II: Między sercem, a krwią.
Nie dalej jak trzy kwadranse później, ostatni pełnokrwiści Saiyanie stanęli przed wejściem do jednego z magazynów stojących na terenie posesji właścicieli Capsule Corporation. Son Goku niewiele myśląc usunął drzwi pancerne prostym kopnięciem i nie zważając na ostentacyjne prychnięcia towarzysza wszedł do środka i ruszył w tylko sobie znanym kierunku.
-Otworzyłbym to –fuknął książę-co oni sobie pomyślą, gdy zobaczą, że ktoś rozwalił im drzwi?! Bulma będzie wiedziała, że to któreś z nas!
-To bez znaczenia, gdy tylko się ściemni, zostaniemy uznani za martwych, spokojnie, stary.
-Ale ty jesteś głupi i powalony…- westchnął.
-Ja? A czemu to?
-Przez takie akcje mogą nie uwierzyć, że nas jakiekolwiek gówno zmogło! Każesz zachowywać się ostrożnie, to sam się tak zachowuj!
Son wzruszył ramionami, a na jego twarz wstąpił delikatny uśmiech.
-Zwali się na Gohana, niech się młody geniusz sprawdzi. On nie znał kodu, a mógł szukać Smoczego radaru, prawda?
-Stałeś się taki wyrachowany, że aż mnie to przeraża. Co za powalona bestia w tobie siedzi?
Goku roześmiał się głośno, objął towarzysza ramieniem i rzucił:
-Antykwariusz, Vegeta, antykwariusz…
Vegeta udając spokój uwolnił się z uścisku i przyspieszył kroku. Gdy uznał, że jest wystarczająco daleko, spytał:
-Dowiem się wreszcie, dlaczego się kręcisz po moim terenie?
-To już nie jest twój teren i właśnie dlatego tutaj jesteśmy. W lewo.
I rzeczywiście, kilka metrów za zakrętem w lewo ich oczom ukazała się kapsuła kosmiczna niewielkich rozmiarów. Vegeta po wstępnych oględzinach stwierdził, że jest to sprzęt starej generacji, żeby nie powiedzieć złom. Wyższy Saiyan znalazł wejście i wszedł do środka, po czym wskazał na Vegetę, żeby zrobił to samo.
Znaleźli się w pomieszczeniu głównym, stanowiącym za razem sterownię, na samym środku którego zainstalowana była drabina prowadząca na wyższy poziom.
-Rozumiem, że będziemy tu mieszkać, w tym badziewiu?
-Na długie dystanse w granicach Ziemi jest dobre, nie bądź malkontentem.
Książę westchnął, a przy okazji zauważył, że z jego ust wydobywa się para. I faktycznie, chwilę potem poczuł chłód.
-Rozeznaj się w tym sprzęcie, usuń GPS, wymyśl coś innego i znajdź do cholery ogrzewanie. –rzucił Goku i skierował się w stronę drabiny.
-Jakie znowu coś innego?! A ty, co będziesz robił?!
-Ja zrobię kawę i trochę to ogarnę.
-To zrób, tamto zrób, coś tam usuń. Sukienkę jeszcze może założę?!
Son zmierzył Saiyana wzrokiem i z tajemniczym chichotem rzucił:
-Lubię czerwony kolor.
Vegeta skrzywił się lękliwie z nieukrywanym obrzydzeniem, i nie odezwał się już ani słowem, a Goku krokiem zwycięzcy skierował się na piętro.
Gdy młodszy z przebudzonych zniknął całkowicie z zasięgu wzroku, książę rzaczął miotać takimi przekleństwami, na które ich adresat zapewne by zareagował nawet, gdyby był rzeczonym antykwariuszem w stu procentach.
Po dwudziestu minutach Vegeta był już w trakcie znajdowania swoistej alternatywy dla systemu nawigacyjnego, ale ogrzewania wciąż nie było, i zdawało się, że nie będzie. Ze stanu ciężkiego zamyślenia niby-naukowca wyrwał nagły dotyk czyichś dłoni na jego zmarzniętych ramionach. Vegeta mógłby przysiąc, że na chwile serce przestało mu bić. Gdy ułamek sekundy później otrząsnął się ze stanu zbliżonego do śmierci klinicznej, będącego najgłębszym szokiem, w jakim przyszło mu się znaleźć, odskoczył jak oparzony.
-Co ty robisz, do jasnej cholery?! -wydarł się, gdy już znalazł się na przeciwległym końcu sterowni, i próbował oddychać głęboko.
Goku spoglądał na niego wzrokiem zrezygnowanej matki niezwykle upartego i mało bystrego pieciolatka. Tak naprawdę, powstrzymywał się od wybuchnięcia śmiechem. Najwidoczniej ułamek którejś z dusz rezydujących w jego umyśle to uwielbiał.
-Próbuję cię ogrzać, żebyś się nie rozchorował. Gdybym chciał cię zgwałcić...wiesz co, nie gdybajmy...
-Ogrzać?!
-Tak, a to, co trzymasz w tej trzęsącej się rąsi to kocyk...- twarz wysokiego Saiyana wyglądała raczej zabawnie, jako że robił wszystko, by nie parsknąć śmiechem adekwatnym do komizmu zaistniałej sytuacji.
Vegeta spojrzał na kraciasty koc, który kurczowo ściskał i poczuł, że miał już dość. Kakarotta dość.
-Nie kpij sobie ze mnie, zboczeńcu powalony!
-To ty sam mnie do tego prowokujesz...-zaśmiał się w końcu- nie chcesz się okryć, to przynajmniej kawy się napij, gorąca -wskazał podbródkiem na blat, na którym stał dzbanek i dwie filiżanki.
-Skończ z tymi...aluzjami!
Son uniósł brew w geście szczerego zdziwienia.
-Aluzjami? To raczej ty jesteś w tym momencie zboczony. Chyba chłód ci szkodzi.
-Ty mi szkodzisz.-warknął Saiyan i z obrażoną miną poszedł po porcję kawy.
Wypił wszystko za jednym zamachem, nie zważając na gryzący gorąc, byleby tylko mieć pretekst do jak najszybszego powrotu do pracy, a co za tym szło- również oderwania się od Kakarotta, a dokładniej jego spaczonego poczucia humoru, które rozwścieczonego księcia wcale nie śmieszyło.
Zaś sam niespełniony jeszcze prześmiewca siedział nieopodal po turecku i co jakiś czas zaśmiewał się głupawo. Po kilkunastu minutach nie był już w stanie wytrzymać sam na sam ze swoim cudownym dowcipem i rzucił, na wszelki wypadek szczerząc wszystkie zęby:
-Długo mam jeszcze czekać na czerwoną sukienkę?
Vegecie z wrażenia zadrgała powieka.
-Żeby cię szlag trafił chu...! -Młodszy z Saiyan nie dosłyszał końca wypowiedzi, odgłos wyładowania elektrycznego, spowodowanego wbiciem przez Vegetę całości śrubokręta do jednego z komputerów było głośniejsze, niż książęca furia.
Mężczyźni siedzieli przez chwilę w ciszy i całkowitych ciemnościach, i gdy już Vegecie zdawało się, że całość pozostanie w tym połowicznie błogosławiennym stanie, rozległ się sztuczny szept:
-Jej, ale się nastrojowo zrobiło...
Starszy z dwójki w milczeniu wstał i skierował się na piętro.
-Chyba pójdę...się pomodlić... -westchnął.
-Za mnie? -rzucił wesoło Goku.
-Tak, żeby ci gnoju powalony Pan już więcej baby podupić nie dał...-fuknął i wszedł po drabinie.
-Żaden problem, zawsze znajdzie się coś w zastępstwie! -odpowiedział wesoło czarnowłosy złośliwiec na tyle głośno, by obiekt docelowy jego słów je usłyszał, i zaczął pokładać się ze śmiechu.
-Nienawidzę cię! -usłyszał piętro niżej roześmiany wojownik.
