Rozdział 2

Magia bajek

10 czerwca 1988

Był gorący, bezchmurny dzień. Ulica Privet Drive jak zwykle o tej porze roku była pusta. Jej mieszkańcy jak zwykle takie dni woleli spędzać w swoich klimatyzowanych, rażących pedantyzmem domach, odpoczywając i popijając chłodne napoje. Jedynie chudy, rozczochrany chłopczyk z dziwną blizną na czole o kształcie błyskawicy i z rozbitym nosem, siedział na drzewie w pobliskim parku, chroniąc się tym przed swoim kuzynem.

- Złaź z tamtąd Śmotter!- Dudley i jego przyjaciele stali pod drzewem krzycząc, obrażając i machając kijkami, którymi starali się go strącić na dół.

Był głodny i spragniony. Nie miał w ustach nic od czterech dni. Nie wini o to swojej rodziny. Przecież był tylko dziwacznym bachorem, którego nikt więcej nie chciał, a oni starają się by był normalny. Nawet nie ma rodziców. A przecież Dudley nie musiał go bić prawda? Gdyby miał swoich rodziców obronili by go przed nim. Ale pewnie wstydziliby się takiego syna prawda?

A może...

A może by go kochali?

A może jego mamusia by go pocieszała jak ciocia pociesza swoje dziecko?

A może jego tatuś by go bronił jak wujek broni Dudley'a?

Czy zasłużyłby na miłość swoich rodziców?

Pewnie nie. Przecież jest nikim. Małym dziwkiem, któremu włosy zmieniają kolor, a przedmioty przylatują gdy ich potrzebuje. Pewni jego rodzice wyrzuciliby go na ulicę gdyby wiedzieli jakim jest dziwadłem. Chociaż czasmi miał sen. Piękny, a zarazem smutny.

Znajduje się w białym pokoju. Siedzi w kremowym, dziecięcym łóżeczku, w którym jest pełno zabawek. Pluszowy miś podbiega i próbuję wdrapać się do Harry'ego. Pod sufitem latają małe, kolorowe samolociki. W kącie pokoju głośno ziewa pluszowy lew, a dwa zabawkowe pieski biegają po całym pokoju, szczekając radośnie. Nagle w pokoju latające świeczki przygasają, zostawiając pokój w półmroku i rzucają na wszystko długie cienie. Słychać męski, przerażony głos.

- Uciekaj! On tu jest! Lily bierz Harry'ego i uciekaj! Ja go zatrzymam! - Głos zastępują dziwne odgłosy eksplozji, tłukących się naczyń i co jakiś czas słychać wykrzykiwane, dziwne słowa. Do pokoju wbiega zdenerwowana, rudowłosa kobieta. Widać było, że jest przerażona, ale kiedy pochyla się do Harry'ego na jej twarz wpełza smutny uśmiech, a w jej pięknych zielonych oczach można było ujrzeć miłość i troskę.

- Mama tutaj jest - szeptała i głaskała go po policzku.

Piękną chwilę przerywa trzask wyrwanych drzwi, przez które wchodzi dziwny człowiek o białej skórze i czerwonych oczach. Jego twarz przypomina węża.

Celuje dziwnym patykiem, na którego końcu błyszczy zielone światło w Harry'ego. Kobieta przerażona, ale i zdeterminowana zasłania dziecko swoim ciałem

-Nie Harry, błagam, tylko nie Harry!

-Odsuń się, głupia… odsuń się, i to już…

-Nie Harry, błagam, weź mnie, zabij mnie zamiast niego…

-To ostatnie ostrzeżenie…

-Nie Harry! Błagam… zlituj się… zlituj… Nie Harry! Nie Harry! Błagam… zrobię wszystko…

-Odsuń się… odsuń się, głupia dziewczyno…

-Avada Kedavra!- wrzasnął stwór. Kobieta padła na podłogę. Jej twarz zastygła w pustym wyrazie niczym maska, a oczy nie wyrażały niczego. Puste i martwe.

Istota podeszła do Harry'ego.

- I ciebie mają śmiałość porównywać ze mną? - wysyczał cicho i ponownie wycelował w Harry'ego patykiem - Avada Kedavra!

Po raz drugi Harry ujrzał ten dziwny, złowrogi blask. Lecz gdy światło przestało go oślepiać, poczuł w głowie paraliżujący ból, a istota, która nazwała się Lordem Voldemortem zniknęła w kłebach czarnego dymu.

