Nie ma życia bez miłości..."

II

Pozornie w owym spotkaniu w lesie nie było nic niezwykłego. Umysł i dusza Tinwë były jednak wówczas, przez zamyślenie, kontemplację i czas spędzany przez nią samotnie a także z powodu tego, że całą sobą oczekiwała na jakąś zmianę, niczym żyzna gleba wiosną czekająca na dorodne ziarno. Moment tamten stał się niczym takie ziarno i wrósł w nią nie dając o sobie zapomnieć. Obraz Pani stojącej wśród brzóz nawiedzał ją w snach i na jawie. Nie rozumiała, co to ma oznaczać, ale w końcu zniecierpliwiona i pchana impulsem podążyła na Ezellohar.
Ezellohar, albo inaczej Corollaire było dla elfów bardzo szczególnym miejscem; udawali się tam wyłącznie kiedy odczuwali ku temu silną wewnętrzną potrzebę. Należało bardziej do Valarów (w szczególności Pani Gwiazd, którą można było tam spotkać codziennie, zbierającą rosę Dwóch Drzew).
Stan ducha, w którym się tam udawała, nie bardzo pasował do atmosfery miejsca, ale nie miała wówczas głowy do przejmowania się tym. Niesiona niecierpliwością i nagromadzoną w niej duchową energią przemierzała spiesznie opustoszałe tereny. Jej lekki płaszcz, wyszywany srebrną nicią w roślinne wzory, podnosił się chwilami, podwiewany przez wiatr.
Była to pora ponownego mieszania się światła Drzew i długie cienie kładły się na połyskującej rosą trawie. Wszyscy byli teraz z rodzinami albo sami w domach, prace ustały.
Już z daleka widziała wysoką, smukłą i jaśniejącą sylwetkę Pani. Kropelki rosy, która zbierała z Drzew lśniły jej na rękach niczym małe klejnoty. Wiatr szumiał w koronach i poruszał liśćmi, było spokojnie i cicho, ale ona potrafiła się do końca poddać urokowi chwili, smutek, niepokój i zniecierpliwienie zmieszały się w niej bardzo drażniąc jej umysł. Jeszcze nigdy nie była tak bardzo zniecierpliwiona, własne uczucia deprymowały ją coraz bardziej.
W końcu poruszyła się niespokojnie i to ściągnęło na nią uwagę Pani.

- Witaj, elfko – opuściła dłonie – Co cię tu sprowadza, poza chęcią podziwiania światła? - zagadnęła niskim, melodyjnym tonem, w którym można było wyczuć uśmiech.

- Witaj, Pani – lekko się skłoniła i już otwierała usta, by opowiedzieć Valierze o tym, co ją tam sprowadziło, kiedy uświadomiła sobie, jak dziwnie by to zabrzmiało.

Nie powiedziała więc nic, za to skupiła się na próbie opanowania szalejących w niej odczuć. W końcu nieco się uspokoiła i zdobyła się nawet na uśmiech, choć w tym stanie ducha wymagało to pewnego wysiłku.

- Chciałam ci, Pani, opowiedzieć o czymś bardzo dziwnym i osobistym, ale nie wiem czy wypada zaprzątać Vardzie głowę takimi drobiazgami – stwierdziła – wybacz, że zakłócam swym pomieszaniem spokój tego miejsca.

- Widzę, że wydajesz się być inna niż podczas naszego ostatniego spotkania – odpowiedziała Valiera, która cały czas cierpliwie i z uwagą czekała, kiedy elfka zbierała rozproszone myśli – jeśli masz jakąś troskę, to zawsze możesz się do nas z tym zwrócić, również po to tutaj jesteśmy.

Elfka roześmiała się, tym razem zupełnie naturalnie i szczerze – Pani, gdybyśmy przybiegali do Was z każdym naszym zmartwieniem niczym dziecko, które skaleczyło się w kolano i szuka pocieszenia u matki, prędko ucieklibyście stąd jak najdalej się da. Od tego mamy wszakże rodziców.

Valiera uśmiechnęła się do niej – Niemniej jednak liczę, że kiedyś mi o tym opowiesz. Tymczasem chciałam cię zapytać o coś innego – czy wiesz może do kogo należy ten dom w lesie niedaleko brzozowego zagajnika, z wyrzeźbionym na drzwiach roślinnym wzorem i Valacircą?

- Tak się składa, że wiem. Ta osoba stoi teraz przed tobą – odpowiedziała szczerze zdumiona elfka - Czy mogę wiedzieć, czemu o niego pytasz?

- Ach tak. Pytam, gdyż jeszcze nie widziałam żeby ktoś ozdabiał swoje drzwi akurat tym zbiorem gwiazd i to zwróciło moją uwagę. Pomyślałam, że właściciel tego domu nie jest zapewne zwykłym Quendim.

- Dziękuję za komplement, Pani - elfka skłoniła się głęboko i nieco teatralnie, rozbawiona tym spostrzeżeniem Valiery – tak się składa, że ozdabiając drzwi myślałam akurat o Falmarich i ich miłości do gwiazd, którą i mnie zarazili. Odkąd ich odwiedzam, zaczęłam częściej spoglądać w niebo i właściwie od razu Sierp Valarów stał się moim ulubionym gwiazdozbiorem.