Mężczyźnie nie chciało się nawet szukać pokoju sypialnego, ani odkrywać przeznaczenia żadnego z małych pomieszczeń znajdujących się na piętrze statku. Stwierdził jedynie, iż w życiu nie ma niczego gorszego od posiadania pół debila -pół geniusza za towarzysza i ułożył się do snu pod jedną ze ścian. Nie wiedząc konkretnie gdzie, bo przecież sam chwilę temu spowodował kompletną ciemność. Gdy kilka minut później zaczął zapadać w stan błogiej nieświadomości, boleśnie zaatakowało go delikatne, acz irytujące pukanie w zatrzaśniętą klapę, stanowiącą mierny substytut drzwi.
-Czego. -warknął.
-Głodzillaaaa...
Książę wstał, podszedł do klapy i kopnął ją odpowiednio mocno po to, by chwilę później delektować się odgłosem sonowskiego ciała uderzającego o zbawiennie twarde i nieprzyjemne podłoże.
-Auć? -zdziwił się Goku rozmasowujący sobie czerep -co to było?
Zdecydowanie nie po jego myśli był ten akt niesubordynacji.
Vegeta otworzył właz posiadający niemały już defekt i rzucił wesoło:
-Żartowałem.
-Bardzo śmieszne. Słuchaj, tak się właśnie zastanawiałem...Vegeta danna...
"A więc ty się zastanawiałeś?" -miał ochotę powiedzieć Saiyan, ale guz Goku i towarzyszący jego obecności wyraz twarzy odwiódł go od tego szaleńczego pomysłu.
-Vegeta danna, napraw-to-teraz!
-Napraw co...
-Światło!
Ciemny brunet zeskoczył z gracją na parter i skierował się w stronę sprzętu, do którego w prymitywny sposób przed chwilą dołączył śrubokręt. Obejrzał całość, westchnął i rzucił do towarzysza:
-Idź się gdzieś pokręcić, nie wiem, pobij kogoś, po prostu mi nie przeszkadzaj...
Goku widząc wyraźną rezygnację i zmęczenie kompana jedynie uśmiechnął się delikatnie i poszedł na drugi koniec pomieszczenia robić pompki.
Młody Son przechadzał się ulicą jednego z większych miast z pewną dozą dezorientacji w sercu. Wszystko to, co przecież już tyleż razy w życiu widział, wydawało mu się teraz obce. Obce i gorsze. Nagle poczuł się jak niewolnik niesprawiedliwego pana. Te całe miasta, ulice, ludzie żyjący wokół -byli jak intruzi w jego świecie. Intruzi na nieszczęście będący w ilościowej przewadze, i w ogóle osiągający jakąś niewyobrażalnie absurdalną z logicznego i moralnego punktu widzenia dominację. I bolało go to niezmiernie, że to powietrze, że to niebo, że ta ziemia...że to nie było w pełni jego, a jedynie jako coś udostępnione, z założenia kredyt stanowiący ogromną łaskę. Jakby ostatnie życzenie skazańca, albo wręcz niedopatrzenie Uzurpatora.
Powziął sobie więc za cel, by jego rodzina żyła w czystym, idealnym świecie. Świecie sprawiedliwym i zarządzanym przez właściwego władcę. Usłuchawszy ojca wymyślił idealne rozwiązanie problemu walk i maszerował, chwilowo bez celu, z plecakiem wypełnionym tym, co uznał za stosowne. Podarowane przez Raszmaela cząstki przodków pomogły mu wybrać odpowiedni dla siebie asortyment. Broń dobrą nawet przed przebudzeniem, a idealną teraz, gdy w owej dziedzinie osiągnął mistrzostwo. Chemia okazała się zbawienną.
Nie był pewien, co pomyślą o swoich rozwiązaniach Goku i Vegeta, ale prawdę mówiąc -nie był to już jego problem. Myśleć to jedno, a korzystać- drugie.
Bardziej martwiło go, czy z nieistniejącego tajemniczego wroga nie wyniknie coś złego. Afera. Wprawdzie żadna z kobiet nie potrafiła wyczuwać ki, ale zawsze mogły one spróbować skontaktować się z którymś z wojowników, wtedy mogłoby być nieprzyjemnie. O Gotena i Trunksa z zasady się nie martwił. Oni choć mogliby być wspaniałymi wojownikami, zawsze znajdowali sobie inne rzeczy do roboty, i nie bawili się w żadne wyczuwanie ki, choćby nawet najpotężniejszy byt we Wszechświecie stał pięć metrów dalej. Ot, lenistwo. W tym przypadku jak na ironię -zbawienne.
W kwestii spraw nieprzyjemnych -zdał sobie właśnie sprawę z tego, że ten wieczór i tak do przyjemnych należał nie będzie. W końcu przyjdzie mu dziś powiadomić rodzinę i przyjaciół o śmierci najbliższych. Zastanawiał się, jak matka to zniesie. Być może w rodzinie naprawdę będzie szykował się pogrzeb. Przecież do trzech razy sztuka. Ale może to i dobrze. Spojrzał na zegarek. Jeszcze trochę i powinno się ściemniać, postanowił wracać do domu. Jak długo jeszcze to miał być jego dom- nie wiedział.
Na swoje własne nieszczęście książę musiał w końcu przejść obok Goku, by dostać się do składziku z częściami zapasowymi. Westchnął głośno, odłożył narzędzia i skierował się w jego stronę. Jak na ironię- w miarę jego zbliżania się, wysiłki młodszego mężczyzny zwiększyły swą intensywność.
-Nie...nie wydawaj takich dźwięków, nie pozwalasz mi się skupić...-jęknął zdegustowany.
-Podniecam cię, czy jak? -parsknął śmiechem tamten.
Saiyan nie odpowiedział, tylko uraczył Goku spojrzeniem pełnym odrazy zmieszanej z nienawiścią, i wszedł do składziku.
-Obrażalski pięciolatek -stwierdził młodszy z nich.
-Stary dewiant -odparł Vegeta.
-Tylko nie stary!
Niebo powoli, acz nieubłaganie zapełniało się ciemnością, Bulmę coraz to bardziej napawało niepokojem. Nie tylko ją –wszystkie trzy kobiety, które wolały pozostać w domu młodszych Sonów zdjęte były lękiem. Nie miały żadnych, najdrobniejszych, najbardziej błahych nawet informacji o tym, co działo się z tymi, z którymi przed obliczem Boga przysięgały spędzić całe życia. Tylko cisza. Martwa cisza i nieboskłon zasnuty złowróżbnymi chmurami –przestrzeń bez słońca i bez księżyca, nieskończona niewiadoma, co też mogło znajdować się za pasmami niemych obłoków…I tym właśnie stawały się ich życia –niewiadomą, na widok obrazu której przechodziły nieprzyjemne ciarki boleśnie przeszywające kręgosłup, jakby były bezgłośnym ostrzeżeniem ciała przed niechybnym i rychłym końcem świata…
Czarę strachu przepełnił fakt, że dziwnym zbiegiem okoliczności nie tylko ich własne kable od telefonów, ale i wszystkie przewody rozprowadzające energię elektryczną po bezkresie zieleni, wśród której mieszkał cały ród Sonów zostały zniszczone. Zniszczone tak, że nawet Bulma nie potrafiła przywrócić ich do stanu używalności. Wątły blask świec i brak kontaktu ze światem –tyle pozostało przelęknionym i rozzłoszczonym niewiastom na te przykre chwile.
Wreszcie Videl, która nie mogła dłużej znosić bezczynności i atmosfery pytań, Na które nie było odpowiedzi, wypowiadanych bezgłośnie, choć boleść rozrywała trzewia, pożegnawszy się skinieniem głową wsiadła do samochodu, który spoczywając od wielu laty jako swoista relikwia w najbardziej sekretnym miejscu jej alkowy, uchował się przed tajemniczą destrukcyjną siłą. Samochód jej matki. Tylko tyle, ostatnia materialna świętość.
