Ann weszła do przestronnej sali pojedynków. Po lewej stronie dostrzegła stół przy którym siedziała komisja.

Panno Greenaway, dzień dobry - przywitała ją starsza czarownica – nazywam się profesor Mirabell Spirawell, pozostali członkowie komisji to profesorowie, Adam Horowitz, Jonathan Wells oraz Bruno Spirelli. Proszę podać różdżkę.

Ann przywitała się ze wszystkimi i przekazała starszej czarownicy różdżkę.

Mahoń, rdzeń z pióra feniksa, długość 12 i 1/4 cala – mówiła kobieta, a mężczyzna siedzący po jej prawej stronie notował. Po chwili kobieta położyła różdżkę na stole, podniosła nad nią rękę i zaczęła szeptać jakieś inkantacje. Gdy z różdżki wydobyło się białe światło, kobieta uśmiechnęła się do Ann.

Panno Greenaway może Pani zabrać różdżkę i zająć miejsce na krańcowym miejscu maty. Panno Watson, proszę zaprosić do sali przeciwnika Panny Greenaway.

Ann dopiero teraz spostrzegła stojącą przy drzwiach niską dziewczynę. Gdy tamta zamknęła za sobą drzwi, Ann miała chwilę na zebranie myśli. Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech, nie chciała pokazać po sobie zdenerwowania, dlatego gdy drzwi się otworzyły, delikatnie odwróciła w tamtą stronę głowę, aby przyjrzeć się przeciwnikowi. Jakie było jej zdziwienie, gdy niska kobieta wprowadziła do sali blondyna z którym Ann miała dopiero co utarczkę. Chłopak uśmiechnął się do niej szeroko, gdy mijał ją podchodząc do stołu komisji.

- Panie Malfoy, dzień dobry. -przywitała się z blondynem czarownica i rozpoczęła tę samą procedurę, przez którą przed chwilą przechodziła Ann.

Wspaniale. - pomyślała Ann.

Wszystko w porządku Panie Malfoy, proszę zająć miejsce na przeciwległym krańcu maty.

Ann nie spuszczała z niego oczu. Próbowała oszacować, którą ręką posługuje się przeciwnik, którą stronę ciała może mieć słabszą oraz w jaką wysokość najlepiej celować.

Drodzy adepci, znacie zapewne zasady walki czarodziejów. Nie używamy zaklęć niewybaczalnych ani okaleczających fizycznie bądź psychicznie. Głównym celem ma być wytrącenie różdżki z dłoni przeciwnika lub strącenie go z powierzchni maty. Dobrze. - kobieta zlustrowała wzrokiem przestrzeń walki.- W takim razie, na mój sygnał możecie zaczynać.

Ann posłała pierwsze zaklęcie. Postanowiła, że zacznie atak od prawej strony Malfoy'a, chciała go osłabić. Posłała w jego stronę zaklęcie rozbrajające i już robiła unik, gdyż ten sam blado niebieski promień zmierzał w jej stronę. Malfoy nie pozostawał dłużny, zbliżył się do Ann na dwa duże kroki, czarodziej postawił na zaklęcia oszałamiające. Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie. Miała okazję użyć peleryny jako zasłony, a wiedziała, że komisja lubi, gdy czarodziej angażuje do walki wszelkie możliwości. Posłała czerwony promień w prawe ramię Malfoy'a zrobiła zgrabny obrót unosząc przy tym pelerynę tak, że żółte zaklęcia wysłane przez chłopaka odbiło się od czarnego okrycia. Ann uśmiechnęła się do Malfoy'a, którego twarz wyrażała pełne zdeterminowanie i skupienie. Walka była wyrównana. Ann musiała kombinować, ponieważ powoli zaczynała tracić siły.

Avis! - krzyknęła dziewczyna celując różdżkę wprost nad głowę Malfoy'a. Potężny huk rozszedł się po sali, którą po chwili wypełniło głośne ćwierkanie. Stado małych ptaszków okrążało głowę Malfoy'a zasłaniając mu widok. Ann wykorzystała tę chwilę nieuwagi posyłając w stronę chłopaka zaklęcie rozbrajające. Gdy tylko różdżka opadła z łoskotem na podłogę małe ptaszki zniknęły, odsłaniając wściekłą twarz Malfoy'a. Ann ukłoniła się teatralnie w stronę chłopaka nie uśmiechając się szeroko. Miała zamiar podejść do niego i pogratulować udanego pojedynku. Chłopak zignorował jej zamiar, odwrócił się na pięcie i z trzaśnięciem drzwi opuścił salę pojedynków.

Proszę się nim nie przejmować Panno Greenaway – usłyszała za sobą szatynka. - Malfoy'owie już tacy są. - Starsza czarownica pogratulowała jej udanego pojedynku i poprosiła o dokumenty, które Ann otrzymała przy rejestracji. Po dokonaniu wszystkich formalności, dziewczyna udała się na dziedzinie. Miała jeszcze godzinę do kolejnego egzaminu. Postanowiła udać się ponownie do kafejki, żeby zjeść obiad.