Wtedy przychodził inny mężczyzna. Mężczyzna o czarnych włosach do ramion. Jego wzrok pada na kobietę, leżącą na ziemi. Czarne zimne oczy zapełniają się smutkiem, żalem, tęsknotą, miłością a twarz wykrzywia mu się z bólu. Pada na kolana obok kobiety, a jego ramiona drżą od powstrzymywanego płaczu.

Przytula ciało kobiety do swojej piersi i szepcze.

- Lily tylko nie ty... nie ty... Lily kocham cię, powiedz, że to koszmar... Lily... Lily - powtarza niczym niekończącą się pieśń rozerwanej bólem duszy, i serca pełnego niewyobrażalnej tęsknoty.

Wtedy Harry się budzi. Czy ta rudowłosa kobieta mogła być jego mamą? Czy jednak nie zginęła w wypadku razem z jej ojcem? Kim był ten potwór? I czy czarnowłosy mężczyzna mógł być jego tatą?

Harry został brutalnie wyrwany z rosmyślań. Poczuł nagłe uderzenie w brzuch, gdy Dudley rzucił w niego kamieniem, i z zaskoczenia spadł z drzewa.

- Zostawcie mnie! - krzyczy chłopiec i próbował uciec, ale było już za późno. Poczuł kopniecię w klatkę piersiową i usłyszał trzask pękających żeber. Zwinął się kłębek by osłonić obolałe miejsce. Ktoś kopał go w plecy, i czuł jak Dudley stanął mu na dłoni. Czuł w ustach smak swojej krwi. Wszystko go bolało i pragnął by wreszcie się to zakończyło.

- Co ty znów robisz? - usłyszał ryk swojego wuja.

Wuj krzyczy na Dudley'a? Niemożliwe.

- Jakim prawem myślisz, że możesz wszczynać bezkarnie bójki chłopcze?

A więc wuj wrzeszczy na niego. Mógł się domyślić.

- Przepraszam wujku nie chciałem.

Poczuł uderzenie w twarz.

- Nie odzywaj się mały dziwaku! Do domu, ale już! - krzyczał po czym złapał go za ramię boleśnie i poprowadził w stronę domu.

Na podwórku skręcił w stronę starej, brudnej szopy i wepchnął chłopca bezceremonialnie do środka.

- Posprzątaj to natychmiast smarkaczu! Ja cię oduczę wszczynania bójek i innych dziwactw! - po czym zatrzasnął zbutwiałe drzwi, które zadrżały niebezpiecznie.

Harry westchnął. Może jeśli to posprząta zasłuży na trochę wody? Zaczął więc wkładać zepsute rzeczy do worka, a narazie niepotrzebne do pustych skrzyń. Zdjął wszystkie pajęczyny, ustawił stare książki i starł kurze. Właśnie miał zamiar zamieść podłogę, gdy zbutwiała deska podłogowa zapadła się pod jego ciężarem. Upadek skończył się boleśnie z powodu wcześniejszych obrażeń. Przez połamane żebra każdy oddech był dla niego bolesny. Gdy już trochę przyzwyczaił się do bólu, powoli wstał i rozejrzał się po pomieszczeniu. Ściany były tylko gołymi, brudnymi cegłami, a na dwóch z nich wisiały prawdziwe pochodnie. Całe pomieszczenie było puste, prócz kufra stojącego w najciemniejszym kącie. Gdy Harry podszedł bliżej, kufer odchylił swoje wieko. Zaciekawiony chłopiec zajrzał do środka. W środku było pełno starych ksiąg, kilka pięknych, kolorowych piór. Na samym wierzchu leżał drewniany, rzeźbiony pędzel przyczepiony do listu. Harry kochał malować. Wychowawczyni w szole zawsze dawała mu najwyższe oceny, co doprowadzało jego wujostwo do szału, że w czymś jest lepszy od innych, a przede wszystkim Dudley'a, więc odebrano mu rzeczy do plastyki i dostawał jedynki za nieprzygotowanie. Kiedy malował zamykał się w świecie swojej pięknej wyobraźni. Mógł być kimś, nie nikim, i mógł być gdziekolwiek nawet jeśli takie miejsce by nie istniało.

Chłopczyk schował pędzel do bucika by nikt mu go nie połamał i rozerwał list.

