Później wszystko się zmieniło. Byłem na Grimmauld Place. Jak się tam znalazłem? A tak... Dudley, park, dementorzy. No i spontaniczny patronus. A później list, który spaliłem.

Teraz siedzę na Grimmuald Place. A raczej wchodzę do środka. Podobno jest tu Ron i Hermiona, i Syriusz! To wiele zmienia. Ten miesiąc spędzony na Priver Drive mnie zmienił. Stałem się inny. Coś się zmieniło. Zamiast pęknąć zamknąłem się w skorupie. Teraz mam tajemnicę, której nigdy nie wyjawię. Nie zrozumieliby tego. Zwłaszcza Ron i Hermiona, są zbyt Gryfońscy, a ja jestem też wężem, prawda?

— Harry! — krzyknęła uradowana Hermiona i rzuciła mu się w ramiona, gdy tylko wszedł do ich pokoju. Nie spodziewał się takiej reakcji z jej strony. Gdyby tylko wiedziała, to nie zbliżyłaby się do niego. Zwłaszcza, że musi to zrobić jeszcze raz, a później kolejny, aż skończy na Voldemorcie. To jego przykazanie, jego wyścig. Zabić ich zanim zabiją jego.

Hermiona rzuciła mu się w ramiona, a on prawie odruchowo się odsunął. Nie wiedział, dlaczego, ale ujrzał przebłysk tego, co miało miejsce wiele lat temu. Jego matka wzięła go na ręce i uciekła na piętro, uciekając przed Voldemortem. Chciał ją odepchnąć i wyjść.

— Cześć — odpowiedział starając się brzmieć normalnie. Nie mógł pokazać im, że się zmienił. Nie zrozumieliby tego.

A dyrektor? Co by zrobił wiedząc, co zrobił jego Złoty Chłopiec? Odepchnąłby go, odrzucił i kazał odejść? Gdy otrzymał wezwanie do ministerstwa, nie przejął się tym. Chciał zostać aurorem, ale czy auror zrobiłby to, co zrobił on? Nie, z pewnością załatwiłby to inaczej. Szkoła i nauka nie są już priorytetem, bo ma pieniądze i chęć walki. Nie musi być aurorem by zabijać śmierciożerców.

Ron i Hermiona opowiedzieli mu coś o Zakonie Feniksa i walce przeciw śmierciożercom. Co takiego robi zakon? Walczy przeciwko Voldemortowi, ale co to daje poza tym, że podnosi morale?

Informacje, to jedyna najlogiczniejsza odpowiedź. Informacje od Snape'a, które później wykorzystują by ich złapać i wsadzić do Azkabanu. Ale Harry nie chce zamyka ich w więzieniach. Oni powinni umrzeć. Są jak chwasty w pięknym ogrodzie i każdy z tatuażem węża powinien umrzeć. I tak się stanie, prędzej, czy później. Zginie nawet Snape, bo on coś ukrywa. Nie ważne, czy był, czy nadal jest śmierciożercą, na niego przyjdzie czas. A teraz...

Crabbe Senior, to jego cel. Czystokrwisty śmierciożerca, finansowo ustawiony przez swoich rodziców i teraz na wysokim stanowisku w firmie transportowej. Transport magicznych ziół, jako przykrywka do transportu przemycania czarnomagicznych artefaktów. O wielkich transakcjach można przeczytać nawet w proroku, ale nazwisko ,,Crabbe" jest napisane bardzo małym druczkiem. Teraz musi go tylko znaleźć. Może zabije go w firmie transportowej? Crabbe ma rodzinę i jest ojcem oraz mężem. Ale przede wszystkim jest mordercą.

Przez trzy dni na Grimmauld Place tamten Harry nie pokazał się ani razu. Nie było takiej potrzeby, już sam zrozumiał, że musi pozbyć się szumowin. Ale czy da radę, gdy jego nie będzie obok?

— To nie twoja wina, Harry. Musiałeś się bronić! — krzyczał oburzony Syriusz. Harry zastanawiał się, dlaczego wszyscy tak się tym przejmują, tylko nie on. Syriusz cały dzień stara się wytłumaczyć Harry'emu, że musiał się bronić przed dementorami i on zrobiłby to samo. Chyba milczenie mu nie służy. Zaczynają myśleć, że jest w dołku. Tymczasem on planował, a plan rozkwitał w jego umyśle.