W kafejce było zdecydowanie za głośno. Widocznie większość adeptów była już po pierwszym egzaminie i również postanowiła coś przegryźć. Ann kupiła zupę krem, kawę i udała się na taras. Niestety, nie było wolnego stolika i jedyną możliwością zjedzenia na siedząco było przykolegować się do kogoś. Dziewczyna obmiotła taras wzrokiem i udała się do trójki osób, która wydawała się najmniej problemowa.

Przepraszam – zaczęła nieśmiało – wszędzie jest zajęte, czy będzie wam przeszkadzało, jak się dosiądę i zjem przy was?

Pewnie! Żaden problem, siadaj – powiedziała z uśmiechem dziewczyna. - Mam na imię Hermiona, a to są moi przyjaciele Ron i Harry. - wskazała na siedzących po jej dwóch stronach chłopaków.

Bardzo mi miło, mam na imię Annabeth.

Chyba nie jesteś stąd, prawda? - zagadnął chłopak przedstawiony przez Hermionę jako Ron.

Ron, nie wypada tak zaczynać rozmowy – skarciła go przyjaciółka.

Nic się nie stało – uśmiechnęła się Ann – ma racje, jestem ze Stanów, uczyłam się w Szkole Magii w Salem.

Wspaniale widzieć osoby z innego kręgu kulturowego, tutaj większość adeptów pochodzi z Hogwartu, więc wiesz same znajome twarze... - rozpoczęła swój monolog Hermiona i gdyby nie Harry, pewnie kontynuowała by go, aż do rozpoczęcia kolejnego egzaminu.

Hermiono, może zasypuj koleżankę trochę wolniej swoimi pytaniami i uwagami. Pewnie przede wszystkim chciałaby zjeść. - chłopak odwrócił się w stronę dziewczyny i obdarzył ją przyjaznym uśmiechem. Ann podziękowała mu w duchu, rzeczywiście była nieziemsko głodna po pojedynku z Malfoy'em, a na odpoczynek jeszcze się nie zanosiło. Hermiona przeprosiła za swoją ekscytację. Żeby dyplomatycznie wybrnąć z sytuacji Ann poprosiła, żeby opowiedzieli jej coś o Hogwarcie, tym samym nie będzie niezręcznej cisza, a Ann będzie mogła zjeść w spokoju obiad.

Trójka nowopoznanych okazała się bardzo sympatyczna. Kiedy wyszło na jaw, się że to oni są tym sławnym Złotym Trio, które pomogło pokonać Voldemorta, Ann prawie udławiła się zupą. Gdy wypluwała płuca, Ron zaczął ją ratować, z jego rozmachu prawie nie uderzyła głową o stół, chłopak miał tak mocne uderzenie. Kiedy uspokoiła oddech, trójka znajomych zaczęła się śmiać z jej zdziwienia. Ann, grzecznie przeprosiła i zapytała czy kiedyś będą mieli ochotę jej opowiedzieć o swoich przygodach, bo zawsze lepiej jest słuchać o takich sprawach z pierwszej ręki niż czytać w gazetach. Harry zagwarantował jej, że z chęcią spotka się i opowie o wszystkim.

Oczywiście, jeżeli nie jesteś powiązana z Prorokiem – zażartował.

Prorok to nasz odpowiednik waszego Daily – dodała Hermiona. Ron jedynie przewrócił oczami i wrócił do jedzenia swojego ciastka. Gdy Ann dopijała kawę, zeszli na temat egzaminów. Okazało się, że jedynie Hermiona jest adeptką, pozostała dwójka udała się do Edynburga, żeby jej towarzyszyć i zrobić sobie mini wakacje. Dlatego, gdy zbliżał się czas egzaminu z eliksirów, Ann i Hermiona udały się w stronę sali, natomiast chłopcy wykręcając się tym, że skoro Hermiona ma już towarzystwo to oni udadzą się na zwiedzanie miasta, a przyjdą do Akademii po zakończeniu wszystkiego.

Już znam ich zwiedzanie – powiedziała Hermiona, gdy tylko Ron i Harry zniknęli za rogiem – najpierw znajdą sklep ze sprzętem do Quidittcha, a potem udadzą się na parę kremowych piw.

U nas nie ma kremowego piwa – powiedziała Ann – mamy dyniowe piwo – dodała, gdy już koleżanka miała pytać, to co w takim razie piją młodzi czarodzieje. Szatynka musiała przyznać, Hermiona pomimo tego, że dużo mówiła, przypadła jej do gustu. Była inna od jej koleżanek ze szkoły z Salem... Hermiona, była po prostu inteligentna i rządna wiedzy, dziewczyny z jej roku, no cóż, można powiedzieć, że z ich powodu nauczyciele zaniżali czasem poziom egzaminów.

Na jakim Mistrzostwie ci najbardziej zależy? - zapytała Hermiona.

Nie wiem, zdałam wszystkie egzaminy potrzebne na każdą ze specjalności. W każdej z dziedzin czuję się dobrze, mam nadzieję, że egzaminy praktyczne mnie ukierunkują.