Ostatnia rzeczywista podróż…
Reszta pojazdów dokonała żywota.
Wyruszyła ona na poszukiwania męża, na poszukiwania ukochanego dziadka jej córeczki, i była gotowa przemierzyć szosą cały glob, byleby tylko ich znaleźć. Niezmienionych. Żywych. Ba, nawet zamierzała dokładnie to zrobić. Otuchy dodawała jej jednak myśl, że ten samochód zawsze przynosił jej szczęście.
Goku częściowo znudzony ciszą, a w pozostałości z chęci zwrócenia uwagi na siebie, a co za tym idzie na to, co chciał powiedzieć, przejechał krzesłem obrotowym przez całą sterownię. Fakt, że owo krzesło nie miało kół i powodowało powstawanie nieznośnych dźwięków sprawiało młodszemu z mężczyzn dziką radość, jednocześnie doprowadzając do tego, że delikatne żyły księcia wołały o zadośćuczynienie wyrządzonego zła, rozpalone i krwawiące nieopisaną wręcz żądzą mordu. I nastroju tego nie poprawiło nawet to, że Kakarotto dość głośno zatrzymał się na ścianie przeciwległej do punktu startu i zbierał się po tym przez dłuższą chwilę.
Vegeta poniewczasie zauważył, że jego irytujący towarzysz stoi tuż za nim, patrzy mu się na ręce, sugerując tym samym znaczące zniecierpliwienie, bo przecież nie ciekawość, skoro Saiyan z techniką obeznany nie był. Zdecydowawszy odwrócić się i rzucić kilka stosownych słów, a przy szczęściu może i nawet w jakiś sposób uszkodzić Sona bez ponoszenia konsekwencji tego relaksującego, ale coraz bardziej ryzykownego działania, ujrzał Goku prezentującego absolut szelmostwa –w ubraniu, które książę wolał nie wiedzieć, gdzie zniszczył i nie byle jaką śrubą wystającą z ust, prowokującą niby zakazany owoc boskiej przemiany, niczym krajobraz, który jawił się po świcie umysłowego słońca, nietknięty jeszcze, ale nie do zdzierżenia, przerażający i sugestywny.
A wyraz twarzy jego, niewinny, anieli, dobroduszny przekornie, choć w czarnych paciorkach migotała iskra niepokojącego ognia, i niebezpiecznego dowcipu, co w całym tym zestawie dla Vegety było cechą najgorszą. Najgorszą, którą zdążył już odkryć na nowo.
-Długo jeszcze będziesz się tym zajmował? Wypadałoby przenieść się w bardziej odpowiednie miejsce, niedługo mogą zechcieć wrócić do domu… -wymamrotał średnio wyraźnie Goku, najwidoczniej bez cienia zamiaru pozbycia się metalu, który niewiadomo dlaczego trzymał w ustach.
-Nie dalej jak dwa kwadranse, choć chciałbym mieć powód, żeby z tobą nie rozmawiać na o wiele dłuższy okres czasu. I łaskawie wyjmuj ten złom z pyska, kiedy zamierzasz się do mnie zwrócić –fuknął.
Tamten jakby tylko czekał na te słowa. Ukucnął przed księciem i zasłonił mu swoją facjatą całe pole widzenia, po czym rzucił, siląc się na delikatny pomruk:
-Ale ja lubię…trzymać różne takie…fajne rzeczy…w buzi…-okrutny, sarkastyczny uśmieszek zdawał się nie mieć końca, a przymrużone oczy jakby przeszywały drugiego mężczyznę na wskroś.
Vegeta udając spokój czekał tylko na drażniący śmiech, którego o dziwo nie było, i żałował jedynie, że nie miał wiertarki do tej przeklętej śruby…
Gohan, nie mając innego rozwiązania, niż przelecieć ostatnio odcinek drogi powrotnej, wylądował nieopodal własnego domu. Podejrzliwie rozejrzał się dookoła, westchnął i chcąc nie chcąc przystąpił do charakteryzacji własnej osoby. Postrzępił nieco ubranie, i wypalił w nich dziury używając ki, a na koniec solidnie obił sobie twarz. Uznawszy, że nie powinien budzić większych podejrzeń, podszedł do frontowych drzwi budynku i nacisnął na klamkę.
Drzwi uchyliły się powoli, z cichym, ale zauważalnym jękiem. Bulma, oscylująca wewnętrznie pomiędzy nienawiścią do męża, powodowaną niemal ciągłym strachem związanym z jego osobą, a miłością do niego, aż podskoczyła na swoim krześle, na którym siedziała skulona i nieosiągalna, jakby starała się zająć jak najmniej miejsca, jakby chciała sprawić, by zniknęła i nie pojawiła się już nigdy więcej.
Młody Son niechętnie uniósł głowę ku górze, a jego pokiereszowaną twarz dosięgły i częściowo obnażyły obojętne i zimne strumienie światła pochodzącego z wątłych świec.
Omiótł pustym wzrokiem interieur, dwie skamieniałe z przerażenia kobiety i poczuł dotkliwe ukłucie, które im intensywniej starał się zignorować, tym bardziej go ono nawiedzało.
Nie zważając na matkę i przyjaciółkę, które, gdy tylko ruszył w milczeniu do przodu, rzuciły się w jego kierunku i jęły wykrzykiwać pytania i obelgi jedna przez drugą, poszedł powłócząc nogami na piętro, gdzie spodziewał się zaznać choć mgnienia spokoju, by móc pogrupować myśli, a częściowo przygotowaną scenę ubrać w czyny i słowa.
-Gohan! Gohan, co ci się stało! –krzyczała matka.
-A Vegeta i Goku? Gdzie oni…? –zawtórowała Bulma, ale bała się dokończyć.
Mężczyzna zatrzymał się w pół drogi. Spróbował pohamować rysujący się na jego twarzy grymas, łączący ból i niezadowolenie, po czym odwrócił się do kobiet z zupełnie obojętnym obliczem. Wiele go to jednak kosztowało, mięśnie zdawały się krzyczeć, by pozwolono im zmienić ułożenie, szum w jego głowie zapowiadał nadchodzące mdłości. On sam tak naprawdę chciał tylko zabrać córkę i się wynieść. Ale póki co, musiał grać. Przecież był tylko pionkiem w grze pomiędzy Prawdą, a Fałszem. W grze, którą tak naprawdę dowodził tylko jego ojciec, kierujący się niezrozumiałymi porywami umysłu obleczonego pokrętną logiką i czymś innym jeszcze, nieznanym. Dobrze o tym wiedział.
Powiedział tylko, że zaraz wszystko wyjaśni, i nie zważając już na nic, wszedł po schodach i ruszył ku łazience, zmuszając się z całych sił, by nie zatrzymać się przy pokoju dziecięcym.
Zdawał sobie sprawę z tego, że w całkowitych ciemnościach lustro mu nie pomoże, ale pomimo tego chwycił je. Jednak ręce trzęsły mu się zbyt mocno, by mógł je utrzymać, poza tym, myślami był w zupełnie innym miejscu. Nagle, jakby znikąd, pojawił się przejmujący ból, czuł się tak, jakby ktoś go od środka kroił, jakby umierał. Stłumił przerażenie i niepokój syknięciem, i rozpaczliwie zaczął szukać punktu podparcia w umywalce. Zwierciadło wymknęło mu się z rąk i rozbiło się na kilka płatów o powierzchnię kafelków.
Nie wierzył w przesądy, toteż po dłuższej chwili względnego odpoczynku i obmyciu facjaty z własnej krwi, wyszedł z łazienki nie zważając na szkło szeleszczące pod butami.
Idąc ciemnym korytarzem w stronę schodów, całą swoją uwagę skupiał na tym, by nawet nie spoglądać na drzwi odgradzające sypialnię jego córeczki od całego „złego świata", w którym oboje tkwili po uszy, jak w ekskrementach.
