O rany rany, tyle komentarzy i polubień po pierwszym rozdziale?! Jesteście kochani! :) Dało mi to niesamowity napęd do pracy i spieszę zapewnić, że tłumaczenie ma się nader dobrze, więc już dziś kolejny rozdział.

Freja: A i owszem – nie mogłam wytrzymać bez tłumaczenia czegoś nowego! :D O Remusie będzie tutaj sporo i mnie osobiście przekonuje jego charakterystyka. Czy ma rację z obwinianiem Harry'ego? W pewnym sensie, tak jak zauważyłaś; jest to okrutne, ale bardzo realistyczne... Dwa tygodnie to górna granica częstotliwości aktualek, ale tłumaczenie idzie mi dobrze, więc myślę, że póki co kolejne rozdziały będą się pojawiać raczej co tydzień :) Dziękuję bardzo za życzenia!

Cassie: Prawda? ;) Pytanie o Harry'ego to doskonałe pytanie – już wkrótce otrzymamy na nie odpowiedź.

Jamie Grant: Cieszę się, że tłumaczenie już Cię zainteresowało :) Długie opowiadania mają to do siebie, że czasem potrzebują sporo czasu, by zacząć wciągać - tu na szczęście od razu coś się dzieje! Remus to moja wielka literacka miłość i ciężko mi polubić fanfik, jeśli go w nim nie ma ;) Będziemy tu mieli o wiele więcej psychologii niż w poprzednich moich tłumaczeniach, co stanowi dla mnie bardzo przyjemną nowość i mam nadzieję, że dla Was też. Angstu i mroku będzie mnóstwo, zapewniam!

MadWoman98: Jak miło znów Cię widzieć! :) Bardzo dziękuję :3 Czytać oryginału nie zabraniam, ale faktycznie może to trochę zepsuć przyjemność oczekiwania na kolejne rozdziały (a cierpliwość jest cnotą ;P). Trzymane kciuki działają – tłumaczę ostatnio jak szalona (również dlatego, że jest coraz więcej Severusa ;)).

Miłej lektury!

2. Objawy

Chwilę później Remus znalazł się nie w Nepalu ani Korei Południowej, ale – ku swojej wielkiej uldze – faktycznie na jednej z bocznych alejek naprzeciwko szpitala; szybko rozejrzał się, by sprawdzić, czy nikt go nie widzi, i wyciągnąwszy różdżkę z szat transmutował je w mugolski podkoszulek i dżinsy, po czym ruszył w stronę głównego wejścia do szpitala. Przeszedł przez szklane drzwi i rozejrzał się po poczekalni. Little Whinging nie było dużym osiedlem, więc jego szpital również nie był wielki. Po skosie od wejścia stała za kontuarem młoda pielęgniarka, a po prawej stronie Remusa sześcioro czy siedmioro ludzi siedziało na niewygodnych, plastikowych krzesłach i czekało na przyjęcie.

Oczy Lupina natychmiast wypatrzyły parę na końcu tej kolejki, starającą się za wszelką cenę wtopić w ściany tak, by nikt jej nie zauważył. Mężczyzna miał tak czerwoną twarz, jakby przez dłuższy czas z kimś się kłócił, a surowe oblicze kobiety było poważniejsze niż kiedykolwiek, gdy wypełniała dokument na drewnianej podkładce do pisania. Remus podszedł do nich.

- Dzień dobry pani Dursley, panie Dursley.

Małżonkowie spojrzeli w górę i Remus widział, że starają się przypomnieć sobie, kim jest i skąd zna ich nazwisko. Fakt, że nie miał na sobie szat czarodzieja, utrudniał im to zadanie i mężczyzna zastanawiał się przez moment, jak Harry'emu udało się wytrzymać z nimi tyle czasu pod jednym dachem. W końcu Petunia przypomniała sobie ich spotkanie na dworcu King's Cross.

- To pan! - wrzasnęła zwracając na siebie uwagę pielęgniarki i pozostałych obecnych w poczekalni; zdając sobie sprawę, że to ostatnia rzecz, jakiej teraz chce, ściszyła głos. - Co pan tutaj robi? Nie możecie zostawić nas w spokoju?

