2. Zimniejszy niż lód
― Harry, jesteś moim bohaterem!
Przez dwa tygodnie Ron non stop szczerzył się do niego - jak teraz - nieustannie przypominając mu o tym, co dokładnie wydarzyło się w dworze Malfoyów. Kiedy wrócili, oczywiście wszyscy chcieli wiedzieć, jakim cudem udało im się uciec. Ron był nawet bardziej niż chętny, do udzielania wszelkich informacji, zmieniając nieznacznie szczegóły przy każdej nadarzającej się okazji. Bill i Fleur najlepiej znali całą prawdę, jako że usłyszeli tę historię jako pierwsi. Kiedy Lupin przyszedł podzielić się z Harrym radosną nowiną, że został ojcem, Ron korzystając z okazji, żywo opisał, jak po wykastrowaniu Sami―Wiecie―Kogo i po pobiciu go do nieprzytomności na oczach wszystkich Śmierciożerców, Harry wyszedł przez otwarte drzwi z wysoko uniesioną głową i nikt, nawet Bellatriks Lestrange, nie próbował go zatrzymać. Harry tylko pokręcił głową do Lupina, który skinął ze zrozumieniem; żaden z nich wolał nie przerywać Ronowi jego opowieści, zwłaszcza, że zgodnie uznali, że zapał Weasleya poprawiał nastroje wszystkim innym. Poza tym Harry był zbyt zaskoczony, przytłoczony i jednocześnie zachwycony tym, że Lupin chciał, by został ojcem chrzestnym Teddy'ego, aby przejmować się czymkolwiek innym.
Teraz jednak uniósł wzrok znad książki do zaawansowanych eliksirów, którą pożyczył od Hermiony, i westchnął. Ronowi najwyraźniej dalej wydawało się, że to było zabawne; mylił się.
― Przestań ― powiedział, nim jego przyjaciel mógłby bardziej się rozkręcić, po czym dodał: ― Skupmy się na dokończeniu planów, dobrze?
― Oczywiście, Harry, ale nie mogę nic na to poradzić. Kto jeszcze może powiedzieć, że...ee…?
― Dotknął klejnotów Voldemorta? Wierzę, że niewiele osób. Chyba że chcesz, abym opisał ci to doświadczenie szczegółowo?
Wyraz twarzy Rona szybko zmienił się w całkowite przerażenie.
― Nie ― mruknął i odwrócił wzrok, zażenowany.
― Więc skończ już o tym mówić. To nie tak, że chcę ciągle sobie o tym przypominać.
― Ale Harry, byłeś świetny! Jego wrzask wciąż dźwięczy mi w uszach.
Twarz Rona ponownie rozjaśniła się na to wspomnienie, ale Harry tylko przewrócił oczami.
― Taa, niezwykle odważny był ten dziewczęcy odruch! Tak, dziewczęcy, Ron! Przyznam, że usłyszenie jego krzyku bólu było satysfakcjonujące, ale faceci nie robią sobie czegoś takiego. Serio. Jestem pewien, że wrzeszczałbyś tak samo, gdyby ktoś cię tak potraktował, więc mógłbyś już przestać?
Porcja świeżego powietrza wpadła do małego pokoju, kiedy Hermiona wparowała do środka.
― Słyszałam was aż w kuchni, chłopcy ― powiedziała z wyrzutem, przerzucając swoje gęste włosy przez ramię, nim się do nich dosiadła. ― Niemniej, jeśli chcesz znać moją opinię na temat tego, o czym dyskutowaliście, myślę, że byłeś naprawdę bardzo odważny, Harry. Każdy bez problemu ci to przyzna. Ale, z drugiej strony, muszę się z tobą zgodzić. Lepiej by było, gdybyś tego uniknął, po prostu go obezwładniając ― dodała, kładąc opasłą księgę, którą ze sobą przyniosła pod pachą, na blat.
Ron patrzył na nią z komicznym wyrazem twarzy przez kilka sekund.
― Co?! Hermiono! Bylibyśmy martwi, gdyby Harry nic nie zrobił! Był absolutnie… pomysłowy. ― Ściszył głos, kiedy dziewczyna przytknęła palce do ust i wysyczała do niego:
― Oczywiście, że Harry nas uratował, a to było pomysłowe. ― Zaczęła kartkować książkę, którą ze sobą przyniosła. ― Niemniej jednak, aż do teraz, Sami―Wiecie―Komu zależało wyłącznie na jego śmierci.