Wszystko było teraz takie niepewne, ludzie bywali niepewni. On sam również był niepewny najbliższej przyszłości. Znał jedynie zakończenie, ono nie mogło różnić się od tego, do którego dążył, do którego dążył każdy, kto stał na właściwych polach szachownicy, właściwej stronie rysującej się od niepamiętnych czasów historii 'ludu wybranego'.
Właśnie wtedy zadecydował, że cokolwiek by się nie działo, ona musiała być przy nim, on przy niej. I jeszcze żona, jeśli wszystko szłoby po jego myśli, a musiało.
Na dole, gdzie czekały już na niego matka i Bulma, panowała niemal całkowita ciemność, której zaprzeczała tylko na wpół wypalona świeca, oblepiająca swoim woskiem część stolika utrzymywanego już tyle lat w nienagannej czystości. Gohanowi ten stan zdecydowanie odpowiadał, jednak by umocnić, zabezpieczyć swą pozycję w odgrywanej 'scenie', usiadł na fotelu będącym praktycznie poza zasięgiem światła, będącego pierwszą rzeczą, jaka mogłaby go zdradzić. Nie można było powiedzieć tego o kobietach, tak bardzo wtulonych w ciepło świecy, jakby dawała im ona niezniszczalną nadzieję, jakby czerpały z niej siły do życia.
Nie liczył nawet na tak dobre okoliczności towarzyszące postawieniu przezeń pierwszego kroku ku wolności, tak teraz potrzebnej.
Nie tylko czuł każde drgnięcie ust, czy powiek, powodowane strachem i jego tajemniczym milczeniem, ale je widział. One zaś nie widziały niczego, prócz niewyraźnego zarysu sylwetki Sona i białek oczu, błyskających spod nieco przymkniętych powiek. Bały się podejść bliżej. Ba, nawet odsunąć głowy od kojącego światła. Tam, gdzie było jasno, czuły się bezpieczne. Mimika, gesty i emocje strwożonych mężatek, będących już właściwie słomianymi wdowami, były jak najbardziej prawdziwe, natomiast Gohan nie musiał nawet próbować udawać, był niemal niewidzialny. Wystarczyło tylko odpowiednio zmodyfikować głos. Bóg był z nim.
Gohan westchnął ciężko.
-Jest coś, o czym musicie wiedzieć –zaczął- to stworzenie… ono miało taką moc, która pozwalała mu ingerować w ludzkie umysły…-pół-Saiyan starał nadać swojemu głosowi emocjonalny ton, przepełniony również brakiem składności, sugerujący szok, bądź psychiczny ból, nie pozwalający na skupieniu się-kilkoro z nas znacznie ucierpiało z tego powodu, toteż…musieliśmy poprosić o pomoc Północnego Kaio…Kuririn, Piccolo, Goten, Trunks…Oni w ogóle tej walki nie pamiętają…
Przerwał, był ciekawy reakcji.
-A nasi mężowie…? –spytała w końcu Bulma, onieśmielona i przerażona własnym głosem, jakby miał on przynieść światu zagładę.
-Cóż…ojciec…ojciec i Vegeta poświęcili się w walce, by nas wszystkich ratować…
Geniuszka o niezwykle silnym charakterze i równie intensywnej podejrzliwości uniosła brew. To, co mówił młody Son trąciło nutą mdłych ogólników. Na szczęście wyraz jej twarzy nie umknął uwadze Gohana, który niezrażony kontynuował:
-Użyli…jakby wam to…takiej techniki, polegającej na zamianie całej ki, na rzeczywistą energię, przy użyciu której możliwe są reakcje typu…
-Wysadzili się w powietrze!? – pani Brief krzyknęła z całą siłą, jaką tylko mogła wykrzesać z płuc, nie będąc właściwie pewną, czy zrobiła to bardziej ze strachu i rozpaczy, czy też dlatego, że była wściekła na mężczyznę siedzącego naprzeciw niej i po prostu chciała, by już się zamknął. Być może było to wszystko naraz.
Chichi po tylu godzinach mąk powodowanych dręczącymi ją wizjami śmierci najbliższych nie miała siły na płacz. Bez żadnego ostrzeżenia zemdlała i osunęła się w dół kanapy.
Son odczuł coś na wzór ulgi, przynajmniej jego matka nie zrobiła sobie krzywdy, co byłoby dla niego całkiem zrozumiałe, bo ileż to razy można spokojnie znosić śmierć tego samego męża?
-Gohan…-jęknęła przyjaciółka jego ojca, próbująca cofnąć, rozmyć łzy bezczelnie spływające po jej twarzy, oszpeconej tera grymasem bólu i wstrzymywanego krzyku, twarzy zawsze promieniejącej wewnętrzną siłą, która teraz zdawała się wyciekać z niej z każdym spazmatycznym wciąganiem powietrza do płuc –czasami żałuję, że…że to już nie te czasy, kiedy posłańcom ścinano głowy za przynoszenie złych wiadomości…-wyrzuciła z siebie i w tej samej chwili ukryła twarz w dłoniach, jakby zawstydziła ją szczerość własnych słów i niesiona przez nie ulga.
Choć nieszczęsny posłaniec nie czuł najmniejszej urazy, zachowanie nieprzeniknionej twarzy zaczęło sprawiać mu problem. Drobny, ale wyraźny niepokój narastał w nim z każdym niekontrolowanym drgnięciem dłoni Bulmy.
Zdawało się, że był na tę ewentualność idealnie przygotowany, ale po raz kolejny okazało się, że teoria nijak ma się do praktyki w jego przypadku. Zadrżał nieznacznie –ogarnęła go niemoc i rozczarowanie.
Nie zdążył jednak poddać się działaniu przykrych emocji, gdyż Bulma niespodziewanie wstała i wykrzyknąwszy desperacko imię męża uderzyła z całych sił pięścią o kant szklanego stołu, którego odłamki mieniły się teraz jej krwią, szkarłatną i bez znaczenia jak jej własna furia. Kobieta zdawała się nie czuć bólu i waliła w szkło z coraz to większą zawziętością, głośniejszym płaczem, a ostre płytki wbijały się głębiej i głębiej.
Gohan zerwał się z fotela i podbiegł do niej, by ją powstrzymać. Ona wyrywała się jak przestraszone zwierzę i powtarzała wciąż to samo słowo, jakby było modlitwą o cud.
Z każdą nową kroplą krwi na koszuli w Gohanie coś pękało, i choć cierpiał, bo niemal fizycznie odczuwał jej ból, przekonanie o słuszności tego, co wcześniej zrobił, i zamierzał zrobić, tworzyło strup na barierze koniecznego dystansu i nie pozwalało jej tak naprawdę usunąć.
Co nie znaczyło, że pozwolił jej doprowadzić się do kompletniej destrukcji, wciąż była jego przyjaciółką.
Przytulił ją mocno do siebie, zabierając tym samym możliwość swobodnego ruchu. Nowy rodzaj bólu przyniósł kobiecie dziwną ulgę i oderwał ją od własnej ręki, poczucie bezpieczeństwa zapewnione przez stanowczy, ale przyjazny uścisk pozwoliło zapomnieć na chwilę o rozdzierającej rozpaczy.
-Nie waż się mnie puścić…-szepnęła i przywarła do Sona, jakby bała się, że poza nim i granicami jego ciała czeka ją zguba.
Przerażenie wymazało poczucie niezręczności niemal całkowicie. Przeklinał w myślach drżenie ust i łzy, które pomimo zaciśnięcia powiek aż poza granice bólu jakoś zdołały wydostać się na zewnątrz. Zaczął mówić uspokajającym głosem, sam już nie był pewien co, ważne było, że przynosiły Bulmie minimalne, ale ukojenie. Nie zwracał uwagi na paznokcie wbite w plecy, jakby były one jedyną deską ratunku dla tonącego, Bulmy tonącej w bezsilności. Jednak, gdy poczuł strużkę krwi z pokiereszowanej ręki, spływającą wzdłuż kręgosłupa, przeszły go ciarki, które zaraz potem zaowocowały mdłościami. To, co działo się teraz, nigdy nie powinno było się wydarzyć. W tej chwili, w ciszy przerywanej jedynie bezmyślnymi mamrotaniami dwóch słabych głosów, dających w jakiś sposób szansę na ucieczkę od rzeczywistości, zdawało się, że człowieczeństwo ich obojga zostało złamane.