Pani zamyśliła się na chwilę.

- Symbol przeznaczenia i wygranej bitwy, wyzwanie dla Nieprzyjaciela. Zaiste niezwykła z ciebie elfka, Tinwë. A sądząc z tego, jak jest wykonany, od momentu, w którym Aulë prezentował nam prace swoich najzdolniejszych uczniów, twe umiejętności znacznie wzrosły.

- Akurat niewiele w tym mojej zasługi Pani – sprostowała elfka – Bowiem od kiedy tylko pierwszy raz wzięłam do ręki dłuto, po prostu czułam co i jak należy zrobić, aby uzyskać zamyślony przeze mnie efekt. Zupełnie jakby drewno samo mi to podpowiadało, cała wiedza na temat rzeźbiarstwa przychodziła do mnie z zewnątrz. Wystarczyło tylko za nią podążać. Obawiam się, że gdybym musiała się tego wszystkiego uczyć, efekty mogłyby być zupełnie inne.

- Nawet jeśli jest tak, jak mówisz, w co nie wątpię, potrafisz poddać się temu darowi a nie każdy by to potrafił. Yavanna opowiadała mi o twoich innych umiejętnościach i jej opis brzmiał dość interesująco – zauważyła Valiera – przyznam, że już to samo wystarczyło, żebym, zechciała cię poznać. Tymczasem ty sama do mnie przyszłaś - uśmiechnęła się lekko.

- To Przeznaczenie – odparła elfka tajemniczym półgłosem, po czym dodała z nieco przekornym uśmiechem – czy zechcesz Pani, abym zademonstrowała ci jedną z tych umiejętności?

- Bardzo chętnie -Varda wyraźnie zainteresowana spojrzała na nią z oczekiwaniem.

- Skoro tak to spróbuj znaleźć mój umysł – odpowiedziała elfka, po czym przymknęła oczy i znieruchomiała.

Valiera posłusznie również lekko się skupiła i rozpoczęła mentalne poszukiwania umysłu elfki, który normalnie widziała jako światło przeświecające przez gęste listowie, z pełgającymi w nim małymi płomykami i od czasu do czasu pojawiającymi się iskierkami. Zazwyczaj czuła gdzieś tam w środku potężny równomierny płomień, o którym wiedziała, że stanowi serce duszy elfki. Jakie jednak było jej zdziwienie, kiedy w miejscu, w którym powinno się znajdować to światło, natrafiła na pustkę. Zupełnie jakby elfki tam nie było. Otworzyła oczy, żeby się upewnić – nadal stała nieruchomo w tym samym miejscu. Znowu się skoncentrowała, ale nadal była tam pustka, w której dominowała świetlista obecność Dwóch Drzew - i nic poza tym.
Nagle, zupełnie bez ostrzeżenia umysł Valiery został zamknięty i otoczony przez światło przeświecające przez prastary las, a potem poczuła, że miesza się z jej własnym i na mgnienie oka stała się lasem, ziemią, ptakiem na niebie i Dwoma Drzewami. Wrażenia te przetoczyły się jedno za drugim po czym znów nastała pustka.

- Piękne - szepnęła Valiera, kiedy wrażenie minęło – jak to sprawiasz?

- Bardzo zwyczajnie, Pani. Stapiam mój umysł z otoczeniem i staję się nim. Wymaga to kompletnego i zupełnego otwarcia się, odsłonięcia. Można więc powiedzieć, że przed lasem, niebem i ziemią nie mam żadnych tajemnic. Odkryłam, że to potrafię, kiedy jako dziecię chciałam móc coś wyrzeźbić bez Aulëgo patrzącego mi na ręce. Schowałam się wtedy w ogrodzie Yavanny i skupiłam na tym żeby nikt mnie nie znalazł. Podziałało, rzeczywiście nijak nie potrafili odkryć miejsca, w którym się ukryłam - uśmiechnęła się do wspomnień.

- Kiedy o tym mówisz, wydaje się bardzo proste – stwierdziła Valiera patrząc na nią z rosnącym zainteresowaniem.

- Być może, ale chociaż usilnie próbowałam, nie udało mi się tego nauczyć nikogo innego. Nawet bardzo zdolnego Fëanára, którego edukacji poświęcałam mnóstwo czasu. Widać jest to moja specjalna umiejętność.

- Jesteś po prostu elfem leśnym - z uśmiechem podsumowała Varda.

- Nie Pani, chociaż chciałabym. Jestem jednak z plemienia Noldorów i w związku z tym mało kto jest w stanie zrozumieć, kiedy opowiadam o tym, co czuję.

- Może jednak spróbujesz? Ja chętnie posłucham, bo to, co mówisz, jest bardzo interesujące.

Tinwë zmieszała się nieco, ale w końcu przemówiła.

