Rozdział 2

Po budynku w którym mieścił się popularny pub nocny pozostała jedynie kupa dymiącego gruzu, gdyż stojący w centrum miasta dom zawalił się bez wyraźnej przyczyny. A przynajmniej tak to wyglądało, bo ratownikom przeszukującym miejsce katastrofy w poszukiwaniu ofiar nie udało się znaleźć ani jednego żywego świadka, który mógłby w najmniejszym choćby stopniu rozświetlić tajemnicę tego niezwykłego zdarzenia. Wybuch gazu, porachunki pomiędzy gangami, zamach bombowy przeprowadzony przez islamskich terrorystów albo skutki walki odzianych w kolorowe kostiumy meta ludzi były domniemanymi przyczynami zawalenia się budynku, które zgadywali policjanci, strażacy, reporterzy telewizyjni i zwykli przechodnie zaciekawieni zdarzeniem. Chmury pyłu unosiły się nad gruzowiskiem targane przez wiatr i strumienie powietrza pobudzanego do ruchu przez łopaty lądujących helikopterów. Dym był różnokolorowy, powstały z palącego się drewna i materiałów syntetycznych. Obłoki pędziły na spotkanie z najbliższymi ulicami, pokrywając je swym cuchnącym całunem niczym poranną mgłą unoszącą się nad betonowym lasem. Strugi gazów wolno pełzały po sobie warstwa nad warstwą, przyśpieszały, mieszały się tworząc wiry zawijającej się w samej sobie warstwy granicznej oderwanej od kamienia ulic dodatnim gradientem ciśnienia. Jeden z obłoków o różowym kolorze zdawał się żyć własnym życiem, poruszać się przeciwnie do kierunku jaki wyznaczały dla niego prawa fizyki, zaczął zwiększać swoją gęstość przybierając kształt sylwetki ludzkiej. Amelia Voght zmaterializowała się w jednej z brudnych, ciemnych alejek z dala od wzroku ludzi i aparatów fotograficznych. Pomimo tego, że kobieta była nieprzytomna w chwili wybuchu, jej nadludzkie zdolności, bez udziału świadomości, doprowadziły do jej przemiany w formę gazową, co uratowało jej życie. Amelia była okropnie zmęczona, totalnie zdezorientowana tym co otaczało ją ze wszystkich stron, nie pamiętała co się jej przytrafiło poprzedniego dnia ani nie była w stanie zaplanować co robić dalej. Przeszła kilka kroków po czym upadła nieprzytomna na leżące na chodniku worki wypełnione śmieciami.

W tym samym czasie w zupełnie innym miejscu, wewnątrz budynku będącego dużym centrum handlowym trwało życie niezakłócone chaosem panującym wokół zawalonego pubu. Ludzie ustawiali się do kas w długich kolejkach, chodzili tam i z powrotem patrząc przed siebie wzrokiem ogłupiałym od grającej zewsząd muzyki wrzucając do popychanych przed sobą wózków przedmioty, których zaczęli potrzebować nagle, zaraz po tym gdy usłyszeli o trwającej w tamtym konkretnym dniu promocji a także zajadali się niezdrowym jedzeniem rozdawanym przez hostessy. Sprzedawczynie sztucznie uśmiechały się do klientów przeklinając w myślach tych co mieli zbyt wiele wolnego czasu i zbyt wiele pieniędzy a ochroniarze patrzyli na każdego jakby spodziewali się że okaże się zamachowcem noszącym pod płaszczem kilogramy materiałów wybuchowych. Żadna z osób obecnych w budynku nie spodziewała się, że tamtej nocy naprawdę groziło jej śmiertelne niebezpieczeństwo. Po korytarzu szła młoda, niepozorna dziewczyna o jasnych włosach związanych w koński ogon. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, raczej okazywała znudzenie monotonnym widokiem rozciągającym się przed jej oczami. Dziewczyna zatrzymała się gwałtownie, ktoś w nią uderzył i szybko się od niej oddalił spoglądając na nią pełnym złości wzrokiem. Tajemnicza postać zamknęła oczy, po jej policzku spłynęło kilka łez.

- 1000 żyć waszych za każde życie nasze... - wyszeptała. Jej ciało zalśniło jaskrawym blaskiem a zaraz po tym eksplodowało tęczą barw i strug ognia. Fala gorąca zalała korytarze, sklepy, kasy, wszystkich pracowników i klientów sklepu. Ich ciała zajęły się płomieniami i spaliły aż do samych kości w ciągu kilku sekund. Wszystkie przedmioty w epicentrum wybuchu stały się kupą popiołów i obłokami duszącego dymu.

