Komputer mi był umarł całe dwa lata temu i łudziłam się jeszcze, że wezmę go i reanimuję dysk, ale jestem zbyt leniwą łajzą. Laptop z dyskiem, na którym leżał prawie gotowy rozdział "Lotu..." odpoczywa na zasłużonej emeryturze za szafą, a ja piszę go zupełnie od nowa.
Wiwat syzyfowe prace!
PS. Wszyscy gracze japońskiej drużyny noszą nazwiska po moich znajomych Japończykach – dwóch to dobrzy koledzy, dwóch to moi nauczyciele japońskiego (którzy są 最高) a jeden to postać fikcyjna, z autorskich opowiadań. Ot, takie drobne uhonorowanie.
To jakaś cholerna kpina, pomyślał Daisuke Ikeuchi po raz setny od wczorajszego popołudnia.
Od dwóch godzin siedział na treningu, który tak naprawdę wcale się nie zaczął. Tanaka uparł się, aby najpierw przekazać im podstawy swojej taktyki, wyczarował więc tablicę, na której wiły się różnokolorowe linie i kółka oznaczające poszczególnych zawodników (Tanaka był – jakżeby inaczej – złotym). Ikeuchi rozpaczliwie spojrzał na resztę drużyny i z zażenowaniem skonstatował, że byli jeszcze mniej zainteresowani wywodami kapitana niż on.
Pierwszy z pałkarzy, Keisuke Tsutsumi, grał na mugolskiej przenośnej konsolce do gier, a Jun Suzuki, drugi pałkarz, dzielnie mu kibicował. Ikeuchi pamiętał jak był zdziwiony gdy odkrył, że w innych krajach czarodzieje bardzo często zupełnie nie wiedzą, czym są mugolskie gry video. W Japonii sprzedawały się one bowiem wyśmienicie także wśród magicznej części społeczeństwa – były popularne do tego stopnia, że jeden z najbardziej obiecujących aurorów dwudziestego wieku, Masafumi Miyamoto, postanowił w latach osiemdziesiątych rzucić karierę tropiciela czarnoksiężników w diabły, założył firmę Square i zaczął robić gry. Ostatecznie wyszedł na tym dużo lepiej niż na eskapadach z różdżką, bo do dziś zarabiał na swoim biznesie grube miliony, i to bez ryzykowania utratą kończyń albo czegoś innego. Sam Ikeuchi był wiernym fanem ich serii gier o tytule Final Fantasy i nie mógł doczekać się kolejnej części.
Obrońca, Haruto Iida, przysypiał na krześle, a ostatni ze ścigających, Akira Takemitsu, czytał komiks i śmiał się pod nosem. Jedynie drobna dziewczyna grająca na pozycji szukającego, Misaki Kobayashi, wydawała się uważnie chłonąć każde słowo Tanaki. Ikeuchi obserwował ją chwilę, był ciekawy, czy Kobayashi chociaż na moment się zdekoncentruje, ale nie – cały czas siedziała wyprostowana jak struna i co jakiś czas potakiwała głową.
Było to o tyle wyczynem, że Tanaka, niestety, przynudzał niemiłosiernie. Kadził coś o technice, o pozytywnym nastawieniu, a nawet – o zgrozo – maskotce drużyny, czyli wielkim, różowym tanuki (1).
Ikeuchi ziewnął szeroko, aż w kącikach oczy pojawiły mu się łzy. Jakby na ten sygnał, Tanaka stuknął w tablicę, która zniknęła z cichym trzaskiem.