― Wyłącznie? ― wypluł Ron, ale Hermiona znowu go uciszyła.
― Tak. Wyobraź sobie, co stanie się następnym razem, kiedy się spotkają, a obawiam się, że jest to nieuniknione ― powiedziała, rzucając Harry'emu zaniepokojone spojrzenie.
― Wolałbym zbyt wiele o tym nie myśleć ― przyznał, pocierając skroń. ― Będzie starał się odpłacić mi za to w najboleśniejszy sposób, jak to tylko możliwe.
― Nie, jeśli do tego czasu zniszczysz wszystkie jego horkruksy ― sprzeciwił się Ron.
― Racja. Więc lepiej zacznijmy myśleć nad tym, gdzie znajdziemy następny. ― Harry zamilkł, po czym zerknął na przyjaciółkę.
― Znalazłaś coś, Hermiono?
― Tak ― przytaknęła, po czym przesunęła palec w dół strony, i przeczytała: ― To powinno zadziałać.
Wszyscy spojrzeli na małą, szklaną fiolkę, którą Harry bezpiecznie trzymał w kieszeni spodni. Długi, kręcony, czarny włos i mały kawałek śmiertelnie białego paznokcia leżały niewinnie na dnie.
― Jesteś absolutnie pewna? Ponieważ, jeśli nie zadziała tak, jak powinno, nie chcę nawet myśleć o konsekwencjach.
Palące spojrzenie Hermiony spoczęło na Harrym. Skrzyżowała ręce na piersi i uniosła dumnie brodę.
― Oczywiście, że jestem pewna! Możesz sam przeczytać, jeśli mi nie wierzysz! ― prychnęła, popychając w jego stronę książkę.
Harry natychmiast podniósł ręce w obronnym geście.
― Nie zrozum mnie źle, całkowicie ci wierzę ― próbował się poprawić. ― Ale mam nadzieję, że rozumiesz moje obawy.
― Spójrz ― powiedziała, brzmiąc nieco spokojniej. ― Książka jasno mówi, że możesz użyć włosa, paznokcia, albo kawałka skóry, w zasadzie wszystkiego poza cieczą. Szczególnie krwią. To mogłoby dramatycznie zmienić właściwości eliksiru.
― W jaki sposób? ― zapytał niepewnie.
― Cóż, na przykład mógłbyś zacząć myśleć, jak inna osoba… albo przejąć niektóre z jej osobistych zachowań. Ten akapit nie tłumaczy tego zbyt dokładnie ― przyznała z wahaniem.
― Brzmi przerażająco. Dobrze, że nie ma na tym krwi ― powiedział, unosząc fiolkę na wysokość oczu.
― Wstrzymajcie się! O czym wy w ogóle gadacie? ― wyszeptał wściekle Ron. ― Myślałem, że zgodziliśmy się, już, że Harry nie użyje Eliksiru Wielosokowego! To zbyt niebezpieczne! Nie… to po prostu szaleństwo! Jak możesz w ogóle rozważać zmianę w…
Wściekły syk Hermiony sprawił, że ledwo wypowiedział ostatnie słowa.
― … Sami-Wiecie-Kogo.
― Dużo o tym myślałem ― powiedział Harry najspokojniej jak potrafił. ― Myślisz, że jestem z tego powodu szczęśliwy? Albo że na to czekam? Sama myśl o tym mnie przeraża, Ron! Przewraca mi się przez to w żołądku, ale…!
Odwrócił się na krześle, patrząc prosto w oczy Rona.
― Jest to również nasza największa szansa, by wyjść z Gringotta żywymi. Nie możesz zaprzeczyć! Nikt nie będzie zadawał pytań. Nikt nas nie sprawdzi. Mamy w swoich rękach przepustkę!
― Ale on będzie o tym wiedział, Harry. ― Ron potrząsnął głową, wciąż nieprzekonany. ― Będzie wiedział, że szukamy horkruksów.
― Nie jestem taka pewna ― zaoponowała Hermiona. ― Kto niby mu o tym powie? W końcu to nie tak, że któryś ze Śmierciożerców zapyta: Mój Panie, co robiłeś w banku tego dnia, kiedy miałeś zrobić to, czy tamto? Mylę się?