Carmella Unuscione obudziła się z długiego snu. Czuła się bardzo źle i potwornie bolała ją głowa. Na początku nie mogła swobodnie myśleć a jej pamięć o wydarzeniach kilku minionych godzin była pełna sprzeczności i białych plam. Dziewczyna zdała się na swoje instynkty wyuczone w czasach kiedy była aktywnym członkiem drużyny mutantów zwanych Acolythes, spróbowała zbadać swoje najbliższe otoczenie. Okazało się, że znajdowała się wewnątrz pokoju o drewnianych ścianach umeblowanym w szafę, stół i kilka krzeseł oraz łóżko na którym leżała. Chwyciła się za głowę, starając się nie myśleć o bólu i przypomnieć sobie jak trafiła w tak dziwne miejsce. Pamiętała spotkanie ze Scanner, Spoorem i Amelią Voght. Amelia nie straciła swoich zdolności, to było jedyne co zapamiętała brązowowłosa mutantka. Carmella przypomniała sobie opowieści o tym, że jej towarzysze z drużyny znikali w tajemniczych okolicznościach, jej strach i postanowienie podjęcia działania, aby ochronić siebie przed takim samym losem. Nie powiodło jej się to, pomyślała. Ale przynajmniej dowiedziała się dokąd zostali zabrani inni mutanci. Myśl o nich spowodowała, że kobieta nabrała większej pewności siebie i ochoty na dalsze działanie. Musiała znaleźć kogoś z kim mogłaby dowiedzieć się więcej o tamtym miejscu i znaleźć sposób aby się z niego wydostać. Dziewczyna bardzo szybko znalazła drzwi wyjściowe i ku swojemu zdziwieniu otworzyła je bez najmniejszego trudu. Poraził ją blask słońca oraz zielony krajobraz rozciągający się przed jej oczami. Okazało się, że znalazła się na dużej łące otoczonej lasami iglastymi na której stały dziesiątki małych, jednopiętrowych, drewnianych domów. Zaczęła rozglądać się dookoła w poszukiwaniu jakiegokolwiek mutanta, ale wszystko wskazywało na to że w jej najbliższym otoczeniu nie było nikogo żywego. Pobiegła w dół wzgórza w kierunku najbliższej chaty, niestety w czasie drogi znów źle się poczuła. Zakręciło się jej w głowie, poczuła uderzenie fali gorąca i zachwiała się na nogach. Ostatkiem sił doszła do ławy stojącej przed domem. Usiadła na niej chowając twarz w dłoniach w celu zmniejszenia objawów migreny, która zaatakowała ją ze zdwojoną siłą.

- Co tu się do cholery dzieje? - pomyślała. W tym samym momencie poczuła, że ktoś się do niej zbliża. Czuła się tak bardzo źle, że nie miała nawet ochoty odwrócić się w kierunku tej osoby.

- Przyszłaś z tamtego domu? Obudziłaś się? Bardzo szybko... - powiedział do niej mężczyzna.

- Jak masz na imię? - zapytał.

- Carmella... - odpowiedziała kobieta unosząc głowę.

- Jestem Jared Corbo. Znany kiedyś jako Radius. - odparł brązowowłosy siadając obok mutantki. Carmella była bardzo osłabiona, nie chciało jej się nawet mu odpowiadać. Z drugiej strony ogarniała ją złość i chęć jak najszybszego wydostania się z tego niesamowicie dziwnego miejsca w którym była uwięziona, chciała dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Wstała z ławki, przeszła kilka kroków po czym zatrzymała się i oparła o drzewo. Jared podbiegł do niej, gdyż zauważył że kobieta ledwo stała na nogach. Pomógł jej wrócić pod chatę.

- Ostrożnie, nie wiem co nam podali, ale to coś nas cholernie osłabiło. Musisz być naprawdę silna, ja przez dwa dni po tym jak mnie tu porwali nie mogłem nawet wyjść z tego domu.

- Nie mów więcej... - Carmella powiedziała znów chwytając się za głowę.

- Wejdź do środka, oddaje ci mój pokój na całą noc, jeśli go potrzebujesz. - oznajmił mężczyzna uśmiechając się do brązowowłosej mutantki.

- Ja przejdę się po okolicy, może pojawi się jakiś nowy sąsiad. - dodał i pomógł dziewczynie wejść do wnętrza chaty.

Amelia Voght zbliżała się do bram Instytutu Xaviera. Jej ciało było w postaci półstałej półgazowej, zmęczona psychika z trudem utrzymywała w całości jej widmową sylwetkę. Kobieta wiedziała, że coś okropnego przytrafiło się jej znajomym oraz prawdopodobnie innym mutantom w całym kraju i stwierdziła, że jedyną osobą która mogła jej pomóc był Charles Xavier. Amelia przeniknęła przez ogrodzenie szkoły, ostrożnie postawiła stopy na trawniku. Miejsce wydawało jej się dziwnie ciche i opuszczone. Mutantka pomyślała, że coś było nie tak. Wiedziała z telewizji, że szkoła jej byłego znajomego została ujawniona opinii publicznej i przyjmowała młodych mutantów z całego świata. Być może po Dniu M, nie było już nikogo kto potrzebowałby rad i pomocy Xaviera. być może X-Men także utracili swoje niezwykłe zdolności - rozmyślała rudowłosa akolitka. W pewnym momencie ponad jej głową urósł ogromny kształt - potężny robot bojowy, Sentinel pilotowany przez jednego z członków organizacji O.N.E. stanął naprzeciwko kobiety kierując na nią swą ogromną dłoń.

- Amelia Voght, podejrzana a przynależność do terrorystycznej organizacji Acolythes, podejrzana o współpracę z poszukiwanym Erikiem Lehnsherrem, Magneto. Zatrzymaj się i nie próbuj robić żadnego ruchu. Inaczej będziemy musieli użyć siły. - powiedział mężczyzna z wnętrza metalowego kolosa. Amelia była przerażona, w jej umyśle zaczęły pojawiać się najczarniejsze scenariusze. Rząd znalazł sposób aby pozbawić wszystkich mutantów ich mocy a następnie wysłał roboty, aby wyeliminować tych, którzy oparli się ich tajemniczej broni. Unuscione miała rację, Magneto miał rację przez cały czas - pomyślała. Zacisnęła pięści myśląc o ucieczce. W tej samej chwili przed szkołą pojawili się Cyclops, Emma Frost, Storm i kilku uczniów ze szkoły, którzy nie stracili swoich zdolności.

- Zaczekaj! Zajmiemy się nią! - krzyczał Summers. Sentinel odwrócił wielką głowę w kierunku przywódcy mutantów.