Remus potrząsnął głową i chwycił pobliskie krzesło, by usiąść naprzeciwko Dursley'ów. Niespecjalnie interesowało go, czy czują się – a raczej, że NIE czują się – komfortowo w jego towarzystwie; chciał tylko wiedzieć, co się dzieje.

- Nie, niestety nie możemy zostawić państwa w spokoju, zwłaszcza kiedy dowiadujemy się, że Harry przebywa w tym szpitalu. Czy mogliby państwo powiedzieć mi, co się stało?

- Co się stało? - ryknął Vernon Dursley; trudno było w to uwierzyć, ale ten człowiek potrafił ryczeć nawet wtedy, gdy nie podnosił głosu. Remus pokręcił głową i pozwolił mu dokończyć. - Czy pan myśli, że chcę tu być? Chłopak był dla nas ciężarem, odkąd tylko wrócił z tej swojej szkoły! Ciągle sprawiał kłopoty i buntował się przeciwko nam. Myśmy nic nie zrobili, niech pan to sobie zapamięta – on sam wpakował się w to bagno. Powinien być nam wdzięczny, że w ogóle przywieźliśmy go do szpitala! Ale wasze towarzystwo na pewno na nas zwali całą winę.

Remus uniósł brwi w zdumieniu i kompletnym niezrozumieniu.

- O czym pan mówi, do licha?

- Mówię, że nie zamierzam brać za to odpowiedzialności, bez względu na to, co sobie pomyślicie!

- Panie Dursley, czy mógłby pan wyjaśnić mi, w jaki sposób Harry wylądował w szpitalu? Wciąż nie wiem, co się tak właściwie stało.

Vernon obrzucił Remusa surowym spojrzeniem; jego twarz wykrzywiona była w grymasie silnej złości.

- Ten głupi chłopak próbował popełnić samobójstwo!

Serce Lupina na moment przestało bić; mężczyzna nie zorientował się nawet, że zaciska ręce w pięści tak mocno, że z przeciętej paznokciami skóry zaczyna lecieć krew.

- Co pan powiedział? - spytał głosem z trudem tłumiącym szok i gniew.

- Albo to, albo jego zdolności kucharskie są kompletnie do niczego. Gdybym wiedział, że ma te wszystkie... składniki w swoim kufrze, znów zamknąłbym go na klucz! Nie, gdybym o tym wiedział, to w ogóle nie wpuściłbym chłopaka do mojego domu! Co by było, gdyby dał to... to coś mojemu synowi albo żonie? Mógł nas wszystkich pozabijać tymi swoimi cudacznymi wywarami!

Remus z trudem nad sobą panował.

- Co zrobił Harry?

- Przecież panu powiedziałem, prawda? Uwarzył jakieś świństwo i wypił je. Ledwo oddychał, kiedy go znaleźliśmy, więc przywieźliśmy go do szpitala. Ja nie chciałem, ale co innego mogliśmy zrobić? Inaczej mielibyśmy kłopoty z policją... albo z waszym towarzystwem. Ale nie wezwaliśmy karetki – to by tylko ściągnęło uwagę sąsiadów. Chłopak ma szczęście, że nie zwymiotował w samochodzie; wymieniłem obicia raptem dwa miesiące temu!

Remus już go nie słuchał. To chyba nie mogła być prawda? Czemu nikt nie zdał sobie sprawy z powagi sytuacji? Harry pisał przecież listy, w których zapewniał Zakon, że wszystko z nim w porządku, czyż nie? Czemu nikt nie zauważył, że coś jest nie tak? Czy on, Remus, byłby w stanie zapobiec temu, co się wydarzyło, gdyby pomyślał przez chwilę o czymś innym, niż własna depresja, i poświęcił chwilę na przeczytanie tych listów? Mężczyzna spróbował uspokoić swój oddech i bicie serca, zanim znów się odezwał; miał nadzieję, że ten mugolski ignorant nie da mu więcej powodów, by stracić nad sobą panowanie.

- Czy chcecie mi powiedzieć, że Harry – wasz siostrzeniec, pozwolę sobie przypomnieć – był na tyle smutny i pogrążony w depresji, że spróbował odebrać sobie życie, a wy w ogóle nie zauważyliście, co się dzieje?

Vernon zabełkotał z oburzeniem, a usta Petunii zacisnęły się jeszcze mocniej, niż poprzednio, ale zanim którekolwiek z nich zdążyło coś powiedzieć, Remus machnął ręką, by ich uciszyć.

