2.

– Puk puk – usłyszał zza uchylonych drzwi do swojego gabinetu. Mimo iż westchnął, na jego ustach pojawił się lekki uśmiech.

– Kto tam? – zapytał czysto formalnie.

– Twoja ulubiona Inkwizytorka! – Kaidean wparowała do komnaty w podskokach, rozmiękczając serce Cullena do reszty. – A może nie?

– Ależ oczywiście, że tak, moja pani – mężczyzna podszedł i pogładził ją po włosach. – Inne inkwizytorki nie mają z tobą szans.

– Ha! A co tam porabia mój ulubiony komendant? Znowu raporci?

– Raporci i komendanci – podchwycił Cullen. – A ty, jak mniemam, inkwizytorzysz?

– Jasna sprawa! Ktoś musi inkwizytorzyć, by komendancić mógł ktoś – rzekła uroczyście.

Cullen nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem.

– Tak naprawdę – dziewczyna przestąpiła z nogi na nogę – to przyszłam, żeby gdzieś cię na chwilę zabrać. Mam dla ciebie mały prezent. Potraktuj to jako odpowiedź na mój płaszcz.

– Kaidean, nie musiałaś, przecież nie daje się prezentów, by ktoś się zrewanżował.

– Widać, że nie żyłeś w Ostwick – zachichotała. – Oj, nie odbieraj mi tej przyjemności, chciałabym zobaczyć twoją reakcję.

– No dobrze, prowadź więc, lady Trevelyan.

Wyszli na dziedziniec, skąpany w barwach jesiennych liści i złotych promieniach słońca, dziedziniec, na którym, mimo poetyckiej oprawy, panował codzienny, zwyczajny rejwach.

– Dokąd idziemy? – komendant rozejrzał się niepewnie.

– Ty nigdzie nie idziesz – Kaidean wyciągnęła z kieszeni jedwabny szal. – Przewiążę ci oczy, ale nie martw się, poczekasz na niespodziankę tutaj. Nie wystawię cię na złośliwe komentarze twoich podkomendnych. Jakby to wyglądało? "Inkwizytorka prowadzi za rękę generała Cullena! Ojej, ale z niego pantoflarz" czy "Zobacz, idzie jak piesek na smyczy" albo "Taki twardziel a popatrz, baba robi z nim, co chce".

– Pewnie i tak już gadają w podobnym tonie – mruknął, jednak w głębi duszy był niezwykle wdzięczny za troskę o jego reputację.

Stał więc, jak kołek, czekając na nieznane. To naprawdę mogło być wszystko. Nie zdziwiłoby go specjalnie, gdyby Inkwizytorka przyniosła mu jajecznicę ze smoczych jaj albo zorganizowała na jego cześć defiladę orlesiańskiego wojska. Mogła też rozwinąć czerwony dywan, który układałby się w litery jego imienia albo zlecić przytarganie fotela, zrobionego w całości z mieczy pokonanych wrogów. Nie zawsze taka była, nie zawsze zachowywała się jak dziecko. Ostatnio jednak mogła sobie na to pozwolić. Udany sojusz z Cesarzową, znalezienie bogatych złóż złota na Syczących Pustkowiach, rozwiązanie problemów gospodarczych Twierdzy: mieli powody do radości, do chwilowego uspokojenia nerwów. Inna sprawa, że na jej zachowanie ewidentnie wpłynęło zacieśnienie więzi z Serą.

– Już. Zdejmij przepaskę – usłyszał podniecony głos Kaidean.

Zerwał materiał, mrugając w reakcji na nagłe światło. Wreszcie spojrzał przed siebie i aż "ochnął". Inkwizytorka trzymała za wodze najprawdziwszego gorącokrwistego seherończyka.

– Chyba mnie oczy mylą – wyszeptał, wpatrując się w hipnotyzującą czerń jego sierści, w błyszczące, mądre oczy, w długą, rozczesaną grzywę.

– Tak myślałam, że ci się spodoba – zachichotała Kaidean, lecz chwilę później musiała z całej siły przytrzymać tupiącego nerwowo ogiera. – Trzeba go uspokoić i okiełznać. Wtedy uzna cię za swego pana i będzie wiernie służył. Przynajmniej tak mówił mi Byk, niech go Andrasta chroni, jeśli robił sobie żarty.

Cullen podniósł prawą rękę i powoli zbliżył się do konia. Zwierzę zaczęło się szarpać, aż wyrwało Kaidean wodze i samo okrążyło komendanta, co rusz gniewnie prychając. Scena jak z malowideł, pomyślała, oczyma wyobraźni czytając tytuły: "Cud pod Twierdzą", "Hołd koński", "Czarny koń na czarnym tle". W międzyczasie Cullen zdołał dotknąć ogiera, by zaraz cofnąć rękę przed jego zębami.

– Ostra bestia – mruknął z podziwem.

Podjął kolejną próbę: wyrażającą siłę i pewność siebie postawą zmusił zwierzę do pokorniejszego zachowania, do okazania szacunku. Ogier prychnął co prawda, ale już nie atakował, przestał też ryć kopytem ziemię w nerwowym tiku.

Wreszcie, szepnąwszy "raz się żyje", komendant wskoczył na grzbiet karego rumaka. Kaidean wstrzymała oddech, ale Cullen najwyraźniej przeszedł próbę, bo koń, jak za dotknięciem kostura, stał się nagle uległy, posłuszny, niemal czytający w myślach swego jeźdźca. Miło było popatrzeć, jak na ustach generała pojawia się uśmiech, jak zafascynowany rusza stępa, później kłusem przez cały dziedziniec Twierdzy, na oczach zachwyconych kucharek i zazdrosnych rekrutów.

– Kaidean – zwrócił się do niej, gdy już powrócił. – Nie wiem, co mam powiedzieć, to tak wspaniały dar. Nie zasłużyłem na niego, jestem tylko...

– Komendantem największej armii, jaka istniała w Thedas od czasów Świętego Marszu. Proszę cię, Cullen, miałeś jeździć na jakiejś zwykłej kobyle, kiedy niemający pojęcia o walce szlachciur pasłby tego ogiera dla czystego snobizmu? Popatrz, mam nawet papiery z licytacji. Takiego wspaniałego wierzchowca nazwał jakimś numerem seryjnym. O, tu, BuCV. Co za brak wyobraźni.

– Więc teraz ty go nazwij, Inkwizytorko – rzekł niemal szeptem, patrząc na nią jak na bóstwo.

– Ale kiedy ja nie wiem... Może Komendoń? Koń komendanta, haha! Nie? W takim razie najodpowiedniej będzie... Onyks. Szlachetny i głęboko czarny, niczym onyks.

– Niech tak będzie – Cullen zmusił wierzchowca do klęknięcia przed Kaidean. – Będziemy ci służyć po kres naszych sił.

– Jeśli o tym mowa – dziewczyna posłała mu zachęcający uśmiech – to chętnie dojdę do tego kresu sił.

Onyks faktycznie był najprawdziwszym gorącokrwistym seherończykiem, bo tylko one mogły na swój sposób "skomentować" emocje jeźdźców. Na rumieniec Cullena Onyks zareagował więc rozbrajającym rżeniem.