Harry, mając otwarte poparcie Hermiony, wiedział, że sprawa była już przesądzona. Oczywistym było, że potajemnie miała nadzieję na wsparcie; potrzebowała kogoś, kto pomógłby jej odegrać rolę Bellatriks, a kto nadawał się do tego lepiej, niż sam Lord Voldemort? I Harry chciał wierzyć, że będzie w stanie, dobrze go odegrać. Odwiedzał jego umysł wystarczająco często i uczył się jego zachowań. Jednak będąc w jego prawdziwej skórze, naprawdę mógł się zmienić...Szybko odpędził od siebie tę myśl, która tylko sprawiła, że nagle zaschło mu w gardle.
W międzyczasie Ron porzucił otwarte protesty, zamiast tego zaczął mamrotać do siebie.
― Skoro tak mówisz… Wciąż tylko nie wiem, czy będę w stanie znieść to towarzystwo ― wyszeptał, przygryzając wargi.
Jeszcze tego samego dnia udało im się dopracować plan razem z Gryfkiem, w którego towarzystwie Harry nie czuł się najlepiej. Miał wręcz wrażenie, że goblin zaczął podejrzewać, iż Harry nie będzie chciał dać mu miecza, kiedy ich misja dobiegnie końca, a do tego atmosfera była cały czas napięta. Harry chciałby móc być z nim bardziej szczery, zwłaszcza, że kłamstwo było wbrew jego najgłębszym przekonaniom, jednak w obecnej sytuacji nie miał wyjścia.
Poinformowali Billa i Fleur, że planują wyjść wczesnym rankiem i nie chcą, by ci ich wówczas widzieli. Mieli obiekcje względem tego, że Harry razem z Hermioną przed wyjściem będą musieli przemienić się w inne osoby; dlatego też uznali, że im mniej będą wiedzieli o ich planie, tym będzie dla nich bezpieczniej.
Tej nocy Harry spał niespokojnie. Budził się co chwilę, wsłuchując się w chrapanie Rona i jego przewracanie się na łóżku. Przypomniał sobie, jaką czuł determinację graniczącą z podekscytowaniem na noc przed wyprawą do Ministerstwa Magii. Teraz jednak był pełen niepokoju i dręczących go wątpliwości. W dodatku nie chodziło tylko o to, że obawiał się, iż plan mógł się nie powieść, ponieważ był naprawdę dobry; Gryfek wiedział, jak przedostać ich do skarbca, a nikt nigdy nie odważył się wymusić na Voldemorcie konieczności poddania się procedurom bezpieczeństwa. Wciąż jednak to nie wystarczało, by rozwiać jego wątpliwości. Wiedział, że powodzenie misji zależało wyłącznie od jego wiarygodnego odegrania Voldemorta i siania wokół siebie wszechogarniającego lęku.
Kiedy w końcu nadszedł ranek, Ron zsunął się z łóżka i ubrał w półmroku.
Harry założył okulary i usiadł na materacu; każdy nerw w jego ciele zdawał się napięty w oczekiwaniu.
― Poczekam na ciebie na zewnątrz ― wyszeptał Ron i Harry skinął, biorąc do ręki szklaną fiolkę oraz małą buteleczkę z eliksirem wielosokowym z szafki nocnej.
Wstał cicho, po czym wziął długą, czarną szatę, którą Hermiona przygotowała dla niego wczorajszego wieczoru. Następnie zakradł się do małej komody obok sypialni, którą dzielili z Deanem. Położył fiolkę i buteleczkę na wąskiej półce i oparł się o szafę z pościelą, oddychając głęboko, by powstrzymać drżenie rąk.
Fakt, że wszędzie było jeszcze ciemno, zapewniał mu minimalny komfort. Nikt go nie zobaczy… nikt się nie dowie… co nie było oczywiście prawdą, skoro kilka osób musiało widzieć i wszystko wiedzieć.
Zajęło mu dobrą minutę, nim przygotował się na to, co nadchodziło i spojrzał na swoje odbicie w starym, wysłużonym lustrze, które wisiało na przeciwległej ścianie.
― Okej ― powiedział do siebie. ― Po prostu to zrób. Możesz to zrobić.
Harry odkorkował butelkę i wrzucił do niej paznokieć. Eliksir zasyczał głośno niczym czajnik z gotująca się wodą i spienił się wściekle. Chwilę później zmienił kolor na fioletowo niebieski. Gdy się w końcu uspokoił, jedynie nieco parował, ale nie w sposób, jaki robił to gorący hubek herbaty. Raczej przypominało to Harry'emu sytuację, gdy coś bardzo zimnego stykało się z ciepłem.
Niepewnie uniósł buteleczkę do ust, sprawdzając znowu swoje odbicie. Był tak zdenerwowany, że jego brzuch zaciskał się boleśnie, odmawiając przyjęcia czegokolwiek.
