2.

- Jestem w ciąży. To twoje dziecko…- te kilka szokujących słów, odbiło się echem w jego duszy, by nagle rozświetlić jego życie wszystkimi kolorami tęczy. Niemal siłą powstrzymał się, by nie porwać jej w ramiona i nie wykrzyczeć całemu światu, jak bardzo jest szczęśliwy, ale wiedział, że musi rozegrać to ostrożnie. Tu przecież chodziło o Bones. Jeśli zareaguje nie tak, jak powinien, wystraszy ją i skutki mogłyby być opłakane. Nie mógł jej stracić, nie teraz, gdy wreszcie byli ze sobą tak blisko. Zbyt wiele poświęcił wysiłku i czasu, by stać się dla niej najlepszym przyjacielem i powiernikiem, którego, z czasem, miał nadzieję, mogłaby pokochać. Dziś, ważyły się losy reszty jego życia…

- Jesteś pewna?- zapytał łagodnie, ostrożnie sięgając po jej dłoń i nakrywając ją swoją. Była spięta. Mógł to wyczuć, ale pod jego dotykiem, zdawała się nieco relaksować. Czyżby wcześniej obawiała się, że będzie zły? Czy bała się, że ta nieplanowana, nie, to nieodpowiednie słowo, lepsze będzie „przypadkowa", ciąża zniszczy to, co było między nimi- ich przyjaźń i zaufanie? Pewnie tak. W końcu, nie wiedziała, nie miała zielonego pojęcia, że był w niej zakochany po uszy i nocami śnił o tym, że są rodziną. Nigdy jej tego nie powiedział, nawet tamtej nocy, kiedy po urodzinowej imprezie Angeli, pijani w sztok, wylądowali w jej apartamencie, w jej sypialni i w jej łóżku, nago… To była najpiękniejsza noc jego życia, lecz dla niej zapewne, kolejny sposób zaspokojenie biologicznej potrzeby, jaką jest seks. To dlatego, kochając się z nią, nie powiedział tych trzech słów na głos, dopóki nie zasnęła, a kiedy obudzili się rano, skacowani i kiedy zaległa niezręczna cisza, niemal bezgłośnie ustalili, że ta noc nigdy nie miała miejsca. I choć miał złamane serce, to zgodził się na wszystko, bo wiedział, że jeszcze nie była gotowa, by przyjąć jego uczucie. Wtedy, to było najlepsze wyjście. Dziś przeznaczenie najwyraźniej mu sprzyjało i postanowił wykorzystać swoją szansę…

- Tak, Booth.- odpowiedziała. – Jestem pewna. Początkowo myślałam, że złapałam jakiegoś wirusa, bo kilka razy miałam mdłości. Wzięłam więc Fervex, ale nic nie pomogło. Potem się okazało, że mój cykl się opóźniał. To mnie zastanowiło, więc zrobiłam test, a właściwie trzy, dla pewności…- mówiła.

- Trzy? Nie wystarczy jeden?- spytał tym samym, łagodnym tonem, nadal trzymając jej rękę. To był niewątpliwie dobry znak, że mu na to pozwalała. Najwyraźniej potrzebowała jego wsparcia.

- Zgodnie z tym, co mówił farmaceuta w aptece, jeden nie daje absolutnej pewności, bo testy domowe bywają zawodne…- tłumaczyła. – Dlatego kupiłam kilka różnych.

- Byłaś u lekarza?- zapytał raz jeszcze.

- Mam wizytę umówioną na dziś, na drugą popołudniu.- odparła. – Sądzę jednak, że jego badanie tylko potwierdzi ciążę. – dodała.

- Temperance…- powiedział Seeley. – Co… co zamierzasz?- spytał z wahaniem.

Spojrzała na niego i z ulgą stwierdziła, że nie znajduje na jego żadnych oznak gniewu, czy rozczarowania i to dodało jej odwagi…

- Booth… Ja wiem, że nie tak planowałeś mieć kolejne dziecko. Zdaję sobie sprawę, że chciałeś mieć żonę i z nią wychowywać potomstwo, zgodnie z wymogami twojego kościoła, i przepraszam, że cię w to wpakowałam….- zaczęła powoli, lecz jej przerwał.

- Bones, my byliśmy tam oboje. Nie zrobiłaś tego dziecka sama…- przypomniał delikatnie.

- Pamiętam, ale i tak mi przykro. Nie myślałam, że pigułki zawiodą. Jednak, od momentu, gdy zobaczyłam wyniki testów, zaczęłam myśleć. Całą noc zastanawiałam się, co dalej i jedyny wniosek, do jakiego doszłam, to ten, że chcę urodzić to dziecko…

Kiedy usłyszał ostatnie zdanie, odetchnął z ulgą i zrobiło mu się ciepło na duszy. Liczył na taką właśnie odpowiedź, chociaż uszanowałby każdą jej decyzję, nawet tą, z którą by się nie zgadzał, jako katolik. To, że chciała tego dziecka równie mocno, co on, napełniało go szczęściem, jakiego nie czuł od dawna.

- Zrozumiem, jeśli ty nie…- mówiła dalej, ale kiedy pojął znaczenie kolejnego zdania, znów wszedł jej w słowo.

- Temperance…- powiedział spokojnym, pełnym troski głosem. – To również moje dziecko. Nie zostawię cię z tym samej. Dawno temu, przysiągłem ci, że nigdy od ciebie nie odejdę. Myślałaś, że dziecko coś zmieni? Że cię zostawię?

- Sama nie wiem…- przyznała otwarcie. – Nigdy nie byłam w tym dobra, no wiesz, z ludźmi…- dodała niepewnie.

- Bones. Pomijając to, że jesteśmy partnerami i najlepszymi przyjaciółmi, przynajmniej, tak myślę…- wtrącił, a ona potwierdziła z lekkim uśmiechem.- … to powinnaś już dawno wiedzieć, że ja nie jestem facetem, który porzuca swoje dziecko. Nie uciekam od odpowiedzialności. Przyznaję, że wolałbym, by urodziło się w nieco innych okolicznościach, ale los zdecydował inaczej i jedyne, co możemy zrobić, to, cieszyć się i kochać naszego orzeszka, kiedy już przyjdzie na ten świat.

- Więc mówisz?...- zaczęła.

- Tak, Bones. – stwierdził zdecydowanie. - Spotkanie z lekarzem masz na drugą?- spytał, by się upewnić.

- Tak.- odpowiedziała rzeczowo i spokojnie. Teraz, gdy wiedziała, że nie jest sama, była znacznie bardziej rozluźniona.

- Ok. Przyjadę po ciebie, powiedzmy, kwadrans po pierwszej. Mogą przecież być korki.- zaproponował.

- Dobrze.- zgodziła się. – I… Booth?

- Tak?- uśmiechnął się czarująco.

- Dziękuję.- szepnęła.

- Zawsze, Bones. Zawsze do usług…

TBC