- To znana terrorystka! Musi zostać aresztowana! - powiedział żołnierz wewnątrz blaszanej maszyny.

- Jeśli tutaj przybyła, to znaczy że szuka azylu. Musimy ją przyjąć! Taka była umowa pomiędzy mną a Val Cooper. - odparł Scott.

- Chyba nie chcesz wojny ze wszystkimi X-Men? - spytała Emma patrząc surowo w kamery robota.

- Sami zajmiemy się jej przesłuchaniem i odprowadzeniem do obozu dla 198! - dodał Cyclops.

- Dobrze. Ale muszę zameldować o tym co się tu zdarzyło moim przełożonym. - oznajmił żołnierz ruszając swoją maszynę w kierunku oddalonych budynków akademików.

- Dziękuję wam. - powiedziała Amelia przyjmując postać w całości materialną. Wolnym krokiem podeszła do stojących przed szkołą członków X-Men.

- Czego od nas chcesz? - zapytała ją Ororo.

- Charles! Muszę jak najszybciej rozmawiać z Charlesem! - odparła Voght wciąż będąc przerażoną wszystkim tym co przeżyła przez ostatnie kilkanaście godzin.

- W jakim celu? - spytał Cyclops.

- Mutanci znikają. Ktoś porywa mutantów, którzy stracili swoje zdolności. Nie wiadomo w jakim celu, muszę jak najszybciej spotkać się Charlesem.

- Obawiam się, że to jest całkowicie niewykonalne. - szorstko oświadczyła Frost.

- Nie jestem waszym wrogiem. Nie teraz, gdy nasza sytuacja stała się tragiczna. Naprawdę potrzebuję pomocy.

- Charles odszedł ze szkoły już jakiś czas temu. Przebywał w Genoshy, gdzie pomagał mutantom ocalałym po masakrze Cassandry Novy. Ale po "Dniu M"... - Ororo zaczęła wypowiedź.

- Zniknął bez śladu. Nie mamy nawet pewności czy jeszcze żyje. - dokończył za nią Scott. Amelia zaniemówiła a w jej oczach pojawiły się łzy.

- My musimy ci wystarczyć. Możesz dokładnie opowiedzieć nam co się stało? Kto zniknął? Kto poluje na mutantów? - pytała Emma. Storm podeszła do stojących nieopodal młodych uczniów i poprosiła ich, aby wrócili do budynku szkoły. Uspokojona Amelia starała się przekazać wszystko to co wiedziała.

- Kilka dni temu skontaktowała się ze mną Unuscione. Była przerażona, gdyż dowiedziała się, że ktoś poluje na członków mojej grupy, wszystkich tych co utracili swoje zdolności po "Dniu M". Bała się o swoje życie, nie wiedziała jak się obronić nie posiadając swoich zdolności. Udało jej się także skontaktować z innymi mutantami - Spoorem i Scanner, którzy także utracili moce. Wszyscy czterej spotkaliśmy się w mieście, aby ustalić co robić dalej, czy się gdzieś ukryć czy może próbować walczyć z nieznanym przeciwnikiem. Niestety on był od nas szybszy, nie zobaczyłam nawet jego twarzy. Jego sługa, wyglądający jakby uciekł z jakiejś produkcji sado-maso powalił mnie bez najmniejszej trudności. Chwilę później całkowicie zniszczył kawiarnię w jakiej się spotkaliśmy zabijając wszystkich i zacierając po sobie ślady. Ja także bym umarła, gdyby nie moje ciało, które podświadomie zamieniło się we mgłę gdy byłam nieprzytomna. Następne co pamiętam to fakt, że odzyskałam przytomność w jakiejś ciemnej ulicy a gdy nabrałam sił przyszłam tutaj. Pomyślałam, że tylko Charles będzie mógł mi pomóc... ale być może on też... został porwany.

- Sytuacja rzeczywiście jest poważna. Musimy spotkać się w sali narad, chcę by przyszli tam liderzy wszystkich grup. Jak najszybciej. - Cyclops powiedział do towarzyszących mu kobiet.

- Ororo zajmij się nią. - dodał patrząc na Amelię.

- Czy mam też poinformować Val Cooper albo kogoś z O.N.E.? - zapytała Storm.

- Nie. - odparł chłodno Scott po czym wraz z Emmą skierował się do budynku.

Do sali konferencyjnej przyszli najważniejsi członkowie X-Men, wszyscy ci którzy dowodzili drużynami: Cyclops i Emma Frost, Storm, Alex Summers oraz Logan. Wkrótce pojawił się także Dr Henry McCoy i towarzysząca mu Amelia Voght.

- Scott, ona jest całkowicie zdrowa. Jej zdolności prawdopodobnie skutecznie ochroniły ją przed atakiem tamtej osoby oraz eksplozją.

- Dziękuję Henry. Jeśli już jesteśmy tu wszyscy to myślę, że możemy zaczynać. Emma telepatycznie przekazała wam wszystkie informację odnośnie nowego zagrożenia. Nie wiemy kim jest tajemniczy przeciwnik i dlaczego zaatakował właśnie wtedy, gdy nasze szeregi zostały zdziesiątkowane. Nie wiemy czy jest to przypadek czy zaplanowany akt agresji na tych homo superior, którzy nie są w stanie się już bronić. W tej chwili musimy podejrzewać każdego, dlatego nie chciałem aby Val Cooper uczestniczyła w naszej rozmowie.

Logan słysząc te słowa wstał ze krzesła.

- To nie powinna być nasza sprawa! Wszyscy porwani to terroryści, tak? Dostali to na co zasłużyli. My musieliśmy walczyć z tymi sukinsynami wiele razy a teraz ktoś zrobił to co my powinniśmy zrobić już dawno temu.