- Ziemia żyje, Pani. Oddycha powoli, jej myśli płyną spokojnie i są otwarte dla każdego, kto zechce je odczytać. Czuję jej obecność, zawsze. Wyobrażam sobie nasz świat, Ardę, jako kobietę o mądrych oczach, matkę nas wszystkich. Czasami myślę też, że być może jest to w jakiś sposób kobiecy aspekt Eru, Jedynego. On też jest dla nas jak matka - martwi się o nas i troszczy, drży o nasz los ale jednak pozwolił nam stanąć na nogi, żyć własnym życiem, więc wie, że nie może się wtrącać. Sami musimy stanowić o sobie i sami musimy sobie radzić inaczej nie mielibyśmy wolnej woli. Pani, prawdą jest, że Wy stworzyliście tę ziemię, i te drzewa i zwierzęta i daliście temu wszystkiemu własną moc, ale przecież już potem moc tego wszystkiego mnoży się sama z siebie, sama siebie przekształca i śmiem twierdzić, ze już teraz nie wszystko o niej wiecie, zyskała bowiem własną moc i to tą moc a nie Waszą czuję i na tę się otwieram - przerwała na chwilę zbierając myśli, po czym kontynuowała - Kiedy się postaram, jestem w stanie połączyć się ze spokojną prastarą świadomością drzew, zrozumieć myśli lasu. Są w Amanie lasy tak stare, o których wie chyba niewielu elfów, że mogłabym całymi dniami słuchać tego, co mają do przekazania, a i tak znałabym jedynie odrobinę tego, co one. A próbowałaś kiedyś śledzić lot sokoła po niebie jednocześnie będąc nim? Ja próbowałam i jest to coś, czego nie da się opisać słowami, trzeba samemu doświadczyć. Cóż, jest to również coś, co rozumie tylko pani Yavanna.

Varda spojrzała na nią z powagą, po czym stwierdziła – Nie mogę powiedzieć, ze to rozumiem, gdyż nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam, natomiast mam dla ciebie propozycję. Widzę, że jesteś niezwykle zdolna i masz chłonny umysł, mogę więc uczyć cię rozwijania go jeszcze bardziej i operowania światłem przy tworzeniu, na ile to możliwe dla elfa, a w zamian ty zaprezentujesz mi wszystkie swoje umiejętności związane z rozumieniem natury i otwieraniem się na nią, po czym sprawdzimy, ile z tego mogę wykonać. Co ty na to?

Elfka spojrzała na Valierę z czystym zdumieniem wypisanym na twarzy. Od Valarów otrzymała już w życiu bardzo wiele i wiedziała, że nie jest w stanie im się za to odpłacić, natomiast to był dar najwyższy. W przeciwieństwie bowiem do innych Możnych Varda przekazywała swoją wiedzę jedynie nielicznym Vanyarom, bowiem opieka nad Drzewami i ich cenną rosą zajmowała jej większość czasu.

- Pani, z całego serca dziękuję ci za tę propozycję, jest to naprawdę wspaniały dar, tylko doprawdy nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam – zdumienie wyraźnie odbiło się w jej głosie.

- Tinwë, spotkałam już wielu Quendich i wiesz, że na Taniquetilu mieszkają najjaśniejsi z nich a mimo to jesteś wśród nich naprawdę wyjątkowa. Czuję, że uczenie cię to będzie dla mnie czysta przyjemność, więc naprawdę będzie to dar obustronny.

Elfka skłoniła się głęboko, nie znajdując więcej słów.

- Oczekuję cię zatem jutro w tym samym miejscu o podobnej porze. Myślę że to może nam zabrać sporo czasu, przekaż więc Aulëmu, że od tej pory przechodzisz pod moją opiekę.

- Uczynię tak, Pani – zapewniła ją elfka, po czym oddaliła się, wciąż zdumiona i w głębi duszy wreszcie naprawdę szczęśliwa.