Odpuściłam sobie zaklęcia – powiedziała Hermiona – zawsze ciągnęło mnie w stronę eliksirów, być może dlatego, że mój nauczyciel w Hogwarcie nigdy mnie nie doceniał, pomimo tego, że dawałam z siebie wszystko - zamyśliła się na chwilę – ale bym się śmiała, gdybym po Akademii robiła u niego praktyki.

A jak się nazywa?

Severus Snape

Żartujesz? Ten Severus Snape, twórca zaawansowanych eliksirów na likanizm?!

Nie kto inny – dodała z rumieńcem na policzku Hermiona. Ann przyjrzała się koleżance, już miała pytać o zajęcia ze Snapem, gdy drzwi do sali egzaminacyjnej się otworzyły.

Drodzy adepci zapraszamy na kolejny egzamin! - jeżeli dobrze pamiętała, był to profesor Horowitz - Do sali wchodzimy pojedynczo, każdy z was losuje numer stanowiska pracy, na każdym stoliku znajduje się koperta z zadaniem egzaminacyjnym.

Ann życzyła Hermionie powodzenia i udała się w stronę wielkiej misy, z której należało wylosować numer. Sala w której odbywał się egzamin była gigantyczna. W równych rzędach ustawiono stoły. Na każdym z nich znajdowały się trzy kociołki, stosy składników, norze, pipety, chochle i wiele innych, wszystko jak z pracowni Mistrza Eliksirów. Ann podeszła do stolika i rozerwała znajdującą się na nim kopertę. Wyciągnęła z niej trzy karty. Pierwsza, na której widniał napis Eliksir Bujnego Owłosienia – łatwizna, pomyślała Ann. Druga karta: Eliksir chroniący przed ogniem, trzecia karta: Antidotum na Niepopularne Trucizny – cholera, zaklęła dziewczyna. Nienawidziła przyrządzać tego wywaru. Wymagał on niesamowitej precyzji i skupienia. Westchnęła ciężko i rozejrzała się po sali. Trzy stoliki dalej stała Hermiona i wpatrywała się w swoje karty. Już miała się odwrócić w bok, żeby zobaczyć czy wszyscy adepci zajęli już miejsca, gdy usłyszała znajomy głos:

Naprawdę ty? - odwróciła się i spostrzegła stojącego za nią blondyna.

Nie, jestem jedynie zjawą, która przybrała kształt twojego największego koszmaru - odparła Ann i odwróciła się w stronę swojego stolika. Po chwili jednak, ponownie odwróciła się do chłopaka – A i nie ładnie, jest opuszczać pojedynek bez podziękowania przeciwnikowi. A więc, dziękuję za udaną walką. - dodała ze sztucznym uśmiechem Ann i z satysfakcją odwróciła się do swoich kociołków.

Wyszczekana Amerykanka... - rzucił blondyn. I już Ann miała się do niego odwracać, gdy komisja zarządziła rozpoczęcie egzaminu. Nie będę traciła czasu na tego bufona – pomyślała i dała się pochłonąć swojemu zadaniu.

Po dwóch godzinach eliksiry były gotowe, choć antidotum nie miało książkowej barwy. Ann otarła pot z czoła. Teraz przyszedł czas na ocenę eliksirów przez komisję. Czwórka czarodziejów przechadzała się między stolikami i skrzętnie sprawdzała wszystkie wywary. Ann miała więc chwilę, żeby usiąść na krześle i złapać oddech. Teraz już i tak nic nie zrobię. - pomyślała i spojrzała na Hermionę, do której podchodziła właśnie komisja.

O dziewczynę Wesleya się nie martw, to był największy mól książkowy Hogwartu – zobaczyła, że blondyn stanął obok niej i patrzył w miejsce, które one przed chwilą obserwowała.

Czy dla wszystkich jesteś taki nie miły? - wyrwało się jej. Naprawdę nie miała siły na utarczki, ale jej wścibska natura nie pozwoliła jej trzymać języka za zębami. Chłopak popatrzył na nią.

Dla ciebie chciałem być miły.

Eh... - westchnęła ciężko, może była dla niego niezbyt przychylna od początku, jednak ten dzień był wyjątkowo frustrujący – dobrze. Przepraszam... - zaczęła – to nie jest najlepszy dzień na bycie miłym. Podróże transkontynentalne nie należą do najprzyjemniejszych, jeszcze kiedy czekają cię trzy gigantyczne egzaminy tego samego dnia. - wyciągnęła rękę w stronę chłopaka i popatrzyła mu w oczy. Chłopak wziął uścisnął jej dłoń. Miał niezwykle pewny i mocny uścisk – Annabeth Greenaway, miło mi.

Draco Malfoy – odpowiedział chłopak – nie można tak było od początku? - zażartował.

Przestań, bo zaraz cofnę swoje przeprosiny... - odparła dziewczyna, choć postawa chłopaka zaczęła ją bardziej śmieszyć niż drażnić.

Komisja – rzucił Draco i oddalił się do swojego stolika.

Annabeth Greenaway... - zaczął profesor Horowitz – proszę przedstawić nam eliksiry.