II. Więzienie?

Titanic, pływający pod brytyjską banderą transatlantyk typu Olympic, należący do towarzystwa okrętowego White Star Line, był zwodowany w porcie w Southampton. Tam, setki ludzi żegnało się ze szczęśliwcami, którzy dostali przywilej płynięcia nim. Niektórzy czekali na swoją kolej w stanowiskach kontroli, a niektórzy wsiadali na statek. Na statku też byli ludzie. Setki. Oni również machali do swoich krewnych, żegnali się i cieszyli z luksusu, jakiego doświadczali. Wszystko wyglądało niesamowicie.

Jednym z tych szczęśliwców był Kurt Hummel. Jego auto właśnie podjeżdżało do Titanica, by mógł wsiąść na statek i popłynąć do Nowego Yorku. Wysiadł z samochodu zaraz po jego narzeczonej, Rose, próżnej dziewczynie z wielkim posagiem, który wkrótce miał się stać własnością jego rodziny.

– O co tyle rozgłosu? – zapytał Kurt. – Nie wygląda na większy od Mauretanii.

– Możesz czegoś nie doceniać, Kurt, ale na pewno nie Titanica. – powiedziała Rose. – Jest dłuższy o 100 stóp i o wiele bardziej luksusowy. Mój należy do towarzystwa, a wiesz, że on nie wspiera byle czego. – zakończyła Rose.

– Trudno zaimponować Twojemu synu, Burt. – powiedziała po chwili dziewczyna do kongresmana Burta Hummela.

– To jest ten statek, o którym mówią niezatapialny? – zapytał Burt.

– Och, on jest niezatapialny! – powiedziała dziewczyna. – Sam Bóg nie potrafiłby go zatopić!

– Przenieść pana bagaż na pokład, sir? – zapytał boy okrętowy Kurta, co zwróciło uwagę Rose.

– Oddaję swój los w pańskie ręce. – powiedziała dziewczyna. – Niech pan poszuka mego służącego.

– Tak, madame. Z przyjemnością, madame. – wybełkotał chłopak.

– Chodźmy kochanie. Nie chcemy przecież tu zostać, prawda. – zapytała swojego narzeczonego.

– Tak. Tak, masz rację, chodźmy. – powiedział jej narzeczony i ujął jej ramię.

Byliśmy bardzo piękną parą. Ludzie rozstępowali się na nasz widok i podziwiali naszą grację.

– Mój płaszcz? – zapytał Kurt służącego.

– Jest, mam go tu, sir. – powiedział sługa.

Kurt odwrócił się z powrotem do narzeczonej, zacisnął usta w wąską kreskę i powoli kroczył dalej, tym razem po długim trapie.

– Broda do góry, kochanie. – zaszczebiotała dziewczyna. – Płyniemy do Ameryki, a tam w końcu się pobierzemy.

– Witamy na pokładzie. – powiedział kamerdyner, zapraszając nas do środka.

To był statek marzeń - dla wszystkich. Ale dla mnie był niewolniczą galerą wiozącą mnie do Ameryki w okowach. Na zewnątrz byłem majestatyczny, jak każdy dobrze urodzony młodzieniec. Wewnątrz mnie był jednak krzyk rozpaczy.