Para zaniepokojonych, jaskrawo zielonych oczu patrzyła na niego z lustra.
Zgrzytnął zębami. Jego przyjaciele zrozumieliby, gdyby nie potrafił tego zrobić. Zawsze mógłby ukryć się pod peleryną niewidką, gdzie byłby bezpieczny, wystawiając przyjaciół na niebezpieczeństwo. To był zresztą ich alternatywny plan.
Ten, który odrzucił.
Płyn dotknął jego warg. Jak na jego gust, był zbyt zimny.
Wzdrygnął się.
To, co się z nim działo, było czymś przerażającym; wszystkie jego instynkty sprzeciwiały się tej decyzji, ale nie mógł ustąpić. Nadeszła jego kolej, by się poświęcić i zapewnić przyjaciołom przetrwanie.
Biorąc głęboki wdech, zacisnął powieki, po czym przechylił buteleczkę i wypił wszystko w trzech łykach.
Natychmiast jego gardło i wnętrzności zamarły. Zatoczył się, ściskając się za brzuch i próbując utrzymać panikę pod kontrolą. Coś odebrało jego ciału ciepło, przeszywając chłodem aż do szpiku kości. Mógłby przysiąc, że jego krew zamieniła się w lód, gdyby to w ogóle było możliwe, jednak to, że wciąż płynęła w jego żyłach, zadziwiało Harry'ego. Jego oczy zaczęły płonąć i szybko zamrugał, instynktownie starając się je potrzeć, ale w chwili, kiedy uniósł dłonie do twarzy, zauważył, że jego palce szybko się wydłużają, robią kościste, a kolor skóry blednie, jak w niektórych horrorach.
Zrobiło mu się niedobrze i pochylił się, sapiąc głośno. Poczuł, jak coś zsuwa mu się z twarzy i wkrótce po tym usłyszał cichy stukot na podłodze.
To okulary, które teraz leżały na jego wydłużonej, białej stopie.
Niestety, to nie była jedyna rzecz, która zsunęła się z jego zmienionego ciała. Spodnie od piżamy również leżały na ziemi, zbyt szerokie na jego chude biodra.
Właściwie Harry czuł się bardziej zakłopotany, niż zaniepokojony nowym ciałem. Zadarł głowę, uderzając nią o sufit. Z jego ust uciekło stłumione przekleństwo, które zostało wypowiedziane głosem, przez który dostał niemal następnego ataku paniki.
Złapał się dla równowagi ściany i wziął długi, drżący wdech. Nie otwierając oczu, rozpaczliwie walczył o odzyskanie opanowania. Kiedy w końcu uspokoił się wystarczająco, powoli dotknął bolącego miejsca z tyłu głowy. Mimo tego, że przygotował się już na brak włosów, nie spodziewał się, że uczucie będzie tak nieprzyjemne wręcz dziwne.
Jednak wciąż czekała go najtrudniejsza część. Musiał przekonać się, czy ich plan się powiódł i, czy gdy otworzy oczy, zobaczy w lustrze odbicie Voldemorta. Mimo to, zdawał sobie sprawę z tego, że nic nie zdoła przygotować go na konfrontację; serce łomotało mu w klatce piersiowej, gdy w końcu napotkał spojrzenie pary płonących, czerwonych tęczówek otaczających kocie źrenice. Czuł się jak w najgorszych koszmarach, ale tym razem było to zbyt prawdziwe, by mogło okazać się snem.
Przez krótką, irracjonalną chwilę Harry modlił się, by mógł zamknąć się w ciemnym pokoju Muszelki i zostać tam, dopóki efekt eliksiru całkowicie z niego nie zejdzie.
Jednak to był tylko taki przebłysk. Był zbyt zmrożony, a jego myśli szybko rozpraszały się przez gwałtowne dreszcze, które ogarniały jego ciało. Musiał szybko się ubrać.
Wciągając na siebie ciemny strój, Harry starał się zbyt wiele nie patrzeć na swoje ciało. Wierzył, że pewne sekrety Voldemorta powinny zostać nieodkryte. Jednakże, głęboko w środku, nie mógł stłumić iskierek ciekawości. Mimo wszystko, musiał mieć chociaż niewielkie pojęcie o własnym ciele, skoro miał używać go przez kilka kolejnych godzin.
Wahając się, spojrzał w dół.
