Ponad trzydzieści na wpół wypalonych świec tliło się w męczącym oczy półmroku śmierdzącego mieszkania. Płomienie, gdyby popatrzeć na nie z góry układały się w coś na kształt mało foremnej Gwiazdy Dawida.

Trzask uderzającego, w drewno, tasaka przeszył ciszę w pozbawionym okien pomieszczeniu.

Struga kurzej krwi spłynęła ze stołu. Dysząca postać z nożem w ręku nasmarowała dłonie kleistą czerwoną mazią.

W ciemności trudno byłoby określić sylwetkę jegomościa w czarnym płaszczu. Przypominał on jakby mnicha, choć nie był nim na pewno.

Dłońmi narysował krwisty bohomaz, dokładnie po środku owej gwiazdy ze świec mrucząc pod nosem, coś na kształt modlitwy.

Płomienie nagle buchnęły i rozrosły się. Wydłużyły niemal do połowy metra. Oderwały od świec i wciąż rosnąc podpłynęły ku szepczącej postaci. Przybierając ludzki kształt stanęły tuż przy swoim stwórcy.

Odziany w strój mnicha człowiek spojrzał ich przerażająca oczy, przypominające topiące się złoto.

-Idźcie zabić. -Padł rozkaz, a nieziemskie stwory wypłynęły z pomieszczenia poprzez jego najdrobniejsze szczeliny. Przecisnęły się przez dziurkę od klucza i szczelinę pod drzwiami.

Ruszyły wykonać zadanie.

-Co jej strzeliło do głowy?! – Pan Evans był wściekły, jak nigdy dotąd. -Chce wyjść za mąż za tego chłopaka!?

-Najwyraźniej…-Bąknęła jego żona wiedząc, że to niedorzeczność.

Petunia wciąż nerwowo gryzła łyżeczkę, zamyślona i chyba nieco zła.

-Spój no tylko na tego chłopaka, toż to jakiś… łobuz. Co ona w nim widzi?!-Ojciec Lily wciąż rozwodził się nad tematem.

-Pójdę zobaczyć co robią…-Stwierdziła pani Evans. W milczeniu odeszła od stołu.

Schody jakoś dziwnie ciągnęły się w nieskończoność. Drzwi pokoju Lily były uchylone.

-Boję się…-Rozległo się w korytarzu. - Pni Evans stanęła jak wryta. Jej córka miała taki głos jakby płakała.

-Już dobrze… Zobaczysz wszystko się ułoży! -Tym razem i on się odezwał.

Kobieta przysunęła się do drzwi, w szyprze zobaczyła ich wtulonych w siebie. Siedzieli na łóżku, tyłem do drzwi, nie mogli jej zobaczyć.

-Zobaczysz jakoś się z tym pogodzą… -James pogłaskał Lily po włosach i pocałował w czubek głowy.

-Są okropni…-Wyłkała dziewczyna.

Pani Evans poczuła ból w sercu.

-Miałaś nie płakać! -James przytulił ją mocniej. - Czuję się tak jakby to była moja wina, kiedy płaczesz… Zresztą to jest moja wina…

-Nie twoja…-Lily chyba nie mogła powstrzymać łez. Nagle jęknęła cicho jakby z bólu.

-Jest ci niedobrze? -James przestraszył się.

-Nie to tylko zawroty głowy, nie spałam za wiele…

Pani Evans w milczeniu przypatrywała się temu wszystkiemu.

-Na pewno? Boję się o ciebie. Trzeba będzie pójść do lekarza. -Stwierdził James.

-Przecież nie jestem chora. Oboje dobrze wiemy co mi jest. -Starała się powstrzymać rozpacz.

Pani Evans nie miało pojęcia, że jej córka tak bardzo wszystko przeżywa.

-Mimo wszystko byłbym spokojniejszy, gdybyś się przebadała. -Troska z jaką chłopka się do niej zwracał byłą szczera.