- To teraz nieważne. Gdzie jest Harry?

Tym razem to Petunia odpowiedziała.

- Kiedy przyjechaliśmy tu, wywieźli go przez tamte drzwi i powiedzieli, że mamy nie ruszać się stąd, dopóki nie wypełnimy tych dokumentów. Tyle wiemy.

Nie wydawała się specjalnie zainteresowana dodatkowymi informacjami, ale tym razem Remus powstrzymał się jeszcze przed uduszeniem jej; miał na głowie ważniejsze sprawy – na przykład poinformowanie o wszystkim Kwatery Głównej. Do tego jednak potrzebował kominka, a to znaczyło, że musiał jak najszybciej opuścić szpital. Jeśli Harry naprawdę próbował się otruć, mugolscy lekarze mogą nie zorientować się, co tak właściwie zrobił. Ktoś, kto bardzo by się postarał, mógł bez problemu otruć się przy pomocy składników znajdujących się w eliksirowym niezbędniku dla uczniów piątego roku. Jedyną nadzieję Remus czerpał z faktu, że Harry nigdy nie był dobry z eliksirów, ale lepiej dmuchać na zimne, zanim mugolscy lekarze przeoczą coś, czego nawet nie przyjdzie im do głowy szukać. Remus skoczył na nogi i wyciągnął palec w stronę Petunii i Vernona.

- Wypełnijcie te papiery i zaczekajcie tu, aż wrócę, zrozumiano? Na waszym miejscu nie próbowałbym uciekać – wiemy, gdzie mieszkacie, i znajdziemy was bez względu na to, gdzie byście się ukryli. Kiedy wrócę, jako prawni opiekunowie Harry'ego dacie mnie i każdemu, kogo przyprowadzę, pozwolenie na odwiedzanie chłopca, choć nie jesteśmy z nim spokrewnieni; dopiero wtedy będziecie mogli wrócić do domu. Czy wyraziłem się jasno?

Petunia skinęła w milczeniu głową, najwyraźniej onieśmielona poważnym i groźnym tonem Remusa, a Vernon, choć nie zareagował na jego słowa w żaden sposób, też najprawdopodobniej nie zamierzał sprawiać kłopotów.

Remus bez słowa wybiegł ze szpitala i przeszedłszy przez ulicę wrócił do wąskiej, bocznej alejki. Teraz, kiedy wiedział już, gdzie znajduje się szpital, aportacja była najłatwiejszym sposobem przemieszczania się; Remus zniknął z głośnym trzaskiem i chwilę później z takim samym trzaskiem pojawił się w ogródku na tyłach domu Arabelli Figg, osłonięty przed niechcianymi obserwatorami przez wielkie rododendrony. Nie pukając otworzył drzwi i wpadł do salonu; na jego widok zaskoczona Arabella aż podskoczyła na sofie.

- Remus! Co ty tu robisz, w imię Merlina? Czy chodzi o Harry'ego?

Lupin nie tracił czasu na odpowiedź; machnął tylko niecierpliwie ręką w jej kierunku i klęknął przy kominku, w którym już płonął niewielki ogień gotowy do użycia – Arabella, rzecz jasna, czekała na wiadomości. Remus uznał to za całkiem logiczne – w końcu to ona została wyznaczona do opieki nad Harrym w czasie wakacji. Mężczyzna wrzucił w płomienie garść proszku Fiuu i wywołał adres Grimmauld Place 12. Po chwili znalazł się twarzą w twarz ze znów uśmiechniętym Kingsleyem Shackleboltem.

- Szybko się uwinąłeś, Remus. Jakie masz wieści?

Dopiero teraz Lupin zorientował się, że brak mu tchu, zupełnie jakby właśnie skończył biec w maratonie. Spróbował uspokoić oddech i w końcu odpowiedział.

- Wezwij Severusa, Kingsley. Nie wiem, gdzie jest; spróbuj go złapać w Hogwarcie, a jeśli tam go nie będzie, skontaktuj się z Albusem i zapytaj go. Powiedz mu, żeby ubrał się jak mugol i natychmiast przybył do szpitala Little Whinging.

Przystojna twarz aurora spoważniała, kiedy dotarło do niego, co może oznaczać ta prośba.