- Logan ma rację. - Alex przyłączył się do rozmowy.

- Być może rząd wyłapuje teraz wszystkich których ma na swojej liście. Jeśli wmieszamy się w ich operację możemy mieć kłopoty. Nie będziemy w stanie się obronić mając na swoim podwórku największe jak dotąd modele Sentineli.

- Wiedziałam, że powinnam zwrócić się bezpośrednio do Charlesa. - Amelia oznajmiła czując złość i niechęć do towarzyszących jej osób.

- Nie mamy kontaktu z Charlesem. Może spotkał go ten sam los co Acolythes? - Ororo zareagowała na wypowiedź Amelii.

- Od kilku dni próbujemy odnaleźć Charlesa. Przy pomocy Cerebry, telepatycznie... bez najmniejszego skutku. Porwania mutantów to w tej chwili jedyny trop jaki mamy. Warto podążyć w kierunku, który wskazuje. - Dr McCoy wyraził swoją opinię. Logan oparł się o stół patrząc prosto w oczy ukryte za wizjerem wykonanym z rubinowego kwarcu.

- Cyke, to twoja decyzja.

Cyclops prze dłuższą chwilę milczał przypatrując się najpierw Emmie, potem Storm oraz stojącej pod ścianom rudowłosej wyznawczyni filozofii Magneto.

- Zbadamy tą sprawę. Nie możemy pozwolić sobie na śmierć kolejnych mutantów. Nie teraz gdy jest nas tak mało, musimy bronić każdego członka naszej rasy bez względu na to po jakiej stronie barykady stał przed Dniem M.

- Popełniasz błąd Scott. - oznajmił Havok szykując się do wyjścia z sali.

- Emma przygotuj naszą drużynę. Wyruszamy jak tylko będziemy gotowi. Amelia Voght do nas dołączy.

- Dziękuję. - Ruda kobieta wyszeptała w kierunku lidera X-Men. W tym samym momencie do pokoju narad wbiegła Val Cooper. Wszyscy zgromadzeni spojrzeli w jej kierunku i domyślili się, że za chwilę usłyszą informacje niezbyt dla nich przyjemne.

- Scott. Odwołaj swój rozkaz. - powiedziała stanowczo kobieta.

- O co chodzi Val? Jesteśmy w trakcie narady... w jaki sposób ty... - Cyclops próbował porozumieć się z członkinią organizacji O.N.E.

- Rozkaz, który przyszedł do mnie przed paroma minutami: Żaden mutant nie może opuścić strefy dla 198. Użyjemy siły, jeśli ktokolwiek złamie ten zakaz.

- Val, nasza umowa była zupełnie inna. X-Men nie będą traktowani tak samo jak uchodźcy z obozu dla 198! - Lider mutantów był bardzo zdenerwowany.

- Nie żartuję Scott! Sytuacja jest naprawdę poważna. Nie rób sobie ze mnie wroga, bo nie jesteś w stanie wygrać. Nie po tym co stało się w mieście.

- Czy jest coś o czym nie wiemy? - zapytała Ororo.

- Tak. Powiem wam dlaczego musimy wykonać rozkaz izolacji wszystkich mutantów. Ale... - kobieta spojrzała w stronę rudowłosej mutantki. Jej wzrok zdradzał ogromną niechęć jaką czuła do byłej członkini organizacji terrorystycznej.

- Panna Voght zostanie przeniesiona do obozu dla 198. - powiedziała stanowczo a w tej samej chwili do sali weszło kilku uzbrojonych żołnierzy. Amelia zacisnęła pięści.

- Mogę nas wszystkich teleportować... - zaproponowała mutantom.

- Nie, Amelia, nie będziemy z nimi walczyć dopóki nie dowiemy się o co w tym wszystkim chodzi. Idź z nimi i nie próbuj robić niczego głupiego. Proszę cię. - Scott powiedział spokojnie.

- Dobrze. - odparła Voght pozwalając żołnierzom wyprowadzić się z pokoju konferencyjnego. Po opuszczeniu przez rudowłosą kobietę pomieszczenia Scott natychmiast znalazł się przy Val Cooper. Wymagał wyjaśnienia jej najścia i kolejnego zakazu nałożonego na grupę mutantów.

- Dobrze. A teraz musisz nam wszystko wytłumaczyć. I tym razem nie nabiorę się na bajeczkę, że wszystko to co robicie jest tylko po to aby nas chronić.

- Ponieważ tak było do tej pory. Ale tym razem nie jest to cała prawda.

- O co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi? - zapytała Frost.

- Wczoraj ktoś przeprowadził atak terrorystyczny na jeden z nowojorskich supermarketów. 51 osób nie żyje, 115 jest rannych, 29 do tej pory nie odnaleziono. Wszystko wskazuje na to, że atak nastąpił ze strony mutanta samobójcy a moi przełożeni założyli, że może chodzić o zemstę za Dzień M. Nie jest tajemnicą to, że wiele organizacji zrzeszających mutantów i byłych mutantów winą za Decymację obarcza rząd amerykański. Dostałam rozkaz podjąć odpowiednie środki zapobiegawcze...

- Ale podejrzenia nie dotyczą X-Men, prawda? XSE działająca w naszym Instytucie jest oficjalną policją zajmującą się sprawami mutantów na terenie USA, mój Astonishing Team został zaakceptowany przez S.H.I.E.L.D.

- Scott, nie utrudniaj mi zadania. Zrób to o co cię proszę. - W pomieszczeniu zapanowało niezręczne milczenie. Żadna z obecnych w nim osób nie była zadowolona z rozwoju sytuacji. Przytłaczającą metaliczną ciszę wypełnioną monotonnym odgłosem komputerowych wentylatorów przerwało skrzypnięcie drzwi wejściowych, Kitty Pryde zjawiła się wewnątrz sali.