-Daj spokój…-Dziewczyna machnęła ręką.

Jej matka odsunęła się od szpary w drzwiach, bojąc się, że Lily nagle się odwróci, ale ona tylko przytuliła Jamesa pociągając nosem.

-W ogóle byłbym spokojniejszy mogąc się tobą zajmować. Wczoraj naprawdę mnie przestraszyłaś. Bałem się, że coś się stało… – James pogłaskała ją po twarzy.

Szepnął coś nagle, ale pani Evans nie zdążyła zbliżyć się dostatnio by to usłyszeć.

Lily nachyliła się nad jego uchem. Przytaknął ruchem głowy i położył jej dłoń na brzuchu.

Pani Evans wzdrygnęła się spodziewając, że będzie to dotyk wulgarny i nazbyt intymny, lecz chłopak tylko lekko ją pogładził. Było w tym jakieś ciepło. Lily uspokoiła się trochę.

I nagle w głowie pani Evans pojawiła się myśl. Myśl, która z początku naprawdę ją przeraziła. Jakiego nie miałaby stosunku do tego co robiło jej dziecko, nie mogła już przerwać tego co wprawiało ich dwa młode serca w szybkie bicie.

Oni naprawdę się kochali. Na swój niedojrzały sposób, ale się kochali. Byli pełni wzajemnej troski. Cierpieli razem i cieszyli się razem. Jak ten jeden organizm, który odczuwa wszystko jednocześnie.

-Muszę już chyba iść…-James westchnął wstając. Pani Evans dostrzegła tylko jak Lily łapie go za rękaw. Po cichu, na palcach zbiegła do salonu.

-Richardzie…-Usiadła naprzeciw męża, wymieniającego niemiłe uwagi ze starszą córką.

-Musimy się zgodzić. -Rzekła z dziwnym naciskiem. -Musimy.

-Słucham? -Pan Evans prawie zadławił się własną śliną.

-Mamo co ty…-Petunia aż wstała na równe nogi. - Pozwolicie jej na takie wybryki?!

-Uspokój się Petunio! -Pani Evnas stała się nagle oschła wobec starszej córki. – To nie twoja sprawa.

-Ale moja jak najbardziej! O czym ty w ogóle mówisz! - Pan Evans też wstał, zdenerwowany. Dłonie trzęsły mu się i zaciskały w pięści.

-Jeśli się nie zgodzimy stracimy dziecko. Ona już wybrała…

Pociąg wlókł się niesamowicie, a Lily miała już dosyć zrzędzenia petunii. Nie dość, że rodzina wzgardziła magicznymi sposobami lokomocji i proszkiem Fiuu, to jeszcze wybrali okropnie taki, który zmuszał rudowłosą do ponad czterogodzinnego kontaktu z nimi.

-Nie będę spała w żadnej ciasnej chałupce z bandą wariatów… – Jęczała Petunia.

Dopiero co dowiedziała się, że na Miętowym Wzgórzu mieszka nie tylko James z Matką, ale i kuzyn Kastor i jego przybrana siostra Nabucco, nie wspominając już o niejakim Syriuszu, który nie wiadomo skąd się wziął i przytachał ze sobą swoją dziewczynę.

-O domu Potterów można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest ciasny. To stary dworek… Ile wam mam powtarzać… – Westchnęła Lily wyraźnie unikając wzroku ojca, który przez cały ostatni tydzień utrudniał jej kontakty z Jamesem, albo wcale na nie zezwalał. Tak więc dziewczyna musiała spotykać się z Jamesem poza domem, a pan Evans zdecydował się przyjąć zaproszenie Belii tylko ze względu na żonę, która męczyła go o to nieustanie.

-Dworek… Już widzę, pewno to jakaś mało ciekawa rudera, wymagająca remontu.

Lily nie skomentowała gderania siostry. Miała już serdecznie dość wszystkiego.