Nie zwalniając uścisku ani na chwilę, Gohan zaniósł kobietę do łazienki, ręka musiała zostać opatrzona natychmiast. Fakt, że Bulma jakimś cudem nie uszkodziła żadnego głównego naczynia krwionośnego, nieco podniosło mężczyznę na duchu. Nie było to jednak wielkim powodem do radości, gdyż kobieta utraciwszy nieco więcej krwi, niż to bezpieczne, zbledła i osłabła, a szkło wciąż tkwiło w trzęsącej się nieustannie ręce. Wiedział, że próba wyjęcia niektórych odłamków była ryzykowna, jednak zdecydował się na jego podjęcie, nie miał innego wyjścia. Przecież czym miałby dostać się do szpitala, oddalonego o dziesiątki, jeśli nie setki kilometrów? Nie mógł pozwolić sobie na kolejny samodzielny lot, a nawet, gdyby się na to zdobył, to w teoretycznie bezpiecznym tempie, podróż trwałaby zbyt długo.
Pomyślał, że ojciec nie do końca wszystko przemyślał.
Albo po prostu miał gdzieś taką ewentualność.
Nie, to nie było tak.
Nie zrobiłby czegoś takiego najbliższym, prawda?
Gohan odrzucił złość wiedząc, że nie był to czas na myślenie o takich sprawach, musiał przywołać teraz całą medyczną wiedzę, jaką posiadał i wziąć się do pracy.
Zdziwił się tylko, że o dziwo posiadał jej tak wiele, zastanawiająco wiele. Uznał to za pozytywny efekt uboczny przebudzenia i większą już pewnością zabrał się do pracy.
Zdezynfekowawszy i zabezpieczywszy odpowiednio rękę, co przyszło mu niezwykle łatwo, zaprowadził Bulmę, sprawiającą wrażenie jakby nie obecnej, choć w tej chwili była zapewne po prostu śmiertelnie zmęczona, do małżeńskiej sypialni, dopilnował, by się położyła i usiadł ciężko na parapecie, by z niego obserwować łóżko i jednocześnie zająć się konieczną pracą. Tknęła go w tym momencie pewna niepokojąca myśl, której z braku czasu nie mógł dopuścić do głosu wcześniej: gdzie była Videl?
Saiyanie przywłaszczoną bezprawnie kapsułę zostawili na obrzeżach Satan City, gdzie wyglądała niemal jak jeden z kilku ekscentrycznych wolnostojących domów, rozrzuconych po okolicy tak, jakby były budowane bez żadnego większego planu. Przemierzali teraz pieszo ulice miasta, zazwyczaj tętniącego życiem, nagle cichego i pustego. Być może była to kwestia późnej godziny, ale Vegeta z każdą miniętą dzielnicą był coraz bardziej zaniepokojony, a domyślne źródło jego niepokoju maszerowało wesoło tuż obok.
-Samochód, też coś! Jeśli i tak z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu, uznałeś mnie za swojego służącego, to mógłbyś poprosić, z pewnością rozprułbym ci flaki i zbudował z nich całkiem ładny rower!
-Nie przesadzajmy, jak to mawiają ogrodnicy…Potrzebujemy samochodu, nie trupmobilu, i potrzebujemy go po to, żeby się zbytnio nie wyróżniać! Wiesz może, co to znaczy ''nie prowokować"? –zirytował się Kakarotto, odnoszący wrażenie, że po raz trzydziesty tłumaczył to samo.
-Biorąc pod uwagę ostatnie dwadzieścia lat mojego życia, a w szczególności kilka dzisiejszych godzin, to wyrażenie ''nie prowokować'' znasz tylko z książek, i to chyba Harlequinów!
Son ostentacyjnie uderzył dłonią w czoło i zaczął omówienie kwestii bezpieczeństwa po raz trzydziesty-pierwszy.
-Veg, jeżeli tak bardzo zależy ci na tym, by samemu skończyć jako bryczka z wnętrzności, to możemy sobie swobodnie polatać, pokrzyczeć i jeszcze pociskami ki postrzelać, ale chyba nie o to ci chodzi? W końcu masz coś do roboty, czy też po prostu od dzieciństwa zastanawiałeś się, jak to jest być likwidowanym przez zastępy uskrzydlonych, wykastrowanych mutantów w białych sukienkach?!
„Mając do wyboru ciebie, lub ich, to jeszcze trochę, a zacznę rozważać tę alternatywę…" –pomyślał książę.
-W takim razie wytłumacz mi w równie ciekawy sposób jeszcze jedno, bo nie mogę zrozumieć. Potrzebujesz samochodu, tak? To dlaczego jesteśmy w miejscu martwym jak etruski cmentarz, albo makieta centrum handlowego, planowanego na rok tysięczny?!
Kakarotto zaczerwienił się i zaśmiał nerwowo.
-To już faktycznie moja wina, chyba lekko przesadziłem…
-Czyli jesteś dupa, nie ogrodnik. A mógłbyś, słońce, proszę ciebie, jaśniej mnie oświecić?!
-Na wszelki wypadek rozwaliłem wszystko, co mogłoby latać, lub jeździć, i prądu raczej nie ma…
-I jaki zasięg ma ta twoja akcja? –jęknął zrezygnowany –Tak wiesz, w kwestii fizycznych odległości?
-Mniej więcej w promieniu tysiąca kilometrów.
Vegeta omiótł wzrokiem zamarłe miasto.
-Tysiąc kilometrów w którą stronę?
-Hm…kojarzysz taką figurę jak koło? Ma na przykład promień…
-Ty durna cholero! Mamy teraz tyle iść na pieszo?!
-Nie bądź śmieszny, nie zniszczyłem przecież wszystkiego, musiałbym grzebać ludziom po kieszeniach…Na pewno ktoś będzie tędy przejeżdżać, to w końcu Satan City!
Vegeta postanowił nie ciągnąć dłużej tej idiotycznej konwersacji, gdyż uznał to za coś poniżej swojej godności. Zechciał natomiast nieco zboczyć z trasy i wyłamując drzwi pierwszego napotkanego po drodze sklepu odzieżowego, zaopatrzyć siebie i towarzysza w jakąkolwiek odzież. W końcu to, które miał na sobie zdecydowanie prędzej, niż później by się podarło po czekających go niedługo starciach, a codziennego prania i paradowania w obecności Kakarotta w jakimś podrzędnym, starym ręczniku nawet nie zamierzał sobie wyobrażać.
-Hej, co robisz? –zainteresował się Goku.
-Staram się zaopatrzyć w cokolwiek, bo w tym domku twoich marzeń niczego prócz sprzętu nie ma. Ty też powinieneś się tym zająć, nie jestem gosposią.
Młodszy z dwójki mężczyzn pokręcił głową i ruszył za towarzyszem z perlistym śmiechem na ustach.
-I czego rżysz, debilu? Jeśli uważasz to za głupie, to możesz sobie chodzić…-zaczął –chociaż nie, lepiej, żebyś tego nie robił…-zreflektował się po chwili na samą myśl o tym, że mógłoby się kręcić wokół niego nagie i wyrośnięte nieszczęście.
Niecałe pół godziny później, gdy Vegeta uznał 'zakupy' za skończone, a dokładniej dość widoku Kakarotta strojącego się we wszystko, co tylko wpadło w jego ręce, ulicę przeciął rozpędzony, zielony Citroen AMI, który zaraz po minięciu Saiyan skręcił ostro i zahamował za jednym z budynków. Książę Saiyan miał złe przeczucia.