- Co się stało?

- Wygląda na to, że Harry próbował się otruć, i nie wydaje mi się, żeby mugolscy lekarze potrafili zdiagnozować, co mu jest. Powiedz Severusowi, że miał przy sobie najprawdopodobniej tylko standardowy zestaw składników dla piątego roku, ale pewności nie mam. Musimy dowiedzieć się, co wypił Harry i jakiego potrzebuje antidotum.

Kingsley przytaknął krótko i wstał z podłogi.

- W porządku, od razu się z nim skontaktuję. Coś jeszcze?

- Wyślę Arabellę, by zabrała resztki tego, co uwarzył Harry, jeśli coś zostało, i przyniosła je do szpitala, a sam poczekam na Severusa w recepcji.

- Dobrze; znajdę go i natychmiast wszystko mu przekażę.

Połączenie przerwało się i Remus opadł na pięty; w końcu zauważył Arabellę.

- Przepraszam, że wpadłem tu jak wariat, ale nie wiem, na ile poważny jest stan Harry'ego - wstał na nogi. - Wszystko słyszałaś?

Kobieta przytaknęła.

- Owszem. Już idę do Dursley'ów – zobaczę, czy da się tam coś znaleźć. Są w domu?

Remus potrząsnął głową.

- Nie, powiedziałem im, żeby zaczekali, aż wrócę, a oni poinformują personel szpitala, że mogę odwiedzać Harry'ego. Myślę, że nie wrócą wcześniej, niż za jakieś pół godziny.

Arabella przytaknęła i poszła po swoją torebkę.

- Jeśli coś znajdę, przyniosę to do szpitala.

- Dziękuję. Po prostu powiedz pielęgniarce, żeby mnie zawołała.

Przez moment patrzyli na siebie, a potem ruszyli każde do swoich drzwi – Arabella wyszła na Privet Drive, a Remus aportował się z powrotem do szpitala. Kiedy wszedł do poczekalni, Dursley'owie wciąż siedzieli na swoich miejscu, ale zniknęły dokumenty, które wcześniej wypełniała Petunia. Gdy Remus podszedł do nich podnieśli głowy, ale nie odezwali się.

- Rozmawiali już państwo z lekarzem Harry'ego?

Usta kobiety zacisnęły się w cienką linię; nie odpowiedziała. Minął dłuższy moment, zanim Vernon doszedł do wniosku, że ignorowanie Remusa może nie być najlepszym wyjściem. Z ponurą miną odpowiedział na pytanie.

- Jeszcze żadnego nie widzieliśmy.

Lupin kiwnął głową i – zmęczony – oparł się o jedną ze ścian. Nie był pewien, czy to zły, czy dobry znak, że mugolskim lekarzom tyle czasu zajmuje zbadanie Harry'ego; to mogło oznaczać albo że są niezwykle dokładni, albo że nie mają pojęcia, co jest nie tak z chłopcem. Remus nie znał się specjalnie na mugolskiej medycynie, ale z tego, co wiedział, w przypadku zatrucia opróżniano żołądek pacjenta i podawano mu jakieś antidotum, a to przecież nie powinno trwać zbyt długo, prawda?

Nagle Remus z niemałym zdumieniem zorientował się, że zaczął stukać niecierpliwie palcami o oparcie stojącego obok krzesła i że siedząca za kontuarem pielęgniarka rzuca mu zirytowane spojrzenia. Mężczyzna zmusił się, by posłać jej przepraszający uśmiech, po czym założył ręce na piersi i przygryzł wargę.

Minęło pięć, potem dziesięć i dwadzieścia minut. Remus coraz bardziej się niecierpliwił. Czemu przybycie tutaj zajmowało Severusowi tyle czasu? Jeśli przebywał w Hogwarcie, już powinien dotrzeć do szpitala, przecież podróż z jednego miejsca do drugiego nie jest aż tak długa! Po chwili, jak na zawołanie, podwójne, szklane drzwi rozsunęły się i pielęgniarka przeniosła wzrok z niespokojnej postaci Remusa na ponurego mężczyznę, który długimi krokami przemierzał poczekalnię.