Spojrzała w okno. Wzdrygnęła się. Pociąg jechał szybko, tak szybko, że migające smugi przypominały jej ogień.

Zamrugała kilkakrotnie.

Przesuwający się za szybą krajobraz na powrót stał się normalną mozaiką pól i łąk, z budynkami w niedalekim tle.

-Na następnym przystanku, chyba wysiadamy…-Stwierdziła pani Evans przeglądając przewodnik turystyczny.

-Nie wiem, nigdy nie jechałam pociągiem…-Westchnęła Lily. Miała nadzieję, że matka się nie myli, bo nagle zaczęło ją mdlić i to wcale nie z powodu choroby lokomocyjnej.

Stacja Carrow Townn nie wyglądała zachęcająco, ale rzadko kto na niej wysiadał.

James Potter kręcił się po peronie kopiąc przy okazji odłamek kamiennej kostki, która walała mu się pod nogami.

W końcu ze zrezygnowaniem usiadł na wyszczerbionej ławce -jedynej, która ze wszystkich obok stacji, nadawała się do siedzenia.

Popatrzył sobie pod nogi. Rodzice Lily nie byli im jakoś szczególnie przychylni.

A on jakoś bez przerwy o tym myślał. Tyle rzeczy zrobił nie tak… Jak zawsze zachowywał się jak głupek.

Niespodziewanie podmuch powietrza rozwiał mu włosy. Nie dostrzegł, że pościg pojawił się na stacji.

Poderwał się i podszedł bliżej. Pojazd zatrzymał się.

Z jednego z wyjść wyłoniła się ruda czupryna. Uśmiechnął się do Lily, która wyskoczyła z pociągu. Ruszył w jej kierunku.

Nagle poczuł się dziwnie obserwowany i wcale nie było to przeczucie wywołane krzywym spojrzeniem pana Evansa.

Zerknął przez ramię. Jedynie zapach spalenizny mógł się wydawać podejrzany. James uznał to za swąd pociągu i przyspieszył kroku by przywitać swoich gości.

Pociąg ruszył… Z za jego wagonu wyjrzało płonące złotem i krwią oko. Zarejestrowała postać młodego mężczyzny zbliżającego się do stojących przed nim osób, po czym rozmyło się w podmuchu powietrza.

-Daleko jeszcze? -Petunia nie mogła się powstrzymać od komentarza.

-Już prawie jesteśmy. -Kulturalnie odparł James, a ona przedrzeźniała go bezdźwięcznie.

Wchodzenie pod górę, między drzewami było uciążliwe, choć trzeba było przyznać, że widoki na dolinę Godryka, widzianą niczym z lotu ptaka, były cudowne…

Zza drzew wyłonił się budynek z ciemnej cegły, porośnięty zielonym pnączem, o cudownych, blado błękitnych kwiatach.

W miarę jak budynek rósł w oczach, a Państwo Evans i Petunia przybliżali się na ich twarzach rosło zaciekawienie, zadziwienie i podekscytowanie.

Był to bowiem najprawdziwszy dworek… Nie jeden z tych, z których opada tynk, ale całkowicie odrestaurowany i pełen różnorakich zdobień.

-Jest piękny…-Pani Evans uśmiechnęła się do Jamesa, który nacisnął na klamkę bramy. Pręty metalowego wejścia przypominały winorośl.

-Wygląda na bardzo drogą nieruchomość. -Przyznał ojciec Lily.

James uśmiechnął się.

-Cóż szczerze mówiąc nie mam pojęcia…-Odparł chłopak.

Przeszli przez bramę, a drzwi frontowe otworzyły się, wypuszczając z wnętrza domu, elegancko ubraną panią Potter.

-Zapraszam…-Rzekła Bella wpuszczając zaciekawionych gości do środka.

Zamykając drzwi dostrzegła dziwną smugę, przypominającą płomień. Wzruszyła ramionami, miała w piekarniku pieczeń… Nie mogła pozwolić by się przypaliła.