-Idioto! –Vegeta szarpnął towarzysza, który już szykował się, by pobiec za samochodem.
-Co, coś nie w porządku?
-Oczywiście, że w porządku! W takim porządku, że pewnie pozbyłeś się nawet atrap samochodów, ale twoja synowa jakoś przed chwilą tędy przejechała i nas zobaczyła! A przypominam ci, że nie żyjemy, bądź walczymy z czymś tam, co sobie wymyśliłeś, a ona widziała nas idących środkiem drogi z reklamówkami! To chyba nie ten obrazek, nie?!
-Dobra, dobra, uspokój się, bo ci jeszcze tak zostanie…porozmawiam z nią!
-Jestem bardzo ciekawy, mój geniuszu, jak ty jej to wyjaśnisz, hm?
Goku uśmiechnął się na wpół tajemniczo, na wpół z urokliwą wredotą.
-Otóż, jeśli jesteś ciekawy, to leć do kapsuły, zaparz sobie herbatę i spróbuj przy niej rozwiązać swój problem, hm?
-Słucham?!
-Tylko będziesz mi przeszkadzał. I weź ze sobą te torby, bez sensu bym z nimi wyglądał… Dyplomacja nigdy nie była twoją mocną stroną, Vegeta, proszę, nie mamy czasu…
-Sukinsyn –fuknął Saiyan i razem z ekwipunkiem oddalił się od centrum miasta.
Videl opierała się łokciem o dach samochodu i przeczesywała włosy dłonią, sprawiała wrażenie głęboko zamyślonej i jednocześnie skonfundowanej. Obserwujący ją Saiyan sam lekko wybity z tropu tym zbiegiem okoliczności. Poświęcił chwilę na przeanalizowanie sytuacji, i choć w pewnym momencie się skrzywił, to nie zamierzał odpuścić sobie przy realizowaniu zadania powierzonego mu przez samego Boga.
-Regina coeli, laetare… –ciepły, męski głos przywrócił Videl rzeczywistemu światu.
-Na Boga! –krzyknęła zszokowana kobieta i odskoczyła jak oparzona.
Jej teść opierał się jak gdyby nigdy nic o samochód, i nie wyglądał tak, jakby walczył na śmierć i życie. Raczej sprawiał wrażenie kogoś, kto lekko uderzył się w głowę, a swoje ubranie wrzucił pod kosiarkę po to, by chwilę potem ubrać je z powrotem.
-Hm…czy na Boga…? W sumie dobrze kombinujesz…-rzucił, bardziej sam do siebie, niż do niej.
-Czy nie powinieneś…?
-Powinienem, powinienem –westchnął i machnął ręką Saiyan –ale ty nie powinnaś –rzucił surowym tonem.
-Tato, ale o czym ty…?
-Ojoj, myślę, że ta poufałość z twojej strony jest w tym momencie nie na miejscu…Videl, czy byłabyś gotowa zrobić wszystko, nawet oddać życie, by ratować Ziemię…?
-Też pytanie, oczywiście, że tak!
-Gohan byłby z ciebie dumny… -szepnął- więc jeśli tak, to wydaje mi się, że będziesz w stanie mnie zrozumieć…
-A ty…czy zrobiłbyś wszystko? –spytała nagle.
-Zdecydowanie.
-To dlaczego szlajasz się z torbami w zupełnie niepodobnym do ciebie miejscu, zamiast walczyć, co podobno od kilku godzin robisz i ty i mój mąż i Vegeta, który też taszczył jakieś podejrzane szmaty?!
-Otóż właśnie robię wszystko –wzruszył ramionami i zaczął wybijać sobie palce.
Z twarzy Goku zniknął ślad po jakichkolwiek emocjach. Mężczyzna przyjrzał się sobie i wyszarpnął ze swojego bezrękawnika stosunkowo czysty i spory kawałek materiału, zwinął go w coś na kształt kuli, zmaterializował się tuż za Videl i wepchnął gałgan głęboko do ust, a ją samą unieruchomił rękoma. Przypomniawszy sobie po chwili, że umiała ona latać, przygwoździł kobietę do ściany domu, za którym wcześniej zaparkowała, częściowo wbijając ją w mur, i przytwierdził do niego okowami z ki, na tyle niskiej, by nie wzbudzać podejrzeń, ale wystarczająco wysokiej, bu uniemożliwić ofierze ruch.
Spojrzenie Videl wyrażało bardziej odrazę zmieszaną ze zdziwieniem, niż strach. Odniosła wrażenie, że całkowicie straciła już orientację w sytuacji. Czy działo się coś, o czym powinna była wiedzieć?
Kakarotto ujął ją za ramiona i spojrzał głęboko w oczy. Patrzył i zaczął przemawiać tak, jak przemawiałaby zapewne matka dziecka bez alergii na sierść, że odebranie mu pieska jest tylko i wyłącznie dla jego dobra, w sposób pewny, zdecydowany, nie znoszący sprzeciwu, jednocześnie spokojny i ciepły w tak nieprzyjemny sposób, że obudziłoby w dziecku żądzę mordu:
-Wierz mi, całkiem dobrze na tym w sumie wyjdziesz, wybłagam ci najlepszą możliwą miejscówkę tam, gdzie wielu ludzi dałoby się hm…zabić, żeby się tam dostać, jedyny haczyk jest taki, że to zajmie trochę czasu i trochę siły…Aczkolwiek śmiem twierdzić, że kiedyś to zrozumiesz i nawet będziesz wdzięczna…
Videl uniosła brew w geście dezaprobaty i zaczęła się szarpać, głównie dlatego, iż uznała, że głupota usłyszanego przed chwilą zdania była ponad jej nerwy.
-Cóż, więc jeśli nie zrozumiesz, czy też nie zamierzasz, to w takim razie chciałem ci jedynie powiedzieć, że to nic osobistego.
Po wypowiedzeniu tych słów odsunął i się i ku ogromnemu zaskoczeniu synowej padł na kolana, jak porażony prądem.
-Ojcze z serc naszych, przepełnionych gniewem, imię twoje Skałą, po wsze czasy święć się, wróć królestwo twoje, wola twoja zło całe zniweczy tako dzisiaj jak i na wieczność królem nam panujesz. Sił, rozumu i chleba daj nam, Panie. W zapomnienie wyślij chłód serc naszych, jako, że tobie oddane służą. Nie pozwól nam się złamać, sed libera nos a malo. Amen.
Kobieta przysłuchiwała się jego słowom z prawdziwym strachem, i nie poczuła się pewniej, gdy jej oprawca zamilkł, wstał i ruszył w jej kierunku. Ekstaza religijna Sona doprowadzała ją do obłędu, słowa jego bluźnierczej modlitwy wypełniały jej umysł i blokowały każdą inną myśl. Widziała tylko czarną toń, jego oczu, w której pływały swobodnie inne przerażające liturgie.
Chwilę potem zamroczył ją przeszywający ból, a jedynymi, co odczuwała jako rzeczywiste, była ciecz cieknąca po jej ciele i odbijające się echem słowa, choć wypowiadane były niemożliwie cicho: „Ave, Baforea, gratia plena, Dominus tecum…"
Szare, przybrudzone ściany i zniszczone meble przypominające bardziej sklejkę, niż drewno z pewnością ostro kontrastowały ze złotem obłoków, kryształowymi tronami, komnatami, wszechobecnym złotem, srebrem i przepychem wylewającym się agresywnie z każdej szpary niebiańskiego imperium, będącego od dawien dawna poza zasięgiem, choć teraz bliżej, niż kiedykolwiek, o czym jeszcze nikomu jeszcze nie było dane wiedzieć. Nawet Personelowi.