— No dobra, drużyno — zaczął. — Rok temu Japonia dostała porządnie w dupsko. Odpadliśmy już w przedbiegach. — Tanaka zrobił krótką pauzę. Zdawało się, że rzuci jakiś cyniczny komentarz na temat pracy poprzedniego kapitana, którego zresztą z tego powodu już w reprezentacji nie było, ale jednak przemilczał. — Wiecie, dlaczego? Bo rok temu graliśmy nie jako jedna drużyna, a jako siedem osób. Chodzi o PRA-CĘ ZES-PO-ŁO-WĄ. Liczę, że w tym roku pójdzie nam dużo lepiej, ale to ja ponoszę odpowiedzialność za to, jak wam... jak nam pójdzie. Za trzy miesiące gramy pierwszy mecz z Koreą Południową, więc łapcie za miotły, idziemy na boisko. Gramy prosty mecz, na jedną bramkę. Chcę zobaczyć, w jakiej jesteście formie.
Tsutsumi i Suzuki dość niechętnie odłożyli konsolkę, Iida obudził się ze swojego letargu, Takemitsu zatrzasnął komiks, a Kobayashi nie zrobiła nic. Mniej więcej takich reakcji się spodziewał, mimo to na boisko wyszli wszyscy wspólnie. O tej porze słońce było już wysoko na niebie i Ikeuchi ocenił, że będzie ono jednak niestety mocno przeszkadzało w grze. Gdyby tylko Tanaka nie gadał tak długo... Stuknął różdżką w swoje gogle i szybki natychmiast się przyciemniły. Zaklęcia ochraniające oczy graczy na szczęście nie były niedozwolone w profesjonalnym quidditchu, z czego wszyscy skwapliwie korzystali.
Gdy Ikeuchi wreszcie poczuł w dłoni chłodne drewno trzonka miotły, od razu opuściły go ciemne myśli... albo przynajmniej większa ich część.
— Ikeuchi!
Odwrócił się. Wszyscy zawodnicy byli już w powietrzu, tylko Tanaka jeszcze stał na trawie.
— Gramy w drużynie, więc nie gwiazdorz za bardzo.
— Nie zamierzam — burknął. Niby przed kim miałbym to robić? W TEJ drużynie?
— Ikeuchi... ty nas chyba nie doceniasz, chłopie. — Tanaka uśmiechnął się zagadkowo i przywołał swoją miotłę.
— Po tym, co do tej pory widziałem... zastanawiam się, czy to w ogóle miejsce dla mnie — wypalił bez zastanowienia.
Tanaka zmrużył oczy i przez ułamek sekundy Ikeuchemu wydawało się, że kapitan powie coś bardzo przykrego. To wrażenie trwało jednak tylko chwilę, bo zaraz potem Tanaka wzruszył ramionami, a jego twarz się wypogodziła.
— W porządku, no to właśnie masz okazję się wykazać. Zagraj jeden na jednego z Takemitsu, ja sobie popatrzę.
— Mogę zagrać nawet na was dwóch — nadął się Ikeuchi.
— Tym lepiej, szybciej się uwiniemy — Tanaka wzruszył ramionami. — Tsutsumi i Suzuki, odbijacie tłuczki na ścigających, dobra?
Ikeuchi ponuro przyjrzał się kaflowi, gdy już zajął swoją pozycję. Za chwilę go przechwyci, zrobi unik w lewo, potem zanurkuje pod Suzukim, a stamtąd ma już prostą drogę do bramek. Potem uda, że chce rzucić kaflem w najbliższą, lewą, a tak naprawdę rzuci w środkową... Łatwizna.
Zabrzmiał gwizdek. Ikeuchi, zgodnie z przewidywaniami, wystrzelił po kafla i bez problemu złapał czerwoną piłkę. Już przymierzał się do uniku, gdy coś, zupełnie niespodziewanie, wybiło mu kafla spod pachy. Poczuł tylko, jak pięść Takemitsu otarła się o jego bok i piłka zniknęła tak błyskawicznie, że w pierwszym momencie Ikeuchi nie zauważył co się właściwie stało. Ścigający okrążył go dwa razy i zamachał mu kaflem przed nosem, jakby się z nim drażnił.
— Moja! — wrzasnął Takemitsu.