- Logan, przed chwilą przyszła wiadomość od Alpha Flight. Proszą nas o natychmiastową pomoc, kilku ich członków zostało porwanych.

- Kto? - spytał Wolverine czując niepokój o życie dawnych towarzyszy.

- Radius, Murmur, Flex i paru innych. Wszyscy, którzy stracili zdolności w czasie Dnia M.

- To akcja na skalę całej Ameryki. - powiedział zdziwiony Beast.

- Jaka akcja? - Val chciała dowiedzieć się czegoś więcej.

- Powód dla którego Amelia Voght szukała schronienia w naszej szkole. - oznajmiła Storm.

- Mutanci należący do jej dawnej grupy także zaczęli znikać. W porwania zamieszany jest ktoś na tyle potężny, aby pokonać Voght jedną myślą. Przypuszczamy, że także Charles mógł stać się jego ofiarą. Nie mamy z nim żadnego kontaktu.

- O.N.E. także nie natrafiło na jego ślad.

- A jeśli zamach w supermarkecie ma z tym coś wspólnego. - do rozmowy włączył się Henry.

- Musimy zaufać sobie wzajemnie i działać razem jak partnerzy. Tylko tak będziemy mogli zapobiec dalszym tragediom zarówno po stronie mutantów jak i ludzi. - Scott po raz kolejny próbował porozumieć się z rządową agentką. Kobieta odwróciła się szykując się do wyjścia.

- Dobrze, skontaktuję się z moimi przełożonymi i postaram się wyjaśnić im całą sytuację. A wy nie próbujcie robić niczego głupiego, gdyż nie będę w stanie wam wtedy pomóc. - blondynka opuściła pokój zamykając za sobą drzwi.

- Co robimy Scott? - spytał Henry.

- Chyba nie damy im się zastraszyć? - dodała Katherine.

- Nie możemy z nimi walczyć. W szkole jest zbyt dużo nieletnich a wśród nich wielu nie posiadających żadnych zdolności od czasów decymacji. Nasza sytuacja bardzo się skomplikowała, ale musimy zaplanować każdy kolejny krok. Jutro, bez względu na to czy otrzymamy pozwolenie czy też nie, musimy wydostać się ze szkoły i zbadać wszystkie trzy sprawy. Ororo, twoje XSE zajmie się sprawą supermarketu.

- Oczywiście Scott. - powiedziała murzynka.

- Alex i Logan oraz reszta ich grupy polecą do Kanady pomóc Alpha Flight.

- Ok. - odparł Havok.

- Moja drużyna będzie szukać profesora. Musimy zacząć od Genoshy a to oznacza konfrontację z Magneto. Amelia musi nam towarzyszyć.

- Scott, wszystkie trzy drużyny poza instytutem w tym samym czasie? Nie wydaje ci się to zbyt niebezpieczne. Co będzie jeśli 198 się zbuntują i zagrożą agentow O.N.E. ? Albo uczniom ze szkoły. - spytał Beast. Scott zamyślił się odwracając do dużego monitora na którym widniała mapa całego świata.

- Musimy zwerbować do naszych drużyn najbardziej agresywnych i najpotężniejszych ze 198. Trzymając ich blisko siebie będziemy mogli mieć nad nimi większą kontrolę.

- Misje razem z tymi psycholami? Ryzykujesz Scott... - oznajmił Logan.

- To lepsze niż ci psychole wszyscy razem w jednym miejscu i w dodatku z łatwym dostępem do najnowszej technologii wojskowej. - odpowiedział do niego Cyclops.

- Spotykamy się wieczorem. - dodał patrząc na wszystkich. Kiedy mutanci wyszli z pomieszczenia, Summers pozostał sam na sam z Emmą Frost.

- Emma, nie wyjawiłem im całości mojego planu. Chcę w tej chwili naradzić się z tobą telepatycznie.

- Oczywiście. - Emma zgodziła się przytulając się do swego kochanka.

Nad tajemniczym wzgórzem na którym zbudowane było skupisko drewnianych domów do których została uprowadzona Carmella Unuscione a także jak się później okazało Jared Corbo z Alpha Flight, królowała ciemna noc. Wszystkie budynki były zaciemnione za wyjątkiem jednego w którym dwójka byłych mutantów znalazła schronienie. Wnętrze chaty rozświetlone było przez małą lampkę w której tańczył niebieskawy płomień a okno zakryte było ciemnymi zasłonami. Brązowowłosa kobieta leżała w łóżku z zamkniętymi oczami, prawdopodobnie spała, a jej nowo poznany towarzysz siedział obok patrząc na cień własnej sylwetki rzucany przez światło lampy. Carmella odzyskała przytomność. Ogarnęło ją zdziwienie, gdy zauważyła że pokój w którym się znajdowała był pogrążony w mroku. Jak długo spała? Dlaczego był przy niej jakiś mężczyzna? Te i inne pytania napływały do jej umysłu. W tym samym momencie przypomniała sobie o spotkaniu z Voght i porwaniu jej znajomych. Usiadła na łóżku.

- Jesteś... Radius? Tak? - powiedziała patrząc na mężczyznę.

- Tak... - odparł były mutant. Carmella wstała na równe nogi i natychmiast skierowała się do wyjścia.

- Gdzie się wybierasz? - zapytał Jared.

- Jak to gdzie? Znaleźć wyjście z tego miejsca!

- To bez sensu!

- Nie mam zamiaru siedzieć bezczynnie tak jak ty! Muszę się stąd wydostać, albo przynajmniej znaleźć resztę mojej grupy!