Od tego dnia począwszy, spotykały się codziennie na Ezelloharze zgłębiając nawzajem tajniki swej wiedzy. Nowa wiedza była dla elfki czymś podobnie fascynującym, jak spotkanie Lindarów i Vanyarów, otwierały się przed nią nowe światy, których istnienia dotąd nawet nie podejrzewała.
Valiera najpierw poprosiła ją aby opowiedziała o rzeźbieniu, najdokładniej jak potrafi, o całym procesie twórczym od początku do końca. Aby przedstawiła jej wszystkie typy przedmiotów, jakie wykonuje i typy zdobnictwa, jakie stosuje. Potem elfka wykonywała przy niej kolejno najpierw rzeźbę, potem kilka zwykłych przedmiotów użytkowych (w swojej twórczości skupiała się przede wszystkim na przedmiotach, które można wykonywać z jednego kawałka drewna, raczej nie tworzyła mebli, za to opanowała sztukę inkrustacji) a na końcu łuk.
Potem zaczęły wspólnie po kolei zwiedzać lasy Amanu, i tam elfka w naturze pokazywała Valierze wszystkie używane przez siebie gatunki drewna, oraz prezentowała swe zdolności. Varda od razu sprawdzała czy potrafi robić te same rzeczy, a ponieważ była Valarem, nie sprawiało jej to trudności, natomiast zauważyła, że niektóre z nich same raczej nie przyszły by jej na myśl. Razem więc otwierały się i rozpraszały w naturze, razem stawały się ptakiem na niebie i drzewami i ziemią. Valiera czuła, że na wskutek przebywania z elfką i tego typu ćwiczeń jej moc a także nieskażone niczym światło dane przez Eru stają się pełniejsze i bardziej kompletne, wzbogacone o moc ziemi. Prawdą było, że Arda była skażona, jednak światło jej nie podlegało temu skażeniu a wprost przeciwnie oczyszczało ziemię i obok więzi z gwiazdami tworzyła sobie drugą z naturą, co rozwijało i uzupełniało ją wewnętrznie.
Kiedy już zapoznała się dokładnie z możliwościami elfki (a był to długi proces) razem zaczęły wypróbowywać, co z umiejętności danych Valierze przez Stwórcę można próbować zaadaptować do elfickich możliwości i co może jej się przydać.
Varda pokazywała jej przeróżne wspaniałe rzeczy.
Wtedy też elfka odkryła i zaczęła rozwijać możliwości śpiewu, tkania zaklęć i nakładania ich na drewno. Przedtem wolała polegać na swym czuciu drewna i trzeba przyznać, że w zupełności to wystarczało. Valiera jednak poprzez zupełnie nowy świat, który przed nią odkryła, zdołała ją z łatwością przekonać do nauki nowych rzeczy. Prawdą jest, że używanie przez elfów śpiewu do wpływania na rzeczywistość – co oczywiście nie polegało na jej zmianie, gdyż coś takiego byliby w stanie uczynić tylko Valarowie – było zależne od osobistej mocy twórcy i mogło być stosowane intuicyjnie bez żadnych ćwiczeń. Jednak wiadomo również, że bez dobrego nauczyciela dochodzi się do pełni swoich możliwości długą, trudną drogą pełną prób i błędów i nie zawsze się je osiąga. Tak jak Aulë i Yavanna pomagali jej w odkrywaniu i rozwijaniu czucia drewna, co jednak nie wymagało od nich dużego wysiłku a jedynie subtelnego nakierowywania, Tinwë była bowiem bardzo samodzielna i instynktownie świadoma swoich cech wrodzonych i tego, jak ma je rozwijać, tak Varda pomagała jej odkrywać i rozwijać możliwości jej siły wewnętrznej i śpiewu. To było już nieco trudniejsze, elfka bowiem przyzwyczajona do podążania za materiałem, odczuwała wewnętrzny sprzeciw w naginaniu go do swej woli. Varda jednak uświadomiła ją, że tych metod nie będzie używać jako głównych a jedynie jako pomocniczych.
Nie chodziło bowiem o to, aby zastąpić czucie kształtowaniem wolą a jedynie by je nią uzupełniać, kiedy chciałaby uzyskać efekt niemożliwy do osiągnięcia przy samym czuciu i podążaniu za materiałem. Oznaczało to wstąpienie na dłuższą i trudniejszą ścieżkę, ale na koniec dającą o wiele wspanialszy efekt.
Rozpoczęły się więc lekcje śpiewu, zupełnie innego od śpiewu zwykłego, wzbogacane lekcją gry na harfie. Tutaj każde słowo, każdy dźwięk miały swoje znaczenie i dźwięczały ukrytą w nich mocą, od której aż wibrowało powietrze.
Elfka wykorzystywała teraz cały czas sztukę otwierania się i wizualizacji, której instynktownie i naturalnie używała przedtem do rozmów z lasem. Teraz jednak w zupełnie innym celu – otwierała się i stawała kanałem mocy ziemi, tak jak przedtem, ale tym razem wykorzystywała tę potęgę, ukierunkowywała ją i kierowała w określony sposób, a dzięki temu jej dzieła stawały się o wiele potężniejsze niż gdyby używała tylko własnych możliwości. Była to sztuka dostępna jedynie istotom pokornym i otwartym na naturę i dobrze, gdyż w naturze kryją się tak olbrzymie, nie do opisania możliwości, że do właściwego czerpania z niej trzeba być bardzo świadomym siebie i rozwiniętym, duchowo i umysłowo.
Śpiew połączony z mocą ziemi kierowała na swoje rzeźby na różnych etapach tworzenia, wyśpiewywała je – ozdabiała i lekko zmieniała cechy, kształtowała drewno przez podgrzewanie go przy pomocy śpiewu i własnej woli i czyniła temu podobne rzeczy.
Potem przeszła na jeszcze bardziej fascynujący etap nauki - operowanie światłem przy pomocy śpiewu i rozświetlanie drewna. W jego efekcie kawałki drewna zdawały się emitować własną delikatną, bardzo subtelną poświatę w różnych odcieniach. Mogły ją emitować zawsze bądź rozświetlać się tylko w określonych okolicznościach.
Od nieustannego przebywania z Vardą i ćwiczeń własne światło elfki zdawało się stawać mocniejsze i czystsze, na coraz wyższym poziomie energetycznym. Tak jak Valiera rozwinęła dzięki niej więź z Ardą i ziemia tak Tinwë dzięki Vardzie rozwinęła się duchowo a także cieleśnie (urosła wówczas tak, że dorównywała wzrostem najbardziej możnych spośród Noldorów, a jej wygląd stał się jeszcze bardziej szlachetny) w górę, ku gwiazdom.
Oprócz nauki prowadziły też między sobą wiele rozmów na rozmaite tematy, o tym, co je najbardziej poruszało, co było dla nich istotne, jednak dla równowagi także o sprawach bardziej błahych, codziennych i pozornie zupełnie nieważnych. W jednej z takich dysput elfka ujawniła odczuwaną przez siebie fascynację Valarami, ich wiedzą i sposobem patrzenia na świat.