Ikeuchi zacisnął zęby i ruszył na niego w pełnym pędzie, ale wtedy Takemitsu zrobił coś niezwykłego – podał prosto do Tanaki. Tanaki, który był oddalony o dobre dwadzieścia metrów. Kapitan, na którym to przepiękne podanie nie zrobiło najmniejszego wrażenia, poszybował wprost na bramki. Uniknął po drodze lecącego prosto na niego tłuczka, obracając się z miotłą w pionie i wykonał celny rzut do środkowej obręczy, którą chciał początkowo zaatakować Ikeuchi.
A sam Ikeuchi wtedy właśnie zdał sobie sprawę, że patrzy na to wszystko z otwartymi ustami, więc czym prędzej je zamknął. Potrząsnął głową, aby otrząsnąć się z pierwszego szoku i poczuł przyjemny dreszcz ekscytacji na całym ciele.
— No i co, Ikeuchi? — krzyknął do niego Tanaka, szczerząc zęby. — Jak tam, ile goli dzisiaj wbijesz?
— Na pewno więcej, niż ty! — odwrzasnął i w końcu sam się roześmiał.
###
Cholerne słońce.
Ikeuchi nie miał pojęcia, kto ustawił mecz na najgorętszy dzień w roku, ale miał szczerą nadzieję, że dopadnie tego geniusza jakaś wyjątkowo uciążliwa, odporna na magię odmiana hemoroidów. On sam nienawidził słońca i upałów ze szczerego serca.
Przysłonił oczy dłonią i popatrzył na obie drużyny. Koreańczycy wyglądali na nieco znudzonych – może wciąż pamiętali w jak słabej formie była Japonia rok temu, a może po prostu znosili gorąco jeszcze gorzej niż Ikeuchi, bo tego dnia tropikalne powietrze aż drgało nad tokijskim stadionem. Drużyna japońska, dla odmiany, zadziwiająco wręcz kipiała energią i wszyscy zawodnicy wyraźnie nie mogli doczekać się momentu, gdy odbiją się od ziemi. Nic dziwnego, Tanaka wlał im w serca tyle pokrzepiających słów, że nawet Ikeuchi czuł się dzisiaj jak król świata. Myśl o porażce wydawała się wręcz nierealna.
— Kapitanowie! Do mnie!
Tanaka oraz kapitan drużyny koreańskiej, Lee Tae-kyun, podeszli do sędziego. Japoński kapitan pierwszy wyciągnął rękę, a Lee, po chwili wahania, uścisnął ją lekko i niezgrabnie. Ikeuchi przyglądał się temu gestowi z lekkim zażenowaniem. Międzynarodowa Federacja Quidditcha, IFAQ, postanowiła niedawno ujednolicić niektóre procedury na całym świecie, takie jak na przykład przywitanie się obu kapitanów, argumentując to „problematycznymi różnicami kulturowymi". Oczywiście, do tamtej pory nie było żadnych wytycznych, więc w krajach dalekowschodnich wciąż popularny był raczej ukłon. Nie stanowiło to żadnego problemu, gdy grało się mecze domowe, ale już na przykład podczas spotkania Japończyków z Polakami powstawało pytanie, kto powinien się do kogo dostosować i dlaczego akurat tak? Polak miał się kłaniać, czy Japończyć podawać rękę? IFAQ, która powstała w Wielkiej Brytanii (jak sam quidditch zresztą), rozwiązała tę kwestię na swój własny, europejski sposób i po prostu kazała wszystkim ściskać sobie dłonie.
Efekt tej decyzji... był póki co taki, jaki zaprezentowali obaj kapitanowie. Ikeuchi z dziwną, złośliwą satysfakcją zauważył, że nawet zawsze pewny siebie Tanaka nie czuł się do końca komfortowo w tej sytuacji.
— Drużyny, na miotły!
Na miotłach było na szczęście nieco chłodniej, bo powietrze nie bulgotało już w miejscu jak gorące nabemono (2), tylko przyjemnie omiatało twarz podczas lotu. Ikeuchi przymknął oczy, zacisnął ręce na trzonku i ustawił się na swojej pozycji startowej.