Radius wstał ze stołka, podszedł do dziewczyny i dotknął jej ramienia.

- Kiedy byłaś nieprzytomna... zbadałem całą okolicę. Cały teren nie ma więcej niż kilometr kwadratowy. Łąka, kilka drewnianych domów i to wszystko. Próbowałem iść w każdym kierunku i wszędzie to samo: z jednej strony piętrząca się skalna ściana, gładka, bez szans na wspinaczkę, z drugiej strony skarpa a poza nią przepaść głęboka na parę kilometrów. Nie ma szans na ucieczkę z tego miejsca.

Unuscione wyrwała się z uścisku mężczyzny. Zaklęła coś pod nosem, później próbowała wybiec z chaty nie zważając na słowa Jareda, ale uzmysłowiła sobie, że nie miałoby to najmniejszego sensu. Pełna goryczy uderzyła pięścią w ścianę.

- Co tu się, kurwa, dzieje! - krzyczała.

- Uspokój się. Nie możemy teraz wpadać w panikę. Poza nami nie ma tutaj nikogo, ale na łące stoją jeszcze cztery puste domy. Może to oznaczać tylko to, że wkrótce dołączą do nas nowi sąsiedzi. Mamy więc szansę zobaczyć w jaki sposób nas tutaj sprowadzili a dzięki temu będziemy mogli wymyślić sposób ucieczki.

- Uciec... tak... prosto w ręce agentów rządowych, którym nie wystarczyło odebranie nam naszych zdolności. - odparła Unuscione będąc już uspokojoną.

- Ja byłem agentem rządowym, ale nic mi nie wiadomo o tym, aby ktoś planował Dzień M. - Jared powiedział uśmiechając się.

- Ale byłem agentem innego rządu, więc mogę o niczym nie wiedzieć. - dodał.

- Tak? Jakiego? - spytała Carmella siadając na łóżku.

- Kanady. Należałem do Alpha Flight... A ty kim byłaś przed Decymacją?

- Byłam z Magneto.

- Byłaś terrorystką? W takim razie powinienem cię aresztować! - Radius oznajmił żartując i po raz kolejny przypominając sobie, że znalazł się w miejscu z którego nie ma szans na ucieczkę.

- Spróbuj. Mam ochotę komuś porządnie przyłożyć.

- Wygrałbym z tobą. Ale co potem? Miałbym cię zamknąć w jednym z tych domów? - powiedział z uśmiechem, ale bardzo szybko spoważniał.

- Nie ma to żadnego znaczenia. Musimy ze sobą współpracować, aby przeżyć i znów wrócić na Ziemię.

- Wrócić na Ziemię? - dziewczyna była bardzo zdziwiona ostatnią wypowiedzią byłego członka Alpha Flight.

- Mówiłem ci przed chwilą, że z tego miejsca nie ma ucieczki... a zresztą... sama sobie zobacz.

Brązowowłosa mutantka podeszła do drzwi, uchyliła je lekko i wolnym krokiem wyszła przed chatę. Spojrzała ponad siebie i zaniemówiła z przerażenia. Ponad jej głową rozpościerało się nocne niebo pełne migoczących gwiazd na którym królowały dwa srebrne księżyce.

Tymczasem wiele tysięcy lat świetlnych dalej, w Instytucie Xaviera większość aktywnych członków X-Men zostało wezwanych do pokoju konferencyjnego. Dzień powoli się kończył a korytarze szkoły zostały osnute wieczornym półmrokiem. Bobby Drake, Iceman, szedł spokojnie w kierunku dużych drzwi wiedząc że był spóźniony na spotkanie. W pewnym momencie zatrzymał się zauważając osobę stojącą przed lustrem wiszącym na jednej ze ścian. Postać pogrążona w cieniu zdawała się przyglądać własnemu odbiciu jakby będąc w transie. Iceman podszedł bliżej i rozpoznał w kobiecej sylwetce Lornę Dane, Polaris która należała to tej samej drużyny co lodowy mutant.

- Lorna, co ty tu robisz? - zapytał niepewnie. Nie usłyszał odpowiedzi.

- Musimy się spieszyć, Scott mówił, że sytuacja jest bardzo poważna. Tak jakby musiał to powtarzać za każdym razem, szczególnie po "Dniu M".

- Bobby? - Lorna zareagowała jakby ktoś obudził ją ze snu w środku nocy.

- Coś się stało? Źle się czujesz? - zapytał mutant.

- Nie! przepraszam... Myślami byłam daleko stąd... nie zauważyłam cię. - odpowiedziała zielonowłosa kobieta starając się unikać kontaktu wzrokowego ze swoim kolegą.

- W takim razie lepiej się pośpieszmy!

Lorna opuściła głowę i w milczeniu podążyła za Icemanem. W pokoju narad zgromadzili się mutanci ze wszystkich trzech drużyn X-Men. Cyclops i jego Astonishing Team czyli Emma Frost, Beast, Colossus oraz Shadowcat, X.S.E. pod dowództwem Storm w składzie: Nightcrawler, Rachel Gray, Psylocke, Bishop oraz Sage a także towarzysze Icemana i Lorny - Gambit, Rogue i dowodzący nimi Havok. W sali znajdowali się także Canonball reprezentujący nauczycieli i uczniów z instytutu, Wolverine należący do wszystkich trzech grup na raz oraz Amelia Voght. Scott widząc swojego przyjaciela wchodzącego przez drzwi szybko kazał mu zająć miejsce siedzące.

- Sage, możesz zacząć działać. - powiedział do czarnowłosej kobiety trzymającej laptopa.