- Wiesz Pani, zastanawiam się ostatnio coraz częściej jak to jest być jednym z Was, Możnych i dźwigać na sobie brzemię odpowiedzialności za losy tak wielu a jednocześnie wiedzieć tak wiele o tym, co jest przed nami ukryte.

Varda spojrzała na nią z lekkim zaskoczeniem i uwagą, po czym po chwili zapytała

- Powiedz, gdybyś miała możliwość stania się jednym z nas czy byś z niej skorzystała?

- Nie wiem Pani. Dałabym wiele za możliwość czynienia moich rzeźb i rzeźbień żywymi ale wątpię czy miałabym ochotę na tak wielką odpowiedzialność, jaka spoczywa na potężnym Twórcy, dającym życie. Raczej nie. Jednak chciałabym mieć dostęp do takiej wiedzy i takiego pojmowania jakim Wy dysponujecie.

- Wszyscy za coś odpowiadamy – stwierdziła na to Pani – a my nałożyliśmy na siebie tę odpowiedzialność z własnej woli.

- Nie ty, Pani – zauważyła elfka.

- Zaiste – uśmiechnęła się Valiera – ale moja odpowiedzialność jest inna, jak zresztą pewnie się domyślasz. Ja odpowiadam za światło, za to by go nie zabrakło i by dawało nadzieję nawet w najgorszych czasach. Jasność moją radością i moją siłą – zanuciła jedną z najstarszych swych pieśni.

- A co do wiedzy – cóż, dostajesz jej coraz więcej i naprawdę, nie ma wielu takich rzeczy które z jakiś powodów muszą zostać przed waszym plemieniem zakryte. W każdym razie twoja postawa wskazuje na to, że gdyby zaistniała możliwość uczynienia Quendi bardziej potężnym, ty byłabyś tego godna i można by ci bezpiecznie taką moc powierzyć.

Tinwë na to tylko skłoniła się, ukrywając szeroki uśmiech.

Rzecz jasna, zaprzestanie przez elfkę przebywania na dworze Aulëgo i ograniczenie treningów strzeleckich oraz uczenia młodszych elfów nie pozostało niezauważone. Tak samo jak regularne spotkania z Vardą. Oficjalna wersja brzmiała, że dla rozwoju i uzupełnienia umiejętności Tinwë pobiera nauki u Valiery, która wytypowała ją sama na swoją uczennicę, co choć całkowicie zgodne z prawdą, nawet w wysoko rozwiniętej i bardzo strzegącej prywatności kulturze elfów wywołało niejaki szum. Elfka nie przejęła się tym, co najwyżej lekko ją to bawiło.
Znacznie zastanawiało ją natomiast coś innego – zauważyła, że coraz bardziej potrzebuje tego czasu, spędzanego razem. Kilka razy zdarzało się, że nie mogły się spotkać i im dłużej nauka trwała, tym bardziej niecierpliwie wyczekiwała następnego. Wolała się nad tym nie zastanawiać, żeby nie zburzyć delikatnej równowagi, którą osiągnęła – przebywając z Vardą nie miała czasu na zastanawianie się nad problemami, które powodowały jej wycieczki do bukowego lasu. Przebywanie w obecności Valiery sprawiało ze zapominała o wszystkich troskach, wymagało od niej bowiem stałej czujności umysłowej i najwyższego wysiłku ciała i ducha, Pani bowiem poznawszy jej możliwości dawała jej coraz to trudniejsze zadania. Ponadto miała niezwykle przenikliwy umysł, i choć z natury łagodna i kochająca Quendich była również stanowcza i kiedy trzeba było bardzo nieustępliwa oraz obdarzona subtelnym i bardzo ostrym poczuciem humoru. Tinwë czuła do swej mistrzyni coraz większy podziw, szacunek i przywiązanie, na te bowiem uczucia, które elfowie naturalnie odczuwali w stosunku do Valarów nakładało się drugie, głębsze i wynikające ze stopniowego poznawania Valiery. Jednak coraz częściej zdarzały jej się również rzeczy zastanawiające - mimowolne rumienienie się pod przenikliwym spojrzeniem Valiery i dziwne ciepło, kiedy czuła gdzieś jej zapach albo przypominała sobie o nim i półświadomy smutek w momentach powrotów do pustego domu. Coraz częściej, kiedy prowadziła treningi łucznicze, ze zniecierpliwieniem oczekiwała na koniec, kiedy będzie mogła pójść i zobaczyć Vardę.
Wypada w tym miejscu wspomnieć, w jaki sposób doszło do powstania owych treningów. Łucznictwo nie było z początku sportem popularnym wśród Noldorów, za wyjątkiem tych którzy polowali, gdyż byli raczej ludem miecza. Tinwë jednakże po tym, jak nauczyła się sekretów wytwarzania łuków od Lindarów, uznała je za swoją ulubioną broń i oczywiście sama wypróbowywała tworzone przez siebie egzemplarze. Jej strzelanie przyuważyła młodzież noldorska, którą pomagała uczyć Aulëmu i stopniowo przyłączali się do niej. Trochę ją to na początku dziwiło i trochę również denerwowało, w końcu jednak poddała się i zgodziła ich uczyć i tego. Na początku przychodzili do niej głównie elfowie, jednak z czasem uczyniły to również elfki, co wydawało się bardzo ją cieszyć, za wyjątkiem bowiem Valarów większą estymą darzyła bowiem kobiety, młodsze i starsze od niej.
Sama produkowała wszystkie łuki i strzały, których używali, a w zamian za to miała dostęp do wszelakich innych przedmiotów z metalu czy kryształu czy też innych których potrzebowała, nawet w nadmiarze. Nie było jej to właściwie potrzebne, gdyż narzędzia rzeźbiarskie miała od Aulëgo, były więc praktycznie niezniszczalne.
Z czasem samoistnie powstała niewielka grupa łuczników, których można było napotkać codziennie ćwiczących na rozległych zielonych terenach blisko dworu Aulëgo. Tinwë była ich nieformalną przywódczynią i, jak to kiedyś nieco żartobliwie zauważyła Varda, na swój sposób również kimś w rodzaju wzoru, przewodnika duchowego, co zresztą nieco ją zdeprymowało, bowiem w ogóle się za kogoś takiego nie uważała.
W każdym razie wszystkie zachodzące w niej zmiany uświadamiała sobie na tyle, żeby starać się nie zaniedbywać uczniów ale i tak kiedy nie przebywała z Vardą stawała się niespokojna i niecierpliwa.
Rzucało się to w oczy na tyle, że w końcu Yavanna oznajmiła elfce, że chce z nią porozmawiać.