Mimo powagi sytuacji, Remus musiał powstrzymać rodzący mu się w gardle śmiech na widok przestraszonych spojrzeń, które ściągnął na siebie Mistrz Eliksirów, a jednocześnie poczuł wdzięczność, że Kingsleyowi udało się z powodzeniem przekazać mu informację o konieczności założenia mugolskich ubrań. Chociaż Severus najwidoczniej nie czuł się komfortowo w czarnych dżinsach i koszuli, przynajmniej nie wyróżniał się taką odzieżą; włosy związał w niski kucyk, a z tego, co wiedział Remus, robił to tylko wtedy, gdy pracował nad najbardziej skomplikowanymi eliksirami i jeden zabłąkany włos mógł zniszczyć wysiłek tygodni, a nawet miesięcy. Z pewnością nie była to prezencja przeznaczona dla oczu uczniów Hogwartu i Remus obawiał się, że jeśli Mistrzowi Eliksirów przeszkodzono w czymś, co uważał za ważne lub skomplikowane, jego humor może być paskudny.

Snape bez słowa zatrzymał się przed Remusem i, nie zwracając uwagi na opadnięte ze zdziwienia szczęki krewnych Harry'ego, rzucił byłemu szkolnemu koledze swoje najbardziej mordercze spojrzenie.

- Co, na litość dementorów, jest tak ważne, że Shacklebolt każe mi tu przybyć w trakcie ważnej i bardzo trudnej pracy? Wyobraź sobie, że nie spędzam letnich wakacji obijając się bez celu po zamku.

Remus westchnął i przewrócił oczami w myślach. Kingsley, rzecz jasna, jemu pozostawił trudne wyjaśnienia.

- Nie powiedział ci, dlaczego tu jesteś?

- Wymamrotał jedynie coś o Potterze, jego zielniku dla piątego roku i antidotum. Jestem Mistrzem Eliksirów, a nie zagadek, więc nie traciłem czasu na domyślanie się, o co mu chodzi. Czy byłbyś łaskaw mnie oświecić?

Remus znów westchnął i spróbował streścić wydarzenia ostatniej godziny w jakiś odpowiedni sposób swojemu skwaśniałemu towarzyszowi.

- Skracając wszystko najbardziej, jak się da: przysłano mnie tutaj, bym zobaczył, co z Harrym, po tym, jak się okazało, że opuścił dom na Privet Drive. Zaklęcie tropiące doprowadziło nas do szpitala i kiedy tu przybyłem, wuj Harry'ego powiedział mi, że chłopiec najwyraźniej próbował się otruć. Jestem niemal pewien, że miał przy sobie tylko standardowy zestaw do eliksirów, ale ponieważ nie wiem, co uwarzył i czy wykażą to mugolskie badania, uznałem, że najlepiej będzie cię tu sprowadzić, byś rzucił na niego fachowym okiem.

Jeśli te słowa wywarły jakiekolwiek wrażenie na Snape'ie, nie dał tego po sobie poznać; kiedy jednak znów się odezwał, na jego twarzy pojawiła się lekka drwina.

- Trucizna. A ja zawsze myślałem, że Potter nie jest w stanie przyrządzić żadnego eliksiru.

- To nam nie pomaga, Severusie.

- W porządku, Lupin. W takim razie proponuję, żebyśmy mu się przyjrzeli.

Remus gestem nakazał Petunii i Vernonowi, aby do nich dołączyli, i cała czwórka podeszła do młodej pielęgniarki za kontuarem, która spojrzała na nich wyczekująco.

- Tak?

- Chcielibyśmy odwiedzić Harry'ego Pottera.

- Czy jesteście państwo jego krewnymi?

Remus potrząsnął głową i spojrzał na Petunię. Minęła chwila, zanim kobieta zorientowała się, że prosi ją o zabranie głosu.

- Jesteśmy jego... opiekunami - powiedziała cicho, jakby się bała, że ktoś ją usłyszy. - I pozwalamy tym ludziom go odwiedzać.

Pielęgniarka przytaknęła i szperała przez chwilę w swoim biurku; w końcu wyciągnęła dwie kopie jakiegoś nowego dokumentu.

- Proszę uważnie to przeczytać, wpisać imiona i nazwiska obu panów i podpisać. Ja tymczasem pójdę porozmawiać z lekarzem pana Pottera - zwróciła się do Petunii podając jej papiery. Ciotka i wuj Harry'ego złożyli na nich swoje podpisy nie przeczytawszy nawet linijki tekstu, po czym podsunęli je Remusowi.

