Castiel wyszedł z baru i szczelniej opatulił się kurtką. Pokiwał jeszcze Charlie, swojej najlepszej przyjaciółce i poszedł na przystanek. Do autobusu zostało mu kilkanaście minut, więc usiadł na ławeczce i przygarbił się trochę, próbując jakoś ochronić się przed zimnym wiatrem. Była sobota, dzień jego i Charlie. Niemal w każdy weekend spotykali się w Emeny, pubie, gdzie grali przyjemną muzykę, a wokół nie kręcili się pijani i śmierdzący ludzie. Mieli tam pyszne jedzenie, na które zawsze dostawali rabat, bo Balthazar, właściciel, zdążył ich już poznać i przyzwyczaić się do obecności dwójki nastolatków każdej soboty.
Niedawno Charlie namówiła go, żeby wśliznąć się do prawdziwego klubu, jak już dawno zrobili wszyscy koledzy z ich rocznika. Oboje zgodzili się, że to była najgorsza decyzja w ich życiu. Spodziewali się poznać dużo nowych ludzi, śmiechu, zabawy i tańca. Niestety już na samym początku doczepiło się do nich kilku starszych facetów, od których śmierdziało alkoholem na kilometr, i nie chcieli dać im spokoju. Po kilkunastu minutach nie wystarczyło im samo rozmawianie i namawianie, by wyszli z nimi na dwór. Ostentacyjnie zaczęli ich macać, i co bardzo zdziwiło Castiela, wcale nie przeszkadzało im, że był chłopakiem. Ochrony nigdzie nie było widać. Oboje spanikowali i w końcu zgubili ich w tłumie tańczących, którzy co chwilę na nich wpadali i Castiel z Charlie musieli trzymać się mocno za ręce, żeby ich nie rozdzielili. Wybiegli wystraszeni przed klub i wpadli do najbliższej taksówki, przez całą drogę powrotną nie odzywając się do siebie ani słowem.
Castielowi wciąż było wstyd, że nie dał rady obronić swojej najlepszej przyjaciółki. Nie był jak każdy typowy siedemnastolatek w Chicago. Nie miał czasu chodzić na siłownię, przez co zamiast kaloryfera miał chudą i kościstą klatkę piersiową. Ramiona chude jak dziewczyna, które można było złamać jednym silnym ciosem. Nigdy jednak mu to nie przeszkadzało, aż do tamtego wieczoru. Wtedy zorientował się, że przez brak siły i chude ciało nie był w stanie pomóc Charlie. Miał ochotę zniszczyć tamtych facetów, rozbić im głowy o marmurowy blat baru, pokaleczyć kostki u rąk na ich ohydnych gębach i napluć w twarz. Ale nie dałby rady.
Przygnębiony i zatopiony w swoich myślach dojechał na swój przystanek. Przemarznięty skierował się w stronę bloku. Nagle wpadł na kogoś i odbił się od silnego ciała. Nie zdołał utrzymać równowagi na lodzie i runął jak długi w tył, boleśnie uderzając głową o ziemię.
– Przepraszam! – Uniósł głowę i pierwsze, co zobaczył, to oczy. Szmaragdowe, okolone gęstymi, czarnymi rzęsami i błyszczące ciepło, jakby w środku ktoś schował w nich ogień. Kto by powiedział, pomyślał Castiel, że szmaragdowe liście mogą płonąć tak pięknie. – Wszystko w porządku? Jezu, powiedz, że żyjesz.
Mężczyzna chwycił go mocno za ramiona i podniósł w górę, by chłopak usiadł. Castielowi zakręciło się w głowę i gdyby sąsiad nie przytrzymał go mocno, poleciałby do tyłu drugi raz.
– Chodź, trzeba coś z tobą zrobić. Dasz radę iść? – Nie czekając na odpowiedź, zarzucił rękę chłopaka na swoją szyję i dgrnął zaskoczony, gdy lodowata dłoń musnęła jego kark. Młody naprawdę długo musiał siedzieć na zewnątrz. Blondyn oplótł nastolatka ramieniem w pasie i skierował się do klatki schodowej, z której dopiero co wyszedł.
– Nic mi nie jest – wykrztusił z siebie Castiel, nadal mając mroczki przed oczami. Czaszka łupała go z tyłu i nie był w stanie myśleć o niczym innym, niż to, za co bóg go tak okrutnie karze.