- Młodzi elfowie z twego plemienia martwią się o ciebie. Mówią, że na treningach wydajesz się być nieobecna duchem i rozproszona i nie poświęcasz im takiej uwagi jak kiedyś – rozpoczęła rozmowę Valiera.

- Tak mówią? Rzeczywiście ostatnio mam problemy ze skupieniem się na ćwiczeniach i uczeniu, pani. Postaram się o nich bardziej zadbać – uśmiechnęła się lekko, ale Yavanna widziała, że istotnie wydaje się być nieobecna myślami.

- Czy coś cię trapi? - zapytała Valiera, przyglądając się jej z uwagą.

- Właściwie nie...-zaczęła mówić elfka i w tym samym momencie obydwie dostrzegły Vardę, która podążała w stronę ogrodów Yavanny i pogrążona w rozmowie z Aulem nie spostrzegła ich.

Zielona Pani zobaczyła, jak na jej widok elfka odruchowo czyni krok do przodu, jakby ciągnęła ją w tamtą stronę jakaś niewidoczna siła, w jej oczach pojawia się żar z którego sama sobie zapewne nie zdaje sprawy, tak silny, jakiego Yavanna jeszcze nigdy u niej nie widziała, a przez twarz przebiega na przemian to cień to jasność. Pani Życia od razu domyśliła się, co też takiego się stało.
Stanęła tak, by zasłonić elfce widok na Valierę i zobaczyła lekki cień zawodu w jej oczach.

- To Pani Gwiazd – powiedziała do elfki, cicho, ale wyraźnie.

- Tak, pani Yavanno? - zapytała machinalnie Tinwë, myślami będąc wyraźnie gdzie indziej.

- Pani Gwiazd jest powodem twego obecnego stanu – uściśliła swą wypowiedź Valiera, spoglądając na nią z czułością ale i współczuciem – stało się to, czego się spodziewała. Elfka w końcu uległa prawidłom rządzącym naturą, ale Valiera wiedziała, że odkrycie tego nie będzie dla niej miłe i łatwe do zaakceptowania – wszakże elfowi nawet nie przyszło by na myśl wiązanie się z Valarem. Była jednak pewna, że w końcu pokieruje się instynktowną mądrością ziemi, na którą była tak otwarta i która wychodziła jej na dobre.
Istotnie stało się tak, jak przewidziała - a przynajmniej wypełniła się pierwsza część – Tinwë jakby się ocknęła i widać było, jak stopniowo dochodzi do niej prawdziwe znaczenie słów Valiery. Widać było stopniowo ogarniające ją niedowierzanie i przerażenie, które zniwelowało całą mądrość i wiedzę, jaka elfka posiadała. Yavanna widząc panikę w jej oczach, ujęła ją za rękę i niczym dziecko powiodła w stronę rozmawiającej z Aulëm Vardy nie dając możliwości ucieczki.
Elfce wydawało się, że wędrówka w stronę Valarów trwała wieki a dzieliło ich od siebie zaledwie kilkanaście (tu jakaś miara elfów). W końcu doszły, Yavanna podeszła do Aulëgo i powiedziała mu coś, czego elfka nie dosłyszała, była bowiem zupełnie oszołomiona. Aulë uśmiechnął się, spojrzał na nią, potem na Vardę i oddalił się a z nim Yavanna, pozostawiając elfkę, która tego wszystkiego nie zauważyła, sam na sam z Valierą.