— Wiem, Syriusz, wiem, ale sam widzisz, co z tego wynikło. Muszę iść do ministerstwa. Dzisiaj mam przesłuchanie.

Syriusz jakby nie zważał na jego słowa ciągnął dalej swój monolog jak to ministerstwo jest popieprzone, że chcą go wydalić. Ale Dumbeldore miał wyłagodzić sprawę.

Na przesłuchanie nie poszedł ani z Hermioną, ani z Ronem. Oni nie mogli tam być tak samo jak Syriusz. Harry trochę żałował, ale tylko odrobinkę, bo przecież to jego przesłuchanie, a nie mogą mu nic zrobić. A nawet, jeśli, to co z tego? On ma swoją misję.

Lucjusz Malfoy, jego krem waniliowy na torcik. Ten potwór będzie wyjątkowo ciężko do złapania. Z pewnością ma jakieś środki bezpieczeństwa. Harry nie jest jedyną osobą, która chce jego śmierci. A nawet, jeśli, to będzie jedyną osobą, która go ukatrupi. Voldemort będzie wściekły. Z pewnością doszła już do niego wieść o śmierci Macnair'a, a po śmierci Crabbea inni będą się pilnować. Cóż, ciała Mcnaira raczej nie znajdą.

Przesłuchanie było z góry ustawione. Cóż może wszystko poszłoby zgodnie z planem Knota gdyby nie Dumbeldore, prywatny obrońca. Szkoda, że minister nie jest śmierciożercą, bo wtedy kwalifikowałby się do tego by odejść z tego świata.

Wszystko poszło właściwym torem. Został uniewinniony.

Wrócił na Grimmauld Place.

Tam stała się kolejna dobra rzecz. Ron i Hermiona, jako prefekci! Pani Weasley była wniebowzięta. Ale nie Harry. Gdyby to on został prefektem nocne wyjścia na szkołę stałyby się dużo łatwiejsze i uzasadnione. Ale cóż, Ron nim został, a Dumbeldore po tym, co pokazał po przesłuchaniu stara się od niego oddalić. Ma to też dobre strony.

Mniejsza kontrola.

— Ona musi odpocząć — powiedział Remus Lupin. Pani Weasley miała właśnie nieprzyjemne spotkanie z boginem. Widziała śmierć swoich bliskich i obawiała się tego najbardziej na świecie. Harry właśnie stał przed skrzynią. Ostatnim razem widział w niej dementora. Ciekawe, co będzie teraz.

Otworzył ją nie zwracając uwagi na to, że Remus na niego patrzy.

Ze skrzyni wyszedł on sam.

Harry Potter. Idealna, wierna kopia.

— Zabiłeś ich Harry — powiedział cichym, wdzięcznym głosem. — Zabiłeś swoich rodziców! Gdybyś się nie narodził, nadal by żyli!

— Nie! — krzyknął Harry, ale nie do bogina, tylko do Remusa. — To mój strach. — Remus schował różdżkę.

— Zabiłeś Jamesa, Lily, Cedrika! Nie żyją przez ciebie! Zabiłeś Macnair'a planujesz zabić Crabbe'a, Goyle'a, Avery'ego, Malfoya, Snape'a i wielu innych! Przestań to robić! Zabijesz się tym!

To nie tylko bogin. Nie powinien był otwierać skrzyni. Teraz to zrozumiał, tamten Harry był nim, a ten jest nim, tylko wcześniejszym. Boi się, że jego wcześniejsze ja wyrwie się ponownie. Ale on nie jest taki jak kiedyś. Ma tajemnicę, którą teraz usłyszał Remus.

— Ridiculus! — bogin zmienił się drewnianą kukłę pomalowaną farbami. Nie była śmieszna, to było pierwsze, na co wpadł. Dominowała czerwień.

— Harry — zaczął Remus. — Co on miał na myśli mówiąc, że zabiłeś Macnair'a?

— Dokładni to, że go zabiłem.

Lupin wydawał się nie wierzyć. Więc dlaczego sięga po różdżkę? Dlaczego rusza w jego stronę?