– Ale masz refleks. Jestem Dean Winchester i od niedawna jestem twoim sąsiadem, ale to już pewnie wiesz, co? – Wspinali się powoli po schodach na drugie piętro. – Cholerny blok bez cholernej windy – mruknął pod nosem, pokonując ostatnich kilka stopni.
Nie puszczając chłopaka otworzył drzwi i pchnął je mocno ramieniem. W środku panowały egipskie ciemności. Castiel musiał skupić się na tym, jak kieruje go sąsiad, bo nie mógł dostrzec nawet zarysów mebli. Dean posadził go na kanapie lub fotelu i na chwilę zniknął. Gdy pokój zalało światło, Castiel zmrużył oczy i jęknął cicho.
– Mocno cię boli...
– Castiel. Castiel Novak. Trochę, ale będę żył – powiedział i oparł się o tył, teraz już wiedział, czerwonej kanapy. – Przynajmniej mam taką nadzieję – dodał po chwili.
– Pokaż. Zobaczę, czy dużego nabiłem ci guza. – Nachylił się nad chłopakiem i delikatnie pochylił mu głowę do przodu. Wsunął dłoń w kruczoczarne włosy i zaczął badać opuszkami palców, czy nie ma nigdzie rany lub krwi. Castiel zaczerwienił się. Miał nadzieję, że Dean nie odróżni rumieńca od zaróżowionej od zimna skóry. – Masz rację, będziesz żył. Czaszka na zewnątrz jest cała. Ale może przyniosę Ci jakiś lód? – Nawet nie zaczekał na odpowiedź.
Dean wyszedł ze salonu. Brudnego salonu. Zasłanego butelkami po piwie, pudełkami po pizzy i toreb z maca salonu. Castiel z obrzydzeniem zmarszczył nos. Jak można było żyć w takim syfie? Jemu też zdarzało się nie posprzątać czy nie wynieść śmieci przez kilka dni, ale przecież za chwilę zalęgną się tu karaluchy.
Po chwili wrócił Dean z paczką groszku w dłoni. Spojrzał przepraszająco na Castiela i podał mu zimną torebkę. Chłopak przyłożył sobie ją do głowy i po chwili poczuł niewymowną ulgę.
– Wiesz, powinieneś mnie przeprosić – mruknął Castiel. Okropny ból głowy dodał mu trochę odwagi, albo po prostu nawet nie myślał, co mówi. Dean usiadł na niskim stoliku naprzeciwko niego i wyciągnął długie nogi przed siebie.
– Przecież przeprosiłem – burknął Dean. – To nie był zamach na twoje życie albo...
– Za imprezy – przerwał mu Castiel, wstając i wciskając zaskoczonemu Deanowi groszek w dłoń. – Za hałas od dwóch tygodni, nieprzespane noce przez moją siostrę i za to, że w ogóle przyszedł mi do głowy pomysł przebrania się za czerwonego kapturka.
Castiel spojrzał mu w oczy i zaparło mu dech. Nie, jednak nie pomyślał, że Dean ma piękne oczy przez to, że uderzył się w głowę. Przełknął ślinę i cofnął się o krok, nie za bardzo wiedząc, co ma ze sobą zrobić.
– Za co? – Dean wybuchnął głośnym śmiechem i niedowierzająco spojrzał w błękitne oczy Castiela. – Cas, chyba żartujesz, przebrałeś się za postać z bajki?
– Jak mnie nazwałeś? – Castiel uśmiechnął się delikatnie i pytająco spojrzał na Deana. Przez chwilę mężczyzna lustrował go wzrokiem i uniósł kącik ust.
– Caass – przeciągnął zdrobnienie. Castiel pochylił głowę, zakłopotany. – Nie podoba ci się?
– W porz... – Castiel chciał odpowiedzieć, ale zdał sobie sprawę, że najpierw musi odchrząknąć. – W porządku, bardzo fajnie.
Zrobił kilka krokow w tył i na ślepo wymacał klamkę od drzwi. Wyszedł od sąsiada, nie mogąc przestać się uśmiechać i zapominając o przeprosinach, których nie dostał.
Notes:
A więc ruszyłam z kolejnym rozdziałem. Miałam w planach dodawać co niedzielę, ale niestety miałam komunię i nie dałam rady :/ Następny rozdział powinien być już na czas i postaram się, żeby był dłuższy.
Miłego czytania!