Quendi nieco oprzytomniawszy, jęknęła tylko – Pani, co ja zrobiłam – po czym prawie rzuciła się na Vardę, próbując się w jej ramionach schować przed całym światem.

Po chwili, pojąwszy, co robi, odsunęła się od niej i stanęła nieruchomo, wpatrując się w ziemię i pragnąc, żeby się pod nią rozstąpiła i ją pochłonęła.

Valiera, zdumiona i zaskoczona, spytała ją – Tinwë, co się stało? - ale od razu pojęła, ze nie doczeka się żadnej odpowiedzi. Widząc, że elfka jest w wyraźnym szoku, objęła ją mocno i przeniosła się razem z nią do swoich komnat na Taniquetilu.

Tam pozostawiła ją i udała się do swoich służek po miruvore. Zdobywszy trunek powróciła szybko do elfki, nakłoniła ją do wypicia, po czym odczekała, aż zacznie działać. W końcu spojrzała na nią nieco przytomniej, zorientowała się, gdzie jest, jęknęła tylko ponownie i schowała twarz w dłoniach. Varda usiadła obok niej i ostrożnie, jak to czyniła elfka, otworzyła swój umysł starając się zbadać umysł Quendi. Nie było to trudne, zauważyła od razu, że jakaś jego część chowa się przed nią niczym przestraszone zwierzątko. Badając tą część Valiera ujrzała przed sobą kolory czerwony, różowy (i jakie tam jeszcze czakry odpowiadają za emocje na poziomie fizycznym i psychicznym) które, jak wiedziała odpowiadają za uczucia. Kolory te, co dopiero teraz zwróciło jej uwagę, występowały u elfki w takim natężeniu, którego nigdy przedtem u niej nie zaobserwowała. Wiedziona instynktem, wciąż utrzymując mentalny kontakt, dotknęła ramienia elfki – kolory zawirowały jak szalone i rozpoczęły potępieńczy taniec a mięśnie jej ramienia napięły się niczym stal. Valiera, która rozumiała znaczenie tego, co zobaczyła i wydawała się tego spodziewać, wycofała się delikatnie z połączenia, przykucnęła przed elfką szukając jej wzroku. Udało jej się go złowić na chwilę, po czym Tinwë zaraz zerwała kontakt. Zobaczyła w jej oczach przede wszystkim czyste przerażenie.

- Pani, obawiam się, że nie będę mogła się więcej z tobą spotykać – odezwała się w końcu, zachrypniętym nieswoim głosem. To tylko umocniło Valierę w podejrzeniach.

- Dlaczego? - zapytała.

- Nie powinnam tego czynić. Nie wolno mi – usłyszała w odpowiedzi.

- Wyjaśnij mi, z jakiego powodu – niezmordowanie próbowała dalej.

- Nie mogę tego powiedzieć, wybacz mi Pani.

Widząc, że w ten sposób niczego się nie dowie, spróbowała inaczej.

- To ma jakiś związek z twoją rozmową z Yavanną. Co takiego ona ci powiedziała?

- Uświadomiła mi...coś - odezwała się z ociąganiem elfka.

- Coś związanego z naszymi spotkaniami? - Valiera była już niemal zupełnie pewna, że wie, co się dzieje.

- Pani, nie mogę ci tego powiedzieć – elfka uparcie trwała przy swoim. Valiera obserwowała ją równocześnie obserwując jej umysł. Tinwë w końcu oprzytomniała na tyle, by to zauważyć i kolory w jej umyśle uciekły przed wzrokiem Valiery - jednak nie dość szybko.

- Zauważyłam, że od pewnego czasu zachowujesz się inaczej – zaczęła mówić Valiera – że coraz intensywniej wyczekujesz mnie i coraz niechętnej opuszczasz. Zauważyłam też inne rzeczy – na te słowa elfka drgnęła i zdradliwy rumieniec powoli zaczął zabarwiać jej policzki – ale nie interpretowałam ich. Mój błąd, powinnam była to uczynić od razu.

- Tinwë – ton głosu Valiery zmienił się na tyle, że elfka niemal poderwała się z miejsca, tak stał się miękki, niski i pełen uczuć – Wiem, co czujesz. Nie umiesz tego ukrywać – na te słowa zatkała sobie rękoma uszy ale Valiera wiedziała, że i tak słyszy każde jej słowo – i wiedz, że nie pozostaje to bez wzajemności. Tak – ciągnęła dalej, widząc, jak na to już kompletnie zatraca się w emocjach, wstaje i patrzy na nią wyraźnie bliska obłędu – w tym, co czujesz, nie jesteś jedyna. Powinnam ci to powiedzieć wcześniej, być może było by ci łatwiej i nie przeżywałabyś tego wszystkiego, co teraz. Czekałam jednak, chcąc się upewnić, teraz widzę, że było to okrutne.