Zabrzmiał gwizdek.
— Iii... ruszyli, proszę państwa! Kafla natychmiast przejmuje Daisuke Ikeuchi, nowy nabytek japońskiej drużyny. Jest on, proszę państwa, najmłodszym reprezentantem Kraju Kwitnącej Wiśni od trzydziestu lat i Japończycy pokładają w nim ogromne nadzieje. Ma dopiero dwadzieścia jeden lat i już gra w pierwszoligowych Ośmiornicach z Osaki! Ikeuchi bezbłędnie podaje do Tanaki, który... oj, tego tłuczka było ciężko uniknąć...
###
— Za sukces! — ryknął nieźle już wstawiony Iida, wznosząc kufel piwa.
— Za sukces! — odwrzasnęła reszta drużyny i wychyliła swoje trunki do dna.
— Zskces — burknął cicho Ikeuchi i wypił łyk mugolskiego piwa prosto z butelki. Było, musiał przyznać to w duchu, bardzo dobre, lepsze niż wyroby browarów czarodziei. Być może Tanaka miał rację, gdy mówił, że jedzenie i picie bez dodatku magii składało się wyłącznie ze smaku.
Postanowił potwierdzić tę teorię ostatecznie i nałożył sobie dużą porcję zimnego makaronu soba oraz fasolki szparagowej z sezamem. Zdążył jednak wziąć tylko jeden potężny kęs, gdy znów usłyszał głos Iidy.
— A oto... nasza gwiazda! Ikeuchi! Wstańże no!
Ikeuchi zmełł w zębach przekleństwo i uśmiechnął się krzywo z zaciśniętymi ustami, żeby oszczędzić drużynie widoku na wpół przeżutego makaronu z fasolką. Zakrył usta dłonią, przełknął duże kawałki jedzenia z trudem i pokręcił głową na znak, że nie, nie trzeba robić żadnej sensacji.
— No, wstawaj! Niech wszyscy zobaczą najlepszego szukającego świata! — Iida był nieustępliwy.
— Coś ci się pomyliło — zarechotał Suzuki. — Ikeuchi jest ścigającym!
— To nieważne! Drużyna jest jednym ciałem! I-ke-uchi! I-ke-uchi!
Do skandowania od razu włączyła się drużyna i Ikeuchi nie miał już innego wyjścia jak wstać, obdarzyć wszystkich łaskawym, sztucznym uśmiechem i skłonić się teatralnie. Takemitsu zagwizdał na palcach (co w małej salce do karaoke było kolejną cegiełką do fundowanej właśnie Ikeuchiemu tortury), Tsutsumi i Suzuki, obaj radośnie wyszczerzeni, zaczęli bić brawo. Chwilę później dołączyła do nich też Kobayashi i Ikeuchi poczuł z tego powodu jakąś dziwną iskierkę zadowolenia, ale zaraz przypomniał sobie, że przecież miał być obrażony i opadł na swoje krzesło w kącie salki.
Na szczęście Takemitsu szybko złapał za mikrofon i zaczął śpiewać coś po angielsku. Miał mocny, lekko zachrypnięty głos i – co zaskoczyło Ikeuchiego – wymawiał słowa płynnie, poprawnie i w dodatku z silnym brytyjskim akcentem. Musiał mówić dobrze po angielsku, może kiedyś mieszkał w Wielkiej Brytanii? (3) Potem Ikeuchi pomyślał, że w sumie Takemitsu może przecież mieszkać tam na co dzień – w końcu on sam co rano teleportował się ze swojego mieszkania w Osace na trening na tokijskim stadionie.
Words like violence
Break the silence
Come crashing in
Into my little world
Painful to me
Pierce right through me
Can't you understand?
Oh, my little girl (4)
— Jak ci się podoba impreza, Ikeuchi-san?