Jednak otoczona zniszczeniem, starością i brzydotą kobieta nie czuła zazdrości, choć tak, jak wszyscy dobrze wiedziała, że jej miejsce było tam wyżej, nie na zesłaniu do nędznego świata śmiertelnych, nie w ciągłej konspiracji. Przecież do surowości ścian, niewygodnych krzeseł i wyjątkowo obrzydliwych widoków z okien można było się przyzwyczaić. Skupić należało się jedynie na pracy, której w przeciągu tylu lat było dość wiele. Średnio szczęśliwie, ostatnie pół wieku spędziła ona w ciszy, i braku lepszych zajęć od znęcania się nad współpracownikami, i podlewaniu kwiatów tak brzydkich, że właściwie zajmowała się nimi tylko po to, by sprawdzić, czy mogłyby się utopić. Toteż spostrzegłszy, że ze stojącej na szpetnym katafalku srebrnej czary unosi się szkarłatny dym, była w irytujący ją sposób zaskoczona. Z jednej strony, oznaczało to powrót do aktywnej pracy, z drugiej zaś, wydawało jej się, że było zdecydowanie za wcześnie.
Niebieskooka blondynka odrzuciła do tyłu burzę kręconych włosów i energicznie wstała zza biurka, przewracając tym samym swoje krzesło, które i tak już zbyt wiele przeszło.
-Jasna cholera, przecież nawet pół dnia nie minęło…powtórka z historii najnowszej, czy co…? –westchnęła i podeszła do naczynia, które wypełniało się czerwienią.
Wciągnęła do nozdrzy trochę dymu. W całej Organizacji nie było chyba nikogo, kto przepadałby za odorem przelanej krwi, cierpienia i wreszcie –śmierci. Wyjątek stanowiła Baforea, dla której zapach był tylko nieco ostrzejszą, acz wciąż przyjemną perfumą, i pewnie między innymi z tego względu to jej powierzono opiekę nad Oczyszczanymi. Nie narzekała, swoją pracę uważała za godną, ważną i do tego nikt jej nie zazdrościł z tego powodu, to znacznie ułatwiało życie w Organizacji. Jedynym problemem mogło być to, że inni odnosili się do niej ze znaczną rezerwą, jeśli nie niechęcią. Kobieta postanowiła jednak przyjąć, że istniały gorsze tragedie od nie posiadania armii przyjaciół i pracowała z dumą i spokojem ducha przez miliony lat. Ona, jedna z tych Aniołów, którzy brali udział w akcie stwarzania Świata.
Wyczuwała w podarowanej ofierze wiele złości, bólu, łez i zdziwienia, zaś zadziwiająco mało było tam strachu, to wydało się jej niepokojące, ale jednocześnie była pełna podziwu dla osoby, której krew trafiła pod jej pieczę. By dopełnić sakramentu odczytała jeszcze resztę skierowanej do niej modlitwy, przewijającej się niepostrzeżenie między smużkami dymu:
-„Wesel się, królowo męczenników, sławmy Pana. Albowiem przybywa do ciebie anima vilis, którą zanoszę przed twe oblicze na klęczkach, byś ty oddała czystą duszę Panu, by dał jej ukojenie i miejsce w zastępach błogosławionych, sławmy Pana…" Który to i kogo dopadł, że od razu chce takiego statusu?!
Baforea w tym momencie utwierdziła się w przekonaniu, że w końcu padną jej kwiaty. Zanosiło się na to, że nie będzie miała czasu opiekować się nimi we właściwy, czy też jej własny sposób.
Zanurzyła dłoń w dymie, który zaraz potem skroplił się w krew, w tafli której Anielica mogła przejrzeć zarys zdarzeń, jak w ekranie. Żałowała tylko czasem, że nie miała dźwięku.
Krew odtworzyła jej scenę, którą oglądała z rosnącym niepokojem.
-Dobry początek –prychnęła-trzeba być…niech to szlag! –krzyknęła i oderwała się jak zaatakowana od czary, w której tliło się jeszcze delikatnym różem.
Spojrzała na komputer zajmujący pół blatu i zrezygnowana uniosła się ku najwyższej półce ogromnego regału, stojącego przy ścianie i sięgnęła po opasły, zniszczony tom, wyglądający tak, jakby zaraz miał się zamienić w proch.
Przewertowała księgę i otworzyła ją w końcu na ostatniej stronie, na której ledwo zasechł tusz.
-Dlaczego nie Goten lub Trunks? –zastanawiała się na głos.
Przejechała palcem po Drzewie Dziedziczenia każdego z nich, i gdy sprawdzała Kakarotta, z jej twarzy powoli znikało wszystko, co tylko się wcześniej pojawiło. Cerę miała w tej chwili gładką, jak nigdy, a usta stały się tylko bezwładną kreską, niezdolną do najdrobniejszego drgnięcia. Wszystko stawało się jasne. Te niepokoje na Ziemi, te przygotowania ze strony Tamtych. Zastanawiała się, czy ktoś jeszcze prócz niej zdał sobie z tego sprawę?
Machina z jednym tylko celem do zrealizowania.
Starzec uchylił drzwi i wszedł do pomieszczenia. Zdziwił się, jego wizyty były nie lada wydarzeniem, nawet na tym szczeblu, a jedyną reakcją był brak reakcji. Siedząca za biurkiem kobieta przygryzała własne paznokcie i wbijała martwe spojrzenie w przeciwległą ścianę, na której zresztą nic prócz kolejnego ataku grzyba nic się nie działo. Tuż obok niej leżała rozwarta Księga Sioh. Zrozumiał brak entuzjazmu na jego widok.
-Baforeo… -spróbował zwrócić na siebie uwagę.
Kobieta odwróciła głowę w jego stronę i kiwnęła nią na znak, że słucha.
-Zdaje mi się, że mniej więcej wiesz już, z czym do ciebie przyszedłem? –rzekł i wskazał na księgę.
-Zauważam również, że panującego wszędzie nastroju radości i święta nikt nie podziela –rzuciła i wymusiła lekki uśmiech.
Raszmael również się uśmiechnął.
-Niezmiernie cieszy mnie to, że pomimo powagi sytuacji, tkwi w tobie niezłomny humor. Od razu mam więcej pewności co do ciebie.
-Ależ. Ja nie robię niczego specjalnego.
-Moja wizyta wiąże się z tym, że będziesz musiała zacząć.
-Hm?
Anioł podszedł do niej i wskazał na wypisane w Księdze złotem słowo „Kakarotto".
-Będzie pod twoim specjalnym nadzorem. Od tej chwili od ciebie zależy powodzenie odzyskania piedestału. Oficjalnie mianuję cię Stróżem. Za chwilę powinnaś dostać wiadomość z rozporządzeniem i wszystkimi informacjami, które mogłyby być przydatne.
-Prosiłabym o wydruk.
-Tego jest…cóż, sporawo….po co ci wydruk?
Spojrzała znacząco na swój służbowy, i jedyny z resztą, komputer.
-Znowu zaczął się psuć?
-To on kiedykolwiek z tym kończył…?
-Nie bądź niemiła, może, gdy będziesz się do niego cieplej zwracać, to…a nie, to w zasadzie tyczyło się kwiatów.
-I tak mu mówię, że wygotuję go w oleju, a potem spalę na stosie. Cieplej się nie da.
-Zawsze możesz liczyć na to, że krew producenta i tego człowieka od oprogramowania prędzej, czy później trafi do ciebie.
Zapanowała cisza, przerywana jedynie tykaniem zegara. Oboje zastanawiali się, co mogliby, a czego już nie wolno im było teraz powiedzieć.
-Dlaczego On wybrał mnie? –wyrzuciła z siebie w końcu.
-Pewnie dlatego, że jesteś dobra.
-Dobra nie wystarczy, to zadanie zbyt dużej wagi, nie można go spie…spartaczyć. Powiedziałam spartaczyć.
Mężczyzna położył jej rękę na ramieniu i westchnął.
-Sama sobie częściowo odpowiedziałaś. Nie może się nie powieść. A prawda jest taka, że tylko ty jesteś tutaj tak naprawdę solidna.