— Harry.

— Obliviate!

Nigdy nie powinien tak ryzykować. Lupin padł na ziemię tak jak teraz bogin. Z tą różnicą, że nie zamknął się w kufrze.

Ale... Pieprzona wpadka! Nigdy więcej boginów! Jeśli tutaj zamiast Remusa stał Dumbeldore byłby bezsilny. Musi bardziej uważać. Teraz jednak musi odkręcić zanik pamięci Remusa.

— Remus, Remusie wstawaj! — krzyknął nieco głośniej a ten poruszył głową.

— Harry?

— Nieźle się rąbnąłeś. Zasłabłeś? — zapytał uśmiechając się nieco i pomagając mu się podnieść.

— Tak, chyba...

— Powinieneś coś zjeść idziemy do kuchni. — I zeszli do kuchni. Harry starał się zachowywać jak najnormalniej, by Remus nie domyślił się w jakiś tam sposób, że ma zanik pamięci. Również nic nie pamiętał. Bo gdyby pamiętał nie zachowywałby się tak naturalnie.

Udało się.

Wyjazd na Pokątną. To ten dzień. Dzień śmierci Crabbe'a Seniora. Jego syn pewnie będzie zrozpaczony. Jego tatuś śmierciożerca zostawi go i pójdzie do piekła. Ale przynajmniej zostaną po nim pieniądze, które odziedziczy. Ciekawe czy te zostaną odziedziczone przez Vincenta, czy lepkie łapy Malfoyów wyrwą mu je z dłoni. Nie ważne. Crabbe zginie, a jeśli jego syn zostanie śmierciożercą, to dołączy do tatuśka.

Teraz najważniejsze jest urwanie się z pokątnej i dostanie się na nokturn. Borgin będzie załamany, jeśli straci dostawcę artefaktów. Nie łatwo było się dowiedzieć, czy to właśnie Crabbe dostarcza im te śmieci, ale nagłówki na ostatnich stronach mówiły za siebie. Dostawy ziół zbyt często pokrywały się z dziwnymi urazami od magiczych klątw. Ciekawe, dlaczego aurorzy nigdy nie odnaleźli powiązania?

— Harry! Chodź! — krzyknął za nim Ron, gdy spróbował się oddalić. Nie łatwo będzie im się wyrwać.

Weszli do biblioteki, tam jak zwykle było normalnie. Ludzie chodzili od półek do półek i myślą, że świat sam się oczyści i gdy będzie trzeba aurorzy ich ochronią. Nie mogą bardziej się mylić. Czy aurorzy przyszli do domu jego rodziców, gdy Voldemort ich zabijał? Nie. Czy przyszli pomóc ofiarom Macnair'a, gdy on obdzierał ich ze skóry? Czy pomogli rodzicom Neville'a? Nie, ale oni byli z zakonu, więc gdzie był wtedy ten pieprzony Zakon?! Czy aurorzy lub Zakon przyszli, gdy tych wakacji walczył z dementorami i ratował kuzyna, którego nie raz osobiście chciał zabić? Nie! Oni działają zbyt wolno, a potrzebują teraz stanowczości. On ją ma.

— Wybaczcie, muszę kogoś zabić — wyszeptał do siebie, chowając się za regałem i umykając tym samym z pola widzenia Weasleyów i członków zakonu. Dzięki pelerynie niewidce wyjście tuż obok Kingsley'a było dziecinnie łatwe.

Śmiertelny Nokturn. To dopiero zbiorowisko morderców i psychopatów. Są wszędzie. Planują i zabijają, prawie tak jak on. Tym razem nie zadziała tak jak z Macnair'em. Muszą porozmawiać.

Borgin & Burkes, BINGO! Jest tam! Na tyłach sklepu rozmawia z właścicielem i wypisuje mu chyba czek. To znaczy, że dokonali transakcji, teraz musi go dorwać zanim się deportuje.

Crabbe wyszedł. Borgin patrzy. Nie może tego teraz zrobić.

Crabbe obraca się na jednej nodze, zaraz się deportuje! NIE MOŻE!

Widzi jego głupie machnięcie ręki, falowanie szaty. To już za sekundę!

Imperio! — szybka szara nić natychmiast nawiązała więź między ich umysłami. Teraz walka o dominację.