- Czy możemy już iść?

Remus kiwnął głową.

- Tak, tak myślę; ostatecznie wiemy, gdzie państwo mieszkają, gdybyśmy potrzebowali czegoś jeszcze.

Vernon prychnął z dezaprobatą, a następnie razem z żoną wyszedł z poczekalni.

Lupin zapisał swoje nazwisko u góry jednego z formularzy i zdusił wybuch śmiechu, gdy zauważył, jak Severus walczy ze swoim długopisem; zabrał go z ręki skrzywionego Mistrza Eliksirów, przycisnął końcówkę i oddał.

- Czy oni nie mogą używać piór i atramentu jak normalni ludzie?

Remus tylko pokręcił głową i powstrzymał się od komentarza o mugolskich fobiach.

- Miejmy to już z głowy – chcę się dowiedzieć, co jest nie tak z Harrym.

- W przeciwieństwie do jego mugolskich krewnych, jak widzę.

- Czego oczekiwałeś, Severusie? Wzruszających scen w szpitalnej recepcji? Jakkolwiek wyobrażałeś sobie rodzinne życie Harry'ego, prawda jest zupełnie inna.

- Szczerze mówiąc w ogóle nie wyobrażałem sobie jego rodzinnego życia; nie jestem specjalnie zainteresowany szczegółami...

Cokolwiek chciał powiedzieć Mistrz Eliksirów zostało przerwane przez powrót pielęgniarki. Towarzyszył jej mężczyzna w średnim wieku. Oboje zatrzymali się przed Lupinem i Snape'em.

- Panowie do Harry'ego Pottera?

- Tak. Czy możemy go zobaczyć?

Pielęgniarka zabrała dokumenty podpisane przez Dursley'ów, a lekarz gestem poprosił mężczyzn, by szli za nim, i zaczął mówić.

- Pan Dursley powiedział nam, że Harry przyrządził i wypił coś trującego. Zrobiliśmy mu płukanie żołądka, ale wciąż nie wiemy, co właściwie wziął.

- Jakie wystąpiły objawy?

Lekarz wyglądał na nieco zdziwionego pytaniem Snape'a, ale po chwili odpowiedział.

- Jego tętno było – i nadal jest – bardzo niskie; kiedy go przywieziono prawie nie oddychał, a podczas pierwszego badania na moment zupełnie przestał oddychać. Teraz jego stan jest stabilny, ale chłopiec wciąż jest nieprzytomny. Zbadaliśmy jego krew i mocz pod kątem najczęstszych substancji trujących, ale niczego nie wykryliśmy. Teraz czekamy na wyniki szczegółowego badania krwi.

Dotarli do drzwi i lekarz zatrzymał się.

- To jest jego pokój. Proszę nie przejmować się urządzeniami – wciąż jest podłączony do kilku monitorów kontrolujących jego puls i oddech po to, byśmy wiedzieli o każdej zmianie jego stanu. Gdyby mieli panowie jeszcze jakieś pytania, proszę szukać mnie lub pielęgniarki. Wrócę jak tylko otrzymam wyniki testów krwi.

- Dziękujemy.

Remus uśmiechnął się z wdzięcznością do mężczyzny i wszedł do sali. Zgodnie ze słowami doktora wokół łóżka Harry'ego stało kilka urządzeń monitorujących funkcje życiowe; jedno z nich pikało zgodnie z rytmem uderzeń jego serca, które faktycznie biło bardzo wolno. Chłopiec był blady jak ściana. Do jego rąk podłączono kroplówki, a mała rurka przyczepiona do nosa wspomagała jego oddychanie.

Remus natychmiast podszedł do łóżka i złapał Harry'ego za rękę; Snape tymczasem rzucił na całe pomieszczenie zaklęcie prywatności, po czym sprzątnął stojący przy łóżku stoliczek i zaczął wykładać na niego z kieszeni spodni różne małe przedmioty. Dopiero gdy zdjął z nich zaklęcie zmniejszające, Remus zorientował się, że Snape potrzebuje ich, by stwierdzić, jak groźne jest zatrucie Harry'ego. Były tam również składniki do antidotów i Remus rozluźnił się nieco. Snape nie był może zachwycony koniecznością pomocy chłopcu, ale postanowił jej udzielić i z pewnością zrobi to, co konieczne – a był jednym z naprawdę niewielu ludzi, którym Remus był gotów powierzyć teraz los Harry'ego. Jeśli chodzi o eliksiry i trucizny, chłopiec nie mógł trafić w lepsze ręce.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobił Snape, było podejście do łóżka i uniesienie Harry'emu powiek. Kiedy to zrobił, zmarszczył brwi.

