruch różdżką. Profesor Shaw podszedł do niego i otworzył książkę, wertując przy okazji kilka stron.
- Doskonale, panie Jones! Pięć punktów za każdą naprawioną książkę. Jestem pewien, że pani Pince się ucieszy – przeniósł zaklęciem na swoje biurko cztery opasłe tomy. Każdej z osób, którym udało się wykonać zadanie za jednym razem, przyznawał taką samą nagrodę. – Jak widzicie, nie jest to proste zaklęcie. Przyklejenie pojedynczej kartki nie sprawia większych problemów, ćwiczyliśmy to już lata temu. Zlepienie kilkudziesięciu czy też kilkuset stron wymaga jednak dużo większej precyzji i skupienia – rozejrzał się po klasie i zatrzymał wzrok na nowej uczennicy. – No i oczywiście praktyki. Na następnych zajęciach chciałbym wrócić do ćwiczenia tego zaklęcia, a także do nauki jego niewerbalnej wersji. Z okazji rozpoczęcia roku szkolnego odpuszczę wam pracę domową. A od przyszłego tygodnia do nauczania was wróci profesor Weasley. Możecie iść.
Wszyscy uczniowie zaczęli się szybko pakować, chcąc opuścić salę zanim nauczyciel się rozmyśli i jednak zada jakieś wypracowanie. Ian Shaw nie miał w zwyczaju zmieniać zdania na gorsze dla uczniów, jednak mógł odnaleźć notatkę od Hermiony Weasley z tematem pracy domowej. To było bardziej niż prawdopodobne. Nim wszyscy zdążyli wyjść, Peter podszedł do Olivii.
- Poczekam na ciebie przed salą. Nie możesz ciągle poruszać się za pomocą Wskaż-mi, musisz poznać Hogwart – zerknął jeszcze na profesora, a zanim wyszedł rzucił jeszcze wesoło – Nie martw się. Jest sprawiedliwy i na pewno nie zrobi ci krzywdy.
Gdy drzwi się zamknęły, profesor Shaw zwrócił się do dziewczyny.
- Z notatki, które zostały tu przysłane przez twoich nauczycieli jasno wynikało, że jesteś bardzo dobra zarówno z zaklęć jak i z transmutacji, która jest moim przedmiotem. Jednak widzę, że brak możliwości werbalnego wypowiadania zaklęć jest dla ciebie dużym problemem. Nie jest to nie do przeskoczenia, jednak wymaga dużo pracy z twojej strony – powiedział spokojnie. – Poza tym na zajęciach zaklęć i tak ci się to przyda.
Machnął różdżką, po czym wziął jedną ze sklejonych książek. Była znacznie cieńsza niż pozostałe. – Proszę, oddaj mi ją pod koniec tygodnia. Jest z działu ksiąg zakazanych.
Olivia wzięła książkę i zaczęła ją wertować. Część stron miała tak zamazane litery, że nie dało się ich odczytać.
- Z pewnych powodów znajduje się w tym konkretnym dziale. Dlatego ma na sobie ten sam urok, który nałożyłem na wszystkie książki, żebyście mi tu. na lekcji, nie czytali. Zdjąłem go teraz tylko częściowo. Zostawiłem ci możliwość czytania tego, co powinno pomóc ci w nauce magii niewerbalnej. I mam nadzieję, że żadne inne ciekawskie oczy nie będą w nią zaglądać – ostatnie zdanie powiedział chłodnym tonem. – Daję ci ją z dobrej woli i mam nadzieję, że to uszanujesz.
Otworzyła usta, chcąc mu podziękować i zapewnić go, że nic takiego się nie zdarzy, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Chłód zniknął z twarzy i tonu głosu profesora. Zamiast tego na jego ustach pojawił się ciepły uśmiech.
- Zamiast dziękować pokażesz mi w środę wyniki twoich ćwiczeń. Zdaje się, że mamy z samego rana zaklęcia, a później po przerwie transmutację. Wtedy zademonstrujesz, czego się nauczyłaś. A teraz już zmykaj, bo przegapimy cały obiad.
Krukonka schowała książkę do torby i wyszła z sali, gdzie czekał na nią Peter.
- I jak? Przeżyłaś spotkanie sam na sam z opiekunem Slytherinu? – spytał konspiracyjnym szeptem.
Dziewczyna wyciągnęła z torby pergamin i zwykły mugolski długopis. Pisało się nim zdecydowanie łatwiej, niż olbrzymim ptasim piórem podczas wędrówki korytarzami.
„Ledwo", głosiła krótka notka.
- Czyli pewnie zdążyłaś się dowiedzieć, jak łatwo potrafi mu się zmienić humor – stwierdził. – Nie wiem, jak Ślizgoni z nim wytrzymują. Może to właśnie dlatego, że jak przestanie być wesoły, to mógłby konkurować z Krwawym Baronem o tytuł mistrza grozy Hogwartu. Wydaje mi się, że dlatego udaje mu się utrzymać cały Slytherin w ryzach. Chociaż mimo wszystko jest miły i pomaga uczniom, jak mają problemy... – wzruszył ramionami. - Nie wiem, to jest dziwny człowiek. Jak zresztą większość nauczycieli, od niego zaczynając aż na Trelawney kończąc.
Dotarli do Wielkiej Sali, gdzie posiłek trwał w najlepsze.
- Mam nadzieję, że zapamiętałaś drogę, albo chociaż jej część, bo nie będę przecież zawsze przy tobie – powiedział siadając i zabierając Alice jej talerz i mówiąc teatralnie – Och, dziękuję, że nałożyłaś mi moje ulubione kotlety, jesteś taka kochana!
- Ej, to moje! Sam sobie nałóż!
Olivia spojrzała na sprzeczającą się parę, siadając na miejscu obok nich. Uśmiechnęła się lekko. Być może ten rok wcale nie będzie taki zły.
