2.
Od rozmowy w tawernie minęło siedem miesięcy. Pułkownik O'Neill już dawno przestał myśleć nad „szaleńczym", jego zdaniem, planem swojego młodego przyjaciela. W jego przekonaniu, nie było kobiety, która pasowałaby do jego „wymagań". W końcu, zwiedził świat jak był długi i szeroki. Zawitał do niejednego portu, w niejednym kraju i wszędzie spotykał ten sam typ kobiet. Nie był głupi, choć za takiego chciał uchodzić. Dawało mu to przewagę nad przeciwnikiem, który zazwyczaj nie doceniał jego inteligencji, czy chodziło o wroga w walce, czy też o płeć przeciwną. Wbrew obiegowej opinii, Jack był niezłym znawcą charakteru ludzkiego, dlatego był pewien, że działania Daniela spełzną na niczym i dlatego już wkrótce po tamtej konwersacji, przestał zawracać sobie nimi głowę. Z dala od Springs kontynuował swoje samotne, oficerskie życie, żeglując po wodach należących do jego kraju, a nocami wpatrując się w rozgwieżdżone niebo.
Od zawsze fascynowały go gwiazdy. Niezmiernie interesowało go, jak powstają, bo choć wierzył, że to w dużej mierze dzieło Stwórcy, to w głębi duszy był przekonany, że ich „narodziny" są czymś znacznie więcej, niż biblijne „niech się stanie światło". Czytał wszystko, co opublikowano na ten temat, każdą, nawet najbardziej szaloną teorię, od Al Sufiego, po Kopernika, Galileusza czy Newtona, swego osobistego bohatera, któremu zawdzięczał posiadanie w domu własnego teleskopu. Urządzenie to skonstruował samodzielnie, na podstawie planów sporządzonych przez wielkiego naukowca i był z niego bardzo dumny, chociaż niewielu ludziom je pokazał. Właściwie, zademonstrował je chyba tylko swojej ciotce Catherine Langford, która po cichu podzielała jego pasję i Danielowi, gdy ten odwiedził kiedyś jego posiadłość. Nikt inny nie wiedział…
W każdym razie, beztrosko nieświadomy poczynań lingwisty, pułkownik żył sobie spokojnie, przed samym sobą udając, że taki styl życia mu odpowiada. Nie chciał myśleć, że jest inaczej, bo musiałby przyznać, że nie jest szczęśliwy, a na to nie był gotowy. Niepotrzebny mu był ten ból serca, jakiego doświadczył po utracie syna, a potem żony. Wolał zamknąć się na miłość, niż ucierpieć raz jeszcze, a najlepszym na to sposobem było zaprzeczenie, że jej potrzebuje.
Tymczasem Daniel desperacko szukał. Kiedy proponował Jackowi, iż znajdzie mu żonę, nie przypuszczał, że będzie to aż tak wielkie wyzwanie. Im dłużej poszukiwał, tym skłonniejszy był przyznać rację swemu sceptycznemu przyjacielowi. Co na pierwszy rzut oka wydawało się złotem, po kilku kolejnych obracało się w węgiel. Wyjątkiem, naturalnie, była jego własna ukochana, która choć w istocie ceniła dobra materialne, w głębi serca wiedziała, co jest najważniejsze. Panna Vala Mal Doran może na to nie wyglądała, ale miała serce ze złota i przekonywał się o tym każdy, kto ośmielił się poznać ją lepiej. Tak jak Daniel.
Tak czy inaczej, młody doktor lingwistyki zaczynał być sfrustrowany. Właściwie, postawił sobie za punkt honoru, by udowodnić przyjacielowi, iż ów się pomylił. Tymczasem wszystko wskazywało na to, że to on sam poniesie klęskę.
- Jack nie przestanie mi tego wypominać do końca życia!- lamentował przy popołudniowej kawie w towarzystwie ukochanej, która niedawno przyjęła jego pierścionek.
- Ależ, kochanie! Chyba nie jest tak źle?- spytała głosem przesyconym humorem.
- Wprost przeciwnie, moja droga!- zaprzeczył ponuro.- Przeklinam dzień, w którym wpadłem na ten pomysł.
- Nie przesadzaj, Danielu.- powiedziała Vala, przegryzając ciasteczko.
- Nie przesadzam!- pokiwał głową z rezygnacją.- Wygląda na to, że każda z potencjalnych kandydatek jest albo łasa na fortunę Jacka, albo zbyt …eee… mało inteligentna.- dodał ciszej.
- Zbyt mało inteligentna?- ciemnowłosa piękność uniosła pytająco brew.