Baforea nie odpowiedział, tylko uśmiechnęła się zmieszana.
„Solidność. Kolejna zaleta, którą mogę przepisać na listę wad i czynników pakujących mnie w gówno" –pomyślała.
-I nie traktuj go jak gówno, Baforeo, to przecież w końcu sam Antychryst. –rzucił częściowo wesoło, a częściowo jako ostrzeżenie i wyszedł.
-O, kurwa….-jęknęła, gdy tylko za Raszmaelem zamknęły się drzwi, i z impetem uderzyła czołem w blat.
Nie było jej dane napawać się własnym niefartem w spokoju, gdyż z hukiem otworzyły się drzwi po raz kolejny. Kobieta uznała, że to za często, jak na jeden dzień.
Do gabinetu weszło dwóch mężczyzn. Ten, który wbiegł jako pierwszy, był bardzo niskiego wzrostu, od podłoża odrastał maksymalnie jakieś sto czterdzieści pięć centymetrów. Na głowie nosił turban, spod którego wystawała grzywa w kolorze gryzącego oczy oranżu, za którą ciągnęły się włosy tej samej barwy, rozwiane na wszystkie strony świata, rozpuszczone sięgałyby mu nawet do pasa. Jasnoniebieskie oczy wbiły wzrok w srebrną czarkę z niezłomną ciekawością spuszczonego ze smyczy pięciolatka zaraz po rzuceniu zwyczajowego „cześć".
Baforea stwierdziła, że gdyby Morris –bo tak owemu mężczyźnie było na imię- miał ogon, i tak by go stracił, przez zamachanie go na śmierć.
Powolne i eleganckie wejście drugiego z nich, średniego wzrostu młodzieńca o bladej cerze, piwnych, rozmarzonych oczętach i jasnoniebieskich włosach wywołało uśmiech na jej twarzy, ale nie dlatego jak pomyślał sam zainteresowany, że było to powodowane jego osobą, ale niesionymi przez niego kieliszkami i butelką wina.
Młody Anioł już miał się przywitać, gdy uderzyły go drzwi, otworzone w może nawet bardziej, niż zdecydowany sposób.
Na oblicze krótko ściętej szatynki o złotych oczach wstąpił przymilny uśmieszek, co sugerowało, że zamierzała się odezwać, ale Baforea nigdy dotąd nie miała ochoty na słuchanie jej głosu, i tym bardziej nie miała jej teraz.
-Solange! Zapewne przyszłaś tu po to, żeby mi serdecznie pogratulować, powspółczuć, a w głębi duszy egoistycznie modlić się, i naprawdę nie chcę wiedzieć do kogo, o to, żeby mi się nie udało, choć sama nie chciałabyś się tego podjąć, i w związku z faktem, że wiem o tym, co już powinnaś zauważyć, pominiemy część artystyczną i już teraz powiem ci: Dziękuję, Solange, spieprzaj, Solange.
Kobieta zrobiła minę, która zapewne miała sugerować, że czuła się skrzywdzona tym nieszczerym osądem, ale była zbyt rozwścieczona, by nad sobą zapanować, i jej twarz stanowiła mimiczną wizualizację słów „pieprzona suka", co zauważyli również goście Baforei, i wyższy z mężczyzn bez uprzedzenia zatrzasnął kobiecie drzwi przed nosem średnio celnym kopnięciem.
-Cholera, Dzięki, Jasku. Potrzebowałam tego.
-Do usług –uśmiechnął się –mam tu coś, z czym poczujesz się raźniej. Patrz, wino –trochę jak krew, nie? No i lubimy wino, nie? Wytrawne, że niby gorzkie jak Antychryst, co go pilnujesz, nie? Ale jakie przecież to wino jest pyszne! I to wiesz, to nie jest takie wino marki wino, to jest…
-Myślę, że zczaiłam.
-Wiesz, ja…więc od kogo się zaczęło?
-Cóż…Jasku, kojarzysz Gohana?
-Mm…tego uroczego młodego człowieka w okularach z piękną, uczynną żoną i przesłodkim dzieciątkiem, takim „aww" ?
Rudy Anioł parsknął śmiechem, zażenowany Jasku zdzielił go w potylicę i warknął:
-Zamknij się, Morris!
-Ale wiesz, ja nie mogę, jak ty opisujesz, hamowałbyś się trochę bo w naszym przypadku pewne dwuznaczności są nie na…
-Morris, do cholery! Bafunia, to o co z nim chodzi?
-O to, że się rypnąłeś w opisie.
-Mówiłem!
-Nie ma okularów?
-Nie, nie ma żony.
-Jak to nie ma?! No czegoś takiego nie mógłbym przeoczyć!
Baforea wskazała brodą na katafalk.
Mężczyzna zakrył dłonią usta, pożałował, że spytał.
-O jaa…Mo…Morris, ty wiesz, co to jest?
-Dobry początek? –odparł Morris.
-Kiepski koniec powiedziałabym –rzuciła niby od niechcenia blondynka, zastanawiająca się, czy ktokolwiek podziela jej opinię.
-To jest…Końcowe Odliczanie! –wydarł się Jasku.
Raczej nikt się z nią w tej kwestii nie zgadzał.
Anioł nie zdążył wyłożyć swojej teorii Końcowego Odliczania, gdyż Solange znów weszła do środka, tym razem nieco delikatniej zaakcentowała swoje wejście. W prawej ręce trzymała kopertę, którą zaraz potem rzuciła w okolice biurka, drugą zaś chowała z tyłu.
-O, wejdź. –rzuciła blondynka.
-Nie, ja podziękuję.
-Ależ nalegam! Morris?
Morris chwycił kobietę za rękaw swetra i siłą wciągnął do pokoju. Na twarz Baforei wstąpił tryumfalny uśmiech. Lewa ręka szatynki pokryta była wysypką, niektóre krosty zaczynały już pękać i ciekła z nich ropiejąca substancja.
-Solange, ten uroczy trujący chwaścik z holu napluł ci na rękę, czy może próbowałaś otworzyć moją pocztę?!
-Też mi coś! To rana poniesiona w akcji!
-Morris też kiedyś taką poniósł, ta akcja nazywała się „Jasku, a co Baforea ma w szufladzie?". To było mniej więcej wtedy, gdy histeryzował, że odpadnie mu dłoń, i właściwie zbytnio się z prawdą nie minął. Nie, Morris?
-Uhm –odparł tamten, a jego spojrzenie poruszało się na trasie biurko-ręka.
Solange wyglądała tak, jakby miała zaraz eksplodować, bo ktoś wyrzucił jej glany na śmietnik.
-Coś ci powiem! Ty i ten Kakarotto tak bardzo się od siebie nie różnicie! Macie zastanawiająco dużo wspólnych wad!
-Skąd wiesz, hm?
-Miałam wizję, ja przynajmniej od zawsze się do czegoś przydawałam!
-W każdym razie jesteś dupa, nie listonosz –ziewnął Jasku.
-Śmiej się, widziałam rzeczy, których tobie, Jasku, nie będzie wolno oglądać, gdy już będą się dziać! –rzuciła i wybiegła z krzykiem niezrównoważonej furiatki.
Minęła chwila, nim trójka z powrotem była zdolna do odzywania się, po tej cudownej wizycie.
-Wiesz co, Morris? To był dopiero dobry początek –jęknęła i chwyciła ze stołu butelkę z czerwonym winem.
Rudzielec delikatnie odłożył niezwykle ciężką kopertę na biurko.
-Jasku nie będzie mógł oglądać…? –zawył Anioł, a w jego głosie czaiła się czarna rozpacz –co to znaczy, że nie mogę oglądać?!
-Przestań, napijmy się i dajmy Bafci spać, pewnie jest zmęczona.
Kobieta spojrzała w lustro. Dwa podobne perłom kamienie umieszczone nad brwiami –czarny i biały, błyszczały silniej, niż zwykle. Czy był to jakiś znak?