- O co chodzi?

- Jego źrenice są bardzo rozszerzone – nie spodziewałem się tego.

- I co to może znaczyć?

Snape skrzywił się.

- Jak tylko się zorientuję, będziesz bez wątpienia pierwsza osobą, która się dowie.

Remus powstrzymał się od komentarza i chociaż nie spodziewał się tego, po krótkiej chwili mężczyzna kontynuował.

- Istnieje dość duża liczba trucizn, które uczeń piątego roku może przygotować ze składników swojego podręcznego zestawu do eliksirów, i większość z nich jest opisana w dostępnych dla niego książkach. Zazwyczaj ufa się, że nie będą ich przygotowywać w wolnym czasie, a zresztą trudno byłoby konfiskować im książki i składniki na okres wakacji. Rozszerzone źrenice i zimna, wilgotna skóra nie są jednak objawami zażycia jakiegokolwiek z eliksirów opisanych w książkach, których używają moi uczniowie. Przydałaby się próbka tego, co zażył.

Remus puścił dłoń Harry'ego i ruszył w stronę drzwi.

- Zajrzę do poczekalni, może Arabella już przyszła.

Snape kiwnął głową nie odwracając się. Remus wyszedł i po chwili był już w recepcji. Kobieta właśnie wchodziła przez szklane drzwi i szukała go, więc do niej podszedł.

- Arabella?

- Ach, Remus, tu jesteś! Przepraszam, że zajęło mi to tyle czasu, ale kiedy wychodziłam prawie się natknęłam na krewnych Harry'ego i uznałam, że nie powinni się dowiedzieć, że myszkowałam w ich domu. Wygląda na to, że Harry przewrócił kociołek, kiedy wypił eliksir – albo zrobił to ten jego koszmarny wuj, nie wiem. Trochę czasu zajęło mi wygrzebanie resztek eliksiru z dna; nie jest tego dużo, ale to wszystko, co mogłam przynieść nie wynosząc z domu zaplamionego dywanu. Mam nadzieję, że wystarczy.

Wyjęła z kieszeni małą fiolkę i podała ją Remusowi.

- Dziękuję, Arabello. Najlepiej będzie, jeśli od razu przekażę ją Severusowi.

- Racja. Powodzenia. Daj mi znać, jak tylko Harry poczuje się lepiej.

- Obiecuję. Do widzenia.

- Do widzenia, Remus.

Lupin schował fiolkę do kieszeni spodni – pielęgniarki z pewnością nie zareagowałyby dobrze na jej widok, niepewne, co chce podać chłopcu – i ruszył z powrotem korytarzem. Uśmiechnął się lekko widząc, jak dokładny był Snape rzucając zaklęcie prywatności; gdyby nie był całkowicie skupiony na dotarciu do pokoju Harry'ego, prawdopodobnie by go przegapił i poszedł dalej. To faktycznie powinno ich uchronić przed ciekawskimi pielęgniarkami i lekarzami w czasie, gdy Mistrz Eliksirów będzie badał chłopca.

Remus znów wszedł do sali i dokładnie zamknął za sobą drzwi. Snape ani się nie obejrzał, ani nawet nie podniósł głowy, całkowicie pewien skuteczności swojego zaklęcia

- Figg coś znalazła?

- Tak - Remus położył fiolkę na stoliku obok przyrządów Severusa, po czym usiadł na krześle przy łóżku Harry'ego i znowu złapał go za zimną, lepką rękę.

Snape sięgnął po fiolkę, odkorkował ją i powąchał jej zawartość. Lupinowi zdawało się, że dostrzegł na jego twarzy zdumienie, ale zniknęło tak szybko, że nie był pewien, czy faktycznie je widział – a nawet jeśli tak, to miał dość rozumu, by nie pytać Mistrza Eliksirów o cokolwiek w czasie pracy. Przez następne kilka minut obserwował więc, jak jego towarzysz stara się zanalizować skład próbki, którą Arabella przyniosła z Privet Drive. Oprócz pierwszego, chwilowego zdumienia, Snape ani słowem ani czynem nie zdradził krążących po jego głowie myśli; po jakichś dziesięciu minutach zaczął przeglądać składniki, które ze sobą przyniósł, rozpalił mały ogień i zaczął warzyć eliksir.