Oprócz ewidentnej bladości, wychudzenia i brak owłosienia, ciało Voldemorta wydawało się być jak najbardziej ludzkie. Zdecydowanie nie wyglądał jak coś, co można było sobie uwarzyć w kotle. Gdyby naprawdę chciał znaleźć w sobie coś obcego w tej formie, byłaby to prawdopodobnie dziwna niemożność ustalenia wieku, która odzwierciedlała nieśmiertelność Voldemorta. Równie dobrze mógłby mieć dwadzieścia, osiemdziesiąt, a nawet i tysiąc lat ― nic w tym ciele nie zdradziłoby prawdziwego czasu, który przeżył. Jego skóra była gładka i pozbawiona zmarszczek: może wręcz zbyt cienka i delikatna, jak na gust Harry'ego, żeby można ją było uznać w pełni za ludzką. A przynajmniej odniósł takie wrażenie, kiedy przesunął dłonią w dół klatki piersiowej. Voldemort nawet miał pępek, którego odkrycie szczególnie zafascynowało Harry'ego. Jak ostatecznie zauważył, jedyną część Czarnego Pana, która nie była zbyt ludzka, stanowiła jego twarz: spłaszczony nos z wąskimi szczelinami zamiast nozdrzy oraz jego oczy. Im dłużej przyglądał się im w lustrze, tym bardziej upewniał się w tym, że Riddle zmienił swój wygląd celowo.
Nie, żeby Harry chciał wiedzieć dlaczego. Nie chciał myśleć, co by zrobił, gdyby dowiedział się, że to ciało miało przypominać węża, jaszczurkę, czy coś jeszcze gorszego. Kojącą była wiedza, że nie zostanie w tej skórze na tyle długo, by to zrozumieć. Zdjął koszulkę i wsunął na siebie szaty przez głowę, nim pochylił się, by podnieść okulary z podłogi, ukrywając je w jednej z głębokich kieszeni. Na koniec wskazał różdżką Draco na swoje trampki i zaklęciem dopasował je tak, by pasowały na jego wydłużone stopy.
Był prawie gotowy do drogi; pozostała już tylko jedna rzecz, która wciąż zaprzątała mu głowę. Jak to było możliwe, że widział wszystko tak dobrze? Gdyby nie wiedział, że znajduje się w ciemnościach, nawet by o tym nie pomyślał. Jego nowe oczy nie miały problemu z dostrzeżeniem pęknięcia na powierzchni lustra, kilku długich włosów Fleur na podłodze lub nowej pajęczyny w najczarniejszym kącie szafy. Nienawidził tego, że musiał przyznać, iż te umiejętności były imponujące.
Co więcej, szybko okazało się, że jego słuch również znacznie się poprawił. Mógł usłyszeć mamrotanie Deana przez sen oraz ciche chrapanie Billa, dobiegające z salonu piętro niżej. Ron wydawał się tłumaczyć coś Gryfkowi na zewnątrz, a Hermiona właśnie zamknęła drzwi wejściowe.
Harry potrząsnął głową. Mając do dyspozycji te wszystkie ulepszone zmysły, czuł, że w końcu zaczynał rozumieć chociaż niektóre przyczyny, które wpływały na kompleks wyższości Voldemorta.
Po jeszcze jednym uważnym spojrzeniu w lustro, otworzył drzwi i zszedł po chichu na dół. Właśnie przechodził koło dziewczęcej sypialni, kiedy nagle zatrzymał się, a oddech uwiązł w gardle.
Czy właśnie słyszał ciche kroki?
Chwilę później drzwi po jego lewej stronie zaskrzypiały, nieco się uchylając.
Zesztywniał jeszcze bardziej, czekając w napięciu. Wiedział, że Hermiona była już na zewnątrz, więc to musiała być Luna albo Fleur. Tylko sekundy dzieliły go od przerażonego krzyku, który obudziłby wszystkich w chacie.
Luna wyszła przez drzwi i zatrzymała się, ale ku jemy zaskoczeniu, tylko spojrzała na niego tym swoim dziwnym, rozkojarzonym spojrzeniem.
― To ja… Harry ― wyszeptał nerwowo, natychmiast żałując że w ogóle otworzył usta, bo jego zimny głos sam przeczył jego słowom. Przełknął ciężko, oczekując konsekwencji swojej nieostrożności.
Luna nie odpowiedziała od razu, zamiast tego wciąż przyglądała mu się swoimi wyłupiastymi oczami, dochodząc do swoich własnych wniosków.