Ikeuchiemu zajęło chwilę, aby dotarły do niego cicho wypowiedziane słowa tuż obok, tak zasłuchał się w śpiew Takemitsu. Zamrugał kilka razy i odwrócił głowę w lewo, gdzie napotkał uważne spojrzenie ciemnych oczu Kobayashi. Nagle zdał sobie sprawę, że jeszcze nigdy z nią nie rozmawiał, ba – nigdy nawet nie słyszał jej głosu. Dziewczyna do tej pory porozumiewała się tylko skinięciami głowy i bez słowa sprzeciwu przyjmowała to, co zaordynował Tanaka. Ikeuchiemu było trochę wstyd przed samym sobą, ale czasem w ogóle zapominał o istnieniu w ich drużynie szukającej. Czuł się tym gorzej, że Misaki Kobayashi była przecież ważnym zawodnikiem i – co bardziej istotne – okazała się też świetnym graczem.
— Nie za bardzo — mruknął. — Najchętniej zmyłbym się już do domu... no ale można się najeść i napić za darmo, więc trochę szkoda — powiedział, po czym nabrał pałeczkami porcję makaronu i wpakował ją sobie do ust. Jedzenie było przepyszne, musiał przyznać rację Tanace.
Kobayashi zachichotała cicho. Ikeuchi uznał, że to, jak zasłania usta dłonią podczas śmiechu, jest wyjątkowo urocze.
— Świetnie dzisiaj grałeś. Sam zdobyłeś jedenaście goli.
Ta niespodziewana pochwała spowodowała, że Ikeuchi poczuł, jak płoną mu policzki.
— Też byłaś dobra — wymamrotał, gdy już przełknął makaron. Czy dzisiaj wszyscy uwzięli się na niego, aby nie mógł zjeść w spokoju? — Złapałaś znicza w najlepszym możliwym momencie, gdy mieliśmy sto dwadzieścia punktów przewagi.
Kobayashi potrząsnęła głową.
— To nic takiego — powiedziała tak cicho, że prawie tego nie usłyszał, ale uśmiechnęła się lekko.
Wtedy na plecy Ikeuchiego spadł cios, a wokół szyi owinęło się obce ramię.
— Co tam, gołąbki?! — bezczelnie wrzasnął mu do ucha Tanaka. Oddech kapitana śmierdział piwem, ale, choć mocno już rozweselony, wciąż trzymał się dobrze. Do tej pory jakoś udało mu się wyglądać świeżo i trzeźwo. Tylko duży, okrągły siniak na czole przypominał o tym, że Tanaka zagrał dzisiaj mecz.
Ikeuchi miał ochotę wbić mu pałeczki w oko. Nie zrobił tego tylko dlatego, że ścigający z jednym okiem był niewiele wart.
— Rozmawiamy — odparł sucho. — Więc jeśli byłbyś łaskaw...
— Nie byłbym — przerwał Tanaka i skrzywił się lekko, leciutko, na milisekundę. — Nie bądź taki sztywniak, Ikeuchi, bo mi piwo kwaśnieje od twojej miny. Pij, póki jeszcze dobre. Ty też, Kobayashi. Tym razem mamy co świętować.
(1) Tanuki to zwierzątka z japońskich legend, bardzo popularne. Charakteryzują się tym, że potrafią zmieniać kształty i mają gigantyczne jądra. Ot, niezrozumiała japońska kultura.
(2) Wrzuca się wszystko do jednego gara, stawia na przenośnym palniku i je wrzące. Pyszności.
(3) No pewnie, że mieszka! Ten prawdziwy ma przytulne mieszkanko w Londynie, po angielsku gada tak dobrze, jakby się tam urodził, w młodości grał w metalowym zespole Agony Aunt, lubi herbatę z mlekiem, polską wódkę oraz czytanie książek. I jest tą wspomnianą na początku, zupełnie wymyśloną postacią.
(4) Depeche Mode – Enjoy The Silence. Depesze zawsze spoko.