- No… tak.- przyznał.- Jack potrzebuje określonego typu kobiety. Nigdy nie zadowoliłby się kimś, z kim nie mógłby przeprowadzić sensownej konwersacji. Może i czasem zachowuje się jak głupiec, ale zapewniam cię, że nim nie jest. On potrzebuje towarzyszki, która będzie miała równie otwarty umysł, co on, a nie żony, która potrafi rozmawiać jedynie o nowych poduszkach, zasłonach, czy innych przyziemnych sprawach. Świergocząca idiotka, wybacz mi to określenie, lecz z braku łagodniejszej formy wyrazowej musiałem go użyć…- wtrącił przepraszająco.-… ostatecznie zanudziłaby go na śmierć!
Vala zachichotała. Bawiły ją nie tylko słowa narzeczonego, ale też jego żałosna mina. Daniel nie zwykł się poddawać. To właśnie jego determinacja zainteresowała ją w pierwszym rzędzie (o atutach zewnętrznych nie wspominając). Podziwiała jego niezłomną wolę i upór w dążeniu do celu, a w dodatku podobał jej się fakt, że zawsze można było na niego liczyć. Kiedy Daniel coś przyrzekał, jego słowo to był parol. Widząc, jak przyrzeczenie dane przyjacielowi, doprowadzało go na skraj załamania, zastanawiała się, czy powinna interweniować. W końcu, to była sprawa honorowa… Z drugiej strony, jako dobra narzeczona, powinna troszczyć się o samopoczucie przyszłego męża, a widząc jego desperację, dobrze wiedziała, że jest ono kiepskie. Nie miała więc wyboru…
- Mój drogi…- zaczęła powoli.- Wiem, że za punkt honoru postawiłeś sobie wypełnienie tego trudnego zadania i widzę, ile cię to kosztuję. Pozwól więc, że coś zasugeruję…- dodała ostrożnie.
Daniel westchnął ciężko i zapytał:
- Co masz na myśli, najdroższa?
Vala się wyszczerzyła. Uwielbiała, gdy tak słodko się do niej zwracał…
- Wiesz, że moja kompania prowadzi rozległe interesy…- zaczęła.
- Owszem.- przytaknął.- Do czego jednak zmierzasz?
- Do tego, Danielu, że mam szerokie kontakty, dzięki którym być może mogę rozwiązać twój problem…- powiedziała.
Zainteresowanie Jacksona wzrosło.
- To znaczy?
- Cóż…- odparła.- Tak się złożyło, że jeden z moich partnerów w interesach, popadł ostatnio w kłopoty natury finansowej.
- Nie rozumiem… A co to ma do rzeczy?- zdziwił się.
- Wszystko, kochanie!- stwierdziła z uśmiechem.- Ów dżentelmen ma córkę, urocze, choć nieco nieposkromione dziewczę.- ciągnęła dalej.- Panna ta wyróżnia się wielką inteligencją, że o urodzie nie wspomnę.
- Naprawdę? Myślisz, że byłaby odpowiednia?- spytał z nadzieją.
- Być może.- odpowiedziała ostrożnie Vala.- Jest tylko jeden problem…
- Jaki?- jęknął lingwista.
- Panna Samantha była niegdyś zaręczona z osobnikiem o nazwisku Hanson. Ów mężczyzna okazał się brutalem, co skutkowało zerwaniem zaręczyn, po którym panna Carter przysięgła, że nigdy nie wyjdzie za mąż…- wyjaśnił dziewczyna.
Ramiona Daniela opadły w odruchu bezsilności.
- Do licha!- westchnął.- To raczej w niczym mi nie pomoże! Skoro panna Carter nie interesuje się zamążpójściem…
- Mój drogi…- Vala pocieszająco ścisnęła jego dłoń.- Nie trać nadziei! Być może to nie jest aż tak beznadziejny przypadek. Zgadzam się, że to utrudnienie, ale nie od dziś wiadomo, że kobieta zmienną jest. Może istnieje sposób, by nakłonić pannę Samanthę do zmiany zdania…- delikatnie dała mu do zrozumienia.
- Jakiż?- zapytał desperacko.
- Pieniądze twojego przyjaciela, kochanie.- stwierdziła otwarcie.
- Jeśli tylko to ją ma skusić, nie jest go warta!- żachnął się Daniel.
- Jest, bo nie zrobi tego dla siebie, lecz dla ojca.- powiedziała.- Panna Carter nie przywiązuje wagi do majątku, ale martwi się sytuacją swego rodzica. Generał Carter ma spore długi, wynikające z serii nieszczęśliwych inwestycji, a jego zdrowie podupada. Córka niewątpliwie bardzo go kocha, więc może…- dodała znacząco.
Daniel zamknął oczy i zaczął się zastanawiać. Straceńcza sytuacja (bo niewątpliwie w taką się uwikłał), wymagała straceńczych posunięć, więc z braku innych możliwości, miał tylko jedno wyjście- postanowił spróbować…
- Gdzie znajdę tę rodzinę?- zapytał.
- Skontaktuję cię z nimi osobiście, mój drogi.- Vala zapewniła z uśmiechem i Daniel skinął głową.
Kości zostały rzucone…
TBC