― Wolę cię z nosem ― powiedziała sennie, po czym bez słowa wróciła do sypialni.
Harry wziął głęboki wdech, który wydawał się na nowo poruszyć jego serce. Czasami naprawdę uwielbiał Lunę Lovegood, a to był właśnie jeden z takich momentów.
Kiedy w końcu wyszedł na zimny poranek, wciąż myślał o tym, jak Luna zdołała go rozpoznać. Musiało tak się stać przez wyraz jego twarzy.
Tym razem brak kontroli nad emocjami mógł mu się przydać, jednak równocześnie stanowić duży problem w najbliższym czasie. Harry zrozumiał, że musiał nad sobą zapanować, jeśli chciał odegrać Voldemorta przekonująco. Powstrzymał drżenie i ruszył w stronę grobu Zgredka, gdzie przyjaciele wraz z Gryfkiem już na niego czekali. Hermiona, która już wyglądała jak Bellatriks Lestrange, robiła ostatnie poprawki w wyglądzie Rona, podczas gdy ten dawał jej rady.
― Racja, ale pamiętaj. Nie lubię zbyt długich bród.
― Och, na litość boską, nie masz wyglądać przystojnie.
― To nie tak, że coś stoi temu na przeszkodzie! Ale wolałem mój krótszy nos, spróbuj zrobić to tak jak… H―Harry! ― wykrzyknął Ron momentalnie, kiedy go dostrzegł i Harry nie mógł przegapić błysku przerażenia w jego oczach.
― Nie musisz wyglądać na tak przestraszonego, Ron ― powiedział jak najbardziej obojętnie. Jednak przyjaciel wciąż się krzywił.
― Przestań się kręcić, albo będziesz miał krzywy nos, Ron! ― oznajmiła Hermiona głębokim głosem Bellatriks, próbując skupić się na zadaniu. Ron miał otrzymać zupełnie fałszywą tożsamość i wierzyli, że wroga aura roztaczana przez Voldemorta i Bellatriks, zapewnią jemu i goblinowi, który będzie im towarzyszył, wystarczające bezpieczeństwo.
― Proszę bardzo ― powiedziała w końcu, odsuwając się na bok, by rzucić Harry'emu niepewne spojrzenie.
― Co o tym myślisz, Harry?
― Cóż, nie mój typ ― powiedział po krótkich oględzinach. ― Ale jest w porządku.
― Co za ulga. ― Ron odważył się na lekki uśmiech, kiedy zauważył, że Harry się z nim drażni.
― Zastanawiam się… ― zaczęła niepewnie Hermiona. ― Jeśli mogę cię o coś zapytać, Harry.
Nieco zwlekała, chociaż chłopak od razu skinął na zgodę.
― Po prostu chciałabym wiedzieć… jakie to było. Mam na myśli… jak on smakował?
Ponieważ pytanie naprawdę nie było zawstydzające, Harry nie bardzo rozumiał, dlaczego jego chłodna krew sprawiła, że się zarumienił.
― Istnieje jakiś powód, dlaczego o to pytasz, Hermiono? ― wymamrotał Ron, nerwowo przebierając nogami.
― Ja tylko… ponieważ ona smakowała naprawdę paskudnie, gorzej niż tykwobulwa. Po prostu zastanawiałam się…
― Zimno ― odparł. ― Zimniej niż lód. Nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie, zaufaj mi. Swoją drogą, Hermiono ― dodał, opatulając się ciaśniej płaszczem. ― Nie wyglądaj na tak przerażoną, gdy do mnie mówisz. Pamiętaj, Bellatriks adoruje Voldemorta, więc spróbuj wyobrazić sobie, że mam rude włosy albo coś…
― Harry! ― sapnęła i tym razem to ona odwróciła się z zaróżowionymi policzkami. Ron zrobił to samo; jego płonące uszy było widać nawet spod długich, falowanych włosów.
― Cieszę się, że się rozumiemy ― parsknął, nim dotarło do niego, jak przerażająco musi to wyglądać w połączeniu z twarzą Voldemorta. Szybko pozbył się z niej jakiegokolwiek wyrazu. ― Idziemy? Gryfek? ― odwrócił się do goblina, który stał w lekkim oddaleniu, i machnął do niego, by do nich dołączył.
Trójka przyjaciół obejrzała się za siebie na Muszelkę ― ciemną i cichą pod blaknącymi gwiazdami, po czym odwrócili się. Ruszyli w kierunku, gdzie zaklęcie Fideliusa miało swoją granicę i deportowali się.