Silne pulsowanie głowy, lekkie drżenie ręki i powiek. Próba obrony Crabbe'a.

Udało się. Ma go!

To wiele ułatwi. Ma nad nim całkowitą kontrolę. Zaklęcie niewybaczalne. Mógłby kazać mu się zabić tu i teraz, ale jak ma dorwać Goyle'a? Potrzebuje informacji.

— Czego sobie życzysz, panie? — zapytał podchodząc do Harry'ego.

— Chcę wiedzieć gdzie znajdę twojego towarzysza Goyle'a — powiedział szybko. Coś zabłysnęło w oku śmierciożercy. Jakby próba wyrwania się z pułapki umysłu.

— Codziennie w czwartki przesiaduje w tawernie ,,Koronowana krew". Nikt o tym nie wie, prócz mnie. — To podejrzane. Goyle, śmierciożerca na usługach Voldemorta miałby pić w czwartkowe wieczory w jakiejś zaplutej tawernie?! To niedorzeczne! Ale Crabbe nie może kłamać, jest bardziej skory do mówienia tego, co on chce usłyszeć niż po veritaseum.

— Dobrze.

— Czy mam zrobić coś jeszcze?

— A tak, dobrze, że przypomniałeś. Trzymaj — wręczył mu nóż, który spakował przed odejściem z domu Dursley'ów. To nóż myśliwski, kupiony przez Dudley'a głównie, by straszyć małolatów. — Pójdziesz na Pokątną i znajdziesz mnie przy lodziarni. Staniesz na środku ulicy i krzykniesz ,,Za czarnego pana", po czym podetniesz sobie gardło. — W oczach Crabbe'a teraz widział tylko jedno. Strach, panikę i przerażenie. Ciężko było odróżnić te emocje od siebie.

— To idę — zakończył i ruszył na pokątną. Natychmiast na jego drodze stanął Remus ze świtą w postaci Weasley'ów.

— Harry! Gdzieś ty był!? Musimy wracać!

— Ej, widziałem niezłą lodziarnie, możemy iść tam na chwilę? — skłamał i nim ktokolwiek mógłby go zatrzymać on już biegł w jej stronę. Zajął miejsce, z którego dobrze widać ulicę. Nie musiał długo czekać na seans.

— Czy to Crabbe? — zapytał zdziwiony Lupin.

— Faktycznie. To on — potwierdził Kingsley.

— Co on trzyma w...? — nie dokończył, bo seans się rozpoczął.

— ZA CZARNEGO PANA! — wywrzeszczał.

Harry nawet nie musiał spoglądać na przyjaciół, by wiedzieć, co robią. Hermiona chwyta się za gardło, jakby to jej własne zostało podcięte i chowa głowę za plecami Rona. Ron z przerażeniem i szokiem obserwuje wykrwawiającego się na ziemi śmierciożercę. Remus, Kingsley i Artur biegną do Crabbe'a. Ale on juz nie żyje, a nawet, jeśli, to go nie uratują.

Ludzie na ulicy zaczynają krzyczeć. Zaczyna się wszechobecna panika. Fanatyk zabił się za Voldemorta, będzie o tym w gazetach.

Harry spojrzał w oczy swojej przyjaciółki i ujrzał łzy.

— Nie płacz — szepnął. — Oni wszyscy powinni tak skończyć za to, co zrobili.

Nie wiedział, dlaczego to powiedział, ale wiedział, że jeśli ktokolwiek miałby dowiedzieć się o jego tajemnicy, to jest to właśnie Hermiona. Tylko ona usłyszała jego słowa i tylko ona wbiła teraz w niego wzrok.

On tylko siedział spokojnie obserwując jak członkowie Zakonu starają się uratować śmierciożercą. Co za ironia losu... Ludzie krzyczeli, a Harry napawał się tymi krzykami.

Czy to czyni z niego potwora?

Nawet, jeśli nim jest, to jest tym potężnym. Tym dominującym, zabijającym słabszych. Tak powinno być.

Na ulicy stały dzieci i dorośli, i wszyscy przestraszeni tym, co zobaczyli. Ciekawe czy się dzisiaj wyśpią, bo on...

Będzie spał jak dziecko.