Remus nigdy nie był dobrym warzycielem; kiedy był w szkole, uważał zajęcia z eliksirów za źródło nieustającej udręki. Niemniej teraz przypatrywał się uważnie całemu procesowi i starał się odgadnąć, co tak właściwie robi Snape. Rozpoznał bezoar, ale pozostałych składników wrzuconych do kociołka nie był w stanie zidentyfikować. Jego ograniczona wiedza z zakresu eliksirów podpowiadała mu jedynie, że bezoary są jednym z najskuteczniejszych składników większości antidotów. Ufał Snape'owi na tyle, by nie poddawać w wątpliwość jego działań. Cokolwiek uwarzył Harry, nie mogło być przecież zbyt skomplikowane dla Mistrza Eliksirów, by to zneutralizować. Remus był pewien, że jego towarzysz wkrótce znajdzie właściwą odtrutkę.

Kiedy Severus skończył przygotowywanie antidotum, Lupin bez słowa pomógł mu unieść Harry'ego do pozycji siedzącej i obserwował, jak Snape podaje mu je do wypicia. Dopiero gdy chłopiec znów leżał na łóżku, a Mistrz Eliksirów schował swoje przyrządy i składniki, Remus przerwał ciszę.

- Co to było, Severusie?

Nie odwracając się od stoliczka, Snape wzruszył ramionami.

- Tylko Potter mógł uwarzyć coś takiego.

Zanim Remus zdążył zapytać, co ma na myśli, mężczyzna odwrócił się i zaczął zmniejszać swój bagaż.

- To, co uwarzył, z pewnością było trujące i nie sądzę, by jego ciało poradziło sobie z tym bez antidotum, ale nie był to żaden ze znanych mi eliksirów. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że Potter próbował uwarzyć coś zupełnie innego i spaprał sprawę – kompletnie, ale czego innego można spodziewać się po zupełnym ignorancie w dziedzinie alchemii? Jeśli Albus będzie nalegał, zanalizuję to wszystko dokładniej, kiedy wrócę do Hogwartu, ale na razie mam na głowie inne obowiązki.

- Czy Harry z tego wyjdzie?

- Od tego właśnie są antidota, Lupin – ratują od śmierci w przypadku połknięcia trucizny; to, że nie zidentyfikowałem rodzaju eliksiru nie znaczy, że nie potrafię przeciwdziałać jego efektom. Jeśli jednak cię to uspokoi, dowiedz się, że Potter najprawdopodobniej obudzi się za parę godzin i nie sądzę, żeby musiał przebywać tu dłużej niż dzień czy dwa.

Remus uniósł ręce w uspokajającym geście.

- Martwię się tylko o Harry'ego, Severusie; nie wątpiłem w twoje umiejętności.

Snape burknął coś po nosem, spakował swoje pomniejszone przybory do kieszeni i odwrócił się do drzwi.

- Teraz wychodzę; jeśli cokolwiek by się działo, wiesz, gdzie mnie znaleźć – ale wolałbym, by mi nie przeszkadzano, o ile nie będzie to absolutnie konieczne.

- Dziękuje, Severusie.

Snape kiwnął głową i bez słowa opuścił salę, nie pozostawiając w niej najmniejszego śladu warzenia jakiegokolwiek eliksiru. Remus z westchnieniem zdjął z pomieszczenia zaklęcie prywatności i usiadł przy łóżku Harry'ego. Gdy znów złapał chłopca za rękę, z ulgą zauważył, że jego skóra nie jest już tak zimna i wilgotna jak wcześniej, a kontrolowany przez sprzęt medyczny puls przyspieszył i uregulował się.

Lupin wiedział jednak, że nie uspokoi się do końca, dopóki Harry nie odzyska przytomności – a wtedy będzie musiał wysłuchać paru ostrych słów na temat swojego zachowania. To jednak na pewno nie nastąpi prędko...

Trzeba czekać.