Droga Lily!

"przecież tak miała na imię ta rudowłosa kobieta to znaczy, że to mama!" - pomyślał Harry w połowie szczęśłiwy, a w połowie smutny i powrócił do czytania.

Droga Lily!

Nadal nie wierzę, że nie znasz żadnej czarodziejskiej bajki!

Zawsze uważałem, że ty już przeczytałaś wszystko!

Niestety muszę przyznać też nie znam ich wiele...

Moja "rodzinka" nie była typem czytających na dobranoc, ale kilka opowiedział mi dziadek.

Kiedy byłem mały podobała mi się ta o Magicznym Pędzlu. Jest krótka ale napisałem Ci ją na drugim pergaminie.

Dostałem do niej również ten pędzel. Wysłałem Ci go bo kochasz malować.

Dziadek mówił, że o tym pędzlu jest mowa w bajce.

Czego się nie robi by dziecko uwierzyło prawda? Wtedy też w to nie wierzyłem.

Ale przynajmniej mnie kochał. Mam nadzieję, że i Tobie się spodoba. Za tydzień wyślę Ci następną bajkę.

Severus Snape

P.S. Może w tym roku przejdziemy się razem na Pokątną?

Czy ten pan Severus Snape to jego tata? Czy to ten czarnooki mężczyzna? Harry tego nie wiedział. Jego mama też kochała malować! Wziął drugi pergamin z bajką do ręki i zaczął czytać.

Pędzel Zrodzony Z Magii Miłości

Da Twemu Sercu Wiele Radości

Jeśli Kochasz Szczerze To Odnajdziesz

Gdy Chcesz Krzywdzić W Nicość Przepadniesz

Dawno, dawno temu przy blasku pełni księżyca, gdy raz do roku świecił czerwoną poświatą, zrodziło się dziecko z czystej miłości. Matka zmarła przy porodzie, lecz zdążyła nadać mu imię - Artistas. Artisats mieszkał w Wieży Przeznaczenia wraz ze swym ojcem Castusem - wytwórcą różdżek.

Choć Castus miał pełno pracy do wykonywania, to prawie każdą chwilę spędzał razem z synem. Razem malowali, jeździli konno, Castus uczył syna różdżkarstwa, szermierki i retoryki. Pewnego dnia gdy Wielka Inkwizycja wdarła się do pobliskich miast Castus zawołał syna do siebie. Wręczył mu najpiękniejszy pędzel jaki zdołał wykonać - z białomagicznej różdżki i włosów ich obojgu.

- Synu to nie jest zwykły pędzel. Ten pędzel sprawi, że obrazy będą żywe, a gdy będziesz mnie potrzebował zabierze cię do mnie.

Po kilku dniach Wielka Inkwizycja zapukała do ich drzwi. Castus pomógł synowi uciec. Deportował go do Szkocji.

Artistas zamieszkał w pustej chatce i żył z malowania obrazów. Po kilku latach syn postanowił odnaleźć ojca. Przemierzał Latające Wzgórza i Czarne Wody. Po drodze trafił do błękitnowłosej czarownicy. Zaprowadziła go na cmentarz. Tam odnalazł jego nagrobek.

-Dlaczego? - płakał Artistas lecz wpadł na pomysł - Pędzel! Czy on mnie do niego zabierze?

-Pędzel Zrodzony Z Magii Miłości

Da Twemu Sercu Wiele Radości

Jeśli Kochasz Szczerze To Odnajdziesz

Gdy Chcesz Krzywdzić W Nicość Przepadniesz - odpowiedziała błękitnowłosa

- Kocham cię tato - szepnął chłopiec i po chwili stał u bram nieba ściskając ojca. Od tej pory co roku malują księżyc na czerwono i codzień miliony gwiazd.

Harry włożył papier do kieszeni.

- Co ty robisz gówniarzu! - usłyszał wuja i poczuł jak wciąga go za kark na górę. - Ja ci dam twoje dziwactwa! - po czym pchnął malca z całej siły na ścianę.

Harry wydobył pędzel i ściskając go krzyknął:

- Kocham Cię tato! - chłopiec poczuł szarpnięcie w okolicach pępka i po chwili stał na skraju lasu przy wielkim zamku.

Tuż obok niego ten czarnowłosy mężczyzna zerwał jakąś roślinę.

- Tata? - krzyknął chłopiec

Koniec rozdziału