- Oczywiście. - odparła Tessa wystukując coś na klawiaturze.

- Sage, rozpracowała system komputerowy O.N.E. i może bez problemu modyfikować dane rejestrowane przez ich kamery i podsłuchy. W tej chwili przekazuje do ich centrum dowodzenia obraz naszego spotkania z fałszywą ścieżką dźwiękową. Musimy zmylić ich i przekonać, że moim rozkazem dla was wszystkich jest zostanie wewnątrz murów instytutu za wszelką cenę. Naprawdę spotkaliśmy się tutaj w zupełnie innym celu. Jak pewnie już wszyscy wiecie, po Dniu M pojawiło się wiele nowych zagrożeń dla mutantów , zarówno tych co nadal mają swoje zdolności jak i dla tych którzy je utracili. Ktoś porywa ofiary decymacji, mamy pewność że to dzieje się na skalę światową. W Kanadzie ofiarami porywaczy stali się członkowie Alpha Flight, a Amelia Voght poprosiła nas o pomoc w odnalezieniu jej znajomych.

- Którzy byli znanymi terrorystami. - wtrąciła Kitty Pryde.

- To nie ma znaczenia. Po "Dniu M", nie możemy dzielić się na dobrych i złych mutantów. Jest nas zbyt mało, dlatego otwarliśmy progi instytutu dla członków Marauders, Gene Nation i innych z którymi dawniej walczylibyśmy na śmierć i życie. Musimy stawić czoła nowemu zagrożeniu razem i pozostać razem, teraz gdy ludzki rząd obrócił się przeciwko nam.

- Słyszę Magneto. - Logan cicho podzielił się swymi spostrzeżeniami z Gambitem.

- Zostaniecie podzieleni na trzy zespoły: Logan i grupa Havoka polecą do Kanady, aby pomóc Alpha Flight odnaleźć porywaczy, Storm i jej drużyna zajmą się sprawą ataku na supermarket, nie możemy pozostawić tego ludzkiej policji. Moja grupa rozpocznie poszukiwania Charlesa. Genosha będzie miejscem w którym rozpoczniemy poszukiwania.

- Nie podoba mi się to, Scott. Oszukiwanie ludzi w taki sposób pomimo zapewnień, że chcemy z nimi współpracować. - Nightcrawler odezwał się wstając ze swojego miejsca.

- Niestety nie ma innej możliwości. Oni wyraźnie przekonali nas jakie jest ich stanowisko. Nie możemy siedzieć na miejscu i czekać aż ludzie w taki czy inny sposób załatwią nasze problemy.

- Scott, nie wątpię w skuteczność zdolności Sage w kamuflowaniu prawdziwej intencji tego spotkania czy nawet naszego wylotu trzema blackbirdami, ale w jaki sposób wytłumaczysz naszą fizyczną nieobecność w instytucie? - zapytał Dr McCoy.

- Nie wytłumaczę. Na pewno będziemy ścigani, ale nie możemy pozwolić sobie na słuchanie rozkazów i bezczynność. Po naszym zniknięciu mieszkańcy Instytutu zostaną aresztowani i tutaj pojawia się twoja rola w naszym planie, Sam. Musisz być silny i nie pozwolić, aby któremuś z naszych młodych podopiecznych stała się krzywda.

- Oczywiście, Scott. Jestem pewny, że poradzę sobie z ludźmi Val i uczniami, ale pozostaje problem 198. Co będzie jeśli któryś z nich wymknie się spod kontroli? Nie odważyli się zrobić kroku przeciwko nam w miejscu, gdzie można na każdym kroku natknąć się na X-Mana, ale jeśli was zabraknie...

- Pomyślałem o tym Sam. Znalazłem jedyne rozsądne wyjście z sytuacji. Werbuję najbardziej niebezpiecznych z nich do X-Men. Będą nam towarzyszyli w misjach, zgodnie z zasadą trzymaj swoich przyjaciół blisko ale wrogów jeszcze bliżej.

W sali pojawił się szmer i głosy niezadowolenia. Emma bardzo szybko uciszyła wszystkie wątpliwości i skargi telepatyczną komendą: "Cicho! Scott jeszcze nie skończył!"

- Dziękuję Emma. - odparł Cyclops i kontynuował.

- Mammomax i Arclight polecą z Havokiem do Kanady, Scalphunter i Sack zostaną dołączeni do drużyny Storm a my zabierzemy ze sobą Fever Pitcha. To najniebezpieczniejsi członkowie 198 - pozostali nie są już tak dużym zagrożeniem dla uczniów i wojskowych z O.N.E.

- Nie jest to dobry ruch, Scott... wszyscy pamiętamy co się stało gdy Sabretooth został dołączony do drużyny. - oznajmił Logan. Psylocke popatrzyła na niego ze złością.

- Pamiętamy. - powiedziała zaciskając pięści.

- Sytuacja jest dramatyczna. Nie mamy czasu, aby rozważać ewentualne konsekwencje tej decyzji.

- Kopiesz sobie grób Scott. - Logan zakończył swój udział w konwersacji po czym skierował się do wyjścia. Zaraz po nim pozostali członkowie X-Men także wstali ze stołków.

- Naszą operację zaczynamy o świcie. Pamiętajcie żeby pojawić się punktualnie. Jeśli ktoś się spóźni, pozostanie w instytucie. - Scott zakończył zebranie. Wkrótce sala wyludniła się. Scott i Emma oraz Sage siedząca przy stoliku pozostali wewnątrz. Mieli do przedyskutowania najważniejszą część ich planu.