Na to już Tinwë nie wytrzymała, machnęła obydwoma rękoma w geście bezsilności i zaczęła krążyć po komnacie w tę i z powrotem.

- Pani -odezwała się w końcu– ależ ty nic nie pojmujesz.

- Pojmuję – spokojnie odparła Valiera, ale elfka ciągnęła, wyraźnie nie usłyszawszy – tak nie może być. Ja jestem Quendi, ty Vala. Nasze ścieżki są zupełnie inne, nasze przeznaczenie zupełnie różne, ty należysz do władców i opiekunów, twórców Ardy; ja do ich uczniów, Pierworodnych. Jesteście od nas o tyle wyżsi duchem, bardziej potężni i tyle wiedzący, że to niewyobrażalne. To się nie godzi...

- Tinwë – przerwała jej Varda, wciąż spokojnym, ale lekko ostrzegawczym tonem. Nigdy przedtem do niej ani do innego elfa nie zwróciła się w taki sposób i nawet na kompletnie ogarniętą chaosem elfkę to podziałało.

Przestała krążyć po sali i usiadła na łóżku Valiery, znowu kryjąc twarz w dłoniach. Varda czuła, że jej deklaracja jeszcze do niej nie dotarła.

- Tinwë, spójrz na mnie – powiedziała znów tym miękkim głosem, a elfka podniosła głowę, wypełniając jej prośbę. Valiera zobaczyła w jej oczach udrękę i niedowierzanie, ale gdzieś na ich dnie dostrzegła równie silne, inne uczucia – nadzieję i miłość, które ujęły ją do głębi. Wiedziała, że postępowaniem elfki kieruje jej silne i instynktowne wyczucie sytuacji a teraz widzi przede wszystkim jej zdaniem olbrzymią, niewyobrażalną wręcz niestosowność. Tinwë miała rację, mówiąc, że były innymi istotami, na innym poziomie i mającymi zupełnie inne przeznaczenie, dobrze znała swoje miejsce w porządku rzeczy. Nie wiedziała jednak czego innego, co bardzo wyraźnie czuła Valiera – uczucie, które je połączyło, było silniejsze od tych praw i tym samym znosiło je. Varda wiedziała, że choć być może nie będzie to zupełnie proste, razem jednak będą w stanie poradzić sobie z wszelkimi przeszkodami, które mogą wyniknąć z tego uczucia, a te, których nie będą w stanie zmienić, przyjmą. Poznała bowiem siłę elfki podczas długich, spędzonych z nią godzin i również ją pokochała, niezwykle mocno. W przeciwieństwie do niej jednak zdawała sobie z tego sprawę. To, że coraz wyraźniej czuła, że jej uczucie, choć nieświadomie, odwzajemniono, dawało jej głębokie poczucie szczęścia, ale wiedziała, że musi cierpliwie czekać, aż Tinwë zda sobie z tego sprawę i zaakceptuje je.
Na razie chciała jedynie uzmysłowić elfce, co do niej czuje, więc po upłynięciu dłuższej chwili i upewnieniu się, że odrobinę się uspokoiła, delikatnie ujęła ją za rękę. Elfka nie próbowała już się wyrywać, zupełnie zrezygnowana patrzała na nią dzikim wzrokiem. Valiera zbliżyła się do niej jeszcze bardziej, wzięła jej dłonie w swoje ręce, po czym spokojnie i niespiesznie pochyliła się ku elfce tak, że poczuła jej oddech na szyi i zupełnie z bliska ujrzała delikatne srebrne iskierki w jej szarych tęczówkach.
Elfka zorientowała się, co Valiera chce uczynić i Varda zobaczyła, jak emocje rozszerzają jej oczy, ale było za późno na jakąkolwiek inną reakcję. Miękkie wargi Valiery dotknęły ust elfki i Tinwë jeszcze przez chwilę patrzała na nią, oszołomiona i zdesperowana, po czym ustępując, w końcu zamknęła oczy i odwzajemniła pocałunek. Stalo się dokładnie tak, jak przewidziała Yavanna – odwieczna mądrość natury wzięła górę nad prawidłami wpojonymi przez kulturę i zagarnęła elfkę w czułe objęcia prastarych wielkich misteriów.
Zatonęły w ich celebrowaniu na dłuższą chwilę, po czym powoli się rozłączyły. Elfka zupełnie zmiękła, oparła się, półprzytomna z natłoku wrażeń, o ramię Valiery. Varda otoczyła ją ramionami i przytuliła mocno do siebie, czując się tak bardzo szczęśliwa, że miała wrażenie, iż nawet jej przepełniona wielką mocą i dodatkowo obdarzona nieskażonym światłem danym jej przez Eru fea pod naporem tego szczęścia nie wytrzyma i rozpłynie się, spłonie w nim zupełnie.
To był punkt zwrotny w życiu ich obydwu.