- Jesteś w tej chwili najważniejszy, od twojej roli zależy to czy nam się uda. - Dowódca X-Men powiedział kierując swój wzrok w stronę mutanta o zielonej skórze i dużych czarnych oczach. Mutant przez cały czas przebywał w pomieszczeniu, ale był chroniony telepatycznie przez umysł Emmy Frost, dlatego nikt inny nie mógł go zobaczyć. Był spięty, niepewny odpowiedzi, w jego umyśle cały czas trwało poczucie zdrady jakiej się dopuścił wobec swoich przyjaciół z jednostki O.N.E.

- Nie zawiodę was i tych którzy was potrzebują. - Meld oznajmił cichym głosem wstając z krzesła. Scott podszedł do niego widząc niepewność w oczach nowego sojusznika.

- To co zrobiłeś jest słuszne. Pamiętaj o tym, gdy wszystko się skończy będziesz miał miejsce w szeregach X-Men. - poinformował go patrząc na jego twarz przez czerwone okulary.

- Ja... zrobię to o co mnie prosisz. - odparł Meld wskazując swoim zachowaniem chęć jak najszybszego zakończenia niezręcznej dla niego rozmowy.

- Dobrze. Emma w nocy poinformuje cię o szczegółach twojego zadania.

Sage wystukała coś na klawiaturze swojego komputera i chłodno poinformowała Cyclopsa, że przekaz z kamer i mikrofonów jest już odkodowany i nie można już ani jednym słowem wspominać o tym co przed kilkoma minutami wszyscy usłyszeli z jego ust. Kiedy Tessa i zielonoskóry mutant wyszli na korytarz, Emma i Cyclops zostali sami.

- Scott, idę zwerbować grupę ze 198. - Summers usłyszał telepatyczny głos w swoich myślach.

- Jesteś pewna, że nie potrzebujesz pomocy?

- Nie Scott, wiem doskonale jak rozmawiać z tego typu ludźmi. Sama byłam kiedyś jedną z nich. Nie zapominaj o tym. - Lider X-Men postanowił pozostawić swoją kochankę samą, aby mogła skupić się na wykonywanym zadaniu. Emma wygodnie usiadła w fotelu i zamknęła oczy. Jej umysł rozpoczął poszukiwania kilku osób dla których skierowana była jej telepatyczna wiadomość. Przemierzała świadomości członków X-Men spacerujących po korytarzu, śpiących uczniów szkoły a także żołnierzy Val Cooper patrolujących okolice szkoły. Bardzo szybko znalazła obóz 198 a w nim adresatów psychicznego przesłania. W głowach Johna Graycrowa, Philippy Sontag, Anthony'ego Smitha, Fever Pitcha oraz Maximusa Jensena pojawiła się sylwetka Emmy.

- Posłuchajcie uważnie co mam do powiedzenia. Nie jesteście w stanie uciec ani w żaden sposób uniknąć mojego przekazu bo wyłączyłam funkcje motoryczne waszych ciał. W związku z sytuacją w jakiej znaleźli się mutanci w ciągu ostatnich dni musicie zostać wcieleni w szeregi X-Men. Wiem o tym, że wy dbacie tylko o siebie i nie przyjmiecie tej wiadomości z radością, ale najpierw posłuchajcie co mam wam do zaoferowania. Wiem doskonale o waszej niechęci do tych, którzy trzymają was w obozie wbrew waszej woli. Jeśli pomożecie X-Men, my pomożemy wam się stąd wydostać. Jako gest dobrej woli z naszej strony, dr McCoy zobowiązał się usunuąć nadajniki jakie zostały wszczepione w wasze ciała zastępując je fałszywkami emitującymi sygnał informujący, że znajdujecie się gdzieś zupełnie indziej. Ja natomiast zostawię wam w głowach prezent dzięki któremu nie zdradzicie X-Men. Jeśli nam uciekniecie podczas misji, przekonacie się boleśnie jakiego rodzaju to podarek. Jesteście ze mną czy pozostajecie w obozie?

Wszyscy zgodzili się bez najmniejszego zastanowienia. Możliwość wydostania się z obozu i pozbycia się nadajników czyniących ich więźniami, sprawiła że mutanci byli skłonni na współpracę z dawnym wrogiem.

- Dobrze. Pamiętajcie, że nie wolno wam mówić o naszym spotkaniu i planie działania ze sobą nawzajem oraz z innymi członkami z waszego obozu. Od tej pory możecie komunikować się tylko ze mną telepatycznie. - Emma zakończyła swój przekaz. W tym samym momencie wszyscy powiadomieni mutanci wrócili do wykonywanych przed chwilą zajęć a ich umysły wypełniła myśl o odzyskaniu wolności.

Jasnowłosa kobieta siedziała na drewnianym krześle rozglądając się dookoła, patrząc na meble, leżące na nich segregatory i książki, cienie rzucane przez lampę stojącą na stoliku. Zatrzymała wzrok na doniczce z miniaturową palmą a chwilę później wróciła do rozmowy.

- Moja córka ma na imię Carrie. Była mutantem, ale nie kimś o potężnej mocy jak lasery w oczach czy wytwarzanie pola elektromagnetycznego. Była empatką, potrafiła wyczuwać emocje innych i przekazywać swoje. - kobieta zatrzymała się jakby szukając w głowie kolejnych snów.

- Poza tym raz na jakiś czas zrzucała skórę... jak wąż... - dodała.

- Cztery dni temu wyszła z domu i nie wróciła. Nie wiem co mogło się stać, ale po Dniu M i chaosie jaki pojawił się w Mutant Town... spodziewam się najgorszego... - kobieta nie kryła smutku i niepokoju o życie córki.

- Odnajdziemy pani córkę. Może pani liczyć na X-Factor. - odparł Jamie Madrox